Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁODYGOWICE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁODYGOWICE. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 sierpnia 2019

Zabrali mi wodospad.

Babka której trochę nie lubiłem, darła się za mną:
Budowa wodospadu w Krzysiach.
 - Tylko nie właź do głębokiej wody, bo Cie wciągnie utopiec!
ale ja już byłem za płotem bo skracałem sobie drogę, przechodząc przez niego w rogu ogrodu. Dwanaście lat, to już wystarczająco dużo by skakać po drzewach i płotach. 
Z jabłkami w kieszeniach biegłem nad wodospad gdzie starsi koledzy budowali zastaw na rzece z wielkich kamieni toczonych z góry i dołu koryta. Patrzyłem jak ustawiają głazy jeden na drugim i utykają kucami z trawy, szpary pomiędzy nimi. Na środku była przerwa zatykana deskami, służąca do spuszczania wody na wypadek opadów deszczu, by uchronić zastaw przed zniszczeniem.
Jesienią i zimą przybór wody był na tyle duży , że i tak jak co roku rozwlekał kamienie w korycie Żylicy.
Obserwowałem jak koledzy skakali na główkę z murku wodospadu, oddzielającego od głównego nurtu strugę do fabryki mebli (Reicha) i tartaku Pawełka znajdującego się za Zamkiem.
Nigdy nie odważyłem się tak skoczyć. Nigdy też nie zanurkowałem pod wodospad jak Pasierbek, który dzięki pożyczonej ode mnie masce, upolował harpunem Troć, na ponad 60cm.   
W najgłębszym miejscu woda miała prawie 3 m.  Zastaw był wyższy ode mnie. Wodospad miał 2 m wysokości.
Babka, mama i tata. Ujęcie wody dla meblowni i tartaku.
Wybudowano go chyba po wojnie, jako próg spowalniający ale i napowietrzający wodę i stał tak aż do... chyba 2016 roku kiedy został zrównany z korytem rzeki. Na przełomie wieków dzieci nie budują już zastawów, nie kąpią się w rzece, bo maja komputery, internet i telewizję satelitarną. Zburzenie wodospadu zbiegło się z wybudowaniem w jego bezpośredniej bliskości domu jednorodzinnego, co mogło mieć wpływ na decyzję. 





Nic nie zostało z wodospadu 2018.

2018.




sobota, 27 lutego 2016

25 LAT CZEKAŁEM NA SER.

 Dwadzieścia piec lat temu przyjechał facet polonezem w poszukiwaniu ślusarza. Sam właściwie nie wiedział czy ślusarza czy bardziej kowala. Pokazał mojemu ojcu dziwny przedmiot i zaczął tłumaczyć o co mu chodzi.
-Bo wie pan, najlepiej to by było wziąć kosę i ją odpuścić. - rozpoczął. Potem, pociąć na kawałki wielkości pudełka zapałek tę cienką blachę i powyginać, tak jak panu pokazuję, a po wszystkim znowu je zahartować. I ważne jest żeby były dokładnie zrobione, tak do dwóch dziesiątek w środku, i tu - pokazał palcem, żeby miały taki skos zaostrzony z jednej i drugiej zewnętrznej strony. Dokładnie taki, bo wewnętrzny wymiar jest najistotniejszy.
-Będę sprawdzał suwmiarką. - dodał na zakończenie
Ojciec tak słuchał i spoglądał, to na niego, to na ten prosty a jednak dziwny przedmiot. Pozwolił mu mówić. Nie przerywał, bo w głowie już klarowała mu się wizja jak on by to zrobił. Mrużył jedno oko w skupieniu, bo dym z  Klubowego w kąciku ust unosił się prosto do oka.
-Nikt się nie będzie pieprzył z jakimś odpuszczaniem kosy.- powiedział ojciec. Mam swojego człowieka w Befamie gdzie lata pracowałem i on mi zrobi takie blaszki, a ja dorobię całą  resztę.
Rzemieślnikowi "starej daty" nie trzeba dwa razy tłumaczyć kiedy on ma juz w głowie wizję gotowego przedmiotu.
łyżeczki do zdejmowania łyka
 To było około 1990 roku. Od tamtej wizyty, Henryk przyjeżdża do nas kilka razy w roku i zamawia po kilkadziesiąt sztuk narzędzi.
Już wtedy sam przygotowywałem niektóre operacje i detale do wykonania ŁYŻECZEK które służyły  do zdejmowania łyka z pni drzew.
Pewnie widzieliscie kiedyś w lesie powalone pnie świerkowe które bielą się równymi paskami zdjętego łyka.
 Najłatwiej natknąć się na ślady pracy leśników, a właściwie SKÓRKORZY, w naszych beskidach. Tylko w naszym regionie ludziom  chce się mozolnie ciąć paski po pół metra, które idą w tysiące sztuk. Ostatni rekord to około 3000 km. bieżących, czyli taki jeden pasek od nas do wybrzeża Portugalii.
Praca skórkorzy jest bardzo pożyteczna ponieważ pojawiają się w lesie zawsze przy okazji masowej wycinki drzew, oraz podczas porządkowania lasu po wichurach które robią duże spustoszenie w drzewostanie. Poza tym pozbawienie pnia kory i łyka, eliminuje skutecznie szkodniki.
ser na paskach łyka 
Wiedzieliśmy od samego początku, że te drewniane paski służą do pakowania francuskich serów. Niestety ojciec nigdy tego sera nie spróbował i już nie spróbuje. Z resztą jakoś nie miało to dla nas wtedy większego znaczenia. Dopiero niedawno wspomniałem Henrykowi, że chciałbym jednak zobaczyć i spróbować tego sera, oraz zobaczyć jak jest pakowany w nasze paski.
 Dziś dostałem po raz pierwszy porcję sera w drewnianym pudełku ale to pudełko nie ma nic wspólnego z naszymi paskami łyka. Okazuje się że nasze łyko jest wewnątrz sera, zatopione w białym puchu pleśniowym. Nasze beskidzkie łyko świerkowe nadaje aromat francuskiemu serowi spod szwajcarskiej granicy. Produkowany nieprzerwanie od 1845 roku, dojrzewa 3 tygdnie w temperaturze 15stC. To ser sezonowy wytwarzany od września do marca z surowego mleka krowiego. Podawany najczęściej na ciepło w półpłynnej postaci.




 Słowa dla wyszukiwarki: ser pleśniowy mont d'or napiot,  ser montdor, mont dor.

poniedziałek, 6 października 2014

ZAPOMNIENIE.

  Przejeżdżałem tamtędy na rowerze wiele razy. Często widziałem Go siedzącego przy małym oknie z odsłonięta firanką i patrzącego na uliczkę za płotem. Tak Go zapamiętałem Bardzo dawno temu widywałem Go w sklepie na zakupach. Był mały przygarbiony i trochę gruby,o okrągłej jasnej twarzy. Chyba pomagał sobie laską i torbę z zakupami nosił w zgięciu łokcia. Nie znałem Go wcale. Wiedziałem tylko gdzie mieszka....
  Przejeżdżałem tamtędy samochodem. Zaskoczył mnie widok jego rozpadającego się domu. Nie mogłem się oprzeć pokusie zobaczenia go z bliska.
Trawa była po pas i gałęzie drzew też skłonione do pasa. W upalny dzień było w jego ogrodzie chłodno i wilgotno. Ziemia pod butami uginała się puszyście nasiąknięta wodą, której słońce nie mogło wyparować. Z uli dawno wyprowadziły się pszczoły. Pokrzywy parzyły nogi  broniąc dostępu do domu.
Był spalony.
Od frontu wydawało się, że po prostu się zawalił ze starości ale z tyłu sterczały kikuty opalonych krokwi, futryn i drzwi. Strach było chodzić po obejściu bo nie wiadomo gdzie znajdowało się szambo. Najpewniej zakryte dechami z papą i schowane pod łęgami  wybujałej trawy.
Stanąłem u drzwi, a raczej tym co z nich zostało po pożarze. Rombowego kształtu, czarne jak węgiel do grilla oplecione pajęczynami których żeby nie mieć na głowie musiałem się pozbyć znalezionym kijkiem narciarskim, którego On, być może używał do podpierania się kiedy chodził do wychodka.

  Ciekawość jest bardzo silna.
Bałem się trochę, że sąsiedzi zainteresują się zaparkowanym autem, bo domy stoją z każdej strony, a na dodatek jest słoneczna niedziela spacerowa. Gdyby jakiś starszy sąsiad mnie zaczepił, to nie było by problemu bo,  starzy mnie znają. Ale młodzi? Potraktują jak złodzieja i nie pomogą żadne znajomości.
  Słońce cienkimi , zimnymi strumieniami oświetlało wnętrze przez dziury w pozostałościach dachu zawalonym od pożaru. Gęste firany pajęczyn zdobionych owadami i suchymi liśćmi, wisiały jak baldachimy procesji Bożego Ciała. Naginały kark w pokorze i strachu przed pająkami i obrzydliwym uczuciem nici na twarzy i we włosach. Podłoga była jak gliniane klepisko z rozmoczonym popiołem, resztkami ubrań, gazetami i mieszaniną czegoś nieokreślonego z czym przyroda powoli daje sobie radę.
Bajzel i graciarnia. Zbieranina wszelkich przedmiotów. Niektórych znaczenia musiałem się domyślać. Inne stały posłusznie czekając na swój koniec pod łyżką koparki, albo mikrobami które poradzą sobie ze wszystkim mając za sojusznika czas.
  Czas który odliczają do Jego śmierci. Jest starym kawalerem. Podobno miał siostry, które już nie żyją. Podobno nie ma żadnych spadkobierców, którzy mogliby zaopiekować się Nim i tym co po Nim zostanie. Podobno przebywa w ośrodku opieki dla osób starszych gdzieś koło Z. Po Jego śmierci pewnie gmina przejmie wszystko.

  J. musiał być bardzo ułożonym i zasadniczym człowiekiem. W szafach wiszą jeszcze wyprasowane koszule. Regały pełne są zapleśniałych książek o historii, wojnie, marynarce wojennej, uprawie roli, hodowli zwierząt, budownictwie, ślusarstwie i innej inżynierii. W kredensie stoją słoiki z domowymi przetworami z których soki wyparowały lub zagęściły się do galarety. Talerze ustawione w równe stosy, okna z doniczkami już martwych kwiatków.
Dwa pomieszczenia, takie przybudówki, pełne są starych i prostych narzędzi stolarskich i ślusarskich. Części o nieokreślonym przeznaczeniu i materiałów do budowy czegoś.
Jan musiał być samowystarczalny i niezależny. Od pewnego znajomego dowiedziałem się, że przez to jaki był zasadniczy okazał się być trudny we współżyciu społecznym. Pewnie dlatego nie bardzo mógł liczyć na innych tylko na siebie. Pewnie był, jak to się mówi "upierdliwy"...
  Podobny obraz wyłania się z korespondencji jaka po Nim została, przeze mnie uratowana. To jest kilka listów do kobiet z pytaniami, pretensjami i wyjaśnieniami. Są też odpowiedzi i listy, które wysłał i zostały odesłane na rozłąkę korespondencji, albo też nie zostały nigdy wysłane.  Być może szukał miłości i w kilku z nich jest odpowiedź.

Strasznie chciałem uratować książki jakie zgromadził i stosy roczników gazet elegancko popakowane w paczki rocznikami, przewiązane sznurkiem ale wszystko jest tam tak zawilgocone deszczem, że śmierdzi pleśnią, a niektóre egzemplarze przestały być czytelne pokryte warstwą szarego grzyba. Jeden stos książek jest tak rozparty wilgocią w półce, że nie da się wyjąć ani jednej sztuki.
Jedyne co mi się udało uratować do zbiór map państw europy '60-'70, polskich regionów (Bieszczady, z której korzystałem) oraz około 100 pocztówek z polski lat '60 - '70 i kilka czeskich. Jedną książkę o powstaniu warszawskim, i figurkę radzieckiego żołnierza  z pepeszą... do ataku.


 Tyle pozostanie po człowieku, co u mnie w pudełku po butach, i zdjęć w internecie.

piątek, 5 września 2014

CAMERA OBSCURA

Nie, nie szukam nowych środków wyrazu.
Chciałem powrócić na chwilę do korzeni fotografii. Przypomnieć sobie pierwotne emocje pierwszych zdjęć dziadkową Prakticą a później ojcowym Rolleicordem. Filmy "120" FotopanFF kupowałem w GS'owskim sklepie a wywoływał mi je facet... musiałbym wykonać kilka telefonów by znaleźć jego nazwisko... więcej go nie było jak był, w atelier przy placu kościelnym w Łodygowicach w połowie lat '80.

1
2
 Jednak znalazłem mój pierwszy negatyw, bo odbitek mi się nie udało znaleźć. Negatyw przyłożony do monitora komp.(pixele) sfotografowany telefonem i odwrócony... bo nie mam skanera do negatywów.

1. Pani Kosarska nasza ulubiona nauczycielka ZPT i modelarstwa (zbudowałem Jaskółkę)

2. Moi szkolni koledzy, Janusz P. i Jerzy W. na tych samych zawodach latawcowych.

3. Wszystko na terenie lotniska Aeroklubu bielskiego w... chyba 1986 roku. Chodziłem wtedy do 7 klasy szkoły podstawowej.(?)

 Zdjęcia zrobione przy pomocy takiej okrągłej tabeli naświetlań i aparatem Rolleicord, 6x6

3

  Ja wiem że nie sięgnę tak bardzo wstecz, by poczuć emocje  pierwszych fotografów, Niepce' czy Daguerre'a, jednak chciałem mieć przyjemność samodzielnego stworzenia prymitywnego aparatu, do zrobienia kilku prostych zdjęć, a potem poczuć radość lub rozczarowanie nieoczekiwanym efektem, jak w dzieciństwie.

Nie interesował mnie ekstremalny prymitywizm camery obscury zrobionej z pudełka po butach czy pudełka zapałek. Potrzebowałem normalnego przesuwu filmu, licznika, mocowania do statywu i w miarę łatwego montażu otworkowego obiektywu.

W szufladzie spośród wielu aparatów wybrałem zepsutą Smene z szybkim naciągiem. Zdemontowałem obiektyw z migawką, zaślepiłem aluminiową płytką do której przykleiłem blaszkę z otworkiem wykonanym igłą. Średnica otworka mogła mieć około 0,2-0,3mm. Z jednego listka migawki zrobiłem zasłonkę "obiektywu" dla odmierzania czasu... palcem.
   Wbudowany celownik pozwolił orientacyjnie skomponować kadr ponieważ ogniskowa otworkowego obiektywu skróciła się do 30-35 mm dlatego na zdjęciu widać znacznie więcej niż w "lunetce".
W internecie są strony poświęcone fotografii otworkowej. Tam znalazłem wskazówki naświetlania, jednak zazwyczaj jest to proces bardzo indywidualny. Aby osiągnąć mniej więcej zamierzony efekt konieczna jest praca eksperymentalna i notowanie parametrów naświetlania.











Zdjęcia naświetlałem na oko mniej więcej według wskazówek znalezionych w internecie. Przy negatywie 400asa czasy oscylowały w granicach 0,5 - 1 sek. przy pełnym słońcu. Trudno palcem odmierzyć sekundę lub pół. Zazwyczaj było to otwórz/zamknij, nawet bez jakiegoś odliczania...












Efekt jaki jest każdy widzi.
 Czy jestem zadowolony? Raczej nie. Powodem rozczarowania jest podświadomy niedosyt ostrości na zdjęciach, spowodowany najpewniej niedoskonałością otworka. Powinien mieć ostre krawędzie przy możliwie cienkiej blaszce i jak najmniejszą średnicę. Przebijanie igłą powoduję przeciągnięcie krawędzi która w powiększeniu wygląda jak płyta ztalowa po przestrzeleniu kulą karabinową. Najlepiej kupić gotowe blaszki z otworkiem na allegro. Chyba, żeby założyć folię aluminiową i delikatnie przedziurawić... może kiedyś.
 Czy jestem zadowolony? Raczej nie i chyba już nigdy nie poczuję ekscytacji pierwszych samodzielnych fotografii. Ekscytacji wspólnej pracy ciemniowej z Kaśką... ;-) Lata tzw. "zabawy zdjęciami" powodują rosnące oczekiwania wobec siebie. Więcej zdjęć jest takich które nie wywołują euforycznego zachwytu choć są poprawne i miewają dużo lajków...
 Czy jestem zadowolony? No może trochę, plastycznością tych fotografii. Pozwalającą patrzeć na nie, a nie oglądać, nie - "czytać od prawa do lewa..." jak uczył T. Tomaszewski. Niedoskonałość tych zdjęć, pobudza wyobraźnię do zajrzenia wgłąb obrazu, zatrzymania wzroku lub powracania do minionych ujęć, i nie patrzenia na to co widać, lecz na to co moglibyśmy tam dojrzeć. Co kryje się za kurtyną niedoskonałości, utraconymi detalami... i historią w tle

Dla porównania 200 lat różnicy, i co? Niepce vs Szures.



wtorek, 22 kwietnia 2014

moje Łodygowice

...mój Prawiek...
Nie kończący się sentyment do Łodygowic nie pozwala mi zapomnieć o korzeniach i pięknych wspomnieniach. Cieszę się że Martyna i Karolina lubią moją wieś i tęsknią do niej. Bo jest tam inaczej niż tu gdzie mieszkamy. Tam czas płynie wolniej i jest cudowna cisza. Są znajomi młodociani, i dorośli którzy nas pamiętają. Dziewczyny czują się tam jak u siebie, mają przyjaciół których rodziców dobrze znam.
 Oto broszura wydana w latach 80 tych niskim nakładem, poświęcona Łodygowicom. Kupiona na aukcji. I tak pewnie nie przebiję Jacka Kachla który ma najwięcej informacji i pamiątek. Mam jednak nadzieję że mam coś czego on nie ma.
Szukam starych biletów kartonikowych PKP Łodygowice, albo Pewel Mała!
W tym celu zatrzymałem się w Łodygowicach na stacji i obszedłem dookoła szukając możliwości wejścia do środka nieczynnej od lat stacji. Nie da się! Kraty mocne, a wnętrze wysprzątane.
Część zabytkowego budynku jest zamieszkana i jedne drzwi były otwarte. Wszedłem do piwnicy jednak przypomina ona zwykła blokową piwnicę z boksami przypisanymi każdemu mieszkańcowi. Nie ma nic co można by pozyskać.
Jest jednak światełko w tunelu. Przypomniałem sobie że tam mieszka chłopak którego znałem dawno temu i po wykonaniu jednego telefonu i krótkiej sympatycznej rozmowie,jest nadzieja na jakieś kolejowe pamiątki.

    
















 


 Plakietka znaleziona niedawno na bielskim targu. Chodziłem wtedy do 7 klasy szkoły podstawowej im. Królowej Jadwigi. Tej która stała obok fabryki mebli. Została zburzona kilka lat temu. Wtedy miała 120 lat, siódmego czerwca.
Cóż to mógł być za bieg skoro w Łodygowicach jest tylko jeden pomnik. Jeden przy którym, obok stoi drugi. Jeden poświęcony utrwalaczom władzy ludowej a drugi ofiarom stalinizmu. Może ktoś mnie oświeci. A może biegli w kółko :-)