Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (4) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (16) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (71) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (27) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (17) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Mój Prawiek, moja Miedza...

Prawiek pozostanie tym pierwszym sentymentalnym najbardziej zapadłym w pamięci. Każde poranne otwarcie oczu zahacza o grzbiet Tokarczuk. Choć jest ich tam kilka to Prawiek pozostanie najbliższy.
Nie szukam książek. Są osoby które dobrym słowem polecają konkretne pozycje. Są blogerzy, są pisarze, są krytycy. Opieram się na ich zdaniu i jakoś jeszcze się nie zawiodłem. Nie szukam. Słucham i otaczam się karteczkami. Na kleju, na szpilce, na magnesie.

Lubię kończyć tydzień w łóżku z Justyną Sobolewską i jej ekipą, w piątkowy wieczór, czekając na polecenie do czytania. Tylko tak mało dopuszczają ją do głosu że pozostaje mi tylko jej uśmiech. Właściwie jedno słowo wystarczy. W któryś piątek powiedziała "Miedza". Zapisałem. Ostatnio była Beata Chomątowska ze swoim zeszytem.

Zaprosili Muszyńskiego i od razu pytali o formę bo ich uderzyła. Czemu pisze tak mocnym językiem, po co opisuje ze szczegółami świat którego już prawie nie ma? Skąd może wiedzieć jak to było? Przecież jest młody. Dwudziesty pierwszy wiek mamy. Człowiek w kosmosie. Pokonana grawitacja, a on pisze o gumiokach, obsranej przez muchy żarówce, oborze z parującym łajnem i ławce przed chałupą.

Bo on kiedyś słuchał i patrzył. Jak sam powiedział wychował się w takim otoczeniu śląskiej wsi. Śląskich przedmieść, okolic Sosnowca i był świadkiem przemian. Ekspansji cywilizacji  unijnej która z czystymi butami, z nowym porządkiem przekracza miedzę niosąc kaganek czystości, higieny, porządku i wygody.
Soczysty język, pozbawiony sztucznej kurtuazji, pozwala znaleźć się w centrum tego małego, prostego wszechświata. Nazywanie rzeczy i zdarzeń prostym językiem, słowotokiem przetaczającym się przez całe strony,  opisującym wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, daje tej książce moc dokumentu znikającego świata, do którego może ktoś, kiedyś powróci jak wraca się do Chłopów czy Wesela. Życzę mu tego.



Znam ten prosty, piękny świat, znałem takich ludzi o jakich pisał. Noszę resztki tego świata w sobie i tylko dzięki książkom czasem on odżywa na nowo. Pozostał mi w pamięci jeden człowiek. Nazywany przez wszystkich Jasiu. Inżynier. Kiedyś piastujący kierownicze stanowisko w wielkiej fabryce, a po godzinach harujący na ugorze pazurami których nie sposób domyć. Obrabiający hektary ziemi swojej i dzierżawionej. Mający traktor, rożne maszyny, krowy świnie, barany, kury, kaczki, ule... tylko ciągle jest sam. Stary kawaler, bo rodzice mu dawno pomarli. Wszystko robi samodzielnie. Podobno miał narzeczoną. Podobno w okularach i nie podobała się rodzicom. Może była z miasta, możne nie miała hektarów?
Obejście Jasiowe.
 Nie pozwolili na takie małżeństwo z wybrakowana panną. Kupili mu za to dużego fiata. Targali krowy i świnie do skupu. Stary Szczepan poganiał wieprza wiklinową witką, a matka niosła garnek z żarciem przed jej ryjem i tak pielgrzymowali do skupu. A może do inseminatora. Szurali swoimi ciężkimi buciorami bez odrywania stóp od ziemi. NIgdy się nie spieszyli.
Dostali talon. On przywiózł  fiata z fabryki, postawił na klocki i więcej do niego nie wsiadł. Na złość rodzicom. Nawet po paliwo do traktora jeździ rowerem. I do miasta po sprawunki. Umrze sam i tylko Fred znajdzie go po jakimś czasie. Jedyny który go czasem odwiedza i pamięta. My wiemy że jeszcze żyje, bo czasem słychać traktor. Czasem śmierdzi gnojówka. Bo słychać krowę na pastwisku. Bo barany się pasą w ogrodzie między drzewami i ulami.Bo stosy łajna zmieniają kubaturę pod dziurą w ścianie obory w której całą noc świeci się słabe światło gołej żarówki...



Sylwestrowe Danse Macabre

Na przekór genderowym przeciwnikom i obrońcom moralności, obowiązuje w tym roku styl zamienny. Kobiety przebierają się za facetów i odwrotnie. W prowincjonalnych, tzw. zabawach sylwestrowych, (nie przejdzie mi przez gardło słowo BAL) styl nie musi być wyszukany.Tematyczny... Raczej symboliczny, prosty, ratunkowy ostatniej deski... bo coś innego jest ważne.
Ważne jest pierwsze wrażenie jakie zrobi się na współbiesiadnikach. Najlepiej kiedy jeszcze są trzeźwi i w stanie wydać jęk zachwytu tzw. strojem. Ich nikt nie poznał. One zdradziły się głosem. Potem mogło być już tylko lepiej. Wprost proporcjonalnie do ilości spożytego alkoholu. Odwrotnie proporcjonalnie do poziomu samokrytyki ich i biesiadników. Styl po pewnym czasie przestaje być ważny ustępując miejsca cielesnemu komfortowi pląsawicy czy jak pisała kiedyś A. tańca św. Wita.
Wszelkie u'chwyty dozwolone. Marzenia na poluzowanej smyczy uwolnione, usprawiedliwione jednakowym poziomem upojenia i wolnością karnawału.
Patrzyłem na to targowisko próżności i otaczały mnie zjawy bliskie, a jednak dalekie. Byłem obserwatorem i obserwowoanym. Patrzyłem na ten spektakl "Śmieć, miasto, śmierć" okiem Fassbindera przez lustrzane okulary moralności.Widziałem to, co dla mnie odległe i nieosiągalne. Oni widzieli to co zgubili, wchodząc w swoje role. Patrzyłem na nich sztucznie się uśmiechając i oni patrzyli na mnie widząc swoje oblicze w szkłach. Jakbym to ja był dziwny wśród nich, a może to oni są dziwni otaczający mnie. Kto tu kogo nie rozumie?
 Bycie szoferem jest... zdrowe. Następnego dnia. Bycie szoferem egzekwującym "swoją własność" bywa kłopotliwe i niewdzięczne. Spojrzenie Kaśki znad porannej kawy... bezcenne :-)