Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (4) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (16) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (71) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (8) nurkowanie (2) OSOBISTE (27) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (17) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Słowiańska epopeja według MUCHY.


Muchy są fajne.
 Na notesiku, na kubku, na krawacie, chustce, torbie... w szafie, w lodówce, w nosie :-) wszędzie. Jak Kafka w centrum Pragi.  Jak Klimt, nawet u mnie na wsi w kredensie.... Muchę znałem od dawna. Nawet na zlocie stawkowym się znalazł jako mistrz drugiego planu, we wnętrzach gdzie kręcony był odcinek "Cafe Rose" serialu "Stawka większa niż życie". ( szóste zdjęcie w galerii)

 Dziewczyny, arabeskowe badylarki, takie ładne, pop-ularne drukowane na wszystkim, utrwaliły Muchę w głowie prawie każdego. Jest rozpoznawalny i dobrze kojarzony. Tylko to za mało, znać artystę z jednego produktu i gdyby nie praski, kolejny spacer, też znałbym Muchę tylko z pudełka po cukierkach i magnesach na lodówkę.

  ...epopeja...
Na parterze, jak się okazało po wejściu, tylko na parterze, i tylko na hali z suwnicami pod sufitem. W półmroku klimatyzowanym, po kilku krokach, uderza rozmiar Epopei. W zderzeniu z wielkością dzieł, nagle stajemy się malutcy jak w podróży Guliwera. Możemy zbliżyć się do olbrzyma, ale tylko na odległość krzyku ochrony. Nie wolno zrobić makro, splotu płótna, dotknięcia pędzla, światła i cienia, barwnego przejścia. Granicę intymności wyznacza taśma na podłodze której nie wolno przekraczać.

...potrzebny jest czas, dużo czasu.
Alfons Maria Mucha potrzebował osiemnastu lat na skończenie epopei. Potrzebował pieniędzy które znalazł w USA, bo jak żyć przez 18 lat nie wychodząc poza pracownię w zamku Zbiroh. Richard Crane zgodził się być jego mecenasem, i tym sposobem, sztuka splotła się z historią i polityką Ameryki i Czechosłowacji na długie lata.
 Mucha potrzebował pieniędzy nie tylko na farby i jedzenie. Potrzebował na podróże do Polski, Rosji na Bałkany, by poznawać historię i tradycję u źródeł. Chciał być wiarygodny, rzetelny w tym co tworzył. Konsultował się z historykami by na wielkiej przestrzeni nie zgubić faktów. I pracował...
 Fajnie tak zapewnić sobie stabilizację i spokój na wiele lat. Nawet wojna mu nie przeszkadzała. Ciągle tworzył. Zastanawiałem się patrząc na jego ogromne prace: jak on to robił, jak patrzył. Czy nie tracił perspektywy przy takim rozmiarze płótna. Ile setek razy musiał schodzić z drabiny, cofnąć się żeby zobaczyć jak mu wyszło. To niewyobrażalne.


Zagubiłem się...
Czy chronologia oglądania tych dzieł ma tu znaczenie? Chyba nie. Zresztą nie ma jakiegoś planu oglądania. Prace są podpisane dla wygody oglądających. Zwłaszcza dla tych których historyczno - religijna  interpretacja nie jest mocną stroną. Zestaw prac przedstawia dziejową charakterystykę kultury słowiańskiej ale każdy obraz jest samodzielnym wycinkiem czasu i przestrzeni.
Jesteśmy Słowianami o trudnej, ale i ciekawej historii.
Jedną z prac, Mucha poświęcił naszej pięknej karcie w historii. Pokazał smutne zwycięstwo pod Grunwaldem. Zupełnie inne od tego, do jakiego przyzwyczaił nas Matejko. Statyczne, mdłe, bez kontrastu, pozbawione heroicznej dynamiki. Pełne pokory i smutku nad ofiarami bitwy.



Wszystkie jego prace są takie... dziwne. Bez kontrastu, mdłe, mgliste. Pełne duchowości i złożonych znaczeń   mistyczno - religijnych. Trudno zastanawiać się na porządkiem kompozycyjnym, zwłaszcza kiedy jest się przyzwyczajonym do zasad złotego podział czy mocnych punktów obrazu. U Mchy jest inaczej.  Komponuje po swojemu. Nie przeszkadza mu wypełnienie ram po brzegi scenami. Przez operowanie świetlistością w różnym natężeniu, wysuwa na pierwszy plan zdarzenia o dużej sile wyrazu, przyciągające wzrok. Świadomie narzuca tym sposobem kierunek czytania dzieła. Światłem ukierunkowuje spojrzenie widza i prowadzi go od światła do cienia.
Aż do wyjścia.
Nie kupujcie pocztówek w mroku wystawy. Są nie prawdziwe. Kontrastowe, jakieś takie za dobre. Brzydkie. Tylko te w sklepie muzealnych pamiątek są wierną kopia dzieł.

Dużo czasu tam spędziliśmy. Praski obiad jest nieodłączną częścią naszej wycieczki. Dzięki naszej przewodniczce zatrzymaliśmy się na obiedzie "U Grzybiarzy" prawie na przeciw muzeum. Gdybym wiedział że owocowe knedle to są nasze kluski na parze to bym się nie męczył z ta bułką mięsem i sosem. Na pożegnanie miasta, kawa z Anką i Mariuszem w nowym miejscu i plany spotkania w Bielsku-Białej u Czułych Barbarzyńców w marcu.
 Powrót komfortowy...  




Foto : LOMO LC-A

KINO NA GRANICY

mam już urlop

Drodzy Widzowie!

Mamy przyjemność zaprosić Państwa na kolejną, 15. edycję Przeglądu Filmowego "Kino na granicy", która odbędzie się w dniach 30 kwietnia - 5 maja 2013. Warto już teraz zaplanować wyjątkowo długi w tym roku weekend majowy, by odwiedzić dwa niezwykłe miasta po dwóch stronach Olzy - Cieszyn i Český Těšín.
My postaramy się o szeroki wybór atrakcji dla miłośników kina, dobrej muzyki, spotkań z niezwykłymi twórcami, a także spacerów po malowniczych wąskich uliczkach i pełnych magnolii ogrodach zamkowych - to wszystko, jak zawsze, w przyjaznej atmosferze.

W programie znalazł się bogaty wybór ponad 40 najnowszych produkcji z Czech, Polski i Słowacji, a także tradycyjny element węgierski. Wśród wybranych przez nas obrazów warto wymienić chociażby kręcony przez 37 lat Prywatny wszechświat Heleny Třeštíkovej, Aż do miasta AšIvety Grofovej, który Słowacy zgłosili do oscarowej rywalizacji, czy głośny obraz Pokłosie Władysława Pasikowskiego.

Wśród bloków programowych ważne miejsce zajmują retrospektywy polskich, słowackich i czeskich twórców. Jak już informowaliśmy wcześniej, w programie znalazła się retrospektywa słowackiego klasyka Petera Solana (m. in. Bokser i śmierć wg prozy Józefa Hena), a także przegląd twórczości niezwykłej postaci polskiego teatru i filmu, Jerzego Stuhra – przypomnimy filmy z jego udziałem jakWodzirej Feliksa Falka i w jego reżyserii, np. Spis cudzołożnic. Pan Jerzy przyjął nasze zaproszenie do Cieszyna. A czeska retrospektywa niech jeszcze przez chwilę pozostanie tajemnicą.

Zgodnie z kilkuletnią tradycją naszego festiwalu zaprezentujemy także przegląd kina gatunkowego - tym razem zapraszamy Państwa do świata filmów muzycznych i musicali. Zachęcamy do zobaczenia, w jaki sposób twórcy z Czech, Polski i Słowacji na przestrzeni lat rozwiewali szarość ekranowego i codziennego życia piosenką i tańcem. Wśród naszych propozycji znalazły się m. in. Niezapomniane Zakazane piosenki Leonarda Buczkowskiego czy Starcy na chmielu Ladislava Rychmana.

Kolejny cykl, który zamierzamy zaprezentować, to prawdziwy temat-rzeka, a dokładniej to temat: rzeka. Tradycją naszego przeglądu stały się projekcje transgraniczne ponad Olzą, które odbędą się także podczas nadchodzącej edycji, lecz tym razem zdecydowaliśmy się przyjrzeć bliżej rzekom, które same są głównymi bohaterami obrazów, lub przynajmniej stanowią ważne tło dla wydarzeń. Wśród wybranych filmów znalazły się m. in. przedwojenna Rzeka Josefa Rovenskiego i Nad rzeką, której nie ma Andrzeja Barańskiego.

Mamy nadzieję, że ogłoszone dotychczas punkty programu zachęcą Państwa, by spotkać się z nami nad Olzą. To jednak nie wszystkie przygotowane przez nas tematy - o kolejnych atrakcjach programu poinformujemy już wkrótce.

Zachęcamy do odwiedzania naszej strony www.kinonagranicy.pl i profilu na facebooku, gdzie wraz z upływem czasu będziemy ujawniać nowe szczegóły 15. edycji Przeglądu Filmowego "Kino na granicy".

Do zobaczenia nad Olzą!

Organizatorzy
Barbara Szymańska
Specjalistka ds. Public Relations
kom. 0-604 44 33 31
e-mail: media@kinonagranicy.pl
Przegląd Filmowy Kino na Granicy
www.kinonagranicy.pl
Będziemy wdzięczni, jeśli prześlesz tę wiadomość swoim znajomym.

Praga dzień drugi.

***
Po prawie czternastu kilometrach praskiego marszu ( bo zabrałem krokomierz :-) wyczerpani padliśmy w Hotelu Esprit blisko O2 areny i metra. Całkiem normalny hotel, śniadanie skromne, mało turystów bo to początek tygodnia.
W okolicy trwają prace budowlane. Nowa architektura wciska się we wszystkie wolne miejsca jak świeczki na torcie, co nie znaczy że, to ozdobą jest dla miasta. Deweloperzy wyrywają co piękniejsze kąski praskiego tortu, tłumacząc - przecież budujemy dla was.
Jakie - "dla was" - dla własnego zysku budujecie, a dla nas jest kredyt do końca życia.


Nie to jest jednak ważne, a plan. Był taki, że jeden dzień poświęcamy na zwiedzenie ekspozycji Vetrzni Palacu  . Mogliśmy zabrać naszą przewodniczkę ale obowiązki uczelniane są najważniejsze. Jak się później okazało, lepiej jest z przewodnikiem. Słuchać, rozmawiać i oglądać, niż chodzić w milczeniu i czytać etykiety. Przewodnik wtrącałby ciekawe informacje o miejscach i ludziach, zdarzeniach i historii.  Jednak nic straconego. Anka rozpoczęła kurs praskiego przewodnika i na pewno jeszcze nie raz dowiemy się wielu ciekawych rzeczy, jak podczas naszej pierwszej, niezapomnianej wizyty.
 Pałac jest ogromny, jednak nie przytłacza. Jest stary, ale ponadczasowy,  nie przypuszczałem ze powstał w latach trzydziestych ubiegłego stulecia. Rozwiązania architektoniczne proste w formie, przede wszystkim praktyczne, funkcjonalne. Wielka przestrzeń nie przytłacza ogromem. Wręcz przeciwnie. Pełna światła i oddechu sprawia wrażenie lekkości. Tylko drzwi ciężko się otwierają i nigdy nie mogłem trafić TAM czy KAM... :-)
Na wizytę w pałacu należy zarezerwować sobie co najmniej cztery godziny by niespiesznie zwiedzić cztery piętra wystaw. Najlepiej zacząć od góry bo na każdym piętrze jest około kilometra ekspozycji. Dobrze że nie ma zbyt wielu ławek i krzeseł bo można by było tam spędzić cały dzień. Godzina na jedno piętro jest w sam raz. Bilet 240ck od osoby, ale dla rodziny z jednym dzieckiem, wychodzi taniej.

Nie mam zamiaru pisać przewodnika. Po prostu bardzo warto zobaczyć to wszystko co jest tam zgromadzone. Jeżeli ktoś ma poczucie estetyki, jeżeli komuś sprawia przyjemność obcowanie ze sztuką, to tam właśnie nasyci się, przewietrzy umysł, popieści wyobraźnie... sprawi sobie przyjemność.
Wiele prac przykuło mój wzrok, zatrzymało mnie na chwilę, obudziło dawno uśpione, zapomniane sentymentalne uczucia. Światło obrazu, kolor, ruch, spokój, cisza, smutek, niepokój... wiele emocji przepłynęło przeze mnie najróżniejszych. I chyba o to chodzi. Poruszyć widza, obudzić emocje, jakiekolwiek.
 "Sztuka jest wielka nie przez to, że można o niej mętnie i wzniośle  bajdurzyć, ale - że wyraża najpełniej to, co bliskie człowiekowi; ze uczy go patrzeć, słuchać i myśleć  Można o niej mówić wzniosłymi słowami , ale nie zawsze warto. Malarz nie staje się wielki przez to, że celebruje swoje rzemiosło..." Jerzy Olkiewicz "Archipelag Picassa"
 ...ale też przez to, ze dociera nie tylko do krytyka ale do przeciętnego widza, od którego chęci, zależy poznanie sztuki, jej zrozumienie. Dobrze jest kiedy widz powie; podoba mi się, nie podoba mi się, ale lepiej jest kiedy rozumie, dlaczego forma dzieła jest taka a nie inna. Dlaczego wtedy malowano tak, a nie inaczej. To taki elementarz artystyczny. Plamy barwne coś przedstawiają. Każdy obraz coś przedstawia ale wyższym stopniem wtajemniczenia jest rozumienie dlaczego artysta widząc scenę, tnie ją na kawałki, robi z tego mozaikę we własnej wyobraźni i układa w nowy obraz w którym scena jest zaklęta. 
Ta wiedza tajemna wymaga już artystycznej edukacji, poznawania kluczy do rozumienia dzieł które dla niewykształconego widza są tylko zestawem barwnych plam. 
Cały czas się uczę i tak wiele mi się podoba, ale dlaczego, nie wiem, po prostu...

Piękny motocyklista 1:1, Otakar Svec 1924, ten od pomnika Stalina na Letnej
Kubista - którego obrazy przypominają kadry filmu "Metropolis" czy ujęcia "Krakatit"  z Ćapka.
Autotypy Drtikol'a ni to fotografia z początku wieku ni grafika, taki raster jakby powiększyć druk zdjęć ze starych gazet czarno-białych to tam najlepiej widać o co chodzi z tym rastrem, takim sitem, przez rożną jego gęstość i wielkość punktów można uzyskać pełnię odcieni szarości. Jak zdjęcia. 
Roy Lichtenstein, artysta którego praca prześladowała mnie od dawna na koszulce Filipa. Teraz wszystko się wyjaśniło. Popartowe obrazy komiksowe z nałożonym punktowym rastrem są dla niego charakterystyczne, popularne jak prace Warhola. 
Jak zdjęcia to Sudek. Taki Brassai Pragi, pejzarzysta, kompozytor martwej natury o pięknym kontraście.
Prace Nepraśa utkwiły mi w głowie a zwłaszcza dialog. Beli Kolarovej graficzne obrazy z żyletek spinek do włosów czy takich okrągłych zapinek do bielizny... jak to się nazywało...
Jiri Kolar + Beatrice Bizot = pomysłowe listy, artystyczne pocztówki które sami tworzyli pisząc do siebie. Realizując przysięgę wymiany korespondencji artystycznej. Taki postcrossing, o prostym wektorze wymiany, między dwiema tylko osobami. Owoców tej pracy jest strasznie dużo, jakby pisali do siebie każdego dnia, nie ma dwóch tych samych pocztówek. 
Bizot  urzekła mnie rzeźbami aktów . Doskonale realnymi, aż chciało się wyciągnąć ręce i dotykać. Prawdziwe twarze o doskonałych rysach.

 Bizot 

  Wystarczyło zbliżyć oczy na odległość oddechu by poczuć stalowy chłód i przyjemne podniecenie wyobraźni. Wiele aktów mijałem tego popołudnia, anatomicznych Irysów w kwitnących pozach zaproszenia, jednak to nie anatomia jest najpiękniejsza a tajemnica ukryta pod kluczem wstydu. 
  A to, "co nas kręci, co nas podnieca", to to, czego sami pragniemy, o czym tylko my wiemy, i z tym jest nam najlepiej co nosimy w swojej wyobraźni, bo ona jest naszym najdoskonalszym partnerem.


  Sztuka użytkowa, architektura,  to dziedziny które przez bliskość i codzienny kontakt wydają się takie nie artystyczne a jednak znajdują swoje zasłużone miejsce w muzeach. I słusznie. Nie każdy dostrzega w nich dzieło sztuki. Mało kto chciałby mieć w domu piękny przedmiot bezużyteczny. Na przykład zepsute radio czy stare żelazko. A takich przedmiotów jest wiele. Wiele ląduje na śmietnikach a nieliczne w muzeach. Takie radio Tesla Minor jak nasza Szarotka, stary odkurzacz jaki miała moja babcia lecz nazwy nie pamiętam, żelazko o kształcie kubistycznym a może art deco, chwytliwe i praktyczne, szkło stołowe Bohemia szlifowane "z wiatrem" lub inne, ładne, a wyglądające jak laboratoryjne. Meble Janaka, Gocara
Wiele takich przedmiotów codziennego użytku jest tam zebranych, które budzą sentymentalne wspomnienie i żałość, że kiedy coś takiego miało się w ręku a teraz już nie istnieje wyparte przez "nowe" plastikowe, tanie i lekkie, wiórowe... bezduszne przedmioty niegodne naprawy, przy projektowaniu których wykładnią jest nie piekno, lecz ekonomia procesu produkcji.
 Pawilony Expo '58  i '32 w Chicago Ruskota, dom u Neklanovej,spiralna widownia teatralna, zegar na budynku CKD, pływające centrum kultury UNESCO, miniaturowe scenografie teatralne...
Jest tego wszystkiego tam tak wiele że nie sposób spamiętać. Należy się tam udać. Bezwzględnie.

Na parterze Słowiańska Epopeja Alfonsa Muchy, po której złapiemy oddech w miłym towarzystwie...  

Odchoruję tę Pragę...

Szybka decyzja i śpimy za stówę w Pradze. Trochę daleko od centrum (Praha 9) ale metrem to chwila. Nawet bilet na pociąg RgioJet okazał się w cenie znacznie lepszej niż IC do Warszawy, o komforcie nie wspominając.
Zimowy pejzaż za oknem był niezbyt ciekawy. Zmieniał się z każdym kilometrem. Był zimowy, śnieżny, deszczowo-jesienny, a nawet ozimino-wiosenny jednak zupełnie nie słoneczny. Łatwiej było drzemać, czytać, niż gapić się w okno. Nuda minęła w momencie kiedy dosiadła się do nas pewna starsza pani, a za nią dwie sympatyczne dziewczyny. Wszyscy jechaliśmy do Pragi. Każdy zajęty sobą, lecz niedługo.
Dystyngowana Pani mówiła coś do nas. Trochę rozumieliśmy, ona jednak więcej od nas. Do rozmowy włączyły się dziewczyny i piąte przez dziesiąte, więcej słuchając, "rozmawialiśmy" ucząc się języka na żywym organizmie.
 Ujmujące w tym było to, że osoby o tak dużej różnicy wieku odnajdywały wspólną platformę do rozmowy o polityce, edukacji, a nawet ich punkt widzenia na rodzinę i wychowanie nie był zbyt odległy. Podróż stała się ciekawsza i szybko minęła. Nie mogło się obyć bez wymiany kontaktów, bo dziewczyny chciały zdjęcia z dziwacznego aparatu LOMO, a starsza pani chętnie zapisała mi adres@... dla zdjęć.

  

Praga przywitała nas rozprutą FANTĄ, ale dzięki temu mogliśmy zobaczyć trochę więcej niż ostatnio przez okno szmatexu. Trwają prace remontowe, tylko nie wiemy czy to remont przejścia podziemnego, czy całej tej części dworca. Na efekty przyjdzie jeszcze poczekać. A na kawę jeszcze dłużej...
  Przechowalnia bagażu to dobry wynalazek, pod warunkiem że umie się z niego korzystać. Włożyliśmy plecak do szafy, poszliśmy rozmienić pieniądze, wróciliśmy i zamknęliśmy szafkę... obok...  gdyby nie to że musieliśmy wrócić po parasol, pewnie zostali byśmy z ręką w nocniku. Dobrze że pan serwisant nas widział i otwierał nam szafki gratis...
Następnym razem: plecak, szafka, numer, kluczyk, szafka,plecak, kluczyk, numer... i w drogę!

I nie musimy się nigdzie spieszyć. W poniedziałek większość muzeów jest nieczynna. Ale to nic nie szkodzi bo jesteśmy w Pradze i nic nie musimy. Spacerujemy, i na miejscu myślimy gdzie pójść. Tradycyjnie na Vaclavak, pomiędzy Prażan pędzących do pracy , czekających na przystankach, liczących w grupie korony na piwo żebraków, tylko jakoś tak mało turystów w poniedziałek. Zimno...









Rozpuszczalna kawa kolejowa nie należy do najsmaczniejszych, dlatego pierwszym punktem praskiego spaceru była wizyta u Czarnej Matki Boskiej na kawie w Orient Grand Cafe. Dla rozgrzewki kawa i ciacho. Co ciekawe, a może i normalne że kelner znał polski choć Polakiem nie był, i Niemcem nie był i Anglikiem też... Ciekawe czy Węgrem, czy Izraelczykiem...


Winda wielokątna, balustrada kanciasta, lampy duże, ciężkie, mosiężne. Lustra, multiplikujące kubaturę sal i łamiące ostatnie płaszczyzny, Wieszaki jak pioruny tabliczek energetycznych ostrzegających przed śmiercią... Tylko pasiasta tapicerka uspokajała rozbiegany wzrok po sali. Bardzo mi się tam podobało. Pewnie to miejsce stanie się stałym punktem na mapie eksploracji Pragi. I ta muzyka z epoki... doskonałe połączenie. Idealne miejsce na wyciszenie.



Klatka schodowa w Orient Grand Cafe
Nie chciało nam się wychodzić stamtąd na ten ziąb ale trzeba, tyle przed nami do zobaczenia chociaż bez planu... trafiliśmy do Domu Reprezentacyjnego (Obecni Dum) żeby zobaczyć wystawę o której pisała Anka jednak mimo całej słodyczy tego pięknego budynku, wystawa kubizmu się skończyła. Na Muchę z przewodnikiem nie mieliśmy ochoty bo zaplanowany był na następny dzień w Veletrznim Palacu. Pokręciliśmy się po wnętrzu Domu, a jadłospis...  "pozbawił nas posiłku" w tej pięknej scenerii.

"... kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki, otóż chamstwo i drobnomieszczaństwo z pana wylazło..."  jak mówił Kobuszewski. To wszystko tam jest piękne, ale nie mógłbym mieszkać w takim słodkim domu. Potrzebuję kantów, betonu, stali... normalności przyjaznej prostemu człowiekowi...  
Zobaczyć i odejść, ruchem okrężnym , kołowym, błądzącym gdzieś do muzeum Salvadora Dali, lub Alfonsa Muchy. Wybór padł na Dalego bo Mucha, to już wiecie będzie jutro, jak starczy sił po czterech piętrach Veletrzni...



Dali, przy Starometske Namesti to taki w sam raz dla turystów, takich mniej lub bardziej zorganizowanych, czy chętnych wydać dużo kasy za reprodukcje dzieł Dalego czy Warhola. Bo tam, przy każdym obrazie, grafice, drzeworycie czy akwareli, dyskretna uwaga się znajduje, która usprawiedliwia ekspozycję reprodukcji, gdyż światło dzienne źle wpływa na cenne prace artystów, dlatego podziwiamy kopie... za 150ck od osoby. No dobra dla laika i kopie mogą być, i opakowania po perfumach, i tanie zegarowe naleśniki na baterieAAA... 

Aaa, poszliśmy stamtąd, tam... 

Chyląc głowę przed gołębiami szliśmy przed siebie brzegiem Wełtawy, przewiani, w poszukiwaniu ofiar komunizmu na schodach.




Odnaleźliśmy Pomnik Ofiar Komunizmu
  "Pomnik ofiar komunizmu jest przeznaczony dla wszystkich ofiar, nie tylko tych, którzy zostali uwięzieni lub zamordowani, ale także tych, których życie zostało zrujnowane przez totalitarny despotyzm" 

Na przedłużeniu schodów kawałek za skrzyżowaniem, zupełnie przypadkiem trafiliśmy do sklepu ze starociami! Co najważniejsze, to żadna tam DeSa dla snobów i kolekcjonerów, tylko zwykły skład wszelakiego badziewia, pośród którego znajdują się prawdziwe skarby. Nie ma sensu wymieniać wszystkiego bo zabrakło by miejsca. No bo tam jest wszystko... po prostu. Pomyśl o czymś a na pewno to tam się znajdzie. Jedyne co mnie denerwuje, to brak cen na przedmiotach, co świadczy że cena jest albo umowna... jak ktoś umie się dogadać, albo cena jest dla frajera turysty który ma kasę i zapłaci... Jak ja 50ck za zdjęcie. Ale za to jakie!
"Niewinni czarodzieje" to taki ładny film. Lubię go. Podoba mi się. Żeby tak znaleźć tam "Stawkę..." albo "Pancernych...", czechosłowackie fotosy, musiałbym tam być sam i spędzić duuuużo czasu. Następnym razem wyślę Kaśkę do jakiegoś wielkiego muzeum a ja zaszyję się tam!


  Mijając kolejkę na Petrin spotkaliśmy smutną parę idącą w milczeniu. Dziadek z wnuczkiem, ze wzrokiem wbitym w ziemie szli w milczeniu... Trochę ten smutny widok wytrącił nas z euforii praskiego spaceru.  Pewnie wielu zadaje sobie pytanie mijając ludzi w mieście: dokąd oni idą, kto na nich czeka w domu, jaki bagaż doświadczeń zgina im kark do ziemi, czy dziecko jest szczęśliwe, głodne...


Trochę kilometrów już mieliśmy za sobą. Zmęczenie dawało się we znaki, a głód najbardziej. W poszukiwaniu knajpy znaleźliśmy jeszcze Sikających Davida Ćernego którzy pomimo temperatury bliskiej zera nadal lali na swój kraj jednocześnie mocząc swoje nogi... sikając sobie olewamy innych.

Mieliśmy już dosyć łażenia. Głód zmusił nas do hledania piwnicy z jadłem i piwem. Krążyliśmy po omacku wypatrując "U parlamentu" i nic. W końcu weszliśmy do Rudavej Nory, chyba nie takiej turystycznej, bo kelner normalnie obojętny, jakaś kobieta przyszła z dzieckiem i dzbankiem, takim na sok, po piwo do domu, na rachunek nie mogliśmy się doczekać bo się rozgadywał z gośćmi... to chyba tak musi być, tam...

Jeszcze na dworzec po bagaż, jeszcze metrem do hotelu... padaliśmy z nóg, po prawie 14km marszu ale jeszcze zauważaliśmy pewne piękne rzeczy...




witryna sklepowa

                                                                                        






      Lubię metro.
Podoba mi się szybka jazda i krótkie oczekiwanie. Jednak najfajniejszy jest widok osób siedzących i czytających książki  Łapałem się na tym że za każdym razem odruchowo rozglądałem się w poszukiwaniu takowych i ich liczeniu. 
Kiedyś Czechofil cytował na swoim blogu jakieś dane dotyczące czytelnictwa w Czechach i było tam napisane że Czesi wydali w zeszłym roku dużo pieniędzy na książki. Chyba więcej od nas.
 Raz w przedziale, pięć osób w naszym otoczeniu, czytało ksiązki. Zapuszczanie żurawia w poszukiwaniu tytułu to fajny sport...



mięso na hakach od Cernego MEETFACTORY



I wtedy zadzwoniła Anka... cdn...

Foto: LOMO  + kodak bw400 

Nowa dostawa :-)

Zakupoholizm może to i jest, ale jakże piękny! W księgarni czeskieklimaty  zamówiłem cztery książki. Cztery pozycje, by poznać lepiej Czechów.
Jeszcze lepiej?


1. Jahym Topol "Supermarket bohaterów radzieckich"
2. Jolanta Piątek "Obrazki z Czech"
3. Jan Patocka "Kim są Czesi"
4. Jan Balaban "Wakacje / Możliwe że odchodzimy"

Zapas lektury, tylko że na horyzoncie pojawiają się kolejne tytuły. 
Po lekturze Topola w supermarkecie, zapragnąłem przeczytać "Opowieści Galicyjskie", a nie wiedziałem że smakują znajomo,jak "Wino truskawkowe". Chcę poszukać tam ducha, jak w "Miedziance", a może i metafizyki jak w "Prawieku...". To bardzo przyjemne uczucie, taka odrobina ekscytacji przed nieznanym. Myśl, że może to będzie książka która tak bardzo wciągnie, że nic nie będzie ważne, tylko ucieczka do świata jaki otwiera przed nami autor... 

Jak ktoś chce poznać Beskid Niski według Topola, to trzeba iść z nim.  Dla mnie żadna nowość, bo mieszkam w Beskidzie "Podobnym".  Jednak mój Beskid nie ma takiej ciekawej a zarazem tragicznej historii.
Bo nie o wycieczkę turystyczną tu chodzi, grzecznych turystów zbierających papierki i ostrożnie stapiających, by nie zniszczyć runa.
Bo nie chodzi tu nawet o przyrodę, tę nie przyjazna, brunatną, mokrą, zabłoconą, .Ona jest tylko tłem opowieści trudnych losów mieszkańców.
Bo co by to była za książka. Relacja z wycieczki trzech podstarzałych facetów, do czwartego, zaszytego na zadupiu w Bieszczadach?
Nie.
To pełzanie w brudach historii która ciężkim butem potraktowała mieszkańców. Słowaków, Polaków, Żydów, Ukraińców.
To relacja z pijackich, nocnych polaków rozmów, gdzie wóda jest eliksirem dialogu i spoiwem między tymi  których historia doświadczyła a tymi którzy tej historii chcą dać świadectwo.
I brną w tym błocie rdzawym krokami Armii Svobody w Dolinę Śmierci do Dukli, spotykając obcych, nieufnych, lecz wymiana nazwisk i faktów historycznych jednoczy obcych, pieczętując flaszka. Do Stasiuka docierają ze wstydem, tam biesiada i powrót ... Szlakiem Partyzanckich Bojów.
I byli by jak ci partyzanci, bez mapy, zdani na siebie w drodze do Popradu... do Pragi...  tylko esemesy niekiedy w drodze przypominały im że jest 21 wiek, że wydawcy czekają na materiał  do druku...
Zle mi się to czytało. Jakby mnie ktoś poganiał. Czułem jak oni są zadyszani, ale dlaczego to się przekłada na mnie.  Topol tak sucho pisze, a  słowa płyną strumieniem...
Przebiegłem przez tę książkę. Właściwie chciałem mieć ją już za sobą. Nie lubię narzuconego tempa narratora. Lubię spacerem czytać niespiesznie.

Pewna Dorota  niebawem ma imieniny... kupiłem jej książkę A. Kaczorowskiego "Praski elementarz". Nowe bogatsze o 100% wydanie, Czarne. Mam to z 2001 roku takie cienkie. Teraz kiedy mam to nowe bogatsze aż mnie kusi żeby je zatrzymać. Ale nie, nie mogę pozbawić jej przyjemności poznania Czech i Czechów jeszcze lepiej, a tym samym, dorzucić jeszcze kilka tematów do dialogu ze znajomymi Czechami. Niech jej książka lekką będzie, z wyrazami szczerej sympatii.
I tak se kupie.