Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (4) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (16) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (71) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (27) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (17) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

PŁYTY ZA POPIELNICZKĘ.

Obietnica prezentu motywuje. 

Miłośniczka kolei zaproponowała mi spotkanie w niedzielne popołudnie i przekazanie kilku płyt winylowych do naszej kolekcji. Warunkiem było spotkanie w pociągu. Wymiana peronowa nie wchodziła w grę ponieważ pozbawia widoku radości osoby obdarowanej. Przedmioty mają przecież swoją wartość sentymentalną i nie można ich tak po prostu dać i wziąć jak bochen chleba w sklepie. By mieć więcej czasu na rozmowę podjechaliśmy z Kaśką się do stacji Sporysz i tam na słonecznym peronie czekaliśmy na pociąg relacji Żywiec - Sucha Beskidzka. 

Jej serdecznego uśmiechu nie sposób przegapić w oknie pociągu nawet przez zaparowane szyby. Teresa, rower... i płyty! 
Nie wypadało tak po prostu odebrać płyty w drzwiach i podziękować. Szykując się na spotkanie, myślałem co może ucieszyć miłośnika kolei? Czy jest coś czym mógłbym się odwdzięczyć? 
 Znalazłem w swoich skarbach targowych popielniczkę. I to jaką! Malutka trochę większa niz pudełko zapałek. Sygnowana wytłoczonym napisem PKP.Takie były w szaro- zielonych piętrusach. Szybko wymyśliłem jak ją wyeksponować by cieszyła oko domowników.. 
Przyspawałem ją do blachy. Blachę oprawiłem w drewnianą ramkę by można ją było powiesić na ścianie. Chyba udało mi się Teresę zaskoczyć. 
Kupiliśmy bilety ale nie do Pewli, lecz o jeden przystanek dalej, do Jeleśni. W pociągu poznaliśmy Miłośników kolei beskidzkiej którzy tak sobie jeżdżą w tę i z powrotem :-) 
 Chóralne łłaałł potwierdziło, że miałem dobry pomysł z tą popielniczką. 
Podróż zakończyliśmy w Jeleśni gdzie mąż Teresy już czekał z rowerem na wspólny powrót do Żywca. My poszliśmy pieszo do domu 4km.  








   





Przyjemność pisania...

...przyjemność notowania w blogu, ale większa przyjemność pisania na "wyczerpanym papierze". Od jakiegoś czasu na tym, który kupiłem za grosze na targu.

Pisanie piórem wydawało mi się czymś oczywistym i normalnym. Nie traktowałem tego jak prowincjonalnego snobizmu. Niekiedy nawet kryłem się z tym, by uniknąć naiwnych pytań i zbędnego tłumaczenia. Miałem jakieś stare pióro i nim pisałem. Dobrze mi się nim pisało, do momentu pierwszego komplementu jaki otrzymałem od dziewczyny na karuzeli

 Popatrzyłem na swoje pismo. Drukowane najczęściej, bo wtedy sam siebie potrafię odczytać a i bliscy do których piszę mają ułatwione zadanie. Najtańszym atramentem HERO Ink, które pamiętam jeszcze z podstawówki i chińskim piórem HREB 330 które do dziś jest sprzedawane w sklepach papierniczych po kilka złotych. Dobrze mi się pisało do momentu wyróżnienia. Zastanowiłem się wtedy jak to jest pisać innym piórem, tzw. dobrym piórem? Czy można pisać jeszcze łatwiej, ładniej, czy pisanie może być przyjemniejsze?

Pomyślałem że mogę spróbować. Szybko uświadomiłem sobie że nie będę kolekcjonerem, bo ceny piór wiecznych bywają zawrotne. Pozostało mierzyć siły na zamiary i spróbować tego na co mnie stać. 
HERB 330 najtańsze pióro w każdym papierniczym


 Chyba każdy z mojego pokolenia zaczynał pisanie od pióra HERB 330. Takim piórem pisałem. Ma wady. Czasem skrobie i zawsze zasycha. Winna jest nieszczelna skuwka. Wystarczy dmuchnąć. Każde pióro z nieszczelną skuwka będzie zasychać. Niektóre można we własnym zakresie uszczelnić silikonem.  
 Odwiedziłem najbliższy sklep papierniczy i pytanie o tanie pióra, kiedy stoi się obok witryny z piórami po kilkaset złotych, wprowadziło ekspedientkę w zakłopotanie.  Propozycja 100 złotych za pióro była dla mnie nie do przyjęcia. 
 Po krótkim zastanowieniu, sprzedawczyni znalazła pod ladą polskie pióra ZENITH OMEGA na zwykłe naboje, po dwie dychy. Dwie wersje, obie plastikowe; Jedna w połysku druga satynowa. Jedna w chromach, druga pozłacana. Wersją lux czyli modelem OMEGA NICE lepiej się pisze, co widać na próbce. Oba pióra nie zasychają.
cdn.


Anatomia upadku.

 Chciałbym znowu pojechać do ameryki.... już raz chciałem... ciotkę mam w okolicy Detroit.

Uwielbiam ujęcia filmowe słonecznych amerykańskich ulic, pełnych przechodniów, dużych samochodów, parterowych domów i sklepów na przedmieściach, jak w "Dymie". Uliczna przeciętność, zwykłość przechodniów intryguje mnie anonimowością ich losów. Zagadką zaciszy domowych, tajemnicą relacji rodzinnych, samotności, szczęścia czy tragedii.
 Czekałem na tę książkę od pierwszej zapowiedzi. 
Znałem Detroit z fotoreportaży ukazujących powolny upadek wielkiego miasta. Pożądam takich miejsc. Ekscytują mnie opisy rozkładu. Podniecające jest eksplorowanie opuszczonych budynków. Niezwykła jest nadzieja odnalezienia czegoś wyjątkowego lub wręcz przeciwnie, czegoś prozaicznego ale uświadamiającego nagłą bliskość z człowiekiem który musiał to miejsce opuścić. Dlaczego musiał? Jaka jest jego historia?
 Duże nadzieje wiązałem z tą książką. Liczyłem na obszerne relacje, wielostronicowe opisy zmieniającego się miasta i rozpadających się więzi społecznych. To miała być obiecana sekcja zwłok.  Analiza społeczna. 

 Reporter NYT rezygnuje z posady i osiada na prowincji, w mieście w którym jest ukorzeniony. Czuje że ma misję do spełnienia, że musi coś zrobić dla miasta i dla siebie.

 Trafia do ludzi, których losy komplikowały się z każdym rokiem pogarszającej się koninktury na rynku samochodowym. Miasto symbol, miasto wzór amerykańskiego sukcesu które w ciągu 30 najlepszych lat wzbogaciło się o milion mieszkańców. Teraz mieszka tam zaledwie 750 tyś. 
Dawało każdemu szansę: pracę, dom z ogródkiem na kredyt, auto stojące na podjeździe też na kredyt, telewizję, grilla i piwo...
Teraz też jest pierwsze ale jako bankrut, jako przykład złego zarządzania, wszechogarniającej korupcji i nepotyzmu. Przekierowywania środków finansowych pod stołem do kieszeni polityków i urzędników, kosztem osłabienia takich struktur jak straż pożarna, policja i służby medyczne a nawet edukacja. 
Kryzys finansowy popchnął Detroit w przepaść jaką wykopały banki z ryzykownymi kredytami. Przemysł zaczął się wynosić z miasta w inne rejony USA, bezrobocie poszybowało jak w latach dwudziestych...

Le Duff z typowym, amerykańskim, wręcz tabloidowym zacięciem tropi przestępstwa jakich dopuścili się ludzie ze świecznika. Jest zadowolony ze swojej skuteczności. Trochę zarozumiały. Czasem uderza w wysokie tony pełne patosu i kończy książkę happy endem... właściwie nadzieją i przestrogą dla innych miast stojących na krawędzi.

Nie tego oczekiwałem. Liczyłem na kwiecisty styl pełen opisów, emocji , wrażeń, uczuć. Chciałem być oczami autora, potem na jego twarzy i kurzem ulicy w nosie. Jak u Stasiuka. Zostałem natomiast czytelnikiem zbioru opowieści o ludziach i ich problemach, bezsilności, zawiłych losach, przemocy i bezmyślności. To było jak przeglądanie tabloidu, gdzie przekaz musi być prosty i celny.  

Charlie doprowadził pewne sprawy do końca. Sprawiedliwości stało się zadość. Poprawił swoją samoocenę, samopoczucie i podziękował wszystkim na końcu książki. 

Za dużo przekleństw które nie ubarwiają dialogów. Jakieś literówki i chyba dwa momenty gdzie miałem wrażenie że tłumaczono z pomocą translatora internetowego...
Jednak nie żałuję :-)