Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTO (2) cieszyn (3) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (32) FOTOGRAFIE (57) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (14) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (70) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (24) pióra (1) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (16) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Niechcący mam NIKONA.

 Listonosz puka dwa razy.
Czasem sam otwiera drzwi i krzyczy od progu - Pooocztaaa!
Zbiegam po schodach i widzę w jego rękach dużą paczkę. W tym momencie szybko analizuję czy coś zamawiałem przez internet i ile będę musiał zapłacić. On uspokaja  mnie od razu sławami - Dzisiaj za darmo! Kwituję odbiór i po chwili czuję ciężar zawartości pudełka. Mam burzę myśli, bo nie pamiętam żebym coś kupował ostatnio .
Rozpoczynam rytuał otwierania niespodzianki. Jestem pewny, że niczego nie zamawiałem. Gdybym spojrzał na etykietę, to po nazwisku nadawcy wiedziałbym od razu  Jednak nie popatrzyłem.
Pruję taśmy samoprzylepne które stawiają zaciekły opór. Targam karton i dostaję się do masy papierów pogniecionych dla bezpieczeństwa.
 Moim oczom ukazuje się piękny, czarny i ciężki obiektyw zmiennoogniskowy z wielką szybą z przodu o "rozmiarze" 28-200mm. Jedno spojrzenie na etykietę i z koślawych kalkowych liter odczytuję imię JOANNA.  .
 Tak. To od niej poczta dostarcza takie cuda jak ZORKA 4 czy PRAKTICA.
Natychmiast montuję obiektyw do Elki Nikona d60 ale nawet na manualnych ustawieniach nie chce działać. Może konieczna jest zmiana dodatkowych ustawień. Nie ma to dla mnie znaczenia bo w głowie kiełkuje już myśl o zakupie starej analogowej lustrzanki dla tego obiektywu.
Znajduję ofertę w przystępnej cenie, NIKONA EM z zoomem 35-70mm i decyduję się na jego zakup.

 Po tygodniu listonosz puka znowu dwa razy, potem krzyczy i sytuacja się powtarza ale wtedy juz wiem co trzymam w rękach. Wyjmuję z pudełka aparat z małym zoomem. Nie miał baterii dlatego nie mogłem sprawdzić czy działa. Baterie kupuję zawsze u żywieckiego zegarmistrza  "Pod dzwonnicą" bo ma duży wybór.
Włożyłem baterie i aparat nadal nie działał. Wskazówka światłomierza na matówce nie ruszała się. Jakimś cudem po kilku próbach zaczął działać. Nie wiedziałem dlaczego ale zaczął.
Jakieś klisze zawsze w domu mam więc na spółkę z Martyną "wyrobiliśmy" w ciągu tygodnia jeden film i po wywołaniu okazało się że aparat jest sprawny.
Oto kilka zdjęć:














Kiedy zakładałem drugi film do aparatu znowu przestał działać i nie umiałem go uruchomić.
Załamany rzuciłem go w kąt i zacząłem poszukiwania korpusu z gwarancją działania. Łatwo znalazłem prawie nieużywany, z pudełkiem instrukcją a nawet kartą gwarancyjną i styropianem wewnątrz. Aparat nie miał śladów używania. Można powiedzieć że "nówka sztuka" bo sprzedawca opowiedział mi, jak to jego ojciec wracając z delegacji zagranicznej, zawsze przywoził sprzęt fotograficzny dlatego on ma tego wiele i teraz sprzedaje.
Tym sposobem lekcja uruchomienia aparatu kosztowała mnie drugie body Nikona bo wtedy zorientowałem się żeby uruchomić światłomierz konieczne jest naciągnięcie kliszy do klatki numer 1 na liczniku zdjęć. Takie cuda! Tym sposobem niechcący mam dwa aparaty z zoomami a w drodze obiektyw tzw. standard 50mm f2 Helios/Kiev. A w najbliższą sobotę odbieramy kolejne negatywy z wywołania.
Dużo radości sprawiły mi ulotki i foldery dołączone do aparatu którego produkcja rozpoczęła się w 1979 roku czyli 37 lat temu.
  

Wiecej, tylko analogowych zdjęć: SZURENS.TUMBLR.COM

Targi książki Katowice.

Spakowałem pospiesznie książki przeznaczone na wymianę u Sląskich Blogerów Książkowych do walizki po maszynie do pisania Łucznik, którą Karolina wyjęła żeby pisać listy. Rzuciłem na tylne siedzenie samochodu i pognałem autem po Kingę, która miała ochotę pojechać ze mną.

Targi Książki odbywały się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach i od pierwszego wejrzenia Centrum urzekło mnie jako obiekt architektoniczny. Potwierdzenie swojego zachwytu znalazłem w książce F. Springera pt.: "Księga zachwytów". Centrum Kongresowe jest monumentalne lecz nie dominujące. Nawiązujące do górniczej, a właściwie "węglowej"  tradycji śląska. Przyciąga wzrok, mając za plecami potężny budynek  NOSPR i kłoni się Spodkowi, który jest królem Katowic.

Wstęp wolny na targi trochę mnie zaskoczył bo w Krakowie trzeba płacić. Szatnia nie była konieczna, bo nie było tak gorąco jak w krakowskim ulu. Wielka przestrzeń dawała komfortową swobodę.
Od razu trafiliśmy z Kingą do Śląskich Blogerów Książkowych, gdzie poznałem jej znajomych biblionetkowych i mogłem pozbyć się balastu z walizki. Nie wiedziałem, że wymianą książkową rządzą pewne zasady. Ustalono przedział wiekowy książek do wymiany od...chyba  1999r. do 2016 roku. Miałem na szczęście kilka z tego przedziału i wymieniłem na Edelmana, Lisa, Rylskiego i Magdę Jethon. Resztę zostawiłem, ale jak się potem okazało nikt nie chciał starych książek nawet za darmo.
Po krótkim rekonesansie wróciłem do ŚBK i zabrałem walizkę z resztą
Dziennik Zachodni 
książek do antykwariusza, który kupił je ode mnie za parę złotych. Tym sposobem pozbyłem się ciężaru by zrobić miejsce na nowe książki bo w torbie już mi się nie mieściły.



 Zachwycony niezliczoną ilością książek, chodziłem od stoiska do stoiska, próbując obmyślić jakiś system by nie być błędnym rycerzem pośród boksów wystawowych. Dotykałem, oglądałem, ale nie wąchałem książek próbując zapamiętać po którą wrócić, a którą jednak odpuścić bo nie można mieć wszystkiego i trzeba liczyć siły na zamiary.
Zabłądziłem. Pojawiałem się przy stoiskach, przy których już byłem. Dziewczyny widzące mnie po raz kolejny, uśmiechały się z sympatią (a może z politowaniem). Łaziłem tak, że przegapiłem spotkanie z Sylwią

Chutnik, a tak chciałem zobaczyć z bliska różową grzywkę Jolanty (sic!). Zależało mi na tym bardziej, niż na spotkaniu Filipa Springera, którego mam wszystkie książki i z którym spędziłem cały dzień w Bielsku gdy zbierał materiały do książki "Miasto Archipelag". No i trafiłem na niego przypadkiem. Wymieniliśmy trochę uprzejmości i mogłem mu podziękować za umieszczenie mojego nazwiska w ostatniej jego książce.
Do Katarzyny Bondy nie chciało mi się stać w ogromnej kolejce, tym bardziej, że niczego jej autorstwa nie przeczytałem.
W jednym ogrodzie spotkań Masterton, w drugim Płaza,  potem Jacek Cygan, a Springer na dużym ekranie po dwakroć o książce "Trzynaście  pięter" ozdobionych Śląskim Wawrzynem.
Zaskoczony byłem mnogością stoisk antykwarycznych, gdzie zostawiłem sporo gotówki uzupełniając swoja kolekcję książek, oraz kolekcję moich znajomych.

Książe w cukierni 
Najbardziej jednak cieszy mnie książka o której już dawno słyszałem, ale nakład bardzo szybko się wyczerpał i dopiero teraz pojawiło się drugie wydanie. "Książe w cukierni", to pięknie ilustrowana i wyjątkowo wydana książka  filozoficzna o szczęściu i jego przemijaniu autorstwa marka Bieńczyka i ilustratorki Joanny Concejo. Można ją czytać, można ilustrować, a nawet dedykować na każdej stronie czy notować przemyślenia. Jest na to 6 metrów miejsca.

Poza książkami pierwszy raz na targach pojawiły się płyty winylowe u jednego (narazie?) antykwariusza. Znalazłem tam Yes "Tomato"  i Dire Straits. Mam nadzieje, że za rok będzie więcej... do wydania pieniędzy.

Katowice blisko, dojazd prosty, parking duży i piękna jesienna pogoda. Do zobaczenia za rok.


retrospektywa Bohdana Butenki.


Filip Springer i Jerzy Kisielewski

"LATARNIK" - narkomanem?

Zabrałem od Kornela z regału bookcrossingowego, niepozorną książeczkę: "Latarnie morskie polskiego wybrzeża", Mariana Czernera z 1971 roku. Byliśmy z Katarzyną w wielu z opisanych tam latarniach, dlatego pomyślałem że książka może sie jeszcze przydać. Może jeszcze  kiedyś pojedziemy na wczasy nad Bałtykiem.
Książka zawiera historię latarnictwa, charakterystykę latarń polskiego wybrzeża, dane techniczne i ich budowę. Natomiast ostatni rozdział poświęcony jest latarniom w literaturze. Tam znalazłem, co następuje...


 Sienkiewicz, swojego "latarnika", oparł na relacji prasowej Horaina pisanej z ameryki, zamieszczonej w "Gazecie Polskiej" z 10.02.1877r.
Julian Horain, opisywał losy znajomego latarnika, polskiego emigranta nazwiskiem Sielawa, opierając się na artykule prasowym "New York Times'a" z 23.11.1876 roku w którym opisana jest śmierć aptekarza Sielawy.
Sienkiewicz potwierdza te informacje w liście z San Francisco 18.12.1877 roku.

Sielawa opuścił Europę około 1848 roku i przez Przylądek Dobrej Nadziei, Madagaskar,  Australię, Amerykę Południową, Środkowa dotarł do USA. Dostał pracę w latarni morskiej Colon-Aspinwall w rejonie kanału panamskiego 10 mil (mM?) od brzegu. Przebywał tam nieprzerwanie przez 26 miesięcy zaopatrywany co 2 tyg w żywność. W jednej z paczek znalazł książkę Zygmunta Kaczkowskiego zatytułowaną  "Murdelio".
Pewnego popołudnia Sielawa zatopił się w lekturze tak bardzo, że zapomniał zapalić latarnię ponieważ zasnął nad książką i tej feralnej nocy statek osiadł na mieliźnie. Z tego powodu latarnika zwolniono z posady, a on sam znienawidził książki. Przeniósł się do Nowego Yorku gdzie pracował jako aptekarz w przy ul. Leonard Street 166g.
John Biggio, drugi pracownik apteki R.B.Wilsona, znalazł Sielawę martwego na tyłach apteki. W kieszeni zmarłego znaleziono list napisany po polsku, najwyraźniej do przyjaciela z jednym charakterystycznym zdaniem
                             "(...) Chciałbym wrócić do ojczyzny, do domu i tam zakończyć życie. (...)"

  Właściciel apteki powiadomił coronera, że jego pracownik był morfinistą i najprawdopodobniej przyjął zbyt dużą dawkę narkotyku. Jednak sekcja zwłok wykazała, że Sielawa zatruł się kwasem pruskim który pewnie wypił przez pomyłkę w zamroczeniu morfinowym.

Sienkiewiczowska historia wydaje się być naciągana z kilku powodów: ponieważ według zasad, powinno być dwóch latarników po pierwsze dla bezpieczeństwa konieczne są zmiany po czterogodzinnej nocnej wachcie, poza tym obsługa i konserwacja sprzętu jest czasochłonna oraz konieczne jest zastępstwo na wypadek nagłej choroby a w przypadku złych warunków atmosferycznych kontakt z lądem jest niemożliwy nawet przez kilka dni co stanowi zagrożenie zdrowia latarnika.
Oprócz tego, autor włożył w ręce latarnika inną książkę. By wzmocnić przekaz dla czytelnika, Sielawa czytał "Pana Tadeusza" bo, być może, Sienkiewicz przewidywał słabość powieści Kaczkowskiego.
Czy zatem Latarnik był latarnikiem?

Wojna światów na winylu.

 Leżał nieruchomo spocony, przykryty pierzyną aż pod nos. Zimowy wiatr cisnął się do pokoju przez szpary w starym oknie na poddaszu, poruszając firanką blisko jego głowy. W pokoju było gorąco od pieca kuchennego i parno po sobotniej kąpieli w balii do której wodę grzało się na węglowym piecu kuchennym
Bał się że przyjdą do niego, że zostanie z niego i jego rodziny tylko cień szkieletu na podłodze. Nienawidził tego okna wieczorami, bo w ciemnym pokoju dostrzegał za firanka świecące punkty odległych okien sąsiadów. Wydawało mu się że któreś z nich jest tym strasznym okiem obcego penetrującym opuszczone domy, pokoje i piwnice w poszukiwaniu żywych. Ruszających się. Trzęsących ze strachu.
 Leżał w łóżku bez ruchu powoli oddychając by nawet pierzyna nie uniosła się jego oddechem. Myślał że jest niewidoczny dla nich. Oni przecież potrzebowali ludzkiej krwi by egzystować w naszym ziemskim środowisku.
 Patrzył w ekran starego, czarno-białego telewizora Beryl i spodziewał się, że to co widzi  na ekranie, może być za rogiem jego domu a może nawet pod parapetem okna.Wtedy jego wyobraźnia była dla niego przekleństwem. Wyobraźnia potęgowała strach który go paraliżował.
 Nie mógł wiedzieć że gdzie indziej ludzie przerażeni bardziej niż on, wychodzili z domów, pytali sąsiadów, wypełniali ulice w pośpiechu by oddalić się od obcych których jeszcze nikt właściwie nie widział ale ponoć mieli być za którymś rogiem ulicy, innym mieście. Nie wiedział tak jak oni, że obcy mogą być już w prawie każdej stolicy.
 Nie wiedział, że podobnie jak on, czuli się kiedyś mieszkańcy amerykańskich miast słuchający przy radioodbiornikach słuchowiska zrealizowanego przez Orsona Wellsa 
Wielu uwierzyło w to co usłyszeli. To było doskonale zrealizowane słuchowisko na podstawie książki Herberta Georga Wellsa pt.: "Wojny światów"
                                                                          ***
 Ja byłem tym przerażonym dzieckiem.
Nie pamiętam ile mogłem mieć wtedy lat. Może dziesięć, ale film wrył mi się w pamieć i nigdy go nie zapomniałem. Po wielu latach, może to był 1989 rok, kupiłem książkę Wellsa wydanie Iskry 1987 i przeczytałem jednym tchem. Z filmu pozostało tylko mgliste wspomnienie na kolejną dekadę.
Początki domowego internetu o prędkości 256 kb pozwoliły mi zbierać bity tygodniami bo było tylko kilka słabo aktywnych źródeł na całym świecie w sieci P2P. Chciałem jeszcze raz poczuć tamte emocje z filmem który na zawsze ze mną pozostanie. 
Potem możliwości rosły już lawinowo wraz ze wzrostem przepustowości łączy i możliwości abonamentowych. Dziś wszystko jest na wyciągniecie ręki, pozbawione pokory, cierpliwości i  tego wyjątkowego smaku wysublimowanego oczekiwaniem.


W 2013 roku do polski przyjechał Liam Neeson z music-hall'em "War of the worlds" o którym nie wiedziałem.

Wczoraj na giełdzie płyt winylowych w bielsku wygrzebałem, właściwie przypadkiem, piękny, dwupłytowy album ze ścieżką dźwiękową tegoż music-hall'u, wydany w 1978 roku przez CBS. To narazie najcenniejszy zakup tegoroczny, niosący niezapomniane emocje słuchania i niesamowite wspomnienia z dzieciństwa.

Integralną częścią płyty jest książka zawierająca reprodukcje prac artystów.: Geoff Taylor, Peter Goodfellow, Michael Trim.
















Wykonawcy. 
A adaptacja z 2005 roku z Tomem Cruis'em też mi się podobała.... takie prawo pierwszych połączeń.

Dom na Granicy.





 Kiedyś, kino lepsze było niż sex. 


 W tym roku było pełnoletnie, a sex był tak późno, że nie doczekałem "wisienki na torcie", jak pisali organizatorzy, o nocnych projekcjach kina erotycznego. Z łatwością zasypiałem syty wrażeń festiwalowych i budziłem się głodny nowych przeżyć estetycznych i emocjonalnych.
Po latach obcowania z przeglądem Kino na Granicy, Cieszyn stał sie dla mnie drugim domem również  za sprawą nowej, uroczej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele, która jest mi najbliższym miejscem w Cieszynie.
Z zapasem klisz 35mm i aparatem Lomo Lc-a wjechałem do świetlicy Krytyki Politycznej, odebrać dobra jakie przysługują każdemu zadeklarowanemu widzowi. Przed projekcjami chciałem jednak przywitać się z Kornelem. Jego mecenaska Mariola wita mnie zawsze w jego imieniu z czułością, dzięki czemu czuję się tam jak domownik, witany gęstą kawą pachnącą od progu.
Na moście przyjaźni. KP 
 Nie zakładałem co będzie dla mnie ważniejsze podczas tegorocznej majówki. Czy Ciało/Body z jego ograniczeniami i możliwościami, akceptacją i odrzuceniem czy dusza i emocje jakich oczekiwałem od filmów i spotkań.
Chyba tego oczekuje się od filmu, żeby widz wyszedł z kina poruszony i nie jest ważne jakimi emocjami zostanie dotknięty. Czy będzie śmiał się czy płakał, czy będzie czuł złość czy bezsilność. Film ma widza poruszyć. Jeżeli nic takiego nie ma miejsca to znaczy że praca realizatorów nie była najlepsza. Jedni w takiej sytuacji wychodzą z kina niezadowoleni ale są i tacy kinomani jak np. Stanisław Janicki który, kierowany szacunkiem dla pracy ekipy filmowej ogląda film do końca ponieważ jak twierdzi: Nigdy nie wiemy co nas spotka na ekranie później i należy się to wszystkim którzy ciężko pracowali na planie i w studiu.
Dyr. Łukasz Maciejewski dla TV.
Na szczęście to zdanie usłyszałem z jego ust już po festiwalu, dlatego łatwiej było mi wyjść w połowie seansu filmu Gejsza,  czułem się także usprawiedliwiony, gromkim śmiechem dobiegającym z sali w wielu  momentach. I to nie była komedia.
 Wyszedłem z założenia, że po co mam się męczyć na słabym filmie skoro mogę posiedzieć u Kornela w "Zacisznym" kącie, pijąc kawę i przeglądając książki z półek księgarni i antykwariatu albo porozmawiać np. z Markiem Koterskim o naszych "obsranych bachorach".

Szura / Koterski
Rozrywany pomiędzy stroną polską i czeska motałem się pomiędzy duszą i ciałem. Pomiędzy wspaniałymi  czarno-białymi, statycznymi zdjęciami Adama Sikory a skomplikowanym wnętrzem Olgi Hepnarovej której nikt nie potrafił pomóc ani zrozumieć. Doprowadziło ją to "na skraj załamania nerwowego" skąd wystarczył tylko jeden prosty krok by zwrócić uwagę społeczności na istnienie osób borykających się z takimi jak ona problemami adaptacji w społeczeństwie i poszukiwaniu tożsamości.
foto:KnG
Olga Hepnarova pozostanie w mojej pamięci na długo, podobnie jak minione "Obrazy starego świata", po których długo milczałem.
Marian Dziędziel i dyr. Łukasz Maciejewski. foto:KnG



Agata Kulesza





















Milczałem, po filmie "Róża"  z Dorocińskim i Kuleszą, której po spotkaniu powiedziałem jak bardzo mnie wzruszyła postać którą grała. Ona jest taka mała i jednocześnie taka mocna. Jak sama powiedziała, role wybiera jak chce, jednocześnie mając świadomość że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlatego "...córki krowy"  były konieczne by otrząsnąć się po traumie wojennej i prl'owskiej przemocy.

Szura / Kulesza


-...
-Niech mi pan nie mówi, bo też się zaraz rozpłaczę. -odpowiedziała na moje wyznanie, ofiarując wspólny autoportret.


Pamiętacie jaką burzę wywołała książka J.T.Grossa "Sąsiedzi", potem następna "Strach", aż w kinach pojawił sie film "Pokłosie". Maciek Stuhr z goryczą opowiadał kiedyś w Cieszynie o pokłosiu tego filmu.
Podobny los pewnie spotka film "Klezmer" którego nikt nie chce dystrybuować w polsce na szeroką skalę, gdyż obnaża prawdziwe oblicze polaków w obliczu wojny, zagrożenia i... wizji pieniędzy. Bardzo dobry film niosący mocny przekaz, zrealizowany przy niskim budżecie w naturalnej, leśnej scenerii. Zdobył kilka nagród ale jeszcze nie odbił się echem w polskich mediach.
 Nie sposób opisać wszystkich filmów. Nie sposób też zobaczyć. Trudno się zmobilizować kiedy pachnie gęsta kawa u Kornela. Czasem ważne jest lenistwo i świadomość że nic nie muszę. Nie muszę zobaczyć stu filmów, codziennych koncertów czy wszystkich wystaw. Kino na Granicy to takie wczasy, chwila na slowlife w zabieganym życiu. Książka, spacer, zdjęcia...
Najważniejsze tylko są te filmy które na długo zapadają w pamieć. Te, które "przywozi się" do domu w sercu i przedstawia jako lekturę obowiązkową dla reszty rodziny.

"Góra Tajget" - góra Żar


Siedziała w ciemnym kącie kawiarni literackiej obserwując gości wchodzących na spotkanie. Nas też dostrzegła. Czekając, patrzyłem na jej zdjęcie z okładki książki nie mając pewności czy to ta sama osoba którą widzę obok. Patrzyła na mnie z okładki zimnym wzrokiem, niedostępna założonymi ramionami które obejmują siebie skrywając wewnętrzną tajemnicę. Nie czytałem jeszcze jej książki.
Może to i dobrze bo dziewczyna o perlistym uśmiechu, w zwiewnej, letniej sukience wydawała się taka inna
od tej którą trzymałem w dłoniach.

Opowiadała o pracy nad książką. O łączeniu obowiązków rodzinnych i zawodowych,  przyznając się do chwil słabości, kiedy po zgromadzeniu materiału musiała rozpocząć pisanie a wtedy nagle pojawiło się wiele, mniej lub bardziej, istotnych rzeczy do zrobienia, które odwlekały decydujący moment kontaktu z klawiaturą. Skądś znam to uczucie i nie jest mi obce nawet teraz.

Książka porusza ważny temat eliminacji "jednostek społecznie bezużytecznych" , i choć jest zbiorem opowieści to fakty w nich zawarte dają nam  obraz  preludium ostatecznego rozwiązania choć nie jest to książka stricte wojenna czy historyczna
To bardziej próba przywrócenia pamięci zapomnianych ofiar które w końcu zostaną nazwane i przypomniane dzięki społecznej inicjatywie mieszkańców śląska. Przypomniane nawet pomimo pewnego społecznego oporu i obojętności tłumaczonego tzw " przyczynami obiektywnymi"
To również problem winy i odpowiedzialności oraz relatywizmu moralnego sprawców, pomocników i ludzi odpowiedzialnych za te konkretne zbrodnie dokonane na dzieciach..

Jest w tej książce także pewna niespodzianka która dotyczy naszego regionu. Góry Żar. Zapory w Porąbce. Samochodów jadących mimo grawitacji i robotników przymusowych z Auschwitz oraz ich oprawców wypoczywających na brzegach Soły w nagrodę za dobre wyniki.

     
video

BIOGRAFIA MALUCHA

fot:Oyrzanowska
Stoi i czeka na remont, nasz nowy - stary maluch "dla młodej pary" na osiemnaste urodziny. Po, chyba dwunastu latach historia zatoczyła wielkie koło. Miałem malucha  "600" z 1981r. szałwiowego (331 Polifarb Cieszyn). Zrobiłem w nim samodzielnie, dwa remonty karoserii z lakierowaniem i dwa remonty silnika z poprawą parametrów. Sprzedałem kiedy powiększyła się rodzina. Mam nadzieję, że służył komuś jeszcze długo.
Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze raz zmierzyć się z małym Fiatem.
Tym razem model '78 który o własnych siłach przejechał 500km do nowego domu w Pewli Małej, z miejscowości Lubsko niedaleko Żarów.
Wiele osób dowiedziało się o naszym nowym nabytku z fejsbuka czy instagramu.

Pod choinką w minione święta znaleźliśmy książkę "Biografia malucha" napisaną przez Przemysława Semczuka w 2014 roku. Aniołem z prezentami okazała się wyjątkowa Kobieta na karuzeli życia.
Budowę malucha znam na pamięć, ale jego historia nie była mi tak bliska.

Zakładowy Hotel Klubowy FSM dla gości i delegacji.
Wnętrze projektował W. Zin i zespół. BB ul. Laskowa 52
Książka jest zapisem faktów podanych z lekkością, okraszona kilkunastoma zdjęciami archiwalnymi i wieloma anegdotami jakie powstawały w tamtych czasach.
Biografia jest nie tylko życiorysem samochodu, ale również historią powstania fabryk, w Bielsku i Tychach. Przedstawia zmagania budowniczych z rzeczywistością okresu PRL'u i tym co charakteryzowało tamte czasy. Od braków materiałowych przez niedostatek fachowców, aż po skomplikowane układy na najwyższych szczeblach władzy od której wtedy wszystko zależało. Wyraziście pokazuje rozdźwięk pomiędzy tym co znaliśmy z prasy, radia i telewizji, a tym co spędzało sen z powiek nie tylko dyrekcji fabryki ale i zwykłym obywatelom borykającym się z deficytem części zamiennych na rynku.
To ciekawa lektura zwłaszcza dla ludzi którzy mają teraz maluchy, a nie pamiętają tamtych czasów. Dzięki niej łatwo przeniosą się do kolejki po benzynę na kartki, czy po części niepełnowartościowe do Bomisu. Przejadą się dookoła świata maluchem i dookoła Polski, a nawet zobaczą jak naprawia się fiacika na chodniku. Wyprodukowano prawie 3 400 000 sztuk. Kabriolety, kombi, dostawczego, do m malowania pasów na jezdni,  dla inwalidy, do wojska, a nawet trzykołowego. Ostatniego w 2000 roku.

tata
Wiele prototypów powstało w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym  OBR ,  później BOSMAL. Tam pracował mój ojciec i jego koledzy od których wiele się nauczyłem: Robert Biłko, Piotr Kajfosz, Mietek Kubica.
 








25 LAT CZEKAŁEM NA SER.

 Dwadzieścia piec lat temu przyjechał facet polonezem w poszukiwaniu ślusarza. Sam właściwie nie wiedział czy ślusarza czy bardziej kowala. Pokazał mojemu ojcu dziwny przedmiot i zaczął tłumaczyć o co mu chodzi.
-Bo wie pan, najlepiej to by było wziąć kosę i ją odpuścić. - rozpoczął. Potem, pociąć na kawałki wielkości pudełka zapałek tę cienką blachę i powyginać, tak jak panu pokazuję, a po wszystkim znowu je zahartować. I ważne jest żeby były dokładnie zrobione, tak do dwóch dziesiątek w środku, i tu - pokazał palcem, żeby miały taki skos zaostrzony z jednej i drugiej zewnętrznej strony. Dokładnie taki, bo wewnętrzny wymiar jest najistotniejszy.
-Będę sprawdzał suwmiarką. - dodał na zakończenie
Ojciec tak słuchał i spoglądał, to na niego, to na ten prosty a jednak dziwny przedmiot. Pozwolił mu mówić. Nie przerywał, bo w głowie już klarowała mu się wizja jak on by to zrobił. Mrużył jedno oko w skupieniu, bo dym z  Klubowego w kąciku ust unosił się prosto do oka.
-Nikt się nie będzie pieprzył z jakimś odpuszczaniem kosy.- powiedział ojciec. Mam swojego człowieka w Befamie gdzie lata pracowałem i on mi zrobi takie blaszki, a ja dorobię całą  resztę.
Rzemieślnikowi "starej daty" nie trzeba dwa razy tłumaczyć kiedy on ma juz w głowie wizję gotowego przedmiotu.
łyżeczki do zdejmowania łyka
 To było około 1990 roku. Od tamtej wizyty, Henryk przyjeżdża do nas kilka razy w roku i zamawia po kilkadziesiąt sztuk narzędzi.
Już wtedy sam przygotowywałem niektóre operacje i detale do wykonania ŁYŻECZEK które służyły  do zdejmowania łyka z pni drzew.
Pewnie widzieliscie kiedyś w lesie powalone pnie świerkowe które bielą się równymi paskami zdjętego łyka.
 Najłatwiej natknąć się na ślady pracy leśników, a właściwie SKÓRKORZY, w naszych beskidach. Tylko w naszym regionie ludziom  chce się mozolnie ciąć paski po pół metra, które idą w tysiące sztuk. Ostatni rekord to około 3000 km. bieżących, czyli taki jeden pasek od nas do wybrzeża Portugalii.
Praca skórkorzy jest bardzo pożyteczna ponieważ pojawiają się w lesie zawsze przy okazji masowej wycinki drzew, oraz podczas porządkowania lasu po wichurach które robią duże spustoszenie w drzewostanie. Poza tym pozbawienie pnia kory i łyka, eliminuje skutecznie szkodniki.
ser na paskach łyka 
Wiedzieliśmy od samego początku, że te drewniane paski służą do pakowania francuskich serów. Niestety ojciec nigdy tego sera nie spróbował i już nie spróbuje. Z resztą jakoś nie miało to dla nas wtedy większego znaczenia. Dopiero niedawno wspomniałem Henrykowi, że chciałbym jednak zobaczyć i spróbować tego sera, oraz zobaczyć jak jest pakowany w nasze paski.
 Dziś dostałem po raz pierwszy porcję sera w drewnianym pudełku ale to pudełko nie ma nic wspólnego z naszymi paskami łyka. Okazuje się że nasze łyko jest wewnątrz sera, zatopione w białym puchu pleśniowym. Nasze beskidzkie łyko świerkowe nadaje aromat francuskiemu serowi spod szwajcarskiej granicy. Produkowany nieprzerwanie od 1845 roku, dojrzewa 3 tygdnie w temperaturze 15stC. To ser sezonowy wytwarzany od września do marca z surowego mleka krowiego. Podawany najczęściej na ciepło w półpłynnej postaci.




 Słowa dla wyszukiwarki: ser pleśniowy mont d'or napiot,  ser montdor, mont dor.

WALKA O CZYTELNICTWO

 Rzadko zdarzają się ciekawe znaleziska w książkach jako zakładki, ale po ostatniej wizycie na targu i zakupie kilkunastu książek, niespodzianką były skarby ukryte między kartkami.
Kiedyś paragon z amerykańskiego sklepu z datą kwietnia 1985 roku w książce "Roman by Polansky" (wyd USA). Wcześniej w zbiorze opowiadań słowackich, list pożegnalny napisany na ostatnich czystych stronach książki, kobieca ręką w 1997 roku. Pełen goryczy, ozdobiony uschłymi płatkami kwiatu.

Ostatni zakup wzbogacił mnie nie tylko w książki, ale i ciekawe druki z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
W 1965 roku z pocztówek zamówieniowych korzystało 5,5 miliona czytelników. Głównie pracujący z dala od większych środowisk. Korzystały z nich również osoby, które nie mogą otrzymać potrzebnej książki w miejscowej księgarni. To dla nich powstała Centralna Księgarnia Wysyłkowa DOM KSIĄŻKI.