Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (17) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (75) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (19) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Action...

Po ciężkim tygodniu dobrze się śpi... w wannie! Myślałem że trochę poczytam ale zrobiło mi się tak przyjemnie że zasnąłem. Obudziłem się jak już woda odkryła mój wstyd. Na nic nie miałem czasu w tym tygodniu. Nawet czytać i to mnie boli najbardziej. W nawale obowiązków i dużym tempie pracy nawet nie słucham radia bo jeśli nie mogę się skupić na audycji to wolę nic nie słyszeć. Nie potrzebuję dżwiękowego tła do życia.
Lubię być sam ze swoimi myślami wtedy tak pięknie płyną. Szkoda że nie mogę niektórych myśli przelać przez klawiaturę, one tak szybko ulatują.
 Po dłuższej przerwie odwiedziłem moich znajomych sprzedawców targowych. Od jednego  nich dostałem cynk o dostawie nowego-starego towaru w poniedziałek, więc będę napewno. Dziś za to trafił mi się aparat który dawno chciałem sobie kupić, mianowicie:
ACTION SAMPLER
 Migawka 0,22 sek na jedną kwartę i 0,66sek na cały kadr. Wyrażnie słychać wolny przebieg więc będzie fajna sekwencja.

Za jedyne 5zł. (alledrogo za 120zł) w folii i pudełku z instrukcją, nie używany z filmem wewnątrz i nie zrobionym żadnym zdjęciem. Chociaż gdyby już jakieś zdjęcia były przez kogoś zrobione fajnie było by zrobić sobie tajemniczą niespodziankę. Wiem, jestem wścibski ale to nasza ludzka specjalność. Gdyby nie to nie było by programów i gazet o celebrytach. Nie rozumiem tego zainteresowania cudzym życiem lub umyślnego prowokowania dziennikarzy do pisania o sobie...
 Pewnego razu akwizytorka SKOK'u roznosiła ulotki, na szkolnym festynie rodzinnym, z wizerunkiem Artura Żmijewskiego. Staliśmy z kolegami i rozmawialiśmy kiedy podeszła wręczajac każdemu ulotkę. Spojrzeliśmy po sobie i już wiedziałem...
Zapytałem, czy to aby nie jest jej dyrektor i tak się promuje na ulotkach. Pani odpowiedziała że to nie jest dyrektor, pytając jednocześnie jak mogę nie wiedzieć. Zaczęła mi tłumaczyć że to taki polski znany aktor, pan doktor, ojciec, Mateusz, detektyw. Ja kiwałem głową z zainteresowaniem a koledzy nie mogli się powstrzymać ze śmiechu. Kiedy skończyła tłumaczyć, zapytała czy dalej nie kojarzę, odpowiedziałem że  wogóle, więc zrezygnowana pożegnała mnie zdaniem "Żal mi pana."
A mi nie żal mnie. :-)
Śmiejąc się z siebie można do woli uśmiać sie z innych. Wiem, świnia jestem i taki zespół lubię, "jak oni grają!"


Jak stary dobry Carcass na pierwszych dwóch płytach.
16 listopada wybieramy się rodzinnie na koncert LAO CHE do Katowic. Mam nadzieję na odrobinę materiału  '44! Czy ktoś z nami jedzie?

Yuma! A co?

Rocznicę uczciliśmy kolacją i seansem sentymentalnym.
Któryś bloger pisał o yumie  w tonie niepochlebnym, że to taki naiwny film z siermiężną scenografią w pretensjonalnym stylu, że tak nie było...
A właśnie że tak było!

"Co ty wiesz o ..." PRL'u

Film kręcony w Czeskim Cieszynie i Ostrawie, fotoreportaż z planu  gdybym o tym nie przeczytał to bym się nie zorientował, a przecież Cieszyn znam nieżle.
Zastanawiam się tylko skąd oni wzięli taki kowbojski saloon madam Figura? Ale to nieważne.
 Ważne wtedy było pragnienie posiadania czegokolwiek co dawało namacalnie czuć zachodnią cywilizację w rękach, w swoim  pokoju czy na sobie być  lepszym, nobilitowanym we własnym środowisku. Kto z nas nie zbierał wtedy puszek po piwie, resorkowców, paczek po papierosach ustrzelonych na strzelnicy "sportowej" podczas odpustu przykościelnego, fotosów gwiazd muzyki i filmu, przypinek które dziś wracają do łask, no i znaczków odlepianych z listów od ciotki z ameryki, długo by wymieniać.
 Ja wiem że to takie prózne ale przyjaciele wtedy nie byli zawistni. Wtedy każdy się cieszył jak ktoś miał coś fajnego. Stąd wśród ludzi mojego pokolenia umiejętność cieszenia się cudzym szczęściem. Cieszymy się jak komuś się dobrze wiedzie a i pomagać potrafimy bezinteresownie jak w tamtych trudnych czasach, które nauczyły nas życia nie tylko dla siebie ale i dla innych.
Nic nie było.
Wtedy każdy pomagał drugiemu zdobyć coś, załatwić, poszukać znajomości, "by żyło się lepiej." Pieniądze nie miały wartości jeśli nie można było za nie czegoś kupić więc wartością był człowiek który umiał pomóc , coś załatwić, zrobić, naprawić, wykombinować a nawet ukraść. Uniwersalną walutą była flaszka. Jako wdzięczność i jako bilet do lepszego świata, chociaż na chwile bo kac na drugi dzień boli tak samo.
Jak w Yumie gdzie  kradzież została rozgrzeszona gestem Robinhoda. Odbieranie bogatym, takie karanie za historię za podział europy na lepszych i gorszych
"...oparty nie na przemocy lecz na prawie" (Stalin, bo jemu się należy!). Pozostaliśmy po tej gorszej stronie tak jak pózniej nasi bracia w NRD obudzili się z widokiem na mur.
  Zachód więc płaci karę za każdym razem kiedy młodzi wpadają do sklepów i dyskretnie zabierają (yumają) towary mieszczące się do kieszeni kurtki albo przebierają się wychodząc z kabiny "na cebulę".
Radość rozdawania fantów jest wielka kiedy widać szczęśliwy uśmiech obdarowanych.
Wtedy cokolwiek nas uszczęśliwiało, teraz młodych ludzi nie byle co ucieszy kiedy mają wszystko.
Normalnym jest że chce się lepiej i więcej, wtedy zatraca się zdrowy rozsądek wkraczając na drogę przestęstwa z której powrót jest trudny. Sprawy komplikują się kiedy do gry wchodzą bezlitośni gangsterzy i wielkie stawki, przemoc lub śmierć.
Tylko katarssis może przerwać ten zaklęty krąg węża zjadającego własny ogon.
Nie można powiedzieć -Ja się juz nie bawię.
Stawka jest wysoka i jak spaść to z wysokości albo na cztery łapy albo na pysk.
Jak spada Kot, Młot, Kula i Gierszał zobaczcie sami. Ja zobaczę napewno jeszcze raz!


Ta Yuma przewija się w tle filmu i też jest dobra.


"W czasie deszczu..." kto się nudzi?

 Deszcz dzwoniący w blaszany dach nastraja do lenistwa co dla ludzi pracy pewnie jest tylko chwilową przyjemnością. Dzień nicnierobienia  bywa fajny ale tylko jeden. Przeszło mi przez myśl żeby zrobić sobie taki wolny dzień ale obowiązki wzywają. Idzie jesień, deszczowych dni będzie pod dostatkiem. Dzieci będą w szkole, Kacha w pracy a ja w domu będę się lenił z książką filmem i gęstą kawą. Kiedyś...
 Najważniejszy jest plan dnia, na końcu którego jawi się czas na czytanie. Dobrze nastraja mnie perspektywa czytania po skończonej pracy.
Uwielbiam czytać i jeść jednocześnie. Pewnie bibliofile będą zniesmaczeni, Jak tak można?
A można!
I na dodatek zaginam rogi kartek, i odwracam otwartą grzbietem do góry jak nie mam zakładki i jeszcze zakreślam ołówkiem (czasem długopisem) ważne fragmenty lub tematy do sprawdzenia czy głębszego poznania.
To fajny sposób poznawania. Przecież ciągle się uczę i się tego nie wstydzę.Martwię się tylko że kiedyś moja pamięć nie będzie już taka dobra a tyle książek do przeczytania, filmów do obejrzenia, miejsc do zobaczenia... Ale co tam!
Tymczasem  znalazłem u "mojego" księgarza znowu dwie literatury na świecie. Jedna o herezji, gnozie i sektach (4/1989)  a drugi egzemplarz poświęcony Havlowi (8-9/1989)
LnŚ - Havel, spis treści

Zajęcia ostatnich dni kierowały moje myśli i czyny w stronę "Praskich łowów" Aleksandra Kaczorowskiego. Zachwycony jego "...elementarzem" oczekiwałem kolejnej przyjemności czytania. Jak się póżniej okazało nie tylko przyjemności czytania ale i przyjemności wyobrażni. On tylko wpuszczał kroplę atramentu, nie musiał opisywać do końca. Kolor rozpływał się i zabarwiał w pełni przyjemne obrazy w mojej głowie.
"...łowy" zapowiadały się łatwo lekko i rozrywkowo. W Pradze i o Pradze. Powoli zanurzałem się w poszukiwaniu miłości kolejnych kartek a ona znikała ustępując kolejnym spotkaniom  i rozmowom. Historycznym dyskusjom i literackim zawiłościom charakterów Fuksa, Kundery, Polańskiego. Wszystko podane w sosie piwnym knajp praskich Holeszowic, Letnej, Hradczanów, Małej Strany, Starego Miasta, Nowego, Żiżkowa.... Ołomuńca.
Miasto nadziei, tylko czy spełnionych? Rosjanin, Polak, Amerykanka, Japonka, przyjechali z nadziejami  do Pragi ale czy ona spełniła ich oczekiwania? Gdyby nie to pewnie by tam nie zostali. A może jakoś tak wyszło. Splot zdarzeń zatrzymał ich w tym dziwnym mieście. Zyli z dnia na dzień bez pośpiechu, tak po czesku nasiąknęli Wełtawą i tym co przyniesie kolejny poranek.
 z tą recenzją się nie zgadzam

W pażdzierniku (AM)  mam nadzieję posmakować Pragi po raz drugi, bo ten pierwszy, sprzed wielu lat zupełnie się nie liczy, choć był urokliwy z perspektywy nieprzygotowanego turysty.


Hans Kloss po czesku cd.

Jedna z naszych stawkowych koleżanek Joanna zafundowała wszystkim stawkologom czeskie tłumaczenie haseł z serialu "Stawka większa niż życie"
Oto one. (ewentualne błędy proszę sygnalizować)
Czy to pan Georg?
Przysyła mnie krawiec męski Tadeusz.
Przychodzę od Józefa.
Czy to pan ma do zaoferowania kościane guziki do kożuchów?

Czy wtedy Joanna dała nam hasła? Nie pamiętam, ale to było w  stolicy i obie z Panie Warszawy.

Zawartość cukru w ...horrorze.



Wczorajszy wieczór filmowy z miską kolorowych chrupków kukurydzianych był udany. Chrupki znikały w zastraszającym tempie wraz z narastającą akcją filmu "Zemsta po latach". Ostatni raz widziałem go ponad 20 lat temu w kinie Magórka w Łodygowicach gdzie czuwała nad nami wisząca Matka Boska Częstochowska.
Ten film przeraża nawet dziś. Jest ponadczasowy. Proste i prymitywne niekiedy efekty mrożą krew w żyłach a stopniowane napięcie drży oddechem by pęknąć trzaskającymi drzwiami i ścigającym wózkiem.
Martyna tylko zasłaniała oczy kiedy ojciec topił dziecko w wannie a Karolina uciekła sprzed telewizora słysząc pierwsze takty napięcia i grozy.
Lovecrafta za to czytała z przyjemnością, SILENCER'a słucha z dreszczem,  ale horroru nie wytrzymała.

 Dziś w wolnej chwili obejrzeliśmy "Poszukiwany, poszukiwana", (zawartość cukru w cukrze pochodzi z tego filmu). Zabawy było wiele prl'owskim sentymentem lecz wspominam o tym filmie bo znalazłem tam fajny polsko-czeski akcent z Filipem Łobodzińskim w roli głównej. Raz jest czeska flaga na parapecie a raz jej nie ma.
"Poszukiwany..." filip Łobodziński i Wojciech Pokora 
Kaśka na babskiej imprezie więc my, z Martyną urządziliśmy sobie horrorowy seans filmowy. Najpierw CHRISTINE, a potem DUEL.Prosta rozrywka po ciężkim dniu.
Praga Magiczna nieczytana!(PIW, H.Kralowa '97) za 90zł. to chyba nieżle bo na alledrogo po200zł. Mój egzemplarz ma cenę 48zł i przecenę 21zł. więc historia ceny ciekawa.

Suplement

(AM)
... zorkij c, moja poprzednia lekka zorka służyła mi dobrze dopóki się nie zepsuła. Sprzedałem ją jakiemuś kolekcjonerowi co zasiliło mi budżet na supersamplera.
poprzednia zorka c
...i zdjęcie z tej zorki na negatywie C41 kodak BW400, a odbitka na papierze wielokontrastowym Ilford  (samodzielnie), czeskim powiększalnikiem Opemus 6
Teraz zorka 5 po smarowaniu  działa dobrze. Ma dalmierz z żółtą plamką i dżwignie szybkiego naciągu co czyni ją "mniej zgrabną". Jedyne co mnie w tych aparatach wkurza to zakładanie filmu, szpula odbiorcza jest. Taki urok. Futerał z brązowej skóry, ładny, tylko pasek ktoś wykorzystał na smycz dla psa.


I na kuriera się doczekałem. Udało mi się kupić okazyjnie, tak mi się wydaje, "Pragę magiczną" i przy okazji "Praskie łowy". 

Nie mogę się doczekać kiedy pójdę do pracy, będę miał więcej czasu dla siebie :-)
Odwaliłem dziś kawał dobrej roboty, a na zakończenie dnia zrobiłem z Karoliną półkę na książki których ciągle przybywa. 


Interes życia :-)

Kiedyś pisałem o człowieku który kolekcjonuje "tygrysy" , ma ich już ok. 500szt. Zasiliłem jego kolekcję i w zamian dostałem bambino. Obiecał mi jeszcze aparat Zorkij 5 za kilka egzemplarzy "sensacji XXw", i oto jest!
zorkij 5

Właściwie nie liczyłem na nią, pomyślałem że pewnie zapomni, starszy pan, a tu niespodzianka.
Aparat w bardzo dobrym stanie z drewnianym statywem i futerałem. Do tego dostałem kopioramkę do stykówek z dużych negatywów którą można wykorzystać jako ramkę do zdjęć. Mam wyrzuty sumienia że jakoś tak tanio dostałem ten sprzęt ale mam jeszcze dla niego (marynisty) bardzo stare egzemplarze tygodnika MORZE i kilka książek o tej tematyce. Napewno się ucieszy, on się tak fajnie cieszy.

kopioramka do stykówek
Piętnaście minut z księgarzem zaowocowało książkami:

Hasek - zbiór opowiadań
Kafka - Zamek
Petiska - Hotel dla cudzoziemców

Czekając na... kuriera

Zrobiłem pięć zdjęć, chociaż nigdy nie byłem w hali  "Miroskiej". No i nie mam już Zorkij S ale mam obiecaną Zorkę 6. ha...


 













Znam to ze zdjęcia tylko nazwisko zapomniałem. Czyja to fota?
all lomo foto

Egzotyczny spacer.


  Cisza niedzielnego poranka, po hałaśliwo-rozrywkowej sobocie, nastrajała do spaceru w nadmorskiej dzielnicy Szczecina tam gdzie tramwaj zawraca o wschodzie słońca. Dla, w jakimś stopniu, poukładanego faceta ze wsi każdy miejski spacer jest ciekawym doświadczeniem, obserwacją rzeczy ulotnych i dziwnych. Mieszczanie pewnie mijają takie miejsca beznamiętnie, nie myślac nawet o nich, chociaż mając świadomość ich istnienia. Każde miasto ma takie dzielnice o których pewnie sam bóg zapomniał.
Omijając psie kupy na chodniku do którego wdzierała się trawa pobocza nie koszona od sezonów szedłem niespiesznie i bez celu. Szedłem żeby iść, kuszony tajemnicą  ukrytą za kolejnym rogiem kamienicy i następnym skrzyżowaniem. Krzaki i chaszcze, nie karczowane, skrywały stare, nikomu niepotrzebne meble, fragmenty sprzętów agd porzuconych beznadziejnie  bez szansy na naprawę, samochody bezsilne zapadłe w ziemi po osie na wieki wieków amen.

  Krzaki i chaszcze chwilami ożywały poruszone promieniami słońca budzącymi głód zwierząt. Spotkałem dzika pożywiającego się resztkami "ludzkich" odpadków, których anemiczni konsumenci jedynego produktu  nie mają siły unieść na wysokość kubła. No bo skąd ta siła ma się brać? Z codziennej gimnastyki jednej ręki od biodra do ust z butelką piwa czy wina? Oni są zajęci, nie maja czasu, to nie ich teren, oni mieszkają od tąd do tąd i ani centymetra dalej. Nikt nie zrobi więcej niż to konieczne. nikt nie zrobi nic bo to nie jego, bo to "miasta", bo to państwa które ma dać, zrobić...

  7 rano w niedzielę to piękna pora. Nie ma ruchu prawie wcale tylko wiewiórka, ruda, lekko skacze po drzewach, beztroska.
7 rano to zła pora bo niecierpliwość głodu i smaku daje o sobie znać, chrypką rozmów pod "umeblowanym"  krzakiem z wydeptanym rondem wieczornych tańców tubylczych przy ognisku. Druga strona drogi, nasłoneczniona, jawi się jako ostoja bezpieczeństwa. Słoneczna poświata podkreśla inność, czystość... niedotykalność. W tym świetle lepiej iść, bezpieczniej, odważniej....

  Zniszczona ściana z łachami odkrytych cegieł ogrzana słońcem, budzi się leniwie przeciągając jękiem porannej mszy świętej z uchylonego okna. Z każdym krokiem zarażliwe ziewanie białych okiennic  przechodzi od modlitwy do zachrypnietego dialogu, pełnego pretensji, mężczyzny i kobiety pomiędzy które nie może sie przebić płacz niemowlaka. Na wysokościach słychać  dialog porannej noweli telewizyjnej, głośnością nie znoszącą sprzeciwu.
 Słońce wdziera się do śmierdzących klatek schodowych a zawsze otwarte  drzwi nie zatrzymują światła żarówek których nikt nie gasi bo są niczyje, jak światełko w tunelu, dla wszystkich. Kwestią czasu jest kiedy staną się osobistym domowym żródłem oświecenia... lecz nie kagankiem.
Kagankiem jest telewizja. Ona uczy, ona bawi, ona tuli i usypia, daje tematy podwórkowych rozmów. Z łatwością wkrada się do głowy gdzie dla niej miejsca wolnego wiele.

  Wszystko jest do dupy.
Wszystko zniszczone, szare i śmierdzące.
"Szczecin (...) to coś więcej niż miasto."
Może centrum, które stanie się za czterdzieści lat pływającym ogrodem (sic!). Śląsk nie stał się miastem ogrodów to i Szczecin nie będzie pływającym ogrodem tak jak trójmiasto nie stało się "sześciomiastem roku 2000" gdzie domy miał być podwieszane. (?)
Wypaczony lokalny patriotyzm kibolskich radykałów na wielkich słowach o honorze się kończy. Kapie z pędzla i wsiąka w ziemię bezużytecznie zmarnowaną farbą pustych haseł.
Cała para w gwizdek! Cała farba w mur!
Nie w zasrana klatkę schodową, odrapane drzwi frontowe czy zarośnięty trawnik, ale na most, śmietnik, ścianę komórki pięknymi kolorami patriotycznymi z próżnymi hasłami wielkimi literami.



  Jak wiele siły potrzeba by to zmienić,by wyrwać się z tego getta?
Minimalne potrzeby samodzielnie zaspokajane z dnia na dzień skracają perspektywę myślenia o przyszłości. Przyszłość to jutro. Byle do jutra. Dzień dzisiejszy jest najważniejszy, dzisiejsze pragnienie, dzisiejszy głód i zdobycie bieżących srodków.
Dziś daje caritas, jutro unia, tam szmaty, a gdzie indziej paprykarz szczeciński. Plan jest prosty jak codzienne czynności pierwszej potrzeby. Dreptanie w koło ławki, potem pod krzakiem a w końcu pod sklepem zabiera z życia chwile które mogły być piękne lecz nikt nikomu nie pokazał piękna tego życia. Próbowanie smaku czyjegoś życia pozostawia tylko gorycz rozczarowania swoim marnym losem.


lomo
lomo




























lomo

Wielki Magazyn.

 Enigmatycznie to brzmi a chodzi o Magazyn GW z 22 września 1995.
Wyszedłem na strych w moim rodzinnym domu z którego wyprowadziłem się w 2005 roku. Zostawiliśmy tam stosy gazet z początku lat 90tych; Polityka, Przekrój, Wprost, GW. Zostały też stare gazety czytane przez moich rodziców: Perspektywy, Panorama, Poznaj świat, Morze, i najwięcej Film, Kino, Ekran wszystko od lat 60tych do schyłku PRL'u. Już nie raz zasilałem materiałami fora "Czterech pancernych...", "Stawki większej...", czy czarnobylskiej strefazero o energii atomowej.
 Tym razem zabrałem paczkę magazynów GW wielkich płacht jak sama gazeta. W jednej z nich znalazłem ciekawe artykuły o Kafce, Milenie Jesenskiej, Dorze Dymant.
Milena Jesenska 1
Milena Jesenska 2
Dora Dymant 1
Dora Dymant 2

W innym jest:
Płachty takie wielkie że nie mam ich jak włożyć ani podzielić na skanerze A4.

Książki, kury... hacele.

Targowa środa towarowa.
Byłem  umówiony z księgarzem obwożnym. Przyjechałem za wcześnie i krążyłem bez celu po placu targowym przysłuchując się ludzkim rozmowom, obserwując nachalny marketing czy kolejki za wędzonką.
Duża ilość osób starszych przewija się na targowisku. Najczęstszym pytaniem jakie da się słyszeć, jest zdanie:
Co słychać?
Nie lubie tego pytania bo automatycznie zwalnia pytającego z wysiłku prowadzenia rozmowy przerzucając konieczność odpowiadania na partnera, dlatego zawsze jeśli mnie to dotyczy, odpowiadam jeszcze krócej:
Nic!
Rozmowy emerytów balansują między zdrowiem a chorobą, zawartością siatki z zakupami a pytaniem: Za czym kolejka ta stoi? I nieodłącznym tematem rozmów jest śmierć bliskich. Wyliczanie kto żyje a kogo już nie ma.
 Spacerowałem między stoiskami i wyławiałem dialogi. Pewien młody sprzedawca odzieży chciał za wszelką cenę sprzedać pewnej starszej kobiecie spodnie dresowe, tłumacząc że są damsko-męskie. Jeden staruszek niskiego wzrostu w brązowym kapeluszu z krzaczastym wąsem i takich samych brwiach o zmęczonej, pooranej twarzy jak Smoleń, mierzył z pistoletu pneumatycznego do przechodniów, celem zakupu jego. Nawet w tym wieku mężczyżni maja duszę chłopca.
Zawstydzająca jest natomiast świadomość, że mąż robiący wyrzuty żonie z powodu ciężkich siatek, myśli że w tłumie jest anonimowy a ja go słyszę i kobieta się za niego wstydzi.
Zbładzilem do straganów ze sprzętem dla koni. Pociągowych. Od niechcenia rzuciłem pytanie czy mają HACELE, nie licząc że wogóle wiedzą o co chodzi. Spośród pięciu ludzi tylko jedna kobieta 40+ wiedziała czego chcę, i co najważniejsze, miała hacele jakich szukałem dla Karoliny od dawna. Aktualnie towar już nie jest produkowany i nie chodliwy, niesprzedawalny. (12,50 zł za 5szt)
zasady gry i zdjęcia


Dopatrzyłem w tłumie mojego księgarza bo góruje nad wszystkimi wzrostem i czarną czupryną. Spóznił się i nie mógł znależć miejsca na swój stragan. Inni handlarze przeganiali go chamsko "bo muszą podjechać autami do swojego straganu" by się załadować. Pomogłem mu rozłożyć stoisko bo mój cenny czas się kończył a przede mną jeszcze stały stosy ksiażek do przejrzenia.
Warto było!

Tyrmnd  "Zły"
Kafka "Proces"
Capek "Inwazja jaszczurów"
Frazer "Złota gałąż"
Literatura na Swiecie - 5tomów. ( Cortazar, Vanczura,Seifert,Kafka,Skvorecky,Havel )
No i doszedł pocztą Jirasek z "Podaniami czeskimi"

Niechybnie czeka mnie wycieczka do stolarza po dechy na nową półkę dla książek ale to już po powrocie ze Szczecińskiego zlotu stawkologów.
Stawka większa niż życie - forum stawkologów


Żywiec na starszej pocztówce.




foto:  K. Kaczyński
foto:L.Święcki
foto:Z.Gamski

foto: Siudecki, Święcki

Jestem dziś umówiony z targowym księgarzem. Miał dla mnie odłożyć kilka książek, miał być Capek, Frazer  "Złota gałąż", stos Literatury na Świecie...

Żeńskie granie w Żywcu

 Męska formuła uległa parytetowi i tym sposobem możemy posłuchać "bab z jajami". Pewnie Piotrowi Stelmachowi takie słowa cisnęły się na usta kiedy konferował przepinki artystów. Obserwacja dziesięciotysięcznego tłumu była ciekawym doświadczeniem. Przystępna cena biletu 20zł. spowodowała że zabrakło ich już parę dni przed koncertem. Efektem tego była największa liczebność widowni z pośród wszystkich koncertów, na zakończeniu trasy krajowej potwierdzona oficjalnie przez Stelmacha. Żywczanie byli dumni, jednak gdyby tak przefiltrować towarzystwo okazało by się że połowa to miłośnicy muzyki a reszta to konsumenci piwa i kiełbasy lub smalcu. Akurat dziś nie było ani kwaśnicy w garze ani wielkiego oscypka więc zespoły grały im do frytek .
 Trudno było o dialog między KaOwcem a leniwą publicznością. Nikt nie słuchał  rozmów Stelmacha z muzykami. Biedny Piotrek musiał wymuszać brawa i owacje dla artystów. Przecież konsument nic nie musi. On kupił usługę... "kurwa mać Acid grać".
 Artyści ze szczerą radością wykonali swoją pracę choć publika skromnie ich wynagradzała.
Poszedłem głównie na Acid Drinkers, nie pierwszy raz. Wyszli, zagrali jak trzeba "modzież" dała czadu tylko różne "pląsawice" narzekały jak oni się rozpychają. Karolina wróciła z kotła z siniakami ale niesiona na rękach!
Ale nic to!
 BRODKA mnie urzekła swoim radosnym i świeżym występem.  Nie lubie folkloru, ale Brodki połączenie z elektroniką i energią maleństwa dało mi wewnętrzną radość choć stałem jak słup soli i słuchałem. Dla niej warto było iść na koncert. Występ w domu przed tyloma gośćmi musi być stresujący, o czym mówiła, jednak poszło jej "jak z taboretu w kuchni przed tatą i mamą". Nie ma wstydu. Jest duma.
Dyjak robi wrażenie. Głosem, charyzmą i... swoją historią.
Nosowska, w uznaniu zasług zasługuje na pokłon ale mi się nijak nie podoba i te jej infantylne komentarze i podziękowania, no może to i fajne ale nie po każdym utworze. Babo, być że se poważna.
Stelmach krzątał się wśród publiczności ale nie zauważył dwunastolatka w koszuli, sweterku i sandałach, siedzącego na trawie i czytającego książkę "Zapraszamy do trójki" . Młodzi przechodzili obok, patrzyli jak na zjawisko, nawet robili zdjęcia telefonami szyderczo się śmiejąc.

Duch w narodzie nie ginie.

Organizacyjnie impreza doskonała dzięki kilkuletniemu doświadczeniu i odpowiedniemu budżetowi. Wyjątkiem była tylko mała ilośc koszy na śmieci a może brak kultury osobistej goroli i hanysów. Takiego syfu dawno nie widziałem. Wszyscy, wszystko rzucali pod nogi. puszki, kubki plastikowe, tacki, aż po horyzont. Dzwięk szelestu puszek i plastiku towarzyszył nam aż do momentu opuszczenia amfiteatru pod Grojcem.
W Jaworznie podczas Metalfestu przez trzy dni nie było tyle gnoju co tu w ciągu sześciu godzin. Wiocha nadal.

Łikend w Kłodzku.

I co z tego że w środku tygodnia. W sam raz na zakończenie wakacji. Porzucenie pracy, szybka decyzja i jazda.
Jeszcze tylko do księgarni, bo po "Prawieku..." czegoś mi brak. Kaczorowski przeczytany, Jirasek jeszcze nie doszedł, to "moment" by kupić "niedżwiedzia" Tokaczuk. Na drogę i poranki.
Czytanie w drodze nie było konieczne, albo raczej nie brakowało mi go, bo rozmowa była ciekawa, żadne radio nam się nie wtrącało kretyńskim komentarzem. Poranki leniwe odpychały lekturę brakiem kawy i enklawy samotnej czytelni. Choćby jakiś balkon czy taras a tu tylko niewygodne, skrzypiące, łóżko. Tylko moje łóżko nadaje się do czytania.
 Miasta kotliny kłodzkiej są piękne. Otoczone górami, skrywają skarby architektury z szacunkiem zachowanej. Nie skundlonej styropianem. Nie są to jakieś szczególne zabytki ale urokliwe wille i domy z wykuszami  i dobudówkami. Na każdym kroku widok takiej samotni, "baszty", rozbudzał tęsknotę do ciszy benedyktyńskiej lektury nie zmąconej cywilizacją.
Zdrowa woda Kłodzkich uzdrowisk jakaś taka niedobra, pełno rdzy i smakuje żelazem, fuj, nie mogłem tego pić nawet jak mnie suszyło. Wiem, wiem, tak ma być, "gorzki lek najlepiej leczy".
Arszenik też leczy. Na przykład Napoleona. Podtruwany arszenikiem, uzależnił się od niego i jego choroba żołądka przez to nie dała się zdiagnozować. Kiedy oprawcy odstawili trutkę na szczury rezygnując z zabicia cesarza rak żołądka dał o sobie znać i szybko uśmiercił malucha. 
Nam pozostała po nim brama w Ślesinie i drogowy ruch prawostronny w europie oraz konstytucja 22 lipca... tak Księstwa Warszawskiego!
W rudach arsenu znajdowało się złoto dlatego Złoty Stok... miejscowość taka. Kopalnia od lat nieczynna, udostępniona do zwiedzania z przewodnikiem który za wszelką cenę próbuje być zabawny i wesoły. Są momenty że mu to wychodzi a są i takie że prowadzi do konsternacji kiedy trafi na nietolerancyjnego mądrale z którym wdaje się w dyskusję, a my wcale nie chcemy wiedzieć kto wie lepiej. Przewodnik czy turysta. Jednak pomimo tej małej niedogodności można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy z historii, chemii, geologi...
Zakończeniem podziemnej podróży, na ostatniej stacji kolejki jest galeria tablic ostrzegawczych, informacyjnych, emaliowanych gdzie wyeksponowana jest tylko część zbiorów. Treść nie wymaga komentarza. 


Niestety wszędzie odpustowe stragany z duperelami, tzw. pamiątkami,  każdy chce zarobić na chude miesiące zimowe a rodzice nie wysilają się by tłumaczyć dzieciom co to jest "pamiątka z miejsca" i kupują te chiński gówna żeby mieć święty spokój.
Duszniki Zdrój zachwyciły mnie muzeum papiernictwa. Wygląda okazale nieprawdaż:
E52
lomo

wielkie maszyny robią wrażenie zwłaszcza jeśli ktoś lubi, tak jak ja, beton i stal. dotknięcie czerpanego papieru rozczula delikatnością ale już nie ceną. Na przykład: za papeterię (pokolenie smsowe pewnie nie wie co to jest - zestaw kopert i ozdobnych kartek papieru do pisania odręcznego listów i wysyłania ich pocztą nie elektroniczną)... 60zł. 
Szczeliniec
 Piękny, ale zdobyć go przy moim lenistwie to była kara. Pytałem Martyny (10lat) co chwile czy daleko jeszcze a ona powtarzała że daleko, że połowa, że odpoczynek... bo była tam niedawno z klasą. Po kolejnym moim pytaniu, niespodziewanie znależliśmy się na szczycie. Jaka była moja ulga, górskiego leniwca a widok był nagrodą i smakująca wyśmienicie kawa z koroną, na szczycie Szczelińca. Pięknie i warto.

 spod Szczelińca
szczyt Szczelińca i tam kawa
Znowu stragany u stóp... jak na odpuście.
Muzeum zabawek z duszą
w Kudowie Zdroju. Nie złoto, nie papier, lecz zabawki rozczuliły mnie sentymentalnie. Przeniosłem się w czasy dzieciństwa. Przy każdej gablocie chwaliłem się jak dziecko dzieciom: o! to miałem, tym się bawiłem, to zepsułem, to kupił mi tata, to babcia, to mama, a to dostałem jak byłem chory, a tamto za dzielność przyjmowania zastrzyków.
Jednak najwięcej szczęścia dało mi rozrzewnienie Karoliny i Martyny kiedy widząc proste, prymitywne zabawki wzdychały z tęsknotą w głosie i zazdrością jak miałem się fajnie będąc dzieckiem... jak bardzo chciały by mieć takie piękne zabawki.

Martyna zapaliła się do nowego pomysłu. Widząc jak w muzeum szanuje się zabawki stwierdziła że będzie zbierać je także. Zobaczymy na ile wystarczy jej zapału. Mnie nie trzeba mówić dwa razy, zawsze zapalam się do dziecięcych pomysłów przedłużając tym sposobem kontakt z nimi bo wiem że kiedyś mi tego zabraknie. Poza tym i od dzieci wiele się uczymy a każda wiedza, nawet o zabawkach, jest dużą wartością dodaną.
Przyjmujemy stare zabawki. Pokój Martyny wiele jeszcze zmieści.
Znalazłem tam kilka gablotek z czeskimi zabawkami z lat PRL'u.

 
Lomo: czeskie lalki z masy papierowej



Bajki: LADY i  TESAROVEJ
Na koniec przedmiot pożądania! TORNISTER dla Martyny.

Szukamy takiego tornistra jak po lewej! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Wypad wakacyjny się udał. Powrót wprost na Męskie Granie do Żywca, ale o tym póżniej.
Foto: Kasia, lomo Jacek