Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (16) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (74) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (18) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Dziecięce marzenie.

Ojciec pracował w fabryce blisko przedszkola do którego co rano mnie zaprowadzał. Zimą ciągnął mnie na sankach gubiąc niekiedy w śniegu, z którego nie było mnie widać. W chwilach słabości bardzo przeżywał tę historię i do niej wracał. Nawet kiedy byłem już dorosły.
Latem nie dało się mnie zgubić nawet w wysokiej trawie.
Wychodząc z przedszkola trzymałem zawsze za rękę mojego bohatera i wracając pieszo do domu rozmawialiśmy. Właściwie odpowiadałem na pytania dotyczące tego co działo się w przedszkolu i jakie były posiłki.

Tego upalnego dnia, zatrzymaliśmy się przy skrzyżowaniu bo tata zaparkował Syrenkę pod sklepem "zabawkowym" Pani Honoraty. Musieliśmy przejść przez środek tego skrzyżowania. Czasem pozwalał mi ją prowadzić krótką chwilę w bocznej drodze, sadowiąc mnie na kolanach. Wielką kierownicę Syreny byłem w stanie już objąć choć wyglądałem jak ukrzyżowany. Potem chwaliłem się kolegom.
Czekaliśmy aż przejadą nieliczne samochody. Ojciec rzucił jeszcze okiem na plakat filmowy przypięty szpilkami do zielonego sukna w drewnianej witrynie kina Magurka. Na tej ścianie sklepu "Jedynka" oprócz witryny, długo jeszcze wisiała tam skrzynka na listy.
Czekając, aż przejedzie ostatnie auto ojciec zapytał mnie:
-Jakie chciałbyś mieć auto?
Ja, patrząc w lewo, śledziłem wzrokiem zbliżający się do nas  niebieski samochód z błyszczącym przodem.
Zacząłem szarpać ojca za rękę i powtarzać.
- Taki chcę, taki!
- Ford Taunus. Michał Dziedzic nim jeździ. Mój kolega. -powiedział tata i poszliśmy do naszej Syrenki.
Wiesiek zwolnił się z fabryki i zaczął naprawiać usługowo samochody. Został prywaciarzem w PRL'u.

To były upalne wakacje. Tam gdzie skakaliśmy w gumę trawa była eliptycznie wydeptana do suchej ziemi. W teleranku oglądałem "Czterech pancernych i psa", na czarno białym ekranie "Beryla". Umiałem już trochę czytać, ale ojciec kazał mi codziennie ćwiczyć czytając mu na głos fragment książki w warsztacie.
Przerwałem na chwilę czytanie i powiedziałem do niego
- Chciałbym mieć kiedyś takie auto.
Siedział na małym stołeczku i miał głowę wciśniętą w nadkole  czarnego Forda Cortina Coupe.  Nie usłyszał co do niego mówię więc czytałem dalej.
Kiedy właściciel odbierał Cortinę, samochód nie mógł zapalić. Zaczęliśmy go pchać. Droga była gruntowa. Buty ujeżdżały na wyschniętej ziemi. Kierowca wskoczył do auta, kiedy już wiedział że szybciej pchać się nie da, wrzucił dwójkę, silnik zaskoczył, wszedł na obroty i pognał, zostawiając dwa czarne pasy za tylnymi kołami. Wiele razy opowiadałem tę historię kolegom bo ślady zmielonego szutru zostały we mnie na zawsze.

Minęło wiele lat. Wiele samochodów "...lecz uczucie ciągle płonie"
W Kielcach około 2009 roku kupiłem Taunusa 2.0 1973 r, ale był tak zgnity że nie byłem w stanie się za niego zabrać. Poszedł do ludzi jako dawca części a literatura i gadżety jakie mi po nim zostały przekazałem Agnieszce z bielska. 


Poznałem Agę w momencie kiedy opuściła forum fanów  Taunus.pl. Tak, to wtedy chłopcy planowali wydanie klubowego kalendarza, a Aga powiedziała że w kościele obmyśliła już zdjęcia jakie mogłyby się w nim znaleźć.
Ktoś ją skrytykował  więc się wypisała z forum dalej robiąc swoje. Promując siebie i auto.
  Pieściła wyobraźnię publikując na Facebooku zdjęcia swojego Taunusa... a może właściwie publikując swoje zdjęcia z Taunusem.
Taunus ciągle gdzieś był obecny. Miarka się przebrała po emisji programu w TVN Turbo do którego Aga zakwalifikowała się by ze złomu zrobić nowe auto.
Niedługo po tym programie zacząłem szukać dla siebie samochodu.
Usprawiedliwiałem się sam przed sobą, że chcę zrealizować marzenie z dzieciństwa. Ktoś może pomyśleć, że to kryzys wieku średniego i pewnie też będzie miał rację. Kaprys? Lans?

                                               Car Mat realizuje marzenia  

Krzyknąłem do sąsiada przez płot.
- Mateusz! Przywieziesz mi auto z Niemiec?
- Poślij linka. Zmieścimy go  na lawecie bo chłopcy jadą za kilka dni.
Nie pytał nawet o pieniądze. Zadzwonił i umówił się ze sprzedawcą. Nawet się nie zorientowałem i pewnego poranka Wojtek zjeżdżał moim nowym autem z lawety.
Wybór padł na Forda Mustanga z 1979 roku z silnikiem 2300ccm. Dwudrzwiowy sedan z "oczywiście" tylnym napędem.
Samochód w dobrej cenie bo był uszkodzony. Miał pogiętą maskę i uszkodzony tylny most. Sprawny silnik skrzynię i hamulce. Wnętrze w dobrym stanie i podwozie bardzo zdrowe. Ani jednej łaty.


Dzięki kolegom Gudowskim  z Będzina (Klasyczna niedziela) zdobyłem cały tylny most 3,75 - (był 3,08 miał zmielone satelity) Po zaspawaniu tego uszkodzonego dyfra jest szpera 100% bo cała reszta jest sprawna. Leży i czeka na awaryjne założenie.  Filip pomógł mi założyć nowy most i auto zaczęło jeździć. Na razie dookoła komina.
Samochód nie jeździł od 1992 roku z powodu uszkodzonego mostu. Rok wcześniej poprzedni właściciel zlecił specjalistycznej firmie niemieckiej remont/tuning silnika na co została wystawiona gwarancja z kompletna dokumentacją. Rachunek opiewał na kwotę 6500DM co wtedy przeliczało się na około 3000USD
Kute tłoki i korbowody ( fabrycznie też miał bo była seria 2,3turbo).
Wzmocnione śruby i szpilki.
Pompa olejowa o zwiększonej wydajności.
Większa miska olejowa. Pompowane amortyzatory z tyłu.
Koło pasowe z tłumieniem drgań i wzmocniony pasek rozrządu.
Sportowy wałek rozrządu z regulacją kąta 286stopni.
Rolkowe koniki i wszystkie uszczelnienia.
Gaźnik Holley 380 i wydech 4w1 długi baran.

Dużo czasu zajęły formalności rejestracyjne i ocena rzeczoznawcy stwierdzająca że to pojazd kolekcjonerski. W przyszłym tygodniu wyjeżdżam na drogę. Udało mi się nawet znaleźć do niego oryginalny amerykański magnetofon na nietypowe kasety 8 TRCK nie produkowane od końca lat '80.











ZRÓBMY SE FESTIWAL.

...w czynie społecznym.



Może siedzieli w cukierni przy piwie, może próbowali nalewek jednego z nich, może wypocił ten pomysł rowerzysta. Nikt nie rości sobie prawa do pomysłu zorganizowania koncertu.



Wiedzieli że Tomek gra w zespole, więc poprosili go:
-Tomek, może byś dla nas zagrał. Walisz w te bębny po godzinach. Słychać Cię na pół wsi. Zagraj dla nas! mówili. On pewnie nie wiedział czy mówią poważnie, czy żartują.  Rok spędzili na myśleniu o koncercie i o tym jak powinien wyglądać. 
Któryś z nich mógł wtedy powiedzieć: - Zróbmy sobie taki festiwal, na jakim chcielibyśmy być.- 
I po roku zabrali się za organizację. 
 Rok zerowy to koncert na działce, z platformy ciężarówki. Zagrany dla rodzin z dziećmi sąsiadów i znajomych. 



 Idąc za ciosem pozytywnych emocji, z nowym sezonem i zapałem, wykarczowali zagajnik nad rzeką, scenę wypożyczyli z Gminnego Ośrodka Kultury, a żeby wyglądała bardziej imponująco, wykorzystali rusztowania warszawskie. Założenie było i z resztą nadal jest takie, że to ma być impreza lokalna, a nawet rodzinna. Przede wszystkim niedochodowa i nie masowa. Każdy zaangażowany w przygotowania, daje to co może materialnego i wspiera budżet w miarę swoich możliwości.  
Podczas pierwszej edycji Tomek zagrał ze swoim zespołem i zaprosił znajomych muzyków z innych kapel. Było piwo, ognisko i kiełbasa. Rodziny bawiły się wyśmienicie do późnej nocy bez względu na wiek i bez względu na to czego słuchają w domu czy w samochodzie. 



W tym roku przygotowania obejmowały budowę nowej, dużej sceny, formalności prawne i zaproszenie większej ilości zespołów. 
Scena o powierzchni 60m.kw. na solidnym fundamencie pomieściła nagłośnienie, muzyków i ekran dla videoprojektora. Każdy gość w cenie biletu miał prawo do piwa  i posiłku z kuchni polowej. Dla zmęczonych osób przygotowano namiot wojskowy z miejscami do spania. 
Dzielnicowy, do którego się zgłosili, nie miał zastrzeżeń do imprezy, jednak uprzedził organizatorów że jak pojawi się skarga po 22:00 to będzie musiał interweniować. Koncerty weekendowe trwały do 24:00. Tylko w niedzielny poranek Krzysiek odłączył zasilanie, żeby komuś nie przyszło do głowy grać, bo o 9:00 rano była msza w leśnej kaplicy po drugiej stronie rzeki. 
Muzycy zespołów widząc zaangażowanie organizatorów i wspaniałą, rodzinną atmosferę decydują się grać za przysłowiową złotówkę lub koszty dojazdu. Nie ma jakichś specjalnych zapisów. Pocztą pantoflową muzycy przekazują sobie informacje, że w Pewli warto zagrać dla pasjonatów "za piwko i chleb".
Tu film⤵


mapa

Filipowicz na śmietniku.

...w Łodygowicach.
Jak co roku parafianie zbierają makulaturę w wielkim niebieskim kontenerze. Na misje.





Pod czujne oko  Jezusa ludzie
znoszą kartony, gazety, zeszyty i... książki.
Nie omieszkałem zajrzeć do środka, tym bardziej, że w ubiegłym roku uratowałem od zagłady kilka kilogramów ciekawych książek, które zasiliły akcję bookcrossingową w Cieszyńskiej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele.
To bardzo przyjemne uczucie dostrzegać w stercie papieru niewyraźny grzbiet  książki. Jednej albo kilku. Każde sięgnięcie w głąb pudła jest ekscytujące jak polowanie na ryby z przyjaciółmi w dzieciństwie. Przemierzanie rzeki w górę lub z prądem. Otaczanie dużych, oślizłych kamieni i na "trzy, cztery" jednoczesne wkładanie rąk pod kamień by chwycić wielką rybę...
Chwila napięcia. Krótkie komendy i nerwy.
-Mam ogon!
-Ja mam łeb. Wbiję palce w skrzela. Będzie moja
-Duża?
-Duża. Ma zęby. Pewnie pstrąg. Ale się wygina!
Często świętowaliśmy "dzień wielkiej ryby".
Mama smażyła mi te pstrągi na maśle. Siedziałem wtedy w kuchni przy otwartym oknie z widokiem na pola pszenicy. Za nimi wyrastał zagajnik nad rzeką, gdzie budowaliśmy zastawy. Ojciec bywał zaskoczony, że czternastolatek przynosi ryby na 30 centymetrów. Smakowały, jemu i mnie.

Dzisiaj wyciągałem jedną za drugą. To był wielki połów. Okazy o jakich pojęcia nie mają pracownicy łodygowickiej biblioteki. Nie wiedzą pewnie też, że ryby i ludzie  Filipowicza żyją nadal, nie tylko w sercach czytelników, ale także na stronach nowego (08.2017) wydania zbioru jego opowiadań. W zbiorze listów jakie wymieniał z Wisławą Szymborską, w opowieściach Justyny Sobolewskiej, Michała Rusinka czy Sebastiana Kudasa. We wspomnieniach  Ewy Lipskiej czy Tomasza Fiałkowskiego.
Kornel Filipowicz żyje i patrzy każdego dnia na gości kawiarni cieszyńskiej Kornel i Przyjaciele (ui. Sejmowa 1) z charakterystycznego podświetlanego portretu na którym trzyma filiżankę kawy... prawie pod nosem.
Z narodowej telewizji też się pewnie nie dowiedzą, że duch Filipowicza będzie krążył nad miasteczkiem Szczebrzeszyn w sierpniu tego roku, bo >Stolica Języka Polskiego<  będzie Jego i Wisławy.
I my tam będziemy.










Białowieża na czasie!

- Lech Wilczek w Żywcu ;-)
Dwa lata temu biografia Simony Kossak zainspirowała nas do wędrówki jej śladami. Znaleźliśmy wtedy dom jej partnera Lecha Wilczka, o którym padło wiele dobrych i ciekawych słów w biografii.
  Piękna pogoda tamtego dnia pozwoliła nam na wycieczkę rowerową do Dziedzinki, gdzie oboje żyli i pracowali, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy jego obecnym domu licząc na to że wyjdzie do nas widząc stojących przy prowizorycznej bramie. Nie chcieliśmy się narzucać. Nie dzwoniliśmy. Odjechaliśmy z satysfakcją odnalezienia jego domu z charakterystycznym zielonym maluchem i wielkim motylem na ścianie.
  W tym roku pojechaliśmy wspierać ekologów protestujących przeciw wycince puszczy.
Rozmawialiśmy z mieszkańcami o tym jak zmieniła się ich sytuacja po wprowadzeniu całkowitego zakazu wstępu do puszczy na okres prawie dwóch lat, bo od zeszłego roku do końca 2017 r.
Wzięliśmy udział w spotkaniu z Zenonem Kruczyńskim pisarzem blokującym pracę maszyn do przemysłowej wycinki drzew, który podczas interwencji siłowej leśników i policji stracił przytomność.
Spotkaliśmy się z Adamem Wajrakiem i słuchaliśmy opowieści o życiu puszczy i jej możliwych dalszych losach.
Odwiedziliśmy bazę protestujących ekologów gdzie odbywały się spotkania i warsztaty.


  Największe wrażenie wywarł na nas spacer po puszczy, szlakiem miejsc przemysłowej wycinki. To nielegalne wejście na teren puszczy białowieskiej zorganizowane było po hasłem "Pokojowy spacer" i zgromadziło 750 osób z całej Polski. Liczone przez dwie niezależne osoby i oczywiście nagrywane, chyba nielegalnie, przez leśników ukrytą kamerą którą zdemaskowałem.
Lech Wilczek
W białowieskim kinie Żubr  odbyła się projekcja filmu dokumentalnego pt.: "Przecież tu jest wszystko"
opowieść o puszczy, sztuce i Barbarze Bańce.
  Tego popołudnia udało nam się całkiem przypadkowo spotkać Lecha Wilczka na projekcji w kinie. Po krótkiej rozmowie wymieniliśmy się adresami ponieważ poprosił o zdjęcia naszych wycieczek do puszczy.  Pomyśleliśmy, że niespodzianką będą dla niego zdjęcia z cmentarza na którym spoczywa Simona Kossak,który odnaleźliśmy podczas pierwszej wyprawy,  a znajduje się ok 200 km od Białowieży.  

 Ostatnia wizyta na żywieckim targu dopełniła naszą satysfakcję z poznania Lecha Wilczka i ważnych miejsc w Białowieży, ponieważ na straganie kolegi księgarza znalazłem album fotograficzny Lecha poświęcony puszczykowi, którym opiekował się w swoim domu w Warszawie razem z kotem, kawką, żabą i szopem.


Puszczyk nazywał się Kuba. Album został wydany w 1972 roku, przez Instytut wydawniczy Nasza Księgarnia i pochodzi z księgozbioru  Zakładowej Biblioteki Fabryki Śrub w Żywcu Sporyszu prowadzonej przez Pana Władysława i Annę Zwierzynę.
  Album jest w idealnym stanie zawiera dziesiątki zdjęć z życia puszczyka w domu Wilczka, oraz jego historię i losy.

obóz ekologów 

Zenon Kruczyński 


Paulina  - -  Martyna

koncert Stanisława Sojki

Białowieża wzywa Hajnówkę do bojkotu zakazu wstępu.


Mustang Komedy

...jak to dziadek Frytki z Big Brothera okradł Komedę na Łożu śmierci.

"Ostatni tacy przyjaciele"...
Mój Komeda i mój Hłasko.

...popili pewnego wieczora w Beverly Hills. Marek Hłasko i Krzysztof Komeda. wracali drogowym nasypem, chwiejnym krokiem pomagali sobie wzajemnie choć wyglądali jak Flip i Flap. Drągal - Hłasko o potężnej do picia głowie i małych stópkach oraz Krzysio - chłopiec z gwiazd, wrażliwy i delikatny, któremu wystarczyły dwa kieliszki kalifornijskiego caberneta by się upić. Cztery godziny pracy wystarczały by padał ze zmęczenia, a to wszystko z powodu przebytej w dzieciństwie choroby Heinego-Medina. Podobnie jak Mia Farrow.
Obaj wstydzili się tego co stało się tamtego wieczora. Obiecali sobie, nikomu nie mówić o tym co wtedy zaszło.

Akurat minął rok pobytu Komedy w USA.
Mark Niziński pomagał pakować się Krzysztofowi w podróż do Europy. Komeda był już wtedy znany i ceniony. Pisał  muzykę do "Dziecka Rosemary", gdzie z  kołysanki zostało tylko "La,la,lalala..." bo Mia Farrow nie umiała śpiewać, a Polański nie mógł dłużej czekać.
Tej nocy Ilona  została z Komedą. Może to i dobrze, bo Zosia Komedowa była daleko w Polsce, a Ilona mogła tego dnia wezwać na pomoc Komedzie Marka Nizińskiego, w chwili kiedy zorientowała się nad ranem że Krzysio ma drgawki, bredzi i traci przytomność.
Zanim Niziński z Andrzejem Krakowskim dotarli do hotelu, Komeda oprzytomniał i nawet się ubrał, ale oni siłą wsadzili go do auta i zawieźli do szpitala.
Komeda przecież był lekarzem, laryngologiem, a nie potrafił sam siebie uleczyć. Nie pomagał lekarzom. Nie wiedział... nie pamiętał i nie skojarzył!
Z każdym dniem stan Komedy pogarszał się . Leczenie farmakologiczne przynosiło odwrotny skutek. Lekarze powtarzali jak mantrę że to wszystko objawy powikłań pogrypowych. Przyjaciele ciągle przy nim dyżurowali. Dzień i noc.Na zmiany. Marek Niziński, Marek Hłasko, matka Nizińskiego i wtedy pojawił się Wojciech Frykowski. 
Właściwie nie zwracał na nich uwagi. Wpadł do izolatki, przywitał się ze śniętym Krzysztofem i tonem pytającym właściwie zakomunikował Krzysiowi że musi pożyczyć jego auto. Znalazł kluczyki w
apartamencie i zapytał jeszcze gdzie ma otwarte konto na stacji paliw bo MUSTANG jest pusty a dużo pali. Tej nocy Komeda stracił przytomność i został podłączony do respiratora.

Hłasko czuł się winny. Nie mówił nikomu dlaczego, ale przyjaciele wiedzieli, że gryzie go sumienie od tego feralnego wieczora kiedy z Komedą szli, a właściwie zataczali się razem drogowym nasypem po pijackiej imprezie gdzieś w Beverly Hills. Byli radośni. Tworzyli. Komeda był już gwiazdą, a Hłasko czuł wenę. Pisał i pracował w hurtowni stali.
Może uciekali z barowej rozruby, z czego Hłasko był znany, a możne Marek posłał Krzysiowi serdecznego kuksańca przyjacielskiego i ten stracił równowagę i stoczył się z nasypu uderzając głową w beton. Marek zbiegł po Krzysztofa i na rękach niósł go do domu. Pijany Marek potknął się podobno i obaj upadli. Krzysiek miał rozbitą głowę którą w szpitalu mu opatrzono i po krótkiej obserwacji wypisano ze szpitala.


Tymczasem Krzysztof umierał. W izolatce było zamieszanie, a przy życiu utrzymywały Krzysztofa urządzenia. Lekarz mówił, że to już koniec i wtedy właściwie bez przyczyny Niziński zaczął opowiadać historię tamtego wypadku.
Lekarza prowadzącego jakby poraził piorun. W jednej chwili zlecił badania głowy z których później jasno wynikało, że Krzysztof ma dużego krwiaka w nieoperowalnej części mózgu. Ściągnięto specjalistę w nowatorskiej wtedy metodzie laparoskopowej do odbarczenia uszkodzonej części mózgu.
Komeda potrzebował spokoju. Hłasko z poczuciem winy, choć przez nikogo nie obwiniany, pełnił wartę w szpitalnym korytarzu. Obaj cierpieli. Hłasko na jawie, a Komeda we śnie. Komeda jeszcze przez trzy miesiące, a Hłasko do końca życia.
Frykowski pojawił się znowu w szpitalu. Hłasko zobaczył go wychodzącego od lekarzy i zaczepił pytaniem o stan Krzysztofa, bo po ostatniej awanturze jaką Hłasko zrobił widząc duszącego się Krzysia, miał zakaz wstępu na oddział.
Frykowski z lekceważeniem powiedział, że Krzysztofa już nie ma, jest bez kontaktu i nie ma po co tu przychodzić. Hłasko się wściekł i chciał Frykowi przyłożyć ale wykrzyczał mu tylko że ma oddać Krzysiowi Mustanga. Fryko tylko odburknął - spierdalaj!
Cwany Frykowski załatwił sobie dokument mówiący o jego wyłączności do kontaktów z Komedą i jednocześnie zakazujący kontaktu kogokolwiek z Krzysiem. W dokumencie nazwał siebie bratem.
Podczas rozmowy z Wolfem, mecenasem Krzysztofa Komedy, przyjaciele dowiedzieli się że Frykowski już wcześniej chciał handlować muzyką Komedy. Teraz przywłaszczył sobie mustanga, za którego raty opłacano z konta Komedy. Zniknęła książeczka czekowa z jego apartamentu i do banku spływały płatności czekowe podczas gdy Komeda leżał bez kontaktu w szpitalu.  Nazbierało się tego ok 1000$ gdzie bardzo dobra pensja to było ok 600$. Serwis auta, alkohole, garnitur, buty, sukienki i posiłki w pokoju hotelowym Krzysztofa i na jego rachunek...
Teraz przyjaciele zrozumieli dlaczego Fryko załatwił sobie wyłączność na kontakt z Krzysiem w szpitalu. Chodziło o odsunięcie ich od niego i od informacji. Z mecenasem przyjechali do hotelu z zamiarem inwentaryzacji rzeczy Krzysztofa Komedy. Nie było: złotej zapalniczki Dunhill, złotego Patka, magnetofonu Nagra z zapisanymi nagraniami oraz zapisów nutowych nowych niepublikowanych kompozycji. 
Wieczorem Niziński odebrał telefon: -Kurwa gnoju pożałujesz!
  Frykowski rozpowszechniał nieprawdziwe informacje wśród Polonii, że Komedę pobił Hłasko, a matka Nizińskiego okradła Krzysztofa. Prosił o pieniądze na leczenie Komedy (potrzebne mu na spłatę własnych długów) podczas gdy za lecenie płacił Paramount Pikczers. Wynajęty detektyw odnalazł Frykowskiego i w niedługim czasie Mustang został zwrócony do salonu gdzie został kupiony. Raty dotychczas wpłacone przepadły. Książeczka czekowa również została zwrócona.
W prasie pojawiało się coraz więcej artykułów o stanie zdrowia Komedy. Paramount opłacił leczenie jeszcze jeden miesiąc. Przyjechała Zosia Komeda. Marek Hłasko zapadał się w winie i rozpaczy. Komeda gasnął.    Zosia zabrała go do Polski gdzie umarł w kwietniu 1969r.
Marek Hłasko zmarł w czerwcu tego samego roku uprzedzając Zosię: - Jeśli Krzysio umrze to ja też pójdę...
Frykowski został zamordowany przez ludzi C.Mensona.

Na podstawie książki "Ostatni tacy przyjaciele" Tomasz Lach.

LOLA chce zmieniać świat.

                                  Lola chce zmieniać świat.

Miał dziewiętnaście lat. Wyszedł z domu, wprost w padający ostatkiem sił śnieg.
Warszawa stawała się biała. Nie myślał tego dnia o święcie kobiet.
BOLI
Śnieg padał nieśmiało przykrywając beton chodników, niestrudzenie topiący nawet największe kryształy puchu zostawiając tylko mokre, powoli znikające ślady. Wszedł w Aleje Jerozolimskie kierując się w stronę Nowego Światu.
Nie wiem czy był studentem czy chciał się spotkać z przyjaciółmi. Dostrzegł  biegnących ulicą  młodych ludzi. To było blisko ronda. Uciekali przed  milicją która miała rozkaz rozpędzić siłą strajkujących studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Nie rozpoznał wśród nich nikogo znajomego. 
Kątem oka dostrzegł w odległości kilku metrów młodego mężczyznę wbiegającego w bramę do kina Świat. Za nim wpadło dwóch milicjantów pewnych swojej przewagi  nie spodziewających się ataku rosłego mężczyzny. Rozprawił się z nimi kilkoma wprawnymi ruchami i zbiegł w stronę kina. Milicjanci pozbierali się z ziemi oszołomieni niespodziewanymi ciosami i pobiegli za nim. Jeden z nich zupełnie zapomniał o swojej pałce.
Tadek podniósł zapomnianą pałkę i dumny zabrał do domu jako historyczną pamiątkę.



Taką historię opowiedział mi w liście Pan Tadeusz Karpiński który tworzy Muzeum DDD. Pałka z tą historią jest prezentem dla mnie za przesłane materiały do muzealnego archiwum.

Idealne połączenie. Folkowisko 2016.


Pomyślałem że pomogę mu wieszać te zdjęcia bo jakoś sam sobie z tym nie radzi. Wychodzi na drabinę ale nie ma mu kto powiedzieć czy wiszą prosto. Poza tym przeciąg jest w tej stodole i rusza mu zdjęciami na wszystkie strony.
Zbierało się na deszcz więc trzeba się było uwijać bo kolejni ludzie wchodzili do galerii żeby schronić się przed nadciągającym deszczem. Kiedy niebo zrobiło się czarne i spadła gęsta ulewa, ludzi  było już tak wiele  że zdjęcia otoczone były z każdej strony mokrymi ciałami.
Nie da się tak pracować pomyślałem, ale on nie był tym wszystkim  zmartwiony. Cierpliwie odpowiadał na moje pytania i doklejał sznurki taśmą do dużych reprodukcji. Podtrzymywałem jego zdjęcia i mówiłem czy prosto wiszą na sznurkach.

Kiedy się wypogodziło ludzie rozeszli się do zajęć i zabaw.
Mirosław przygotowywał się do przedstawienia opowieści z podróży rowerowej na Ukrainę w poszukiwaniu korzeni swojej rodziny.
Kaśka nie mogła się doczekać.

Jechaliśmy na Folkowisko bo znaliśmy jego krótką ale bardzo ciekawą historię dzięki Michałowi z Jeleśni. Nie lubię folkloru, ale jego barwne opowiadanie rozbudziło w nas pragnienie znalezienia się prawie na końcu polski w miejscu gdzie kultura i tradycja regionalna jest inna i przede wszystkie inaczej podana niż na naszym rodzimym TKB - Tygodniu Kultury Beskidzkiej.
Lubimy tamte rejony. Przywozimy   stamtąd   zawsze dobre wspomnienia. Wierzyliśmy, że i tym razem nie będzie inaczej.

Pierwszym punktem programu istotnym  dla nas  było spotkanie z Gosią Kawką współpracującą z Fundacją im. Zofii Rydet. Znaliśmy Zapis Socjologiczny z prasy fotograficznej i z obszernej wystawy w pawilonie  Emilia w Warszawie.
Zależało nam na poznaniu bliżej ciekawego życiorysu Zofii Rydet i charakteru jej pracy dokumentacyjnej.

Pośród dyndających zdjęć rozmawiałem z Mirosławem o fotografii. Gosia oglądała jego zdjęcia i wydawało mi się że się jej podobają ponieważ niosą pewien ładunek wrażliwości jaki  wkładał w ich zrobienie Mirek.
Gosia opowiadała tego dnia o Zofii z zaangażowaniem i szacunkiem, a Mirek o swojej podróży i zdjęciach mówił z tęsknotą i żalem poruszony trudnym losem ludzi i ciężkim życiem na Ukrainie.


Jak to było?
Jacek i Kaśka w Nowych Gutach 1991
Chyba wtedy zaczepiłem Gośkę jakimś pytaniem, pośród ruchomej galerii poruszanych wiatrem zdjęć Mirka wiszących w stodole. Dołączyła do nas Kaśka z pewną nieśmiałością bo wiedziała, że powiedziałem Mirkowi jak bardzo ją wzruszyła jego opowieść.
Usiedliśmy w kręgu na leżakach Tygodnika Powszechnego i rozmawialiśmy długo i ciekawie.
Nasza paczka Nowe Guty 1991
Potem zostawiliśmy ich samych i następnego dnia spotykaliśmy niby przypadkowo razem. Spacerowali i rozmawiali. Na koniec razem nas pożegnali obiecując spotkanie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Podróżowaliśmy po Rumunii szlakiem książki Stasiuka "Jadąc do Babadag" i wielkim zaskoczeniem było dla nas pytanie, on line Gosi i Mirka, o nocleg na Mazurach albo na Warmii jak kto woli.
Okazało sie że wieczór zastał ich  w okolicy wsi Nowe Guty, tam gdzie z przyjaciółmi i Kaśką byliśmy po
 raz pierwszy autostopem na wspólnych wakacjach w 1991 roku.

Posyłali nam potem co jakiś czas zdjęcia ze swojej pierwszej wspólnej podróży wakacyjnej maluchem Mirka. .



Minęło pół roku i niepodziewanie nas odwiedzili, dając nam wiele radości ze wspólnie spędzonego czasu.
Jak przystało na fotoamatorów, wymieniliśmy się nie tylko wiedzą ale i swoimi pracami na pamiątkę tego radosnego i inspirującego  spotkania.
Oni są przekonani ze to dzięki nam się poznali. To takie miłe!
Zdjęcie Mirka z dedykacja, na pamiątkę spotkania.