Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTO (2) cieszyn (3) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (32) FOTOGRAFIE (56) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (15) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (69) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (24) pióra (1) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (10) PODRÓŻE (16) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

"LATARNIK" - narkomanem?

Zabrałem od Kornela z regału bookcrossingowego, niepozorną książeczkę: "Latarnie morskie polskiego wybrzeża", Mariana Czernera z 1971 roku. Byliśmy z Katarzyną w wielu z opisanych tam latarniach, dlatego pomyślałem że książka może sie jeszcze przydać. Może jeszcze  kiedyś pojedziemy na wczasy nad Bałtykiem.
Książka zawiera historię latarnictwa, charakterystykę latarń polskiego wybrzeża, dane techniczne i ich budowę. Natomiast ostatni rozdział poświęcony jest latarniom w literaturze. Tam znalazłem, co następuje...


 Sienkiewicz, swojego "latarnika", oparł na relacji prasowej Horaina pisanej z ameryki, zamieszczonej w "Gazecie Polskiej" z 10.02.1877r.
Julian Horain, opisywał losy znajomego latarnika, polskiego emigranta nazwiskiem Sielawa, opierając się na artykule prasowym "New York Times'a" z 23.11.1876 roku w którym opisana jest śmierć aptekarza Sielawy.
Sienkiewicz potwierdza te informacje w liście z San Francisco 18.12.1877 roku.

Sielawa opuścił Europę około 1848 roku i przez Przylądek Dobrej Nadziei, Madagaskar,  Australię, Amerykę Południową, Środkowa dotarł do USA. Dostał pracę w latarni morskiej Colon-Aspinwall w rejonie kanału panamskiego 10 mil (mM?) od brzegu. Przebywał tam nieprzerwanie przez 26 miesięcy zaopatrywany co 2 tyg w żywność. W jednej z paczek znalazł książkę Zygmunta Kaczkowskiego zatytułowaną  "Murdelio".
Pewnego popołudnia Sielawa zatopił się w lekturze tak bardzo, że zapomniał zapalić latarnię ponieważ zasnął nad książką i tej feralnej nocy statek osiadł na mieliźnie. Z tego powodu latarnika zwolniono z posady, a on sam znienawidził książki. Przeniósł się do Nowego Yorku gdzie pracował jako aptekarz w przy ul. Leonard Street 166g.
John Biggio, drugi pracownik apteki R.B.Wilsona, znalazł Sielawę martwego na tyłach apteki. W kieszeni zmarłego znaleziono list napisany po polsku, najwyraźniej do przyjaciela z jednym charakterystycznym zdaniem
                             "(...) Chciałbym wrócić do ojczyzny, do domu i tam zakończyć życie. (...)"

  Właściciel apteki powiadomił coronera, że jego pracownik był morfinistą i najprawdopodobniej przyjął zbyt dużą dawkę narkotyku. Jednak sekcja zwłok wykazała, że Sielawa zatruł się kwasem pruskim który pewnie wypił przez pomyłkę w zamroczeniu morfinowym.

Sienkiewiczowska historia wydaje się być naciągana z kilku powodów: ponieważ według zasad, powinno być dwóch latarników po pierwsze dla bezpieczeństwa konieczne są zmiany po czterogodzinnej nocnej wachcie, poza tym obsługa i konserwacja sprzętu jest czasochłonna oraz konieczne jest zastępstwo na wypadek nagłej choroby a w przypadku złych warunków atmosferycznych kontakt z lądem jest niemożliwy nawet przez kilka dni co stanowi zagrożenie zdrowia latarnika.
Oprócz tego, autor włożył w ręce latarnika inną książkę. By wzmocnić przekaz dla czytelnika, Sielawa czytał "Pana Tadeusza" bo, być może, Sienkiewicz przewidywał słabość powieści Kaczkowskiego.
Czy zatem Latarnik był latarnikiem?

Wojna światów na winylu.

 Leżał nieruchomo spocony, przykryty pierzyną aż pod nos. Zimowy wiatr cisnął się do pokoju przez szpary w starym oknie na poddaszu, poruszając firanką blisko jego głowy. W pokoju było gorąco od pieca kuchennego i parno po sobotniej kąpieli w balii do której wodę grzało się na węglowym piecu kuchennym
Bał się że przyjdą do niego, że zostanie z niego i jego rodziny tylko cień szkieletu na podłodze. Nienawidził tego okna wieczorami, bo w ciemnym pokoju dostrzegał za firanka świecące punkty odległych okien sąsiadów. Wydawało mu się że któreś z nich jest tym strasznym okiem obcego penetrującym opuszczone domy, pokoje i piwnice w poszukiwaniu żywych. Ruszających się. Trzęsących ze strachu.
 Leżał w łóżku bez ruchu powoli oddychając by nawet pierzyna nie uniosła się jego oddechem. Myślał że jest niewidoczny dla nich. Oni przecież potrzebowali ludzkiej krwi by egzystować w naszym ziemskim środowisku.
 Patrzył w ekran starego, czarno-białego telewizora Beryl i spodziewał się, że to co widzi  na ekranie, może być za rogiem jego domu a może nawet pod parapetem okna.Wtedy jego wyobraźnia była dla niego przekleństwem. Wyobraźnia potęgowała strach który go paraliżował.
 Nie mógł wiedzieć że gdzie indziej ludzie przerażeni bardziej niż on, wychodzili z domów, pytali sąsiadów, wypełniali ulice w pośpiechu by oddalić się od obcych których jeszcze nikt właściwie nie widział ale ponoć mieli być za którymś rogiem ulicy, innym mieście. Nie wiedział tak jak oni, że obcy mogą być już w prawie każdej stolicy.
 Nie wiedział, że podobnie jak on, czuli się kiedyś mieszkańcy amerykańskich miast słuchający przy radioodbiornikach słuchowiska zrealizowanego przez Orsona Wellsa 
Wielu uwierzyło w to co usłyszeli. To było doskonale zrealizowane słuchowisko na podstawie książki Herberta Georga Wellsa pt.: "Wojny światów"
                                                                          ***
 Ja byłem tym przerażonym dzieckiem.
Nie pamiętam ile mogłem mieć wtedy lat. Może dziesięć, ale film wrył mi się w pamieć i nigdy go nie zapomniałem. Po wielu latach, może to był 1989 rok, kupiłem książkę Wellsa wydanie Iskry 1987 i przeczytałem jednym tchem. Z filmu pozostało tylko mgliste wspomnienie na kolejną dekadę.
Początki domowego internetu o prędkości 256 kb pozwoliły mi zbierać bity tygodniami bo było tylko kilka słabo aktywnych źródeł na całym świecie w sieci P2P. Chciałem jeszcze raz poczuć tamte emocje z filmem który na zawsze ze mną pozostanie. 
Potem możliwości rosły już lawinowo wraz ze wzrostem przepustowości łączy i możliwości abonamentowych. Dziś wszystko jest na wyciągniecie ręki, pozbawione pokory, cierpliwości i  tego wyjątkowego smaku wysublimowanego oczekiwaniem.


W 2013 roku do polski przyjechał Liam Neeson z music-hall'em "War of the worlds" o którym nie wiedziałem.

Wczoraj na giełdzie płyt winylowych w bielsku wygrzebałem, właściwie przypadkiem, piękny, dwupłytowy album ze ścieżką dźwiękową tegoż music-hall'u, wydany w 1978 roku przez CBS. To narazie najcenniejszy zakup tegoroczny, niosący niezapomniane emocje słuchania i niesamowite wspomnienia z dzieciństwa.

Integralną częścią płyty jest książka zawierająca reprodukcje prac artystów.: Geoff Taylor, Peter Goodfellow, Michael Trim.
















Wykonawcy. 
A adaptacja z 2005 roku z Tomem Cruis'em też mi się podobała.... takie prawo pierwszych połączeń.

Dom na Granicy.





 Kiedyś, kino lepsze było niż sex. 


 W tym roku było pełnoletnie, a sex był tak późno, że nie doczekałem "wisienki na torcie", jak pisali organizatorzy, o nocnych projekcjach kina erotycznego. Z łatwością zasypiałem syty wrażeń festiwalowych i budziłem się głodny nowych przeżyć estetycznych i emocjonalnych.
Po latach obcowania z przeglądem Kino na Granicy, Cieszyn stał sie dla mnie drugim domem również  za sprawą nowej, uroczej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele, która jest mi najbliższym miejscem w Cieszynie.
Z zapasem klisz 35mm i aparatem Lomo Lc-a wjechałem do świetlicy Krytyki Politycznej, odebrać dobra jakie przysługują każdemu zadeklarowanemu widzowi. Przed projekcjami chciałem jednak przywitać się z Kornelem. Jego mecenaska Mariola wita mnie zawsze w jego imieniu z czułością, dzięki czemu czuję się tam jak domownik, witany gęstą kawą pachnącą od progu.
Na moście przyjaźni. KP 
 Nie zakładałem co będzie dla mnie ważniejsze podczas tegorocznej majówki. Czy Ciało/Body z jego ograniczeniami i możliwościami, akceptacją i odrzuceniem czy dusza i emocje jakich oczekiwałem od filmów i spotkań.
Chyba tego oczekuje się od filmu, żeby widz wyszedł z kina poruszony i nie jest ważne jakimi emocjami zostanie dotknięty. Czy będzie śmiał się czy płakał, czy będzie czuł złość czy bezsilność. Film ma widza poruszyć. Jeżeli nic takiego nie ma miejsca to znaczy że praca realizatorów nie była najlepsza. Jedni w takiej sytuacji wychodzą z kina niezadowoleni ale są i tacy kinomani jak np. Stanisław Janicki który, kierowany szacunkiem dla pracy ekipy filmowej ogląda film do końca ponieważ jak twierdzi: Nigdy nie wiemy co nas spotka na ekranie później i należy się to wszystkim którzy ciężko pracowali na planie i w studiu.
Dyr. Łukasz Maciejewski dla TV.
Na szczęście to zdanie usłyszałem z jego ust już po festiwalu, dlatego łatwiej było mi wyjść w połowie seansu filmu Gejsza,  czułem się także usprawiedliwiony, gromkim śmiechem dobiegającym z sali w wielu  momentach. I to nie była komedia.
 Wyszedłem z założenia, że po co mam się męczyć na słabym filmie skoro mogę posiedzieć u Kornela w "Zacisznym" kącie, pijąc kawę i przeglądając książki z półek księgarni i antykwariatu albo porozmawiać np. z Markiem Koterskim o naszych "obsranych bachorach".

Szura / Koterski
Rozrywany pomiędzy stroną polską i czeska motałem się pomiędzy duszą i ciałem. Pomiędzy wspaniałymi  czarno-białymi, statycznymi zdjęciami Adama Sikory a skomplikowanym wnętrzem Olgi Hepnarovej której nikt nie potrafił pomóc ani zrozumieć. Doprowadziło ją to "na skraj załamania nerwowego" skąd wystarczył tylko jeden prosty krok by zwrócić uwagę społeczności na istnienie osób borykających się z takimi jak ona problemami adaptacji w społeczeństwie i poszukiwaniu tożsamości.
foto:KnG
Olga Hepnarova pozostanie w mojej pamięci na długo, podobnie jak minione "Obrazy starego świata", po których długo milczałem.
Marian Dziędziel i dyr. Łukasz Maciejewski. foto:KnG



Agata Kulesza





















Milczałem, po filmie "Róża"  z Dorocińskim i Kuleszą, której po spotkaniu powiedziałem jak bardzo mnie wzruszyła postać którą grała. Ona jest taka mała i jednocześnie taka mocna. Jak sama powiedziała, role wybiera jak chce, jednocześnie mając świadomość że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlatego "...córki krowy"  były konieczne by otrząsnąć się po traumie wojennej i prl'owskiej przemocy.

Szura / Kulesza


-...
-Niech mi pan nie mówi, bo też się zaraz rozpłaczę. -odpowiedziała na moje wyznanie, ofiarując wspólny autoportret.


Pamiętacie jaką burzę wywołała książka J.T.Grossa "Sąsiedzi", potem następna "Strach", aż w kinach pojawił sie film "Pokłosie". Maciek Stuhr z goryczą opowiadał kiedyś w Cieszynie o pokłosiu tego filmu.
Podobny los pewnie spotka film "Klezmer" którego nikt nie chce dystrybuować w polsce na szeroką skalę, gdyż obnaża prawdziwe oblicze polaków w obliczu wojny, zagrożenia i... wizji pieniędzy. Bardzo dobry film niosący mocny przekaz, zrealizowany przy niskim budżecie w naturalnej, leśnej scenerii. Zdobył kilka nagród ale jeszcze nie odbił się echem w polskich mediach.
 Nie sposób opisać wszystkich filmów. Nie sposób też zobaczyć. Trudno się zmobilizować kiedy pachnie gęsta kawa u Kornela. Czasem ważne jest lenistwo i świadomość że nic nie muszę. Nie muszę zobaczyć stu filmów, codziennych koncertów czy wszystkich wystaw. Kino na Granicy to takie wczasy, chwila na slowlife w zabieganym życiu. Książka, spacer, zdjęcia...
Najważniejsze tylko są te filmy które na długo zapadają w pamieć. Te, które "przywozi się" do domu w sercu i przedstawia jako lekturę obowiązkową dla reszty rodziny.

"Góra Tajget" - góra Żar


Siedziała w ciemnym kącie kawiarni literackiej obserwując gości wchodzących na spotkanie. Nas też dostrzegła. Czekając, patrzyłem na jej zdjęcie z okładki książki nie mając pewności czy to ta sama osoba którą widzę obok. Patrzyła na mnie z okładki zimnym wzrokiem, niedostępna założonymi ramionami które obejmują siebie skrywając wewnętrzną tajemnicę. Nie czytałem jeszcze jej książki.
Może to i dobrze bo dziewczyna o perlistym uśmiechu, w zwiewnej, letniej sukience wydawała się taka inna
od tej którą trzymałem w dłoniach.

Opowiadała o pracy nad książką. O łączeniu obowiązków rodzinnych i zawodowych,  przyznając się do chwil słabości, kiedy po zgromadzeniu materiału musiała rozpocząć pisanie a wtedy nagle pojawiło się wiele, mniej lub bardziej, istotnych rzeczy do zrobienia, które odwlekały decydujący moment kontaktu z klawiaturą. Skądś znam to uczucie i nie jest mi obce nawet teraz.

Książka porusza ważny temat eliminacji "jednostek społecznie bezużytecznych" , i choć jest zbiorem opowieści to fakty w nich zawarte dają nam  obraz  preludium ostatecznego rozwiązania choć nie jest to książka stricte wojenna czy historyczna
To bardziej próba przywrócenia pamięci zapomnianych ofiar które w końcu zostaną nazwane i przypomniane dzięki społecznej inicjatywie mieszkańców śląska. Przypomniane nawet pomimo pewnego społecznego oporu i obojętności tłumaczonego tzw " przyczynami obiektywnymi"
To również problem winy i odpowiedzialności oraz relatywizmu moralnego sprawców, pomocników i ludzi odpowiedzialnych za te konkretne zbrodnie dokonane na dzieciach..

Jest w tej książce także pewna niespodzianka która dotyczy naszego regionu. Góry Żar. Zapory w Porąbce. Samochodów jadących mimo grawitacji i robotników przymusowych z Auschwitz oraz ich oprawców wypoczywających na brzegach Soły w nagrodę za dobre wyniki.

     
video

BIOGRAFIA MALUCHA

fot:Oyrzanowska
Stoi i czeka na remont, nasz nowy - stary maluch "dla młodej pary" na osiemnaste urodziny. Po, chyba dwunastu latach historia zatoczyła wielkie koło. Miałem malucha  "600" z 1981r. szałwiowego (331 Polifarb Cieszyn). Zrobiłem w nim samodzielnie, dwa remonty karoserii z lakierowaniem i dwa remonty silnika z poprawą parametrów. Sprzedałem kiedy powiększyła się rodzina. Mam nadzieję, że służył komuś jeszcze długo.
Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi jeszcze raz zmierzyć się z małym Fiatem.
Tym razem model '78 który o własnych siłach przejechał 500km do nowego domu w Pewli Małej, z miejscowości Lubsko niedaleko Żarów.
Wiele osób dowiedziało się o naszym nowym nabytku z fejsbuka czy instagramu.

Pod choinką w minione święta znaleźliśmy książkę "Biografia malucha" napisaną przez Przemysława Semczuka w 2014 roku. Aniołem z prezentami okazała się wyjątkowa Kobieta na karuzeli życia.
Budowę malucha znam na pamięć, ale jego historia nie była mi tak bliska.

Zakładowy Hotel Klubowy FSM dla gości i delegacji.
Wnętrze projektował W. Zin i zespół. BB ul. Laskowa 52
Książka jest zapisem faktów podanych z lekkością, okraszona kilkunastoma zdjęciami archiwalnymi i wieloma anegdotami jakie powstawały w tamtych czasach.
Biografia jest nie tylko życiorysem samochodu, ale również historią powstania fabryk, w Bielsku i Tychach. Przedstawia zmagania budowniczych z rzeczywistością okresu PRL'u i tym co charakteryzowało tamte czasy. Od braków materiałowych przez niedostatek fachowców, aż po skomplikowane układy na najwyższych szczeblach władzy od której wtedy wszystko zależało. Wyraziście pokazuje rozdźwięk pomiędzy tym co znaliśmy z prasy, radia i telewizji, a tym co spędzało sen z powiek nie tylko dyrekcji fabryki ale i zwykłym obywatelom borykającym się z deficytem części zamiennych na rynku.
To ciekawa lektura zwłaszcza dla ludzi którzy mają teraz maluchy, a nie pamiętają tamtych czasów. Dzięki niej łatwo przeniosą się do kolejki po benzynę na kartki, czy po części niepełnowartościowe do Bomisu. Przejadą się dookoła świata maluchem i dookoła Polski, a nawet zobaczą jak naprawia się fiacika na chodniku. Wyprodukowano prawie 3 400 000 sztuk. Kabriolety, kombi, dostawczego, do m malowania pasów na jezdni,  dla inwalidy, do wojska, a nawet trzykołowego. Ostatniego w 2000 roku.

tata
Wiele prototypów powstało w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym  OBR ,  później BOSMAL. Tam pracował mój ojciec i jego koledzy od których wiele się nauczyłem: Robert Biłko, Piotr Kajfosz, Mietek Kubica.
 








25 LAT CZEKAŁEM NA SER.

 Dwadzieścia piec lat temu przyjechał facet polonezem w poszukiwaniu ślusarza. Sam właściwie nie wiedział czy ślusarza czy bardziej kowala. Pokazał mojemu ojcu dziwny przedmiot i zaczął tłumaczyć o co mu chodzi.
-Bo wie pan, najlepiej to by było wziąć kosę i ją odpuścić. - rozpoczął. Potem, pociąć na kawałki wielkości pudełka zapałek tę cienką blachę i powyginać, tak jak panu pokazuję, a po wszystkim znowu je zahartować. I ważne jest żeby były dokładnie zrobione, tak do dwóch dziesiątek w środku, i tu - pokazał palcem, żeby miały taki skos zaostrzony z jednej i drugiej zewnętrznej strony. Dokładnie taki, bo wewnętrzny wymiar jest najistotniejszy.
-Będę sprawdzał suwmiarką. - dodał na zakończenie
Ojciec tak słuchał i spoglądał, to na niego, to na ten prosty a jednak dziwny przedmiot. Pozwolił mu mówić. Nie przerywał, bo w głowie już klarowała mu się wizja jak on by to zrobił. Mrużył jedno oko w skupieniu, bo dym z  Klubowego w kąciku ust unosił się prosto do oka.
-Nikt się nie będzie pieprzył z jakimś odpuszczaniem kosy.- powiedział ojciec. Mam swojego człowieka w Befamie gdzie lata pracowałem i on mi zrobi takie blaszki, a ja dorobię całą  resztę.
Rzemieślnikowi "starej daty" nie trzeba dwa razy tłumaczyć kiedy on ma juz w głowie wizję gotowego przedmiotu.
łyżeczki do zdejmowania łyka
 To było około 1990 roku. Od tamtej wizyty, Henryk przyjeżdża do nas kilka razy w roku i zamawia po kilkadziesiąt sztuk narzędzi.
Już wtedy sam przygotowywałem niektóre operacje i detale do wykonania ŁYŻECZEK które służyły  do zdejmowania łyka z pni drzew.
Pewnie widzieliscie kiedyś w lesie powalone pnie świerkowe które bielą się równymi paskami zdjętego łyka.
 Najłatwiej natknąć się na ślady pracy leśników, a właściwie SKÓRKORZY, w naszych beskidach. Tylko w naszym regionie ludziom  chce się mozolnie ciąć paski po pół metra, które idą w tysiące sztuk. Ostatni rekord to około 3000 km. bieżących, czyli taki jeden pasek od nas do wybrzeża Portugalii.
Praca skórkorzy jest bardzo pożyteczna ponieważ pojawiają się w lesie zawsze przy okazji masowej wycinki drzew, oraz podczas porządkowania lasu po wichurach które robią duże spustoszenie w drzewostanie. Poza tym pozbawienie pnia kory i łyka, eliminuje skutecznie szkodniki.
ser na paskach łyka 
Wiedzieliśmy od samego początku, że te drewniane paski służą do pakowania francuskich serów. Niestety ojciec nigdy tego sera nie spróbował i już nie spróbuje. Z resztą jakoś nie miało to dla nas wtedy większego znaczenia. Dopiero niedawno wspomniałem Henrykowi, że chciałbym jednak zobaczyć i spróbować tego sera, oraz zobaczyć jak jest pakowany w nasze paski.
 Dziś dostałem po raz pierwszy porcję sera w drewnianym pudełku ale to pudełko nie ma nic wspólnego z naszymi paskami łyka. Okazuje się że nasze łyko jest wewnątrz sera, zatopione w białym puchu pleśniowym. Nasze beskidzkie łyko świerkowe nadaje aromat francuskiemu serowi spod szwajcarskiej granicy. Produkowany nieprzerwanie od 1845 roku, dojrzewa 3 tygdnie w temperaturze 15stC. To ser sezonowy wytwarzany od września do marca z surowego mleka krowiego. Podawany najczęściej na ciepło w półpłynnej postaci.




 Słowa dla wyszukiwarki: ser pleśniowy mont d'or napiot,  ser montdor, mont dor.

WALKA O CZYTELNICTWO

 Rzadko zdarzają się ciekawe znaleziska w książkach jako zakładki, ale po ostatniej wizycie na targu i zakupie kilkunastu książek, niespodzianką były skarby ukryte między kartkami.
Kiedyś paragon z amerykańskiego sklepu z datą kwietnia 1985 roku w książce "Roman by Polansky" (wyd USA). Wcześniej w zbiorze opowiadań słowackich, list pożegnalny napisany na ostatnich czystych stronach książki, kobieca ręką w 1997 roku. Pełen goryczy, ozdobiony uschłymi płatkami kwiatu.

Ostatni zakup wzbogacił mnie nie tylko w książki, ale i ciekawe druki z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
W 1965 roku z pocztówek zamówieniowych korzystało 5,5 miliona czytelników. Głównie pracujący z dala od większych środowisk. Korzystały z nich również osoby, które nie mogą otrzymać potrzebnej książki w miejscowej księgarni. To dla nich powstała Centralna Księgarnia Wysyłkowa DOM KSIĄŻKI.













Kornel i przyjaciółka :-)

Coraz więcej osób pragnie być przyjacielem Kornela. Ja też. 
Śledzę na bieżąco stronę tego projektu który jest w trakcie realizacji i duchowo go wspieram, mając nadzieję na bardzo osobiste miejsce w Cieszynie. Urzekająca jest forma ożywienia Kornela Filipowicza przez danie mu głosu po wielu latach ciszy. 
 
Czytałem kolejny wpis Kornelówki na profilu fejsbukowym i przyglądałem się znajomym przedmiotom na zdjęciu, najdłużej drzeworytowi bibliotekarza stojącego na drabinie. Odchodząc od komputera podniosłem wzrok na ścianę, na której wisi mała reprodukcja obrazu z bibliotekarzem. Usiadłem z powrotem w fotelu i spoglądałem raz na drzeworyt, to znowu na obrazek. Wydały mi się bardzo podobne. Wyjąłem reprodukcję zza zakurzonej szyby i w świetle okazało się że obrazek jest bardzo podobny do drzeworytu od Kornela.
Reprodukcja była podpisana:   Carl SpitzwegDer Bücherwurm 1850


Kupiłem ten obrazek,  jak wiele innych rzeczy,  na targu w Żywcu za śmieszne dwa a może pięć złotych. Wisi u mnie od około roku i teraz dostanie drugie życie dzięki Karuzeli... u Kornela i jego przyjaciól.  


Kornelu! Oczekuj listonosza... za jakiś czas.

SPRINGER - HŁASKO - wzajemna suplementacja

 Przed spotkaniem z Filipem Springerem w Bielsku-Białej, przeczytałem jego
ostatni bestseller, "13 pięter". Nie tylko po to, by było o czym rozmawiać, bo temat również nas dotyka, ale dlatego, że sposób w jaki pisze trafia do mnie i na długo pozostaje echem w głowie... przed zaśnięciem, w drodze samochodem bez radia, czy w rozmowie z Kaśką o 6:00 rano.
Filip jest... jak cierpliwy spowiednik. Słucha i dyskretnie notuje. Nadstawia ucho i jednocześnie patrzy w celownik aparatu w innym kierunku. Pyta o rzeczy zwykłe. Skrupulatnie notuje. Interesuje go wszystko i wyławia to, co ma dla niego znaczenie. Ze zwykłych opowieści tworzy potem klarowny obraz. Nie wyciąga informacji, on jest nimi obdarowywany, ponieważ nie stwarza dystansu i staje się partnerem w rozmowie. Chce się mówić do niego. Mówiłem...
 Dziesiątki osób słało do niego w listach osobiste historie kredytowe. Wiele dni odpisywał na te listy, umawiał się na spotkania i zbierał ludzkie losy plecione kredytami hipotecznymi, mieszkaniami czynszowymi i tragicznymi eksmisjami.
To, co znamy z rozmów towarzyskich o problemach mieszkaniowych wydaje się nam czymś oczywistym. Oczywistym do momentu kiedy ten stan poddaje pod wątpliwość Filip Springer. Czy moją zdolność może określać urzędnik bankowy? Czy słowo "zdolności" nie zostało przez to wypaczone? Czy w towarzystwie chwaląc się stanem posiadania zbudowanym na kredycie i ryzyku, imponuję bardziej niż ten, kto mówi że nie ma kredytu i budzi się rano w wynajmowanym mieszkaniu? Czy zaciągając pętlę na szyję, na najbliższe trzydzieści lat, pokazuję że jestem przedsiębiorczy, czy że jestem hazardzistą?
Czy nie jest tak że tonący brzydko się chwyta? Tej własnie pętli.
Przez dekady niezaspokojony głód mieszkań doprowadził do niezdrowej sytuacji
na rynku nieruchomości która wielu z nas dotyka.

W okresie międzywojennym ten głód był jeszcze większy i jeszcze gorszy, a zabezpieczenia socjalnego właściwie nie było. Ludzie mieszkali w domach z dykty, z tego co udało się im znaleźć i dostawić do budy. Nie można tego nawet nazwać barakiem. Bez sanitariatu i bieżącej wody po którą chodziło się  na koniec ulicy i trzeba było płacić za każde wiadro.

"Waliły się pokotem, wiatr odrywał kawałki papy, bił śniegiem, przytłaczał do ziemi, na cholerny płask, nędzą, co ma mordę wyszczerzoną i rozchichotaną - w błoto." - Hłasko, "Wilk"

Powstawały dopiero towarzystwa i spółdzielnie mieszkaniowe które za cel stawiały sobie budowę osiedli robotniczych, mieszkań czynszowych czy baraków w najuboższych dzielnicach.  Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, Towarzystwo Osiedli Robotniczych

"Wiesz czego bym tylko jeszcze chciał? Te własnie nowe domy zobaczyć (...) Co ja bym dał Rysiu! Pójdziesz na Żoliborz?(...)Wyciągnął jakąś gazetę. Piękne pismo ilustrowane, glanc papier. Nazywało się "Arkady". Henek pokazał mu domy, jasne ulice. Potem jakieś wille (...) na Mokotowie,Kępie i Dolnym Żoliborzu." - Hłasko "Wilk"

"...na Żoliborzu (...) stoi niewielka szopa ze świeżych sosnowych desek (...) Wokół zebrała się garstka ludzi. W końcu, dokładnie cztery lata po utworzeniu WSM położony zostanie kamień węgielny pod jej pierwszy budynek." - Springer "13 pięter"

"Będzie Ignac nowe życie... Tam... - Wskazał ręką przez ciemność na Żerań i głodem poszarpany brzeg Pelcowizny. -Będą nowe domy, wspaniałe fabryki, Takie fabryki które ludzie będą kochać, w których będą śpiewać przy robocie..." - Hłasko "Wilk"

Zbliżająca się wojna pokrzyżowała plany Wilka i zespołu T. Toeplitza. ONR opanował SARP i dążył do zmiany polityki socjalnej WSM oraz występował
bojówkami przeciwko socjalistycznym konspiratorom w fabrykach.
Springer i Hłasko to dwa odmienne bieguny literackie. Springer opowiada historię opartą na faktach i archiwach natomiast Hłasko opisuje ludzi, ich losy i miejsce w sposób barwny dający wrażenie że Rysiek Lewandowski to mógłby być Marek Hłasko - romantyczny zawadiaka.
Obie książki rewelacyjnie się uzupełniają.
SARP- Stowarzyszenie Architektów RP
WSM- Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa
ONR- Obóz Narodowo-Radykalny

NEON - PEWEL MAŁA

Skan pocztówki jaki umieściłem na stronie fotopolska.eu.
25 września 2011

 Byłem już ubrany i gotowy do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon. Zazwyczaj nie pędzę do dzwoniącego telefonu kiedy nie mam go pod ręką.
- A niech se dzwoni - myślę wtedy. Jak ktoś coś chce, to będzie dzwonił znowu. Nikt nie będzie mnie ścigał po schodach.
 A jednak zszedłem szybkim krokiem z góry i zdążyłem odebrać.
Dzwoniła Teresa i niecierpliwym tonem oznajmiła, że w tej chwili grupa robotników przystąpiła do zrównania z ziemią budynku stacji kolejowej w mojej miejscowości. 
 Z wyjściowego ubrania natychmiast wskoczyłem w robocze ciuchy i popędziłem na stację. Prace rozbiórkowe były już mocno zaawansowane. Połowa dachu znajdowała już na ziemi. Drewno z więźby na jednym stosie i na samochodzie, dachówki i kamienie usypane w stos pod ścianą.

Bo to stary budynek był.

 Miał ponad sto lat, dlatego w jego ścianach było wiele piaskowca jako budulca, a spoiwem była zaprawa wapienna. Robotnicy byli bezlitośni. Łyżką ładowarki zniszczyli już połowę neonu PEWEL MAŁA podczas zrzucania dachu. Wpadłem pomiędzy nich machając rękami i przekrzykując koparkę, żeby wstrzymali prace. Wytłumaczyłem, że zależy mi na uratowaniu neonu jako jedynej pamiątki po stacji.



PEWEL pokiereszowana wisiała na kablach, ale MAŁA była jeszcze umocowana do ściany w dobrym stanie.
 Poprosiłem operatora koparki by delikatnie zdjął pozostałą cześć dachu i odsłonił neon. Musze przyznać, że bardzo się starał. Pewnie miała na to wpływ oferta jaka mu złożyłem. Za to pozwolił mi jeszcze wejść do łyżki ładowarki i uniósł mnie tak żebym mógł wejść na strych i tam poszperać.
Miałem mało czasu bo spieszyłem się do pracy, ale neon udało mi się uratować.






 Do kompletu pamiątek zebrałem jeszcze:
obudowę lampy naftowej dróżnika ale bez wkładu,
segmentowe skrzynki kasowe na bilety kartonikowe, dziennik pracy dróżnika przejazdowego z okresu: 22 maja 1955 do 16 lipca 1959 r.,
bilet na przewóz roweru ze stacji  Wrocław - Leśnica do stacji  Pewel Mała z dnia 10 lipca 1959 r. za 21 złotych.
No i na strychu znalazłem jeszcze flaszkę, po Czystej wódce z epoki.

Skrzyneczki biletowe i dziennik chętnie przekaże pasjonatom kolei ze Stowarzyszenia Kolej Beskidzka. Natomiast neon kiedyś wyremontuję i bilet sobie zostawię na pamiątkę.