Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (17) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (75) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (19) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

1 maja... teraz? A co?

Bo tak mi się przypomniało i nie chcę żeby umknęło, a historia jest ważna. Przynajmniej dla mnie i dla osoby której ona dotyczy. Jednak niech pozostanie trochę anonimowa. Będzie sobie wisieć w internecie podczas kiedy my już nie będziemy pamiętać.
Ostatni dzień kwietnia 1987 roku. Mam co do tego pewną wątpliwość ale J. chodził wtedy już do szkoły średniej w mieście wojewódzkim czyli ja byłem wtedy w 8 klasie. Tak. W kwietniu, był wtedy w Polsce na występach zespół Modern Talking.,Nasz wspólny kolega Juras był na ich koncercie, bo Cech Rzemiosł Różnych w Żywcu rozprowadzał bilety dla "prywaciarzy".
Jest ostatnia lekcja w szkole podstawowej im. Królowej Jadwigi. Nasza wychowawczyni Maria M. wydaje polecenie tzw. "dobrowolnego przymusu", czyli obowiązkowego stawienia się w szkole dnia pierwszego maja na  pochodzie pierwszomajowym.
Nikomu wtedy nie chciało się chodzić na pochody. Wielu z nas miało już świadomość przemian ustrojowych jakie działy się nad naszymi głowami. W domu słuchało się Radia Wolna Europa, Głosu Ameryki, właściwie to starsi słuchali a młodzi tylko przysłuchiwali się rozmowom dorosłych jakie toczyły się w wielu domach. To inspirowało do działania. Mała konspiracja rodziców legitymizowała pewne działania młodocianych.
 Przychodzę rano na plac apelowy jakim było asfaltowe boisko do piłki ręcznej przy szkole. Nauczyciele wręczają polskie flagi i szturmówki. Wielu broni się przed niesieniem czerwonej flagi, niektórzy ulegają inni zamieniają się z mniej świadomymi.
Wychodzimy na drogę, przed szkołę, a tam gorączkowa bieganina dorosłych przed frontonem budynku szkoły. Pojedyncze osoby szorują okna na parterze. Tylko z zewnątrz dolne małe kwatery do których był dostęp z ogródka.
Wśród młodzieże poruszenie.  Dają się słyszeć szepty że ktoś w nocy pomalował w tych okienkach znak polski walczącej i literę V. Białą farbą.
Okna już czyste. Pochód rusza. Jest niezła pogoda, nie pada ale nie ma i słońca.
Idziemy w stronę Placu Zwycięstwa tzn: "pod kościół" gdzie są dwa pomniki. Wtedy jeszcze z imienną tablicą poległych w bratobójczej walce o utrwalanie władzy ludowej. Teraz tablica ma już bardziej anonimową  i uniwersalną treść.
Na placu stoją kombatanci, sekretarze, nauczyciele. Wśród nich znajomy ormowiec zwany "bugierek" co lał żonę na balkonie, tak że darła się wniebogłosy. Jeżdził po wsi na rowerze i podpierdalał kogo się dało.
Stoimy znudzeni bleblaniem decydentów, opowieściami kombatantów....
Nie wiem czy ktoś zauważył, bo przy pomniku stały wtedy cztery maszty. Na dwóch wisiały biało-czerwone flagi a na dwóch zamiast czerwonych, kiwały się tylko patyki na szczycie z kawałkiem osmalonych skrawków szmaty.
Rozeszliśmy się po powrocie z pochodu. Kiedy spotkałem się z J, bo spotykaliśmy się często z racji wspólnych zainteresowań (elektronika, muzyka, modelarstwo...), wspomniałem o pierwszomajowym incydencie. Łączyła nas wtedy młodzieńcza przyjażń więc on bez strachu opowiedział mi pewna historię bez wdawania się w szczegóły ideowe. Ważne było żeby zrobić cokolwiek na złość.

W nocy z 30 kwietnia na 1 maja zabrał słoik z farbą i poszedł do szkoły coś napsocić. Organizatorzy pochodu spodziewali się aktów sabotażu dlatego milicjanci patrolowali główna ulicę Łodygowic z psem i w miarę często. Przed szkołą był wysoki murek a rabatki były trochę niżej. Łatwo było wejść na teren szkoły przez dziurę w płocie którą wszyscy robili sobie skrót w drodze na zajęcia.
J. nie spodziewał się patroli w nocy. Schował się pod krzakiem jakie rosły w przyszkolnym ogródku. Poczekał aż milicjant z psem przejdzie. Namalował znaki oporu na szybach okien parterowych klas. Przeskoczył przez drogę do parku bo nie było wtedy płotu. Parkiem przeszedł bliżej placu kościelnego. Kawałek ulicą, przystanek pod mostem Jadwigi i Jagiełły a stamtąd już tylko 100 metrów pod pomnik komunistów. Jedno chluśnięcie na czerwoną flagę i w ułamku sekundy spłonęła cała aż do samej góry. Jedna i druga. Zostały kikuty.
Droga do domu była już łatwa. wzdłuż rzeki którą znaliśmy jak własną kieszeń, biegł J. by zgubić trop. Stamtąd do domu nie jest daleko, może kilometr. Przez krzaki, przez rzekę po kostki.

Wiem o tej historii tylko ja. Nie wiem czy on sam ją pamięta. Ja wierzę że to zrobił, ale czy zrobił...
Niech tak pozostanie.





Świąteczne JELITA.

 Z wielką zazdrością zaglądałem w okno sąsiada kiedy jako pierwszy we wsi miał migające światełka choinkowe. Z daleka było widać, nawet z odległości kilkuset metrów. Stawiał ją każdego roku przy oknie. Była wysoka, do sufitu. Patrzyłem jak zmienia rytm, ile ma programów, w jakich sekwencjach zapalają się na niej kolory  i poziomy.
 Lubię elektryczność.
Każdego roku to ja musiałem szukać spalonej żarówki w starym komplecie "świeczkowym z klamerką". Co roku ten sam rytuał. Na Matki Boskiej Gromnicznej, podczas "rozbiorów choinki" zawsze świeciły ale przed świętami, po rozplątaniu, nigdy. Zawsze to samo. Wszystkie trzeba było wykręcić. Każdą sprawdzić przy pomocy płaskiej baterii. Wkręcić na  miejsce dobrą  i szukać w dziadkowej magicznej szufladzie zapasowych. Bywały albo i nie.
 Trwałość tych zestawów była niezaprzeczalna, dlatego dziś osiągają wysokie ceny na aukcjach. Kiedyś sobie kupię a dziś muszę zadowalać się tandetną chińszczyzną. Co roku nową, albo jak wczoraj, po wigilii, już jeden komplet przestał świecić.

szpiedzy tacy jak my
Ostatnio w drodze do pracy, każdego wieczora, mój wzrok przyciągają świąteczne dekoracje, domowo - ogrodowe. Ludzie chcą by ich obejście wyglądało jak na  filmach oglądanych w święta. Jak na Kevinach, i samych domach, jak na głowie szpiega.
I udaje im się. Mają teraz dostęp do niezliczonych ilości światełek,węży, łańcuchów, girland i innych taśm. Są wodoszczelne, mają hermetyczne wtyczki, można je łączyć szeregowo w niekończące się układy.
Nieodparcie przypomina mi to układ pokarmowy człowieka, w rozwinięciu. Takie instalacje elektryczne, losowo rzucone na roślinność ogrodową, lub na konstrukcje balkonową czy deskę szczytową na chałupie.
Wygląda to po prostu brzydko. Czy ludzie nie mają wyobrażni? A może po prostu nie mają poczucia estetyki. Może są jak Indianie zauroczeni świecidełkiem. Kolorowym paseczkiem świecącym na choince. Nieważne że krzywo, niesymetrycznie, że wygląda to jak jelito w brzuchu.




           girlanda vs flaki













Ludzie chyba nie mają wyobrażni, nie mają skojarzeń. Widzą tylko to, co chcą widzieć. Ma być "na bogato", kolorowo, i świecąco. Normalnie brzydko. Nie podoba mi się. Nie zrobię czegoś takiego przed moim domem!


Musiałem zrobić te zdjęcia. Wczoraj w nocy, w deszczu., no bo zimy nie ma. Jest albo jesień, albo dupiata wiosna. Dobrze że nie było żadnych przechodniów bo patrzyli by na mnie jak na debila co w deszczu robi zdjęcia.

A WYSZŁY TAKIE PIĘKNE.
Dobrze że się nie rozwaliłem autem, bo albo skręcałem w ostatniej chwili z piskiem mokrego asfaltu, albo robiłem zdjęcie przez szybę z zupełnie zmienioną perspektywą, (jakby prowadzić auto patrząc przez peryskop :-), albo przez otwarte okno drzwi.
 Dla kilku ujęć musiałem wyjść w zimny deszcz co moczył mi glace bo czapki oczywiście nie chciało mi się zabrać.
Moje ulubione deszczowe badyle.




I DWA OSTATNIE KTÓRE MNIE ROZCZULIŁY, i utwierdziły w przekonaniu że święta mogą być piękne bez względu na pogodę, bo najważniejsze jest to z kim je spędzamy i jakie święta nosimy w swoim  wnętrzu.



Warto było moknąć i marznąć choćby dla tych dwóch zdjęć.

Lizut w Pradze, Duży Format 1.3.1996

- KORA JACKOWSKA uratowana...

Auto nie jest dobre dla kogoś kto patrzy dalej niż poza nos przedniej maski. Pędzi z punktu A do punktu B. Na czas, na obiad, na spotkanie... do pracy. Auto ogranicza. Bo nie ma jak skręcić, bo nie ma gdzie zaparkować , bo szkoda zwalniać, bo trudno ponownie włączyć się do ruchu. Bo czas. Od dawna tamtędy przejeżdżam i powtarzam sobie że powinienem tam skręcić żeby zobaczyć. Wystarczy skręcić, i udokumentować wszystko zanim budowla całkiem się rozpadnie i może coś stracę, czegoś nie zobaczę,choć nie wiem jeszcze czego.
Powinienem przypomnieć sobie to miejsce sprzed wielu lat. Tam było fajnie. Dysko na  piachu w starych garażach latem. Bar w stanicy wodnej obok i pokoje na górze. Tor crossowy, staw z karpiami. Właściciel, dobry znajomy, a "lokal" z domową atmosferą przewijających się znajomych mniej lub bardziej trzeżwych. Chociaż lokal to może za dużo powiedziane. Raczej "upijalnia towarzyska". Wszystko nad brzegiem  jeziora żywieckiego w Pietrzykowicach w miejscu starej po peerelowskiej żwirowni która wydobyła masę żwiru ale podobno cały urobek "poszedł bokiem".
 Zmusiłem się do lewoskrętu. Zajechałem nie niepokojony przez nikogo. Żadnego strażnika, portiera, emeryta z ochronki. Bez płotu, bez szlabanu. Drzwi otwarte.


Budynek dawno oddał to, co miał najwartościowszego. Co się dało, zostało pozyskane dla zysku, a już wtórnie do recyklingu. Żyły wyprute, rury ciepła podcięte już nigdy nie ogrzeją murów które nikogo nie schronią. Eksploracja pokoi dała mi namiastkę niespełnionej wycieczki do Czarnobyla gdzie można samodzielnie penetrować całe miasto, wszystkie domy i mieszkania, sklepy, parki, place a nawet "wesołe miasteczko" (sic!) i pływalnie. Czarnobyl i Prypeć.
Szkło chrzęściło pod butami zmieszane z płatani tynku, ze ścian i sufitów. Farba łuszczy się kolorami. Budynek jest solidny. Z betonu i stali. Nie obawiam się upadku z piętra bo nie ma tzw. ordeki. Jest strop żelazo-betonowy dlatego dodaje mi odwagi. Lubię beton i stal.


Pisałem kiedyś o graffiti w Żywcu. O kolorowej galerii kolejowej głównego dworca i hal magazynowych. Dziś moim oczom ukazała się galeria zaangażowanego graffiti buntu społecznego.
Buntu przeciw genetycznie modyfikowanym organizmom, przeciw przemocy państwa, rasizmowi i antysemityzmowi.  Z każdym krokiem, z kolejnym pokojem odkrywałem historię pewnej akcji. A może i dobrze przemyślanego planu...
Jakie ładne te obrazki.
 I tak fotografowałem je ze świadomością że niebawem zostaną zniszczone. Niedawny pożar drewnianej zabudowy osmalił tylko część ścian z płyt elewacyjnych a framugi okien nadpalił. Robotnicy rozbierali zgliszcza i zaczepiali mnie słownie, "po co robię zdjęcia?". Dobrze że znajomość kilku nazwisk pomogła mi znależć wśród nich kolegów a nie wrogów.


Co ma KORA do stanicy wędkarskiej? 

Krążyłem po pokojach i w każdym znajdowałem niespodziankę. Największą była KORA. Wielka. Piękna. Kolorowa. Jaka szkoda że nie można jej zabrać do domu jak kawałków fresków  Bruno Schulza z Drohobycza.
 Aktywista Artysta Dariusz Paczkowski pierwszy grafficiarz RP  razem z grupą 3FALA zawitał kiedyś do Pietrzykowic i ożywił tę opuszczoną ruderę   realizując ciekawy projekt.
























Płyta Kory PING PONG ukazała się w listopadzie. Materiał na okładkę pochodzi właśnie z Pietrzykowic. Z elewacji stanicy wędkarskiej pomalowanej przez Paczkowskiego z 3fala.art.pl. 
W samochodzie zawsze jakieś narzędzia się znajdą. Szybkie oględziny pozwoliły stwierdzić że płyty przykręcone są wkrętem do drewna na płaski śrubokręt. Zapragnąłem mieć Korę u siebie w domu. Łatwo odkręciłem fresk z drewnianej konstrukcji. Robotnicy chcieli ode mnie koniecznie na flaszkę za "pozwolenie" ale się wykręciłem. Przecież to i tak kiedyś zostanie zrównane z ziemią. Po prostu szkoda tych obrazów tym bardziej że to one znalazły się na okładce ostatniej płyty KORY. Takim sposobem Kora znalazła się u mnie w domu. Nawet po czterokroć.
Autor: Dariusz Paczkowski 3fala.art.pl  niedawny pożar przypalił trochę policzek Korze. 
Zdemontowane " ze zdjęć powyżej"


I  co ja teraz z nią pocznę. Najpierw utrwalę te obrazy lakierem bezbarwnym.Pomyślałem potem że  dobrze byłoby przykręcić te tablice (120x80 cm) do czarnej płyty meblowej która stanowiła by swoiste passe partout i jednocześnie pozwalałaby to jakoś przykręcić do ściany. Bo Kora jest bardzo krucha. 

Na przełaj.

 Jest rok 89. Na trasie Bielsko - Żywiec kursują jeszcze, brunatne, piętrowe pociągi, z kiblem pod schodami  zmuszającym chylić czoło i balansować nad krawędzią, bo nasza fizjologia kolejowa jest zupełnie nie żyroskopowa. To w nich można było jechać latem, siedząc na stopniach w otwartych drzwiach. Można było uciekać przed kanarem górą, kiedy on sprawdza bilety dołem. Zazwyczaj zatłoczone w godzinach szczytu, a wieczorami, gorące i przytulne, zatopione w półmroku spalonych świetlówek. Romantyczne.  Wtedy jeszcze wielu ludzi miało pracę, czy się stoi czy się leży. Państwo udawało że płaci, robotnik udawał że pracuje... Balcerowicz myślał...a oni umilali  sobie jazdę, grą w karty. Rozmawą o polityce, bo to piękne i trudne czasy przemian ustrojowych. Jeszcze nie wiedzą co im powie  Szczepkowska. W kioskach RUCHu schodzą jak ciepłe bułki, gazety z okienkiem do lepszego świata. Oknem na rozkładówce, albo na ostatniej stronie. Wtedy wszyscy zbierali plakaty. Wykupowali nie zainteresowani treścią. Brakowało ich dla właściwego adresata tych gazet. Dla rolników i gospodyń. Młodzi bywali szybsi.  Tapetowali nimi całe połacie ścian swoich pokoi ku zniesmaczeniu rodziców. To była nasza malutka wolność, wolność wyznania na ścianie, czy na górze meblościanki rzędem puszek po piwie, pudełkami po zagranicznych papierosach. 
 Popularne wtedy tytuły to "Zarzewie" z plakatem na rozkładówce jakości GW. Jakością przebijał inne wydawnictwa "Dziennik Ludowy" z papierem na wysoki połysk i horoskopem bo tematy rolnicze mnie nie interesowały Było jeszcze "Razem" tygodnik społeczno-kulturalny ale jego czytali moi rodzice. 
 Ja miałem swoją gazetę którą kupowałem systematycznie. To był NA PRZEŁAJ. Przechodzący z rąk do rąk. Wyczytywany do ostatniej litery, a na końcu łańcucha intelektualnego, wycinany dla gromadzenia konkretnych materiałów tematycznych. Muzyka, subkultury, ekologia, oraz "sztuka okładkowa".
 Oto kolejne znalezisko. Zupełnie przypadkowe. W Kaśki domu rodzinnym. Stos wyciętych okładek kultowej wtedy gazety młodzieżowej. Zbierały je razem z Elką. Czytały, wycinały. Moich niewiele zostało w teczce na strychu, ale ich kolekcja, licząca 60 sztuk, jest imponująca. 


Autorem okładek jest  TROJANOWSKI jednak nie znalazłem o nim więcej informacji. za to lista nazwisk które się przewinęły prze ten tygodnik jest zaskakująco znana, m.in. Owsiak, Raczek, Tochman, Szczygieł, Szymczycha, Żakowski, Leszczyński, Sierocki... Same znane nazwiska które do dziś pojawiają się w prasie czy telewizji. 

Wystawiana na małej scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej zatytułowana "Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami". Po raz pierwszy Kaśka zaprosiła mnie na przedstawienie prawie rok temu. Byłem zauroczony.Okrągłe urodziny, sztuka sentymentalna... wzruszyłem się,i czułem się cudownie W styczniu 2013 sztuka będzie ponownie wystawiana (23.g11, 24.g19, 25.g19) My, Szury idziemy! Czy ktoś z nami?

Jakoś tak nieświadomie mi się pisało tego 13 grudnia... kiedy w trójce leciała poranna wiadomość, dotarło do mnie że nie będzie teleranka...

takie tam... sklepowe

Sklep dla idiotów. A jednak tam chodzę...
W poszukiwaniu okazji na prezent świąteczny znalazłem taki kwiatek
I teraz zagadka. Czym kierował się sprzedawca układając te książki obok siebie? Kolorem? Oni chyba nie kierują się niczym, bo historia układu losowego na półkach powtarza się na każdej.

Wizyta w empiku zaowocowała krzyżówką Kreta i Piotra. Dwie postaci w jednym Krecik i "Czarny Piotruś", film taki, o chłopcu szukającym miejsca w świecie dorosłych, dojrzewaniu i związanymi z tym rozterkami... debiut Milosa Formana z naturszczykami... fajny.

I jeszcze taka ciekawostka wpadła mi do ręki kiedy czegoś szukałem. Jest drzewo, nie ma drzewa, i już. 
około 2000r. zorka C
nokia E72 niedawno

Zbliżają się święta. Zjeżdżają do mnie powoli różne książki które Elka mi zabiera z premedytacją i pakuje ozdobnie, żebym miał większą przyjemność świąteczną odpakowywania. Jest już Soukopova "Zniknąć", "Żle Urodzone" Springera, "No Logo" Klein  a żeby ją kupić  to trzeba mieć szczęście. Kilka razy ktoś przebijał moją cenę, aż w końcu się udało. Jest duży popyt na tę pozycję.
W tym roku nie udało mi się pojechać do Czarnobyla. Dlatego muszę sobie kupić "Czarnobylską modlitwę" Swietłany Aleksijewicz. Myślę że będzie równie fascynująca, choć inna jak
 zapis faktów katastrofy, Piers'a Paul'a Read'a, którą przeczytałem juz dwa razy. Określana jako"biblia" czarnobylska która od lat trzyma się w niezłej cenie. Stówa na czysto. Zupełnie inaczej czyta się taką książkę jak zna się realia pracy w energetyce. Zwłaszcza występujące tam zagrożenia, czynniki i zależności technologiczne. ATOM... YES!

Gruszki na wierzbie.

 Były wszędzie. Na wsi spotykało się je na każdym kroku. Grodzili nimi pola i działki po uwłaszczeniu 1947r. bo nie było czym. Wkopywali ucięte konary w ziemie i to wystarczało za drogowskaz. Resztą granicy stawała się miedza od której zaczynało się orkę i na której się kończyło jesienią. Miedze zarastały trawą i tworzyły piękną szachownicę pól, zaś wierzby wybujałe dawały cień  chłopom popijającym kwaśne mleko do gotowanych kartofli czy pajdy chleba w przerwie roboty na ugorze.
 Podobno wystarczy zakopać kloc wierzbowy, a ona i tak wyrośnie. Patyk wciśnięty w ziemię opuści się na pewno. Bazie wiosenne w wazonie nawet puszczają korzenie w zatęchłej wodzie, czego doświadczyłem porządkując ozdoby po Wielkanocy. Rolnicy mówią że wierzba to chwast, bo nawet jak się przewróci to leżąc na ziemi potrafi się ukorzenić i wypuścić pędy. Gdzie padnie tam rośnie.
 Mój sąsiad tak robi nadal w XXI wieku. Przewrócone ogrodzenie siatkowe wsparte na połamanych betonowych słupkach podpiera konarami wierzby która wiosną się "opuszcza" i wiklinowymi witkami w siatkę się wplata stojąc na straży granicy.
 Wierzb jest coraz mniej.
Exlibris przypomniał mi "Wierzby" Edwarda Hartwiga. Album który ostatni raz oglądałem ponad 20 lat temu w jakiejś bibliotece. Teraz powróciło sentymentalne wspomnienie wierzb mijanych w dzieciństwie, cierpliwie rosnących w moim otoczeniu. Pamiętam je w kilku miejscach. Stare, powykręcane z koślawą czupryną i otwartym pniem pełnym próchna. Drzewa stare rozpadające się ale każdego roku z nowym pękiem zielonych badyli na czubku, furkające drobnymi listkami. Nieprawdziwe jest gadanie o gruszkach na wierzbie bo jest taka odmiana ozdobna. Sam widziałem na wierzbie pędy malin a nawet małe drzewko jarzębinowe.
 Hartwig obudził zapomniane wspomnienia miejsc i krajobrazów z dzieciństwa. Wyjrzałem przez okno i już zobaczyłem jedną wierzbę. Dziś będąc w drodze rozejrzę się za wierzbami. Ciekawe ile ich zobaczę i w jakich miejscach.
Takiej ilości jak w albumie pewnie już nie spotkam. Udało mi się kupić album w niezłym stanie i dobrej cenie. Jest pięknym zbiorem czarno-białych fotografii. Zdjęcia bardzo kontrastowe, wręcz grafiki, fotografie miękkie, mgliste, rozmazane. Nie dające konkretnej wizji krajobrazu a jedynie impuls do noszenia obrazu w sobie i przetwarzanie go we własnej wyobrażni.
Zdjęcia zrobione z mocnym filtrem czerwonym albo zielonym dające efekty mroku, burzowego nastroju, wielkiego ciężaru i napięcia. Strachu przed nieznanym i czymś nieprzewidywalnym,  jak natura, boskim gestem dyrygowana. Są  tu zdjęcia słoneczne, ciepłe, takie wakacyjne. Są i inne ale nie wiem czy robione na filmie do podczerwieni czy taki efekt uzyskuje się filtrami. Korony wierzbowe są białe, wręcz śnieżne, niebo ciemne, zachmurzone a trawa jasna. Cały krajobraz mocno słoneczny, bijący ciepłem.
I najważniejsze. Są ludzie, są tylko dyskretnym akcentem,. Żebyśmy nie zapomnieli że wierzbowe aleje, graniczne nasadzenia są przestrzenią egzystencji. Pracy i odpoczynku. Drogi i zabawy. Ciężaru życia i beztroski. Przemijania, lecz nie zapomnienia. Wierzby płaczą nad mogiłami i chylą się nad garbem chłopki objuczonym płachtą w drodze do domu a może na targ...


I po co ci to...

  Głupie pytanie. A jednak czasem kołacze w głowie, po co mi to. Mógłbym w tym czasie spać. Mógłbym oglądać coś, jeść, czy nawet czytać książkę a lubię i Gazetę. Jest niedzielny mroczny poranek (05:30), normalni ludzie śpią o tej porze. Odsypiają zaharowany tydzień, a ja biegam z łózka do pieca, pilnując chleba w piekarniku żeby Kaśka nie odrywała się od pisania wykładów, "bo ma ciśnienie".
 Pomiedzy tym wszystkim jednak piszę, i to nie z grafomańskiej potrzeby ale bardziej z mózgowej gimnastyki. Teraz, po dłuższym czasie, to już nawet z przyzwyczajenia. Denerwuje mnie, jak nie mogę wyciszyć się przy klawiaturze, pomyśleć o tym co chcę a nie tylko o tym o czym muszę każdego dnia. Bo to takie fajne przyzwyczajenie.
Po prostu lubię to.
U Springera przeczytałem że Sibelius (kompozytor) po ciężkiej pracy twórczej odpoczywał budując mur z cegieł. Bez początku i bez końca. Nie potrafił uzasadnić dlaczego, po prostu sprawiało mu to przyjemność.
Czy jestem jak ten Sibelius? Chyba tak, jak z tym murem, bo przecież nie komponuję. On pracował ciężko głową i wobrażnią dlatego prosta robota relaksowała go. W pracy fizycznej odpoczywała jego głowa.
Ze mną jest raczej odwrotnie. Co prawda nie pracuję przy taśmie produkcyjnej jak Chaplin, nie wykonuję powtarzalnych czynności jednak moja praca to jakaś rutyna i pewna powtarzalność w czasie. Kazdy dzień jest trochę inny ale jednak przewidywalność działań staje się rutyną. Komponuję czynności, korzystam z narzędzi by wszystkie czynniki zgrały się na końcowy efekt czyjegoś zadowolenia a przez to i mojej satysfakcji.
Odwrotnie jak u Sibeliusa. Odpoczywam głową. bo ciało ma od tego noc. Byle nie za długą!
Czy blogiem kokietuję swoją próżność?

Jasne, jestem próżny! Przecież mam licznik odwiedzin. Są statystyki gdzie, co i rusz pojawiają się inne kraje na mapie czytelniczej. 
To jest miłe a niekiedy i zawstydzające. Jak w towarzystwie ktoś głośno mnie zdekonspiruje. To takie deprymujące. Ale czego się tu wstydzić. Chyba tylko przeczącej odpowiedzi na pytanie czy ktoś mi za to płaci, czy coś z tego mam? Jakieś reklamy...
NIC, po prostu nic! Tylko satysfakcję, ale czy dla kogoś ma jeszcze znaczenie satysfakcja. Nie ma kasy nie ma pracy.
 Niewielu robi coś... po nic!  
Kiedy przeczytałem już wszystkie książki Mariusza Szczygła, napełniony radością, wiedziony impulsem, napisałem do niego list. Trochę o swoim zainteresowaniu Czechami, trochę o zachwycie jego książkami,o naszej ścianie, bo on był tym pierwszym drogowskazem na południe. Pokazał w taki sposób jak chciałem to widzieć i widzę nadal, a teraz przy pomocy kolejnych autorów i nowych znajomości (M.S. - A.M. :-). 
  W kwietniu napisałem do Szczygła i zapomniałem już o liście aż tu wczoraj w nocy przychodzi od Niego odpowiedż. Szczera, miła... pospieszna, ale jednak jest!
fragment:
...Ucieszyłem się.

Polecam naukę języka, bo będzie miał Pan wtedy możliwość prawdziwego zanurzenia się w kulturze czeskiej.
Można się uczyć bez nauczyciela, słuchają radia w internecie. Wystarczy kupić jedną czeską książkę i jakąś gazetę, i tłumaczyć ze słownikiem zdania. Bardzo fajna zabawa a zaowocuje za jakiś czas tym, że będzie Pan wszystko rozumiał.
Pozdrawiam serdecznie.

No i co? Plan wyjazdu do Wrzenia Świata jest, ale w przyszłym roku, najlepiej jakby udało się go połączyć ze spotkaniem aktorskim Klubu Miłośników Stawki... zobaczymy.
w duchu Springera, lomo
Jednak warto myśleć.. czytać... i pisać...
Miedzianka była taką fajną lekturą. Anka podsunęła mi blog Springera. Jaki fajny! Pisze tam między innymi o swoim pobycie w naszych okolicach. W Radziechowach, na Szyndzielni i jeszcze gdzieś tam, pisze że lubi to miejsce, lubi tu bywać. Napisałem do niego że u nas ma nocleg za autograf, gdyby kiedyś sie wybierał w te strony ( Wy Prażanie też oczywiście!) i niespodziewanie szybko odpowiedział, dziękując za ciepłe słowa i zaproszenie dając jednocześnie nadzieję odwiedzin.
Jednak warto...

Intelektualny neandertalczyk

Splot okoliczności i niejasne rozumowanie spowodowało nieumyślne pozbawienie dwie rodziny dostępu do Internetu. Akurat w niedzielny poranek. Co oni sobie myślą. Kiedy chcę zdzwonić do operatora w niedzielę, to oni tam chyba śpią. Pieprzone infolinie dbające o moje bezpieczeństwo. Nagrywające nasz dialog chyba tylko po to żebym im ktoś nie naklął, a słowa niemiłosiernie cisnęły się mi na usta. To dziwne jaki wtedy pojawia się słowotok najciekawszych kombinacji słowno-anatomicznych. Jak łatwo puszcza się wtedy literackiego pawia wprost do słuchawki automatycznej sekretarki. To takie bezkarne i bezlitosne wręcz orgiastyczne…Można kobietę obrażać bez konsekwencji. Można grać twardziela damskiego boksera…. Do momentu pojawienia się sztucznie uprzejmego głosu konsultanta ucinającego słowotok. Jak ręką odjął, jak „z liścia” zamknął mi usta, wpychając podstępnie ,świadomością nagrania , kwiatki do gęby…

No to „SRU” (Laskowik)
…nie będzie internetu do poniedziałku, co wymusi na mnie pielgrzymkę do mekki operatora i niekoniecznie ciekawą rozmowę z  akwizytorem sprzedaży. Nazywam ich akwizytorami bo tak mi się podoba. Bo wkurza mnie ich agresywny marketing i postrzeganie nas jak frajerów którym można pocisnąć kit. Oni bronią  się przed  prostym ich określaniem tłumacząc z namaszczeniem „właściwą”, kapitalistyczną nowomową, polsko – angielską spageterią słów.

Rytualnie usiadłem przy biurku, przed wschodem słońca i patrzę w monitor. Poczty brak, bloga brak. Kawa się skończyła… za szybko. Próbuję czytać na ekranie coś, ale to nie to. Próbowałem złapać się kiedyś na haczyk Kindla, czy jakiegoś innego eee-buka będąc w eee-mpiku, ale to nie to. Nie umiem na to patrzeć. 
MA BYĆ PAPIER I JUŻ!
… ale czytam, postmodernizm, mrużę oczy, konsumpcjonizm, słowa jakieś nieznane się zaczynają się pojawiać. Łapię za myszkę, a tu dupa. Nie ma podpowiedzi znaczenia słów. I co mam się teraz czołgać do Kopalińskiego, przewracać mastodonta E.Powszechnej… no nie!
I ja każe moim dzieciom szukać do szkoły informacji najpierw w encyklopedii a dopiero potem w internecie? Każę im pisać w zeszycie źródło: encyklopedia PWN!  Jestem bezlitosny. I dobrze!

Da się tak żyć!
Moje znajome Pączki tak żyją i są cudowną rodziną. On jest geniuszem komputerowym a telewizora nie maja od… nigdy. Dzieci Graja na komputerze czasem, i to w jakieś pac many czy inne prymitywy z czasów Amiga 500… to prehistoria, a jaką potrafi sprawić radość. 
 Czy ja, stary, muszę się tak męczyć. Płodzę teraz jakieś durne zdania i co? I do szuflady. A właściwie to nie bo mam taki karnister z którego zrobiłem kiedyś walizkę. Miała być na imprezy, na flaszki i napoje a stoi pełna negatywów LOMO. Kaśki koleżanki śmieją się że powinienem wziąć sobie lejek, karnister i do niego się wyżalić. Taki zestaw awaryjny na wypadek słowotoku…

No dobra dosyć tego pieprzenia. 7:00 czas zacząć dzień, zapinam się do kieratu i wio…
J