Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (4) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (57) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (15) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (71) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (26) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (16) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Idźcie na Patersona.

Jeżeli macie odrobinę cierpliwości, a w życiowym pośpiechu dostrzegacie piękno rzeczy zwykłych, które mijacie co dnia... idźcie na Patersona.
Jeżeli potrzebujecie wyciszenia, a cisza ma dla was znaczenie... idźcie na Patersona.
Jeżeli otoczenie przytłacza was nadmiarem informacji i bodźców... idźcie na Patersona.
Jeżeli poezja ma dla was choć minimalne znaczenie... Paterson utwierdzi was w przekonaniu, że nawet ta odrobina pozwoli wam patrzeć na świat trochę inaczej.
Zrozumiecie, że "słońce też wschodzi" tylko dla was i świeci pomimo smogu. Trzeba tylko chcieć unieść  głowę.

Paterson taki jest.
Trochę melancholijny, choć codzienność nie jest dla niego kieratem. Codzienność ma dla niego znaczenie. "Kawa i papierosy " nie są jego rytuałami, ale poranek, zegarek... wodospad...
Codzienne czynności nie gaszą w nim ciekawości świata, a powtarzalność utwierdza w konsekwencji tworzenia nowego wewnętrznego obrazu codziennych widoków i zdarzeń. Poezja chroni go przed złym światem zewnętrznym, ale nie odcina od niego całkowicie. Pozostaje czujny i racjonalny kiedy Laura realizuje kaprysy, czy sytuacja w barze wymyka się z pod kontroli...

To bardzo przyjemne uczucie, kiedy reżyser kokietuje widza pewnymi niedopowiedzeniami,  lub dyskretnie zaznaczonymi skojarzeniami, na przykład wyrwanym skrawkiem lokalnej gazety czy fragmentem filmu w filmie. Czytający i piszący rozumieją się bez słów, a wiek nie jest żadna barierą. Wiedzą, że piszących do szuflady było więcej, a owo pisanie było u niektórych obok życia  "... które jest gdzie indziej" ale jest nie miej ważne. 

Żyjąc prosto, mając niewiele, wszystko nosimy w sobie. Nosimy wspólnie. Nie potrzebujemy bogactwa by mieć poczucie własnej wartości. Wartość jest w nas, dlatego kiedy przychodzi moment utraty łatwo pogodzić się z nim i zrozumieć, że nic się nie kończy ale coś może się dzięki temu znowu rozpocząć.





...a notes firmy Midori.



 

Prezenty niespodziewane.

Listonosz dzwoni dwa razy.

Pamiętała o mnie CZECHOŻYDEK. Obdarowała świątecznym podarunkiem, którego spóźnienie nie ma znaczenia, bo wynagradza je zawartość upominku.
List, pisany odręcznie, co w dzisiejszych czasach należy podkreślać,  piękne pocztówki literackie fundacji Nowoczesna Polska, miesięcznik ResPublica 12/88 poświęcony 20 rocznicy inwazji wojsk UW w Czechosłowacji oraz egzemplarz podziemnego wydawnictwa antykomunistycznego z końca 1984 roku - Ruch Polityczny Wyzwolenie.

ResPublica.
Josef Skvorecki w wywiadzie daje wyraźny sygnał że  nie czuje się rzecznikiem narodu choć z perspektywy emigracji może lepiej i mocniej formułować problemy filozoficzne czy polityczne dotyczące jego narodu. Jednak najbardziej zależy mu na pisaniu, i nie dlatego by rozwiązywać problemy wielkiego kalibru ale by po prostu "ludzie go czytali". Nie jest dla niego ważny naród który nazywa nawet czasem chołotą ale najcenniejszy jest dla niego człowiek jako jednostka.
Interesujący jest fragment poświęcony możliwości wyjścia z uwczesnego kryzysu dzięki katolicyzmowi który zestawia z marksizmem. Podkreśla że pomimo zmian na świecie pewne wartości pozostają niezmienne... I tu ciekawostka bo w tym miejscu pozostało puste pole [-----] wymazane przez cenzurę i opisane:   (Ustawa z dnia 31.07.1981 o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 Dz. Ust.nr.20 poz. 99 zmiany: 1983 Dz.Ust. 44 poz.204)
W tym numerze ResPubliki jest jeszcze wiele takich miejsc usuniętych przez cenzurę.
Bardziej oparł się cenzurze list Ivana Klimy w którym pisze o pewnej bliskości Polaków i Czechów postrzeganej przez pryzmat indywidualnego zainteresowania Czechów polską kulturą. (wtedy w 88)  Nie tylko niskonakładowymi przekładami polskiej literatury ale filmami i teatrem. Statystyczny  Czech chętniej sięga po książki i filmy rozrywkowe. Polskie filmy cieszą się wielką popularnością. Czesi przyjeżdżają do polski na Jazz Jamborre czy oglądać filmy Formana na VHSie.
Polacy w oczach Czechów to, jak kiedyś tak i dzisiaj, handlarze, kombinatorzy oraz burzyciele porządku co do idei jest jeszcze dla Czecha akceptowalne ale związana z tym nieodpowiedzialność już nie jest rozumiana,  co potwierdziły niedawne spotkania Czułych Barbarzyńców w Bielsku.
Mariusz Surosz zapytany - Dlaczego Polacy lubią Czechów odpowiedział - Nie lubią! Oni lubią swoje wyobrażenie o nich.
Numer zawiera bogate kalendarium historii Czechosłowacji 1938 - 1988, listy naocznych świadków biorących udział w inwazji '68. Listy znanych Polaków mówiące o tym co w czeskiej kulturze jest dla niech ważne. ( Kieślowski, Lityński, Woroszylski )
Jest tekst o sukcesie Dzienników t1 Gombrowicza w USA (tł. z polskiego Lillian Vallee). Przez dwa miesiące w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek w Nowym Yorku. Cena 15 do 40 dolarów w zależności od oprawy. Słynny Penguin chciał je wydać w swojej serii ale nie otrzymał praw.
Niespodziewane prezenty najlepsze.
A najlepsze jeszcze przede mną i to niebawem :-)






Sztuka pod strzechy.

Naoglądałem się Antyatlasa na ręczniku Karoliny wygranym w konkursie MOCAK'u.
Kiedyś, Karolina pojechała z klasą na wycieczkę szkolną do Krakowa zobaczyć wystawę pt.: Gender w sztuce.  Podobała się jej.
Wspominałem o tym kiedyś, jak to niektóre uczennice i wychowawca byli zaskoczeni a nawet zniesmaczeni ekspozycją ponieważ nie sprawdzili o czym jest ta wystawa. Teraz historia zatoczyła pewne koło i wróciła do mnie przypadkiem na paczce papierosów.

           

Kaśka wysłała zdjęcie paczki papierosów do Bartka Jarmolińskiego i nie był zaskoczony podobieństwem.

Stan wojenny a... pamiętam.

...nie przespałem jak Jarosław Kaczyński do 12 w południe...

Zakładowy Mikołaj pracowniczy w bielskiej Befamie 12 grudnia.
Worek słodyczy dla mnie i Anety. Miałem wtedy 9 lat. Aneta 2 lata. Piękna idea socjalistyczna która przetrwała do dziś w niektórych przedsiębiorstwach. Na parkingu zakładowym stał nasz duży Fiat 125p koloru koralowego z pełnym bagażnikiem domowych wyrobów z zabitej świni hodowanej przez mojego ojca.
 Świniobicie to święto na wsi. Rzeźnik Antoni Świerczek przygotowywał wyroby cały dzień, od świtu do zmierzchu. Boczki, szynki, balerony, salcesony w świńskim pęcherzu, i kaszanki na ciepłej wieprzowej krwi upuszczanej o świcie w mglisty poranek. Część tego skarbu ojciec zawsze zawoził swojej siostrze Małgorzacie do Katowic.
Czasy były ciężkie więc czymś oczywistym było dzielenie się dobrodziejstwami ze wsi.
 
Maluchy bawiły się w osobnym pokoju. Luiza będzie pewnie pamiętać najwięcej. Krycha mało a Aneta  nic.
W mojej pamięci pozostał tłumiony gwar nocnych dyskusji przy wódce i kiełbasie z nutrii. Potem głośne, nocne tykanie nakręcanego zegara na półce z książkami, jasne światło latarń ulicznych oświetlające śpiące pokoje i... zimowy poranek niedzielny.
Dorośli w dziwnym dla mnie niepokoju chodzili z kąta kąt i o czymś o czym nie miałem pojęcia dyskutowali.
W pewnej chwili ojciec podniósł mnie i postawił na szerokim parapecie blokowego okna. Padał śnieg. Przed blokiem do dziś rosną wysokie drzewa, wtedy obsypane na biało do ostatniej gałązki. Na dole kiosk Ruchu i pusta ulica, pusty chodnik.
Staliśmy tak przez chwilę nie wiem na co czekając, bo śnieg nie był mi dziwny. Po chwili ojciec pokazał mi palcem dwóch ludzi w mundurach z wielkimi futrzanymi kołnierzami, ciasno opasanych z wielkimi czapami na głowach..
Dostojnie szli białym chodnikiem a niewinne drzewa kłaniały się im nisko. Ulicą Mikołowska przejeżdżały wozy bojowe na wielkich pompowanych kołach.
Po wspólnym śniadaniu dorośli siedzieli przy stole pili kawę extra select a dzieci w drugim pokoju bawiły się przy włączonym telewizorze. Jeden z dorosłych, siedzący przy drzwiach do drugiego pokoju odchylał się tylko by rzucić okiem przez ramię ma ekran telewizora.


Miał być teleranek a o 9:00 zamiast koguta pojawił sie facet w mundurze. Dorośli wskoczyli do małego pokoju i wszystko się im wyjaśniło. Jednak dla nas niezrozumiały był brak teleranka. Dyskusjom w dużym pokoju potem nie było końca a nasza zabawa w dziecięcym gronie trwała niezmącona.
Powrót do domu za to mieliśmy utrudniony bo na każdym skrzyżowaniu mijaliśmy wozy bojowe i żołnierzy. Nie pamiętam momentu kontroli ale rodzice pewnie się bali. Dobrze że bagażnik Fiata był już wtedy pusty, bo za jego zawartość można było pójść do więzienia.
Dziękuję za uwagę...

ZROBIŁEM FIATA KAROLINIE - 1978



Od dłuższego czasu przeglądałem ogłoszenia w poszukiwaniu malucha. Pewnej nocy pojawiło się ciekawe ogłoszenie na allegro.
Maluch z 1978 roku  w miejscowości Lubsko. Stary typ, właściwie taki pierwszy, tylko już modyfikowany przez właściciela. Brzydki i bez ważnego badania technicznego. Prawie 500km od domu, pod niemiecką granicą.
Kaśka już zasypiała, ale musiałem ją zapytać, czy nie ma nic przeciwko. Uniosła tylko powiekę i przekraczając granicę snu ziewnęła:
- A kuuupuujjj...
Kupiłem auto gestem -KUP TERAZ-  za 800 złotych. Następnego dnia zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. Zaplanowaliśmy z Kaską jesienną wycieczkę do Lubska. Sprawnie dotarliśmy na miejsce. Właściciel okazał się bardzo miły i uczciwy. Niczego nie ukrywał, a nawet obdarował nas wielką ilością części zamiennych. Kompletem dokumentów, rachunków i paragonów z napraw.
video

Żeby nim "bezpiecznie" wracać musiałem zrobić badanie techniczne. Auto było tak zgnite, że diagnosta chwycił się za głowę.  Na szarpaku podłoga dosłownie się rozjeżdżała. Dostałem tymczasowe pozwolenie na tydzień, tylko by dojechać do domu. Podpisanie umowy uczciliśmy kawą i ciastem, specjalnie upieczonym na tę okazję przez żonę właściciela.. Nie mogli się z tym maluchem rozstać, bo auto było od początku w jednej rodzinie i woziło dwa pokolenia. Teraz nasze młode pokolenie będzie kolejnym.


Noc spędziliśmy w hotelu w Lubsku i rano po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę... z duszą na ramieniu bo hamulce były bardzo słabe, a prędkość maksymalna 80km/h.



Po drodze miałem małą awarię, bo maluch gubił zapłon. Okazało się, że pierścień segera spadł z ośki przerywacza i robił zwarcie w aparacie zapłonowym.
Na pełnym baku zrobiłem 400 km. Przed Katowicami wlałem piątkę z kanistra i dojechałem do domu.
Z Karoliną i Sebastianem w jeden dzień całego rozebraliśmy. Została buda na kołach. Już wtedy wiedziałem jak wiele części będzie potrzebnych.
  Pas przedni, połowa podłogi bagażnika, błotniki, progi, poszycia boków, belka tylna, podłoga przestrzeni pasażerskiej, miski sprężyn, wzmocnienie pod przednie wahacze, uchwyty podnośnika. Do tego arkusz blachy 1mm na łaty i dwójka na ścianę grodziową pod układem kierowniczym, szyny siedzeń.
 Do tego jeszcze pompa hamulcowa , wspornik układu kierowniczego, tylny wahacz, przewody miedziane, szczęki, przeguby, zabieraki, chromowane zderzaki, komplet siedzeń ze starego malucha, konsola przełączników bo była połamana, nowa szybka licznika, klamki wewnętrzne i zewnętrzne chromowane, radio z epoki -Tramp - Unitra, półka na głośnik wąska, białe szybki lamp i kierunkowskazów, hak na biało i felgi lakierem proszkowym, pasy bezpieczeństwa statyczne niebieskie, gniazdo elektryczne haka, bałwany, odboje, cienka kierownica, linki,



Źle robi się blacharkę kiedy auto było wcześniej rozbite i naprawiane z pomocą palnika, a elementy spawane po rancie bez nawiercania.  Takie były czasy. Z tego powodu miałem utrudnione zadanie, bo gdy do tego doda się, tak zwane, części wyprodukowane w prl'u przez rzemieślników to robota jest jeszcze gorsza bo nic nie pasuje.

Nie ma się co rozpisywać o fizycznej pracy. Była straszna. Cięcie, spawanie, pasowanie, dorabianie, szlifowanie. Nie liczyłem godzin, ale jedno jest pewne, lepiej więcej zapłacić za auto w lepszym stanie bo potem naprawa jest bardziej komfortowa i wszystko dobrze pasuje.Przygotowanie do lakierowania to kolejne dni rzeźbienia kitu i podkładu.  Szlifowanie i lakierowanie zakończyło pewien etap. Konserwacja,
 składanie to kolejne dni. Drzwi jeden dzień, instalacja elektryczna jeden dzień, silnik, hamulce, wnętrze i...już mi się nie chce dalej wymieniać.
Skończyłem.
Przeszedł przegląd, został przerejestrowany i Karolina oraz Sebastian czekają na egzamin z prawa jazdy. Numer rejestracyjny czekał rok w wydziale komunikacji w Żywcu. ( Dorota Hebda - dzięki)




















video

CZARNY ATRAMENT, LISTY SZYMBORSKIEJ

Od dawna piszę piórem. Sprawia mi to przyjemność. Piszę do ludzi. Piszę dla samego pisania. Kiedy nie piszę, wtedy czasem otwieram pióro i kreślę linie na karteczkach do notatek. To przyjemne uczucie trzymać w spracowanej, silnej dłoni, takie delikatne narzędzie, jakże inne od tych które używam na co dzień. To uczucie porównywalne z dotykiem kobiecej dłoni uniesionej do powitania. Szkoda że nie wszystkie kobiety o tym wiedzą. Nie wszystkie chcą się witać.
Dłoń, podana jak opadający liść, do ucałowania, pachnie. Ciepło ciała otulające dłoń niesie obłok zapachu ze źródła w zgięciu nadgarstka. Perfumuje się nadgarstki lecz tylko we wnętrzu. Dlaczego nie można całować ciepłego wnętrza dłoni by sycić się aromatem intymnego wyboru perfum.
Dlatego witając się czule dotykiem policzków, zawsze sięgam szyi by poznać osobisty wybór zapachu. Zdarza się, że ten zapach  zostaje na moim policzku dłużej i towarzyszy mi jeszcze przez jakiś czas.

Pisząc, czasami zaciągam się zapachem atramentu, celowo zbliżając stalówkę do nosa. Ten moment ożywia obrazy z dzieciństwa. Lata nauki pisania tanimi chińskimi piórami i atramentem Hero, bo innego po prostu nie było. Do dziś można go kupić za 3,50zł i te same pióra Herb 330 w podobnej cenie.
Wąchając atramenty różnych marek zastanawiałem się czy istnieją perfumy posiadające choćby w minimalnym stopniu nutę zapachową zbliżoną do atramentu.
Przeszukiwałem internet wpisując rozmaite konfiguracje haseł dla wyszukiwarki i ku swojemu zaskoczeniu znalazłem kilka opisów jednej perfumy

                                                 LALIQUE  --  ENCRE NOIRE  --  
  


Ciężkie, prosto ciosane, ciemne szkło przypominające kałamarz. Trochę większe niż buteleczki z atramentem. Zamknięte drewnianą zatyczką z ciemno bejcowanego drewna i tłoczoną sygnaturą.  Precyzyjny atomizer 100ml.
Bardzo pozytywne recenzje blogerów i opisy wrażeń zapachowych spowodowały, że zapragnąłem poczuć ten zapach na własnej skórze i skonfrontować go z własną wyobraźnią.
Próbki są łatwo dostępne w internecie.
Listonosz zawsze dzwoni dwa razy.
                          
***

Zaciągnąłem się... i ne poczułem atramentu. Nie ma podobieństwa, jednak moc, wyrazistość i trwałość są jakby właśnie atramentowe. Trwałe i ponadczasowe. Zapach po wielu godzinach jest nadal wyczuwalny. Po zachłyśnięciu się gamą wielu mocnych wrażeń z czasem ustępuje dyskretnej obecności, objawiającej przy nagłych ruchach powietrza wokoło głowy. Jego delikatne ślady pozostają nawet po dwunastu godzinach, wtedy staje się tak dyskretny, że tylko dotykiem można go jeszcze odnaleźć.
Czarny Atrament skomponowany przez Nathalie Lorson doskonale pasuje do pięknego czarnego pióra okolicznościowego LAMY sygnowanego podpisem Wisławy Szymborskiej na okoliczność dwudziestej rocznicy przyznania Nagrody Nobla. Sprawiłem sobie przyjemność kupnem tego pióra podczas promocji książki "Najlepiej w życiu ma twój kot" , Listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza.

Spotkanie z autorami odbyło się w najlepszym z możliwych miejsc czyli Kawiarni Literackiej Kornel i Przyjaciele gdzie gośćmi byli Michał Rusinek, Sebastian Kudas, Teresa Walas. Listy czytali aktorzy teatru z Czeskiego Cieszyna.
Pióro LAMY jest solidnym narzędziem piśmienniczym pasującym do dłoni doskonale i z niezwykłą lekkością tańczącym na kartkach starego pożółkłego papieru.
Jeżeli ktoś chce mi dać przyjemność pisania piórem otrzymując ode mnie list, to proszę o kontakt szurens@gmail.com.

Listonosz kiedyś przyniósł mi tester. A, Karolina i Sebastian, przynieśli mi wczoraj pełny kałamarz.

Niechcący mam NIKONA.

 Listonosz puka dwa razy.
Czasem sam otwiera drzwi i krzyczy od progu - Pooocztaaa!
Zbiegam po schodach i widzę w jego rękach dużą paczkę. W tym momencie szybko analizuję czy coś zamawiałem przez internet i ile będę musiał zapłacić. On uspokaja  mnie od razu sławami - Dzisiaj za darmo! Kwituję odbiór i po chwili czuję ciężar zawartości pudełka. Mam burzę myśli, bo nie pamiętam żebym coś kupował ostatnio .
Rozpoczynam rytuał otwierania niespodzianki. Jestem pewny, że niczego nie zamawiałem. Gdybym spojrzał na etykietę, to po nazwisku nadawcy wiedziałbym od razu  Jednak nie popatrzyłem.
Pruję taśmy samoprzylepne które stawiają zaciekły opór. Targam karton i dostaję się do masy papierów pogniecionych dla bezpieczeństwa.
 Moim oczom ukazuje się piękny, czarny i ciężki obiektyw zmiennoogniskowy z wielką szybą z przodu o "rozmiarze" 28-200mm. Jedno spojrzenie na etykietę i z koślawych kalkowych liter odczytuję imię JOANNA.  .
 Tak. To od niej poczta dostarcza takie cuda jak ZORKA 4 czy PRAKTICA.
Natychmiast montuję obiektyw do Elki Nikona d60 ale nawet na manualnych ustawieniach nie chce działać. Może konieczna jest zmiana dodatkowych ustawień. Nie ma to dla mnie znaczenia bo w głowie kiełkuje już myśl o zakupie starej analogowej lustrzanki dla tego obiektywu.
Znajduję ofertę w przystępnej cenie, NIKONA EM z zoomem 35-70mm i decyduję się na jego zakup.

 Po tygodniu listonosz puka znowu dwa razy, potem krzyczy i sytuacja się powtarza ale wtedy juz wiem co trzymam w rękach. Wyjmuję z pudełka aparat z małym zoomem. Nie miał baterii dlatego nie mogłem sprawdzić czy działa. Baterie kupuję zawsze u żywieckiego zegarmistrza  "Pod dzwonnicą" bo ma duży wybór.
Włożyłem baterie i aparat nadal nie działał. Wskazówka światłomierza na matówce nie ruszała się. Jakimś cudem po kilku próbach zaczął działać. Nie wiedziałem dlaczego ale zaczął.
Jakieś klisze zawsze w domu mam więc na spółkę z Martyną "wyrobiliśmy" w ciągu tygodnia jeden film i po wywołaniu okazało się że aparat jest sprawny.
Oto kilka zdjęć:














Kiedy zakładałem drugi film do aparatu znowu przestał działać i nie umiałem go uruchomić.
Załamany rzuciłem go w kąt i zacząłem poszukiwania korpusu z gwarancją działania. Łatwo znalazłem prawie nieużywany, z pudełkiem instrukcją a nawet kartą gwarancyjną i styropianem wewnątrz. Aparat nie miał śladów używania. Można powiedzieć że "nówka sztuka" bo sprzedawca opowiedział mi, jak to jego ojciec wracając z delegacji zagranicznej, zawsze przywoził sprzęt fotograficzny dlatego on ma tego wiele i teraz sprzedaje.
Tym sposobem lekcja uruchomienia aparatu kosztowała mnie drugie body Nikona bo wtedy zorientowałem się żeby uruchomić światłomierz konieczne jest naciągnięcie kliszy do klatki numer 1 na liczniku zdjęć. Takie cuda! Tym sposobem niechcący mam dwa aparaty z zoomami a w drodze obiektyw tzw. standard 50mm f2 Helios/Kiev. A w najbliższą sobotę odbieramy kolejne negatywy z wywołania.
Dużo radości sprawiły mi ulotki i foldery dołączone do aparatu którego produkcja rozpoczęła się w 1979 roku czyli 37 lat temu.
  

Wiecej, tylko analogowych zdjęć: SZURENS.TUMBLR.COM

Targi książki Katowice.

Spakowałem pospiesznie książki przeznaczone na wymianę u Sląskich Blogerów Książkowych do walizki po maszynie do pisania Łucznik, którą Karolina wyjęła żeby pisać listy. Rzuciłem na tylne siedzenie samochodu i pognałem autem po Kingę, która miała ochotę pojechać ze mną.

Targi Książki odbywały się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach i od pierwszego wejrzenia Centrum urzekło mnie jako obiekt architektoniczny. Potwierdzenie swojego zachwytu znalazłem w książce F. Springera pt.: "Księga zachwytów". Centrum Kongresowe jest monumentalne lecz nie dominujące. Nawiązujące do górniczej, a właściwie "węglowej"  tradycji śląska. Przyciąga wzrok, mając za plecami potężny budynek  NOSPR i kłoni się Spodkowi, który jest królem Katowic.

Wstęp wolny na targi trochę mnie zaskoczył bo w Krakowie trzeba płacić. Szatnia nie była konieczna, bo nie było tak gorąco jak w krakowskim ulu. Wielka przestrzeń dawała komfortową swobodę.
Od razu trafiliśmy z Kingą do Śląskich Blogerów Książkowych, gdzie poznałem jej znajomych biblionetkowych i mogłem pozbyć się balastu z walizki. Nie wiedziałem, że wymianą książkową rządzą pewne zasady. Ustalono przedział wiekowy książek do wymiany od...chyba  1999r. do 2016 roku. Miałem na szczęście kilka z tego przedziału i wymieniłem na Edelmana, Lisa, Rylskiego i Magdę Jethon. Resztę zostawiłem, ale jak się potem okazało nikt nie chciał starych książek nawet za darmo.
Po krótkim rekonesansie wróciłem do ŚBK i zabrałem walizkę z resztą
Dziennik Zachodni 
książek do antykwariusza, który kupił je ode mnie za parę złotych. Tym sposobem pozbyłem się ciężaru by zrobić miejsce na nowe książki bo w torbie już mi się nie mieściły.



 Zachwycony niezliczoną ilością książek, chodziłem od stoiska do stoiska, próbując obmyślić jakiś system by nie być błędnym rycerzem pośród boksów wystawowych. Dotykałem, oglądałem, ale nie wąchałem książek próbując zapamiętać po którą wrócić, a którą jednak odpuścić bo nie można mieć wszystkiego i trzeba liczyć siły na zamiary.
Zabłądziłem. Pojawiałem się przy stoiskach, przy których już byłem. Dziewczyny widzące mnie po raz kolejny, uśmiechały się z sympatią (a może z politowaniem). Łaziłem tak, że przegapiłem spotkanie z Sylwią

Chutnik, a tak chciałem zobaczyć z bliska różową grzywkę Jolanty (sic!). Zależało mi na tym bardziej, niż na spotkaniu Filipa Springera, którego mam wszystkie książki i z którym spędziłem cały dzień w Bielsku gdy zbierał materiały do książki "Miasto Archipelag". No i trafiłem na niego przypadkiem. Wymieniliśmy trochę uprzejmości i mogłem mu podziękować za umieszczenie mojego nazwiska w ostatniej jego książce.
Do Katarzyny Bondy nie chciało mi się stać w ogromnej kolejce, tym bardziej, że niczego jej autorstwa nie przeczytałem.
W jednym ogrodzie spotkań Masterton, w drugim Płaza,  potem Jacek Cygan, a Springer na dużym ekranie po dwakroć o książce "Trzynaście  pięter" ozdobionych Śląskim Wawrzynem.
Zaskoczony byłem mnogością stoisk antykwarycznych, gdzie zostawiłem sporo gotówki uzupełniając swoja kolekcję książek, oraz kolekcję moich znajomych.

Książe w cukierni 
Najbardziej jednak cieszy mnie książka o której już dawno słyszałem, ale nakład bardzo szybko się wyczerpał i dopiero teraz pojawiło się drugie wydanie. "Książe w cukierni", to pięknie ilustrowana i wyjątkowo wydana książka  filozoficzna o szczęściu i jego przemijaniu autorstwa marka Bieńczyka i ilustratorki Joanny Concejo. Można ją czytać, można ilustrować, a nawet dedykować na każdej stronie czy notować przemyślenia. Jest na to 6 metrów miejsca.

Poza książkami pierwszy raz na targach pojawiły się płyty winylowe u jednego (narazie?) antykwariusza. Znalazłem tam Yes "Tomato"  i Dire Straits. Mam nadzieje, że za rok będzie więcej... do wydania pieniędzy.

Katowice blisko, dojazd prosty, parking duży i piękna jesienna pogoda. Do zobaczenia za rok.


retrospektywa Bohdana Butenki.


Filip Springer i Jerzy Kisielewski

"LATARNIK" - narkomanem?

Zabrałem od Kornela z regału bookcrossingowego, niepozorną książeczkę: "Latarnie morskie polskiego wybrzeża", Mariana Czernera z 1971 roku. Byliśmy z Katarzyną w wielu z opisanych tam latarniach, dlatego pomyślałem że książka może sie jeszcze przydać. Może jeszcze  kiedyś pojedziemy na wczasy nad Bałtykiem.
Książka zawiera historię latarnictwa, charakterystykę latarń polskiego wybrzeża, dane techniczne i ich budowę. Natomiast ostatni rozdział poświęcony jest latarniom w literaturze. Tam znalazłem, co następuje...


 Sienkiewicz, swojego "latarnika", oparł na relacji prasowej Horaina pisanej z ameryki, zamieszczonej w "Gazecie Polskiej" z 10.02.1877r.
Julian Horain, opisywał losy znajomego latarnika, polskiego emigranta nazwiskiem Sielawa, opierając się na artykule prasowym "New York Times'a" z 23.11.1876 roku w którym opisana jest śmierć aptekarza Sielawy.
Sienkiewicz potwierdza te informacje w liście z San Francisco 18.12.1877 roku.

Sielawa opuścił Europę około 1848 roku i przez Przylądek Dobrej Nadziei, Madagaskar,  Australię, Amerykę Południową, Środkowa dotarł do USA. Dostał pracę w latarni morskiej Colon-Aspinwall w rejonie kanału panamskiego 10 mil (mM?) od brzegu. Przebywał tam nieprzerwanie przez 26 miesięcy zaopatrywany co 2 tyg w żywność. W jednej z paczek znalazł książkę Zygmunta Kaczkowskiego zatytułowaną  "Murdelio".
Pewnego popołudnia Sielawa zatopił się w lekturze tak bardzo, że zapomniał zapalić latarnię ponieważ zasnął nad książką i tej feralnej nocy statek osiadł na mieliźnie. Z tego powodu latarnika zwolniono z posady, a on sam znienawidził książki. Przeniósł się do Nowego Yorku gdzie pracował jako aptekarz w przy ul. Leonard Street 166g.
John Biggio, drugi pracownik apteki R.B.Wilsona, znalazł Sielawę martwego na tyłach apteki. W kieszeni zmarłego znaleziono list napisany po polsku, najwyraźniej do przyjaciela z jednym charakterystycznym zdaniem
                             "(...) Chciałbym wrócić do ojczyzny, do domu i tam zakończyć życie. (...)"

  Właściciel apteki powiadomił coronera, że jego pracownik był morfinistą i najprawdopodobniej przyjął zbyt dużą dawkę narkotyku. Jednak sekcja zwłok wykazała, że Sielawa zatruł się kwasem pruskim który pewnie wypił przez pomyłkę w zamroczeniu morfinowym.

Sienkiewiczowska historia wydaje się być naciągana z kilku powodów: ponieważ według zasad, powinno być dwóch latarników po pierwsze dla bezpieczeństwa konieczne są zmiany po czterogodzinnej nocnej wachcie, poza tym obsługa i konserwacja sprzętu jest czasochłonna oraz konieczne jest zastępstwo na wypadek nagłej choroby a w przypadku złych warunków atmosferycznych kontakt z lądem jest niemożliwy nawet przez kilka dni co stanowi zagrożenie zdrowia latarnika.
Oprócz tego, autor włożył w ręce latarnika inną książkę. By wzmocnić przekaz dla czytelnika, Sielawa czytał "Pana Tadeusza" bo, być może, Sienkiewicz przewidywał słabość powieści Kaczkowskiego.
Czy zatem Latarnik był latarnikiem?

Wojna światów na winylu.

 Leżał nieruchomo spocony, przykryty pierzyną aż pod nos. Zimowy wiatr cisnął się do pokoju przez szpary w starym oknie na poddaszu, poruszając firanką blisko jego głowy. W pokoju było gorąco od pieca kuchennego i parno po sobotniej kąpieli w balii do której wodę grzało się na węglowym piecu kuchennym
Bał się że przyjdą do niego, że zostanie z niego i jego rodziny tylko cień szkieletu na podłodze. Nienawidził tego okna wieczorami, bo w ciemnym pokoju dostrzegał za firanka świecące punkty odległych okien sąsiadów. Wydawało mu się że któreś z nich jest tym strasznym okiem obcego penetrującym opuszczone domy, pokoje i piwnice w poszukiwaniu żywych. Ruszających się. Trzęsących ze strachu.
 Leżał w łóżku bez ruchu powoli oddychając by nawet pierzyna nie uniosła się jego oddechem. Myślał że jest niewidoczny dla nich. Oni przecież potrzebowali ludzkiej krwi by egzystować w naszym ziemskim środowisku.
 Patrzył w ekran starego, czarno-białego telewizora Beryl i spodziewał się, że to co widzi  na ekranie, może być za rogiem jego domu a może nawet pod parapetem okna.Wtedy jego wyobraźnia była dla niego przekleństwem. Wyobraźnia potęgowała strach który go paraliżował.
 Nie mógł wiedzieć że gdzie indziej ludzie przerażeni bardziej niż on, wychodzili z domów, pytali sąsiadów, wypełniali ulice w pośpiechu by oddalić się od obcych których jeszcze nikt właściwie nie widział ale ponoć mieli być za którymś rogiem ulicy, innym mieście. Nie wiedział tak jak oni, że obcy mogą być już w prawie każdej stolicy.
 Nie wiedział, że podobnie jak on, czuli się kiedyś mieszkańcy amerykańskich miast słuchający przy radioodbiornikach słuchowiska zrealizowanego przez Orsona Wellsa 
Wielu uwierzyło w to co usłyszeli. To było doskonale zrealizowane słuchowisko na podstawie książki Herberta Georga Wellsa pt.: "Wojny światów"
                                                                          ***
 Ja byłem tym przerażonym dzieckiem.
Nie pamiętam ile mogłem mieć wtedy lat. Może dziesięć, ale film wrył mi się w pamieć i nigdy go nie zapomniałem. Po wielu latach, może to był 1989 rok, kupiłem książkę Wellsa wydanie Iskry 1987 i przeczytałem jednym tchem. Z filmu pozostało tylko mgliste wspomnienie na kolejną dekadę.
Początki domowego internetu o prędkości 256 kb pozwoliły mi zbierać bity tygodniami bo było tylko kilka słabo aktywnych źródeł na całym świecie w sieci P2P. Chciałem jeszcze raz poczuć tamte emocje z filmem który na zawsze ze mną pozostanie. 
Potem możliwości rosły już lawinowo wraz ze wzrostem przepustowości łączy i możliwości abonamentowych. Dziś wszystko jest na wyciągniecie ręki, pozbawione pokory, cierpliwości i  tego wyjątkowego smaku wysublimowanego oczekiwaniem.


W 2013 roku do polski przyjechał Liam Neeson z music-hall'em "War of the worlds" o którym nie wiedziałem.

Wczoraj na giełdzie płyt winylowych w bielsku wygrzebałem, właściwie przypadkiem, piękny, dwupłytowy album ze ścieżką dźwiękową tegoż music-hall'u, wydany w 1978 roku przez CBS. To narazie najcenniejszy zakup tegoroczny, niosący niezapomniane emocje słuchania i niesamowite wspomnienia z dzieciństwa.

Integralną częścią płyty jest książka zawierająca reprodukcje prac artystów.: Geoff Taylor, Peter Goodfellow, Michael Trim.
















Wykonawcy. 
A adaptacja z 2005 roku z Tomem Cruis'em też mi się podobała.... takie prawo pierwszych połączeń.