Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (17) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (75) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (19) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Wsteczne zdobywanie prasy.

Mejla dostałem z pytaniem czy mam wczorajszy dodatek GW "Duży Format" z artykułami Szczygła.
Środek nocy to był, a pytaniem tak się przejąłem, że przyśniła mi się Praga. Wszystko przez Ankę.

W czwartek padało. Wracałem wcześnie rano z pracy i kompletnie nie chciało mi się zatrzymywać po gazetę. Chciałem być jak najszybciej we własnym łóżku. Wiedziałem że jest dodatek reporterów ale moje lenistwo było silniejsze. Jak już wsiądę to jadę...

Szkoda nie przeczytać nowego Szczygła, tym bardziej że na spotkaniu w bielsku wspominał że pracuje nad nową książka i innymi tematami niż Czechy i Czesi.

Anka mnie zmotywowała i szlakiem porannych kiosków powrotnych pytałem o wczorajszą wyborczą. Niestety rano, wczorajsze gazety odbiera kolporter dostawca, zostawiając te jeszcze ciepłe.
Została mi ostatnia deska ratunku, sympatyczna Kioskarka Komorowicka. Zawsze kiedy kupuje u niej gazetę   miło  mnie zagaduje obdarzając pogodą jakiej nie znajduje u bardzo wielu ludzi znacznie od niej młodszych.
Też nie miała wczorajszej, ale widząc jak mi zależy, podpowiedziała że ma w teczce jednego klienta nie odebraną i jak chcę to mogę (...) poprosić o odstąpienie.
No i mam(...też..) dla dobra innych... tych w Pradze.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Piszę,  a tu telefon od Sympatycznej Kioskarki  która krzyczy z wielką radością,  że Pan Uprzejmy chętnie zostawi komuś w potrzebie dodatek...
Więc jutro (... tu było coś niezgodne z prawem), przeczytam.
Reszta jest milczeniem tych, co czytali rano :-)

Pewna Dorota

Dorota Pewna, właściwie mogę ją tak nazywać i to "nazwisko" może zostać u mnie, dla mnie, właśnie takie, bo musi (?) pozostać anonimowa, może nie musi, ale nie wiem czy mogę napisać więcej. Zresztą jakie to ma znaczenie. Niech tak zostanie.
Jej "Pewne", nowe nazwisko jakie jej nadałem, przewijało się już kilka razy w moich wpisach kiedy okazjonalnie znalazłem dla niej na targu, książki autorów literatury iberoamerykańskiej, choć myślę że autorzy kontynentalni nie są jej obcy, bo przecież czyta w oryginale...
Tym razem to ona obdarowała mnie poszukiwaną książką "Praga magiczna" A.M.Ripellino która jest syropem wyciśniętym z Pragi. Lepiej, więcej i piękniej chyba już nie można napisać o tym mieście do którego tęsknię bo dawno nie byłem.
Czytam ją po trochę, a jak skończę i zapamiętam wiele to będziecie mogli do mnie mówić "czechofil".


To cholernie miłe, że ktoś, mając duże możliwości, bywając gdzie dusza zapragnie, myśli o mnie czasem, skromnym skrybie, dla którego małe rzeczy, dają wielką radość. Jak "Auteczko" Hrabala z wywiadem, ale czy dramat przeczytam do końca, to nie wiem, bo nie lubię kotów.

Brak zasięgu. YEAH!

Nie można mieć wszystkiego. Nie można być wszędzie gdzie by się chciało. Do Czarnobyla za drogo, do Ołomuńca termin koliduje, ale "wysłałem delegację" dziękując za dobrą wolę organizatorce, Pani Dorocie Siwor. a sami pojechaliśmy na zlot stawkowy już dawno planowany.

Jak zawsze Leszek, Rafał, Bogdan i inni doskonale przygotowali tegoroczny zlot. Nie zabrakło jedzenia, picia, śpiewania. Spania, zwiedzania, oglądania. Krwi, potu, p... komarów.
Drewniany, stary dom "...na wygonie pod lasem" z werandą porośniętą winobluszczem, która była najlepszym miejscem do porannego czytania o śpiewnym wschodzie słońca. Zapomniałem o telefonie. Nie miałem kontaktu ze światem. Świat się mnie nie czepiał. Nie przypominał mi o tym, że są tacy, dla których ważne jest to, co dla mnie jest ostatnią rzeczą która przychodzi mi do głowy. Motoryzacja nikogo przez ten weekend nie interesowała w stopniu większym, niż czas dotarcia na miejsce operacji, czy czas powrotu do domu. Permanentny brak zasięgu uwolnił mnie o brzemienia obowiązków oczekujących od poniedziałku...

 Uciekam od imprezowania do ostatniej kropli. Uciekam wcześniej żeby zasnąć nim wrócą, nim się wygadają, nim zasną, zachrapią...
Potem uciekam z łóżka nim wstaną, i zaraz rozmawiają. Cisza poranna jest moja , tylko dla mnie. Gęsta kawa, tylko dla mnie, i Milena, tylko dla mnie tego weekendu... Dla Kaśki Bieguni z zachwytem wspólnego milczenia przy kawie.

Przy śniadaniu nie rozmawiają.  Żonglują słowami, szermierzą zdaniami filmowymi. Słowne potyczki wyżu intelektualnego po dobrej imprezie. Wszyscy to mamy drugiego dnia. Reguła taka naturalna... i śmiech nieskrępowany, tylko obsługa i kelnerzy patrzą z niezrozumieniem, słysząc zdania wyrwane z kontekstu, brzmiące polszczyzną, jakiej nie znają z ekranu codziennego telewizora.

Kraków piękny jest, jednak, byle nie za często, nie za długo i nie w centrum. Nie zabytki, nie pamiątki lecz ulice i przechodnie. I sprzedawcy, naganiacze ulotkowi, banerowi nosiciele i dorożkowi sutenerzy transportowi. Nachalność ich obrzydliwa jest, jednak praca ich nie hańbi. Żadna praca nie hańbi. Uwalniamy ich od ciężaru ulotek, nie odmawiając, lecz przyjmując niepotrzebne. Wyrzucając do kosza wspieramy ich. Kiedy ja wyrzucam, daję mu zarobić. Kiedy on wyrzuca, traci pracę.

Cieszyłem się na ten znany mi Kraków, kiedy zbierałem kiepy na plantach inscenizując Podlasińskiego. Spojrzenia turystów... bezcenne! Tym razem nie było to konieczne. Inne miejsca były ważne dla tych co nie byli pewnego razu . Mogłem skupić się na kadrze, na człowieku w mieście, obserwacji ludzi i chwytaniu ulotnej, decydującej chwili Cartiera. Uwielbiam jego surrealistyczne zdjęcia.
Bo od piątku mam świetny aparat dalmierzowy, o jakim marzyłem już dawno. Świetny do fotografii ulicznej. Malutki (mieści się na dłoni), cichy i niepozorny, ze świetnym szkłem, manualem i automatyką.

Jednak nie on jest ważny.
Ważna jest Joanna Geolog z Warszawy. Przywiozła mi w prezencie, piękne dwa aparaty do kolekcji. Wychodząc z założenia że u mnie będą żyły nadal, służąc choćby od czasu do czasu. Działające, co w przypadku Zorki 4 nie bywa oczywiste, jak przesuw filmu, czy nie trzymanie czasów, zwłaszcza długich, z powodu zasychającego ruskiego smaru. Ta jest idealna.










A Praktica ciekawa bo nie ma pryzmatu tylko patrzy się z góry na matówkę lub przez lupę a obraz ucieka niema go tam, gdzie przewidujemy. Niezła zabawa z kadrowaniem.










Niedzielny wieczór upłynął na krzyżowych opowiadaniach Elki z Ołomuńca, Karoliny ze wspinaczki skałkowej na Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, no i nasze Stawkowe opowieści spod Ojcowa i Krakowa, śladami odcinka "W imieniu Rezczpospolitej".
Pozostało czekać na zdjęcia...



Słowa na pierwszy dzień lata.

Niedługo będą.
Listonosz książki znosi cierpliwie.
Śmieje się, że dzień bez paczki do mnie, to dzień stracony.
Dziś znowu przytargał.
I sam se przyniosłem z targu.
Ekspres Reporterów 1988; wywiad z fotoDederkami Witoldem i Szymonem.
Konfrontacje warszawskie 1971, album cz-b, zestawienia ruin i widok po odbudowie ważnych miejsc.
Ładni Kolumbowie '20 za 6zł w trzech tomach.
Bieguni, Tokarczuk (już mi Kaśka porwała, zachwycona od pierwszych stron)
Ravenbruk, o Milenie - Sandberga.
Ile będę musiał nakłamać moich klientów by wykraść dla siebie czas do czytania.
Oni są tacy cierpliwi.
Z przyjemnością chodzę do pracy... wiadomo po co.
Pracodawca zlikwidował radioodbiorniki... dla mnie dobrze
Cisza, milczenie, myślenie... to lubię.

Szum rzeki uspokaja.
Półtorej godziny marszu w górę koryta Koszarawy z Martyną. Cztery zaskrońce, martwy pstrąg na 30 cm, żywy śliz 8cm, strzeble, dwa gatunki kijanek ropuchy szarej (czarna) i żaby trawnej (szara), żaba brunatna z żółtym podbrzuszem, ślimaki, niebieska ważka, ścierwo ryjówki. Udana lekcja przyrody.

Dziś planowany wyjazd na rocznicowy zlot stawkowy do Ojcowa.



Olympus xa


Rozlewnia

...wieczór.
Leże w łóżku, zasypiam i w głowie kołaczą mi się fajne zdania ale nie chce mi się wstać do komputera. Nie chce mi się nawet sięgnąć po kartkę i ołówek, choć są w zasięgu ręki. Słyszę tylko dialogi "Oskara i pani Róży" i nóg nie mogę wyprostować bo łóżko zajęte na kino.

...odpisał mi gość który posiada etykiety piwne z nieistniejącej już rozlewni piwa i napojów, w moich rodzinnych Łodygowicach... teraz oczywiście jest tam sklep. Lepsze deko handlu jak kilo roboty...

Chodziłem do przedszkola którego wybieg graniczył z wysokim murem rozlewni i jednym oknem wielkości telewizora, na wysokości kolan. To było chyba w 1976-78r. Zbieraliśmy się tam i podglądaliśmy kobiety w stylonowych fartuchach, czepcach włosowych i sandałach bez piety i palców. Uwijających się na mokrej posadzce lastriko wśród hałasu maszyn i brzęku zderzających się o siebie butelek jadących gęsiego na taśmie.
Kiedy któraś z nich spojrzała na nas, prosiliśmy o butelkę oranżady której nigdy i tak nie dostaliśmy. Przynajmniej ja nie pamiętam, może ktoś inny dostał , ja nie.

okienko na białej ścianie 


To fajne stare przedszkole, ze znienawidzoną przeze mnie zupą mleczną, szpinakiem który do dziś mnie prześladuje w moim domu, na babskich biesiadach winnych :-) , i znienawidzoną duszoną marchewką do drugiego dania. Drewnianych pryczach z plecionymi w kratkę pasami parcianymi.
Hulajnogą, (trzy), wyrywaną sobie z rąk, bo kto silniejszy ten jeździł, krzakiem bzu okupowanym przy schodach jako baza i huśtawkach zamkniętych na kłódkę za ogrodzeniem. Jedyną rzeczą ogólnodostępną, była wielka okrągła piaskownica, wybetonowana, z murkiem po kolana o średnicy jakichś pięciu metrów.

Historia zatoczyła koło. Karoliny wychowawczynią była ta sama kobieta od której dostałem linijką po dupie, przez którą klęczałem w kącie z rekami w górze. A po latach, jej mężowi naprawiałem samochód wielokrotnie... do dziś przysyła mi życzenia :-)
To dobre przedszkole jest. Karolinie dało dobrą podstawę i teraz dobrze się uczy.

 Ale chodzi o rozlewnię. bo mam etykiety.
Z browaru w Żywcu codziennie przyjeżdżał Star na którego pace była taka blaszana beczka, nie cysterna w kształcie walca, lecz blaszana beczka z piwem, z zaworem spustowym z tyłu, jaki ma szambowóz. Czasem ojciec w upalne dni wysyłał mnie  na rowerze Jubilat, z siatką na kierownicy,  po piwo w zielonych butelkach, tzw. oranżadówkach. . Zdarzało się że na dnie pływały jakieś fusy. Wtedy sprzedawano piwo dzieciom, na wsi każdy wiedział że dzieci "są na posyłki" jak rodzice zapieprzają w polu, czy w warsztacie.


Nie, nie zbieram etykiet ale lepiej żeby były u mnie, tych kilka sztuk, ilustrowały historię jak te z browaru Kupferberg, w książce Springera służące za zakładkę "Miedzianki".










Chodzi mi po głowie jeszcze fabryka krówek która była w Łodygowicach. Ciekawe czy ktoś ma jeszcze parafinowy papierek z tego cukierka. Chyba się tam wybiorę na zwiady, może coś zostało... cokolwiek. 
Bo te krówki były jedyne i wyjątkowe. Trochę mniejsze od pudełka zapałek a na opakowaniu była krowa. One były cudownie miękkie i o wyjątkowym smaku. Żadne z współczesnych im nie dorównują. 
Są jeszcze krówki żywieckie które pamiętają czasy PRL'u takie z kwiatkiem do dziś produkowane a nawet sprzedawane tu i w każdym sklepie w promieniu 100 km od Żywca (widziałem, ale czy dalej , nie wiem).
 Wczoraj byłem... po fabryce ani śladu teren prywatny, zamieszkany, ogrodzony...

Nowa dostawa... ciekawostek.


Od Pani Marysi z Klubu Robotniczego "Śrubka" dostałem piękne, wymarzone, filiżanki pamiętające PRL.

... i ta czcionka niczym neon...


Pocztą dotarła książka Olgi Tokarczuk "Prowadź swój pług przez kości umarłych". Już prawie przeczytana... no, ciekawa, i zaskakujące zakończenie, choć cały czas gdzieś z tyłu głowy krążyła myśl że...  jednak "Prawiek..." pozostawił najmocniejszy ślad. Coś jest na rzeczy z tym prawem pierwszych połączeń. Sprawdzę jeszcze "Biegunów" (AM) i będę miał pełniejszy obraz bo "Moment niedźwiedzia" jakoś dla mnie nie do przebrnięcia.  Ustrzeliłem jeszcze powieść biograficzną  o Milenie Jesenskiej,  Sandberga. Celuję jeszcze Bauber-Neumann "Milenę ukochaną Kafki", Capote "Śniadanie u Tiffany'ego". Wielu mówi o śniadaniu a ja poznałem go "Z zimną krwią" więc czas na śniadanie...

...już dotarły powyższe, i wylicytowałem tanio "Wyznania gorszycielki" Ireny Krzywickiej. Jako zadeklarowany feminista, przeciwnik patriarchalnego systemu wychowania, ciekawy jestem czym gorszyła współczesnych sobie i czy niektóre problemy o których mówiła wtedy, zostały do dziś rozwiązane.
Konopnicka - feministka, była pierwsza, jednak jej niewątpliwie ciekawy życiorys, spowiła kurtyna milczenia, a "spotkałem" ją niedaleko, bo w Suchej Beskidzkiej, gdzie prze pół roku mieszkała, dwa kroki od kościoła.

OTO... Konopnicka w Suchej beskidzkiej.
Jest taki targ staroci i wszelkiego badziewia w Bielsku - Białej przy ul. Lompy i Cieszyńskiej. Znam go od dzieciństwa. kiedyś z rodzicami tam bywałem po warzywa i inne produkty. Kiedy dorosłem jeździłem tam sam, po płyty gramofonowe i kasety z muzyką. To były czasy prywatnego importu, inspirowane Balcerowiczem, a później rozkwitu piractwa kasetowego.
Do dziś w każdą środę i sobotę zbierają się tam handlarze starzyzną.
Zatrzymałem się tam w drodze powrotnej, po nocnej zmianie, wypoczęty i ciekawy skarbów i oto co znalazłem!
 Piękną dalmierzową  Minoltę Hi-Matic 9 z jasnym obiektywem 1,7/40 produkowaną w latach 60'... niestety częściowo niesprawną ale z dobrym światłomierzem. Ma automatykę i tzw. manuala Jest już w drodze do serwisu w Bytomiu. Na aukcjach osiągają wysokie ceny od 300 nawet do 800 zł na ebayu. Zainwestowałem 40zł, zobaczymy co powie Pan Naprawa.



Archiwalne materiały prasowe. Jeszcze?

Czeskie stresy historyczne i zupełnie współczesne. Str 1.
Str 2. Autor: Leszek Mazan. Przekrój 24.09.1995

Co i rusz natrafiam na jakieś stare gazety. Myślałem że źródła się już wyczerpały, a okazuje się ze Daniel załatwił mi wejście do składu makulatury, a gdzie mnie nie chcieli wpuścić ze względów bezpieczeństwa. W czerwcu pojadę któregoś poranka. Tymczasem, strych mamy bezdenną studnią prasy czasów prl'u.






... poza tym znalazłem dziś/wczoraj książkę którą kupiłem jak czekałem na spotkani z Adamem Michnikiem kiedy promował swoją książkę w Matrasie w Katowicach na Stawowej. Nie zapomnę widoku zakapturzonych przeciwników z transparentami, prawdziwych patriotów i jakiejś małolaty która czepiała się go z powodu ojca, stalinowskiego prokuratora.

...no i kupiłem wtedy tego Umberto Eco z którego czytaniem  łatwo nie jest, ale tu, "Po drugiej stronie muru" w Jego 1968 roku  jest inaczej. Te dwa felietony ( z Pragi i Warszawy), można połknąć w jedno popołudnie przy dwóch kawach. Ilustrowane dobrymi zdjęciami i ukazujące jak Czesi traktują Rosjan.

  "...  to przyjaciele którzy mają antypatyczny rząd, ale sami są dobrzy, jeśli się przyjrzeć każdemu z osobna. Przyjaciele którzy nagle robią ci kawał. I stawia im się tylko jedno pytanie: "Dlaczego?" i wypisuje się je na murach w czterech językach: "Dlaczego tu przyszliście?" (...) "Wracajcie do domu, przecież byliśmy przyjaciółmi." Ale Rosjanie nie umieją odpowiedzieć, ponieważ wielu z nich nie wiedziało że jadą do Pragi, a potem usłyszeli, że właśnie nastąpiła inwazja Republiki Federalnej Niemiec, i teraz nie mają pojęcia komu wierzyć." 

Eco dostrzega u Czechów taki szwejkowski spokój i dystans do tego co dzieje się na ulicach. Oni biorą w tych wydarzeniach aktywny udział ale to nie walka. Masowo wychodzą na przeciw czołgom ale nie jak my z szabelkami na tygrysy ale z pretensjami wykrzyczanymi wprost w twarz żołnierzy okupantów z czterech państw. Oblepiają sobą czołgi, oblepiają kartkami z wyrazami buntu i żądaniem opuszczenia Czechosłowacji. Czołgi wyglądają jak zasrane ptasim gównem masowym samochody...


Duże zdjęcie do poczytania kartek na Husie.