PRL semtyment, fotgrafia analogowa, medium format, literatura i film, starocie i czytanie, milczenie i myślenie.
Etykiety
piątek, 23 września 2022
Pieszo dookoła polski.
sobota, 11 czerwca 2022
Dagerotyp nr 2 nicpoń.
wtorek, 24 maja 2022
Dagerotyp w Jacka zbiorach.
Tym razem, w zalewie internetowych fotografii aukcyjnych, moją uwagę przykuł wizerunek kobiety o jasnej twarzy, doskonale uczesanych włosach i dalekim spojrzeniu. Wydaje się, że w swoim skupieniu niczego nie wyraża, może próbuje coś ukryć przed wzrokiem fotografa albo skupia się by nie prowokować jego trudnych pytań. Być może, po drugiej stronie atelier, stoi jej ojciec albo mąż, chcący utrwalić jeszcze młode oblicze. Niecodzienna sytuacja pewnie ją stresuje. W jej postawie nie ma swobody. Wyraźnie widać napięcie na ściągniętej twarzy, które potwierdzają zaciśnięte dłonie na fałdach grubej sukni. Chyba nie chciała tego zdjęcia. Stoi w skupieniu czekając aż to wszystko się skończy i wróci do domu do swoich obowiązków. Jest posłuszna woli mężczyzny ale najbezpieczniej czuje się w domowej, oswojonej przestrzeni.
W pierwszej połowie XIX w. takie fotografie stawały się coraz bardziej popularne dzieki wynalazkowi Daguerre'a (do spółki Niepce'm) przy nieprzewidzianym udziale żony Daguerre'a która rozbiła butelkę z chemikaliami znajdującą się szafie z naświetloną blaszką).Wanda Mossakowska, w swoim katalogu zatytułowanym "Dagerotypy w polskich zbiorach" Ossolineum, PAN 1989, bardzo dokładnie opisuje proces wykonywania dagerotypu . Od przygotowania miedzianej blaszki przez jej naświetlenie w aparacie camera obscura, aż po wywołanie w oparach rtęci. Z uwagi na bardzo delikatną powierzchnię dagerotypu, oprawiano go w złocone, ozdobne ramki ze szkłem oraz oryginalnym zamknięciem wykończonym skórą i aksamitem. Dzięki takiemu zabezpieczeniu przetrwały do naszych czasów niezmienione od stu osiemdziesięciu lat.
Mam nadzieję, że moja kolekcja powoli będzie się powiększać.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Paryż 50 2022
Żywiecki targ, czasem staje się dla mnie nieprzebraną biblioteką Babel, w której króluje równanie wagi. Czasu potrzebnego do przejrzenia wszystkiego i czasu wystarczającego żeby zdążyć do pracy. Wielostraganowej przestrzeni kartonów pełnych książek, ułożonych z dokładnością tetris i dylematu, czy tracić czas na ponowne wkładanie ich do pudeł. Selekcjonowania na te istotne i te niepotrzebne. Nigdy nie byłem w bibliotece wszystkiego. Nie byłem w wielkiej jak uniwersytecka, jak BUW, a czymże jest przy tym nasza wojewódzka...
Któregoś południa, tylko jedna książka wpadła mi w oko, czystą bielą płótna pośród zakurzonych grzbietów. Crespelle, "Montmartre w czasach Picassa". Przypomniałem sobie, że moja ulubiona "Amelia" biegała i pracowała w tamtej okolicy. Urok tego filmu, od dawna odbijał się we mnie, tęsknotą do powolnego tempa życia, prostych obowiązków i romantycznych radości. Czytając ją, widziałem wieczorny Paryż cyklopowym okiem Brassaia i Doisneau.
Paryż Amelii, wydawał mi się bardzo odległy i nieosiągalny. Jak Paryż Schulza. Pewel Mała odległa jak Drohobycz. Codzienność, ważniejsza niż marzenia. Realizacja czyichś planów, ważniejsza od moich. Bruno, jednak okazał się silniejszy ode mnie. Ja marzyłem, a on pojechał. Na szczęście jest w moim życiu ktoś, dla kogo moje marzenia są najważniejsze. Schulz pisał listy do znajomych, prosił o polecenie, rozmawiał. Ja dostałem bilet na samolot i pokój w hotelu z okazji okrągłych urodzin.
Katarzyna wszystko przemyślała i zaplanowała. Polecieliśmy z Krakowa, w południe, 26 stycznia 2022 by spędzić moje urodziny w Paryżu. Pierwszy raz samolotem i pierwszy raz tak daleko. Dalej, bywałem tylko w książkach, filmach i marzeniach i nawet nie czułem się z tym źle. To ja, najczęściej czekam w fotelu pod schodami, na opowieści bliskich powracających z podróży. To ja jestem stałym punktem na mapie naszego rodzinnego wszechświata i jest mi z tym dobrze.
Kraków - Paryż Beauvais - Montmartre.
Lot był dla mnie mocnym przeżyciem. Bałem się, pomimo uspokajających statystyk, mówiących o najbezpieczniejszym środku transportu i bałem się nie mając żadnej, oraz nad niczym kontroli. Tylko głupiec się nie boi, nie mający świadomości stopnia skomplikowania maszyny i złożoności procesów. Dobrze, że nie czytałem jeszcze "Lecę" Pelczara i chyba już tego nie zrobię.
Paryskie metro, pomimo dużego skomplikowania jest doskonale oznaczone i odrobina intuicji wystarczy, by się nim sprawnie i bez pomyłek poruszać. Wszędzie. Podobnie kolej miejska. Łatwo trafiliśmy do hotelu i bez większego trudu porozumiewaliśmy się z francuzami.
Paryż. Brak rozczarowań.
Z łóżka hotelowego pokoju, miałem widok na balkon z drzewem na poddaszu kamienicy. Wieczorami, w tym mieszkaniu, krzątali się domownicy. Ścielili łóżka, zajmowali się dziećmi, oglądali telewizję, żyli, a my byliśmy obserwatorami ich zwykłego życia. Takiego życia, które dobijało się tylko nocnymi westchnieniami za ścianą. Za to ulica, pęczniała od gwaru niosącego się ponad dachy, a niebo nad Paryżem wcześnie ciemniało i późno się rozjaśniało. Uliczne życie zamierało dopiero pod ostrym cięciem bram metra o 2:30. To miasto długo śpi. W dzień, żyje pośpiechem obowiązków, krzyczy klaksonami i rozmowami, a wieczorami mrok rozświetlają białka oczu czarnoskórych emigrantów chcących sprzedać zakazane. Potoki samochodów i motocykli krzyżują się się z kolorowymi światłami ulicy i kolorowymi twarzami, a ciemne bramy i zaułki zapełniają się bezdomnymi w śpiworach. Dobrze jest wtedy iść szybkim krokiem, sprawnie omijać przechodniów, sprawiając wrażenie zakorzenionego paryżanina.
Paryż wyobrażony filmami i książkami, wydawał mi się bliski, przyjazny i swojski. Postaci i bohaterowie mieli czekać tam na mnie. Chciałem ich spotykać i odnaleźć miejsca w których spędzali życie. Wierzyłem, że będę się tam czuł jak u siebie, ale Paryż jednak żył swoim życiem, w swoim przyspieszonym tempie. Nie oglądał się na mnie, nie widział mnie. To ja musiałem dostosować się do niego i zrewidować swoje oczekiwania z rzeczywistością.
Montmartre.
Właściwie, Montmartre wystarczyłby mi za cały Paryż. Kiedyś wioska na obrzeżach miasta dająca schronienie artystom i zaopatrująca miasto w chleb. Dziś, dzielnica wchłonięta przez wielki organizm pełen życia. Pulsująca w jednym, paryskim, wielokulturowym rytmie.
Mieszkaliśmy blisko placu Pigalle, gdzie Mulin Rogue jest zwykłą atrapą wiatraka przy skrzyżowaniu, w dzień wyglądającą tandetnie. Na szczęście noc pudruje światłem banalność tego miejsca . Ostatnie dwa prawdziwe wiatraki znajdują się znacznie wyżej. Natomiast tu, na dolnym Montmartrze, dziewiętnastowieczni artyści "zaopatrywali" się w modelki, pochodzące z włoskiego Puglia i słynące z wydepilowanego ciała. Górny Montmartre dzisiaj, to legendarne miejsce artystów bez galerii, domorosłych malarzy, karykaturzystów i pospiesznych portrecistów. Na placu Tertre, sprzedają lokalne widoki turystom, bo kiedyś zakazano im portretowania innych części Paryża z powodu konkurencji. Teraz kursują tam elektryczne autobusy, a kiedyś, nawet dorożkarz nie chciał tam jechać. Artyści musieli iść pieszo godzinę do centrum Paryża, błotnistą, wiejską drogą. Najwięksi ukochali sobie to miejsce, pełne przestrzeni i wiejskiego naturalizmu. Mieszkali tam bardzo długo w trudnych warunkach jak Picasso, Manet, van Gogh. Niektórzy do końca życia jak Lautrec czy Degas. Pijak Utrill i jego matka Valandon. Renoir z rodziną mieszkał bardzo długo ale artretyzm zmusił go do przeprowadzenia się niżej. Malarze za dnia taszczyli na wzgórze sztalugi i farby. Malowali pejzaże, a wieczorami na dole upijali się oddając uciechom których echo nocą dobijało się także do naszego pokoju. Wokół Sacre-Coeur stały wtedy jeszcze rusztowania.
Upijaliśmy się także i my, szukając winiarni w której pracowała Amelia. Kupowaliśmy grzane wino odmierzane chochlą z garnka. Siadaliśmy w kawiarniach by wznieść toast i wypić szampana. Jedliśmy to co nas zaciekawiło nazwą, popijając winem.
Znaleźliśmy kawiarnię Amelii i to właśnie ona najbardziej nas zaskoczyła. Wygląda nadal filmowo, jednak przepełniona jest gwarem wielu osób i głośną muzyką. W środku wiszą tylko dwa zdjęcia Amelii. Zjedliśmy co nieco i popiliśmy winem. Byłem, zobaczyłem ale w moim sercu pozostanie to miejsce z filmowym duchem. Następnego dnia w metrze, trafiliśmy na automatyczną budkę fotograficzną w której zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia podobnie jak ona w filmie.Inne filmy zaprowadziły nas pod wypaloną katedrę, ale nie chodzi o Quasimodo, lecz o to co znajduje się w pewnej odległości za naszymi plecami. Tam, z góry, patrzy na na wszystkich odwiedzających W. Whitman z brodą traw, a wszyscy mówią, że idą do Szekspira. Niepozorna, "filmowa" księgarnia, z długą tradycją i bogatą historią otwiera swoje obszerne wnętrza z nowymi książkami i antykwarycznymi. Środek wydaje się ciasny, jednak pozwala bez większego trudu mijać osoby przeszukujące półki, zadzierające głowę, siedzące w kącie i czytające. Półki wkomponowane w ściany i stropy wypełniają przestrzeń w nieskończoność multiplikowane lustrem. Mój słaby angielski, nie pozwala mi czytać w oryginale, dlatego nie kupiłem nic poza albumem fotograficznym o Paryżu, Doisneau który ma mi zastąpić kiczowate pocztówki.
Hal targowych nie ma już od dawna, a te które powstały nie są w nawet w minimalnym stopniu podobne do Brzucha Paryża. Z pasaży którymi zachwycał się Benjamin pozostał ten którym uciekała Zazzie w metrze i nie zmienił się znacząco od tamtego czasu. Paryż jest rozległy, ale nie wymaga biegania. Metro załatwia to za nas. Ja pojeździłem. Kiedy Zazzie była w Paryżu, pracownicy metra strajkowali i ruch samochodowy w mieście wyglądał podobnie jak dziś.
Żelastwo, zachwyca mnie, podobnie jak Waltera. Wieża Eiffla była jednym z najważniejszych punktów naszej wycieczki. Szczyt wieży czasowo nie jest udostępniony do zwiedzania. Być może z powodu malowania konstrukcji, która wazy 10 tyś ton, pokrywana jest co kilka lat czterema tonami farby a całość spaja dwa i pół miliona nitów. To właśnie te nity okazały się genialnym wynalazkiem spajającym świat i do dzisiaj utrzymującym go w ruchu. Tuliłem zimną stal, mrugałem do nitów wielkości oka i rozglądałem się panoramicznie. W swoim zachwycie zapomniałem nawet o romantycznym pocałunku na wieży i zdjęciu "na tle". Wybaczyłaś mi to...
Nie znalazłem tam przysłowiowego polskiego stolika, ale odrobina ducha artystycznego żyje tam nadal. Goście, elegancko ubrani, rozmawiają półgłosem, czytają Le Figaro, zajadają wielkie puszyste ciacha popijając białym winem lub kawą. Bruno Schulz, jak wspominał, czuł się dobrze w towarzystwie polek na Montparnassie. Dostrzegał wyrównane siły pomiędzy kobietami a mężczyznami w sztuce. Poznał tam Boznańską będącą już u szczytu kariery, Łempicką, Melę Muter, artystki w pełni samowystarczalne. Imponują mu przecież kobiety sukcesu o mocnym charakterze, wobec których czuje uległość ale nie strach. Namiętność, szacunek i ubóstwienie. Pod tym względem Bruno jest mi bardzo bliski.
Jest jeszcze jednym, pięknym, w tym przypadku przewleczonym na lewą stronę budynkiem. Bielone kości konstrukcji nośnej, niebieskie rury oddechu, zielone wodociągi, czerwone bezpieczeństwa, a żółte elektryczności. Dzięki takiej konstrukcji, wnętrze zyskało dodatkowe możliwości aranżacji przestrzeni wystawienniczej. Zastanawiała mnie jeszcze dziwna, kolorowa fontanna przed budynkiem. To, jak się potem dowiedziałem, fontanna Strawińskiego
Dobrze mi tam było. Sam bym tego nie zaplanował. Wszystko dzięki Katarzynie i rodzinie..
ZDJĘCIA
Pozostałości do następnej wizyty:
Louvre, d"Orsay, Biblioteka Polska, Muzeum Mickiewicza, Montmorency, lotnisko Orly.
piątek, 21 stycznia 2022
Kolodionowy goniec.
Fundacja PRACOWNIA SZTUKI państwa Gajewskich, z siedzibą w Warszawie.
wtorek, 20 lipca 2021
MOSKWA 5 kieszonkowy średniak.
1 ?w?'1?spraw11'n i 3yd dawna chciałem mieć Moskwę. Łatwo go kupić, jednak trudno znaleźć spr4qawny. Okazja pojawiła się niespodziewanie, po krótkiej rozmowie z kolegą, który naprawiał mojego Beiraxa. Zaoferował mi Moskwę po przeglądzie i po teście z kliszą. Cena była dobra. Stan niezły.
Aparat mieszkowy, średnioformatowy, na film typu 120, 6x6 i 6x9. Posiada dalmierz i przestawny celownik w zależności od formatu zdjęć. Jasny obiektyw 3,5/105mm typu Tessar z migawką centralną od 1sek. do 1/250sek. oraz czas B.
Z historii wiadomo, że ten aparat jest bezczelną kopią niemieckiego aparatu Zeiss Ikon Nettar, którego produkcję rozpoczęto w 1934 roku. Rosjanie produkowali Moskwę od 1946r. do 1960r. korzystając z przejętej dokumentacji, i podobno maszyn.
Nosiłem Moskwę w torbie i kieszeni bo mieści się w luźnych gaciach. Załadowałem z łatwością Fomę 100 i korzystałem z zewnętrznego światłomierza Sekonic L208. Wywołałem w ID68 7minut 20stC.
Tu więcej: Zdjęcia wykonane Moskwą 5.
piątek, 24 lipca 2020
AGFA BOX 1949÷58
poniedziałek, 27 kwietnia 2020
World Pinhole Day
Światowy Dzień Fotografii Otworkowej.
Uganiamy się za jeszcze lepszym sprzętem. Szukamy doskonalszej ostrości. Kupujemy więcej i więcej megapikseli, a okazuje się, że tak niewiele potrzeba, by zbliżyć się duchem do pierwszych piktorialistów przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Wtedy, mieli oni już pierwsze obiektywy w swoich wielkich kamerach, na mokre, szklane klisze. Technologia którą wypracowywali indywidualnie, pozwalała im na otrzymywanie wyjątkowych i niepowtarzalnych zdjęć, uznawanych za dzieła sztuki, sprzedawanych i eksponowanych w powstających galeriach.
Jak mówi Martyna: "Ostrość jest przereklamowana. Liczy się duch, nastrój i forma."
Poszedłem na krótki spacer po okolicy, by uczcić ten dzień. Zamiast obiektywu, założyłem dekielek zabezpieczający korpus, z dziurką o niewidomej średnicy rzędu dziesiątej części milimetra i naświetlałem ujęcia "na oko" od 10 do 30 sekund na czeskim negatywie Foma, o czułości 100ASA. Film wywołałem w wywoływaczu Kodak D76, w rozcieńczeniu 1do1 przez 15 minut w 20 st. Celsjusza. Skany bez dodatkowej obróbki na epsonie v550.
Parę lat temu poczyniłem pierwsze próby fotografowania camerą obscurą zrobioną z małoobrazkowej Smieny, na jakimś kolorowym filmie. Tutaj można zobaczyć efekty.
piątek, 27 grudnia 2019
MAGDALENKI między AUTAMI.
![]() |
| Ta wyjątkowa foremka, dzięki Kamili, dotarła do prof. Gielaty. |
Jednego dnia festiwalu na dużej scenie, toczyła się rozmowa pomiędzy trzema osobami: Krystyną Rodowską, Wojciechem Szotem i Markiem Bieńczykiem. Roztrząsali pojęcie "straty" w odniesieniu do nowego tłumaczenia pierwszego tomu "W poszukiwaniu utraconego czasu" PrUsta (sic!) autorstwa Krystyny Rodowskiej. Jednych przekonywał Bieńczyk z twardą "stratą" czasu minionego a mnie przekonała Krystyna Rodowska do "utraty" niosącej pewna nadzieję odzyskania wspomnień ożywionych smakiem ciastek moczonych w herbacie. Wszyscy troje zachwycali się teoretycznie smakiem Magdalenek nie mając pojęcia że my, siedząc na przeciw, mieliśmy jeszcze w ustach smak magdalenek o których oni mogli tylko pomarzyć a my mieliśmy ich pełne brzuchy :-)
W ubiegłym roku (2018) w wydawnictwie OFICYNA ukazało się nowe tłumaczenie, pierwszego z siedmiu tomów dzieła Marcela Prousta. Wydawca obiecał nowe tłumaczenia, w kolejnych latach. Szóstego grudnia tego roku pojawił sie drugi tom: "W cieniu rozkwitających dziewcząt" w tłumaczeniu Wawrzyńca Brzozowskiego. .![]() |
| foremka od Kamili. |
![]() |
| po 4 minutach |
90g masła (może być margaryna mniej niż połowa kostki na oko)
2 łyżeczki miodu (jakikolwiek, 3łyżeczki też może być)
2 jajka ciepłe lub zimne
100g mąki (nawet 120g pszenna, tortowa)
około 40g cukru pudru (lepiej mniej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 tarta skórka z cytryny lub pomarańczy
szczypta soli
-----------------------
masło roztopić, dodać miód, ostudzić trochę,
zmieszać w misce mąkę cukier proszek i sól następnie wsypać do garnka z margaryną i wymieszać łyżką, wbić jajka i rozetrzeć mikserem zetrzeć skórkę, gdyby było zbyt płynne (jak do naleśników) to dodawać mąki po łyżce i ubijać żeby było trudno lejące się z łyżki.
nagrzać piekarnik do 160'C i piec 12 do 13 minut w termoobiegu.
foremkę wysmarować margaryną i posypać mąka, ciasta nakładać mniej niż pojemność foremki bo duże urośnie, żeby łatwiej rozprowadzać ciasto w formie - palce zanurzać w mącę często, można ciasto poklepać opuszkami by lepiej wypełniało foremkę.
sobota, 3 sierpnia 2019
Zabrali mi wodospad.
![]() | |
| Budowa wodospadu w Krzysiach. |
ale ja już byłem za płotem bo skracałem sobie drogę, przechodząc przez niego w rogu ogrodu. Dwanaście lat, to już wystarczająco dużo by skakać po drzewach i płotach.
Z jabłkami w kieszeniach biegłem nad wodospad gdzie starsi koledzy budowali zastaw na rzece z wielkich kamieni toczonych z góry i dołu koryta. Patrzyłem jak ustawiają głazy jeden na drugim i utykają kucami z trawy, szpary pomiędzy nimi. Na środku była przerwa zatykana deskami, służąca do spuszczania wody na wypadek opadów deszczu, by uchronić zastaw przed zniszczeniem.
Jesienią i zimą przybór wody był na tyle duży , że i tak jak co roku rozwlekał kamienie w korycie Żylicy.
Obserwowałem jak koledzy skakali na główkę z murku wodospadu, oddzielającego od głównego nurtu strugę do fabryki mebli (Reicha) i tartaku Pawełka znajdującego się za Zamkiem.
Nigdy nie odważyłem się tak skoczyć. Nigdy też nie zanurkowałem pod wodospad jak Pasierbek, który dzięki pożyczonej ode mnie masce, upolował harpunem Troć, na ponad 60cm.
W najgłębszym miejscu woda miała prawie 3 m. Zastaw był wyższy ode mnie. Wodospad miał 2 m wysokości.
| Babka, mama i tata. Ujęcie wody dla meblowni i tartaku. |
![]() |
| Nic nie zostało z wodospadu 2018. |
![]() |
| 2018. |































