Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Zapaliłem się...

Najpierw tło muzyczne bo jakoś tak ostatnio za mną chodzi... i płytę fajną wydali w tym roku.

 Zaniedbuję czytanie, zaniedbuję pisanie, oglądanie, spanie, zaniedbuję zdrowie, bo płonę realizacją nowego projektu.
 Tej wiosny pozbyłem się motocykla. Wrodzony racjonalizm kazał mi to zrobić.

intruder 750
  Bez motoru ciężko jest żyć kiedy na około wszyscy jeżdżą.  Lato było ciężkie minionego roku bez jednośladu. Mijający mnie motocykliści w upalne dni, budzili głęboką tęsknotę. Zacząłem szukać czegoś co pozwoliłoby mi następnego lata cieszyć sie ciepłym wiatrem na podbródku.
 Ze skromnych środków kupiłem pewien stary, brzydki motor z założeniem zmiany jego wyglądu.
Mój stary Intruder był fajny. Nic nie trzeba było z nim robić bo był ładny, wygodny, szybki... i ryczał jak wściekły.
 Pojechałem pod Kraków, do Bochni, razem z sąsiadem któremu sprzedałem Intrudera... bo on lubi jeździć autem... a ja nie. Zresztą trzeba go było przywieźć na pace busa bo zimno cholernie było żeby wracać jednym śladem.
 Sprzedający Adam okazał się bardzo sympatycznym, kulturalnym i szczerym młodzieńcem któremu ciężko było się rozstać ze swoim motorem. Jednak, jak w moim przypadku, kierował się podobnym racjonalizmem sprzedając  swój motor. Zbierał na większy bo zawsze zostawał w tyle na ojcowskich wycieczkach, męskich wyprawach.

yamaha xs 400... brzydal...
  Obraz i plan mam w głowie.
Im więcej inspiruję się dziesiątkami zdjęć, tym wyraźniej rysuje się w mojej wyobraźni kształt pożądanego motocykla. Bo co można stworzyć mając ograniczone środki. Pozostaje polegać na wyobraźni, znajomościach, pracy własnych rąk i pewnych zapomnianych przedmiotach.
Założenie jest takie że forma ma być prosta, oszczędna, wręcz ascetyczna. Nawiązująca do najlepszych czasów klasycznego motocyklizmu... angielskiego. Choć nie ukrywam że pierwszym impulsem odgrzebanym w pamięci był  "Dziki" Marlon Brando. Prawie taki dziki jak mój ojciec z mamą na Junaku w latach sześćdziesiątych podróżujący po Polsce.
Wypadałoby wspomnieć o dzikich takich jak Robert Biłko już nieżyjący, jak Heniek Więzik który razem z nimi jeździł... Myślę że to temat na osobny wpis pamiątkowy.

Rozebrałem Yamahe i na początek pozbyłem się zbędnego balastu. Nie tylko masy ale i brzydoty stylu soft choppera z lat '80. Została rama koła silnik przednie zawieszenie zbiornik i kierownica. Te rzeczy wymagały drobnej przeróbki która zajęła mi kilka dni. Zbiornik przemalowałem ( niektórzy widzieli na fejsie) , szycie kanapy z brązowej skóry u taniego tapicera w Żywcu. Futerał na akumulator, skórzane manetki....
Czarno skórzany będzie.
 Inną sprawą są przedmioty które jakimś sposobem miałem w domu i co i rusz odnajdywałem po chwili zamyślenia...  Kurtka motocyklowa, buty z cholewami, torba skórzana, stare zegarki na skórze z herbem i kompasem, rękawiczki z dziurkami, kask otwarty, piórnik narzędziowy rowerowy, nawet za długie spodnie do podwijania, czy  aluminiowa manierka na zapasowe paliwo gdyby zabrakło w drodze... I nie były to rzeczy których używałem na co dzień do jazdy na poprzednim motorze...
 Czemu taki? Na pozór zwykły, a może i nawet brzydki?
Chyba z potrzeby wyróżnienia się w  tłumie posiadaczy motorów sklepowych. Może ze zwykłej próżności , by wzbudzić zachwyt, a może i odrazę. Wywołać jakąkolwiek reakcję w zalewie eleganckich, błyszczących, czyściutkich, seryjnych, klonów za którymi nawet mi głowa nie chodzi na boki.  Posiadanych przez porządnych, ułożonych, mężczyzn, takich akuratnych motocyklistów, którzy realizują się w kolejnych etapach życia. Zgodnie z założonym planem, dla  których jedna rysa na lakierze urasta do rangi problemu któremu natychmiast trzeba zaradzić... Znam takich...
 Minęło trochę czasu od pierwszych prac i obraz motóra zaczyna rysować się coraz mocniejszą kreską w moim garażu i wyobraźni. Zawieszenie przednie już jest zmienione brakuje lampy i licznika. Zbiornik przeklepany, polakierowany z wbudowanym wskaźnikiem poziomu paliwa, takim analogowym. Siedzenie wytapicerowane. Tylna lampka i mocowanie tablicy rej. gotowe. Fajny numer mam SZY 6XS6... bo to Yamaha typ XS. Instalację elektryczną już uporządkowałem. Silnik wyjąłem z ramy do czyszczenia suchym lodem. Akumulator okleiłem kozią skórą bo był brzydki, biały i nie pasował do mojej wizji, a teraz zamocowany jest skórzanym paskiem a nie jakąś gumą. Pozostało mi owinąć wydechy żaroodporną taśmą bazaltowa w odcieniu brązu a może nawet tzw. starego złota (sic!). Dać nowy łańcuch. Okleić manetki skórą... itd.
 Myślałem że tradycyjnie wstawię motor "pod choinkę" jak dawniej, ale się nie wyrobiłem. A miało być tak ładnie. W światełka, łańcuchy, bombki.... A tak stoi w garażu i czeka na każdy najmniejszy ruch z mojej strony... chociaż śrubka, chociaż drucik... Jednak jest bliżej końca niż początku... Już się cieszę na pierwsze promienie wiosennego słońca choć śniegu jeszcze nie było :-)



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Oddech niemocy...

Jakaś cisza dopada mnie tutaj ostatnio. Trochę mnie to denerwuje.
Jest jednak coś, co pochłania moje ostatnie minuty wolnego czasu. Nie tracę go jednak bezpowrotnie bo przelewa się przez moje ręce i owocuje, namacalnie i naocznie a słowo ciałem się staje i pozostaje na kartach bloga w jednym niekończącym się poście. Na brudno...

Nie miałem koncepcji na prezenty.
Chwilowo, bo powoli pomysły się klarują i już mniej więcej wiem co się komu należy. Nie żebym kupował prezenty na targu, tylko w końcu miałem wolną chwilę przy okazji wizyty w mieście. Często nie mogę się oprzeć wizycie na targu zwłaszcza kiedy przejeżdżam obok.
Zimno było, a sprzedawcy o różowych nosach i skostniałych dłoniach, cierpieli wydając mi drobne za zakupione przedmioty. Tanie, nawet bez targowania, jak kiedyś powiedziała Anka i bardzo to zdanie zapadło mi w pamięci. Jakoś nie mam sumienia się targować jak niektórzy o 50 groszy... wstyd by mi było.
Odchodziłem już zmarznięty z zawiniątkiem pod pachą, kiedy rzuciłem jeszcze okiem na stos płyt winylowych. Czasem je przeglądam, ale wielokrotnie  rozczarowałem się pospolitą niemiecką muzyką biesiadno-myśliwską. Parę razy znalazłem płyty z muzyką poważną z których ucieszyła się Karolina.
Tym razem wyciągnąłem:
B. Smetane "Prodana nevesta",
Vecer s Jirinou Bohdanovou,
i... płyta na widok której zrobiłem wielkie gały. Oto w Żywcu zmaterializował się, sam JARA CIMRMAN ze Sverakiem i Smoljakiem :-) płyta pt. "Posel z Liptakova"
Czechozainteresowani znają Jare Cimrmana. Niektórzy byli blisko dotknięcia go na festiwalu w Cieszynie, jednak "Tatinek" nie zabrał Jary, bo się nie zmieścił do auta. Zostało mi tylko zdjęcie ze Sverakiem.
Jara Cimrman, jakby się ktoś pytał, to czeski geniusz o którym praski teatr na Żiżkovie wystawia sztuki od czterdziestu lat. Powstał o nim film "Jara Cimrman, lezici, spici"
To największy czeski wynalazca, architekt i ginekolog. Posiada wielkie zdolności kryminologiczne, poetyckie, dramaturgiczne, kompozytorskie i malarskie oraz pedagogiczne i treserskie. W 2005 roku został najwybitniejszym Czechem, którego imieniem nazwana została planetoida okrążająca słońce raz na cztery lata.









Tegoroczne trofea targowe.
Najfajniejszy A.Dvorak w kartonie oprawionym w czerwone sukno i kilkoma płytami wewnątrz.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Cygany były...

Wytrąbiłem sam całe wino. Bo wiecie, w zasadzie to ja nie piję, a piwo tylko w Pradze. Film był fajny,  w łóżku, ze wszystkimi, i tak sobie polewałem  aż tu nagle sucho we flaszce i film mi się skończył. Wszyscy poszli spać. Se myślę , to napiszę coś  bo zaniedbuję blog mój od dawna przez  nadmiar pracy, której po części nie lubię, ale robię, bo dzięki jej owocom mogę realizować pewne cele.
Ostatnio motor przebudowuje i czasu nie mam zupełnie, bo na wiosnę jeździć się chce.
Piszę  o tym też, ale to potem, ujawnię jak kształtu nabierze takiego, żeby zdjęcie można było dać.

Nie wiem jak się przyplątało to wino do mojego domu, bo co i rusz ktoś przynosi coś i zostawia. Albo po imprezie zostaje, albo niedobre, albo tanie, albo baby nie zdążą go wypić. A mi smakuje. Nie ważne co... byle sponiewierało. Dobra świnia wszystko zje. No i zjadłem ten marketowy roztwór wody ze sokiem i spirytusem i zbałamucił mnie trochę tak, że kasować muszę źle trafione litery...tęskna  etykieta winnicy, i słodkie było... i ciekawe jak ja pojadę do pracy rano o 5:00. Mam nadzieje że uleci ze mnie do rana i łeb mnie nie  będzie bolał.

Ale to nie ważne bo PAPUSZA.
Darek Paczkowski nasz żywiecki aktywista i pomocnik społeczny w skali krajowej, razem z Fundacją KLAMRA i kinem JANOSIK zorganizowali pokaz filmu Papusza, oraz spotkanie z aktorami którzy zagrali w filmie tandemu  KRAUZE.  Krauzowie jako że nie mogli przyjechać na projekcję, przesłali pozdrowienie i drobne słowo wstępne w krótkim materiale filmowym, pokazanym przed projekcją. Pozdrawiali pełne kino. Konieczne były dostawki.
Wizyta Krauzów na ekranie właściwie była bez znaczenia. Kto chciał to czytał w ostatnich Wysokich Obcasach duży wywiad z nimi. Najważniejszymi gośćmi byli żywieccy Romowie, czy jak kto woli Cyganie bo te określenia splatają się ze sobą tak że i ja raz mówię tak a raz inaczej i nie wiem która forma jest poprawna. W filmie grała rodzina Buriańskich. Karol, jego córka i żona która dopiero uczy się polskiego.
Miałem wątpliwości jak oni odnajdą się w w swojej nowej roli przed pełną widownią. Przecież jeszcze nie dawno spotykałem ich na ulicy, i wątpię by coś w ich życiu się zmieniło poza, jeszcze jednym nowym   wspomnieniem,. Czy poradzą sobie z ewentualnymi pytaniami widzów. Czy na sali nie znajdzie się jakiś mądrala chcący się pochwalić erudycją i zadać skomplikowane pytanie ku uciesze gawiedzi.  
 Widownia okazała się bardzo wyrozumiała i nagradzała brawami  odwagę Państwa Buriańskich i szczerość ich opowieści. Dowiedzieliśmy się że, zdjęcia do filmu trwały krótko. Córka pana Karola zagrała epizod, a żona z Rumunii czyniła magiczne znaki i zaklęcia nad narodzoną Papuszą... na początku filmu. Wiele scen kręcono w okolicach Olsztyna i na mazurach... reszty nie pamiętam. Nagrano tez około trzech godzin materiału który jednak nie wszedł do produkcji.
 Podobała mi się siła z jaką pan Karol podkreślał swoją polskość i przywiązanie do do lokalnej społeczności. Nie omieszkał wytknąć rasistowskich napisów na murach miasta bo przecież to jest niekończąca się historia. Darkowi niebawem farby zabraknie... Na szczęście uczy młode pokolenia tolerancji. On jest niepokonany... Szacun!  
Pytań z sali nie było.
Film wszystko wyjaśniał. Podczas projekcji zastanawiałem się czy chcę przeczytać tę  książkę. Sądzę że jak ktoś nie widział filmu to książkę mógłby przeczytać bo obrazy jakie zobaczy oczyma wyobraźni na pewno nie będą ostre. Nie będą mocne jak ujęcia filmowe.
Film jest jak wizyta w galerii fotografii. Każde ujęcie, każdy kadr, może być osobnym obrazem żyjącym własnym życiem. Słyszałem tylko co chwile głos Karoliny... ale piękna klata. Bo to było najpierw ujęcie. Statyczny kadr, w którym po chwili ożywała akcja filmu. Momenty wstrzymujące oddech  i skupiony wzrok na kadrze. Wszystko czarno-białe. Zredukowane do odcieni szarości przez co obraz "nie gra" w filmie. Jest tylko ilustracją . Koncentruje skupienie widza, a aktorzy ożywiają kolejne kadry poruszającą grą. Ujęcia są jak epizody, jak rozdziały, jak odwracanie kartek albumu fotograficznego w którym sami dopowiadamy historię ze zdjęcia.
 Smutna to opowieść o poetce i jej koczowniczym plemieniu.  Smutny los Ficowskiego, uciekiniera i odkrywcy który świetnie zasymilował się z Cygańskim taborem. Może nawet za bardzo... Sam ukręcił bat na siebie w nakładzie 50 tyś egzemplarzy ... i na Papuszę, niechcący.
 Odstawanie od stada nikomu nie wychodzi na dobre. Jak w "Papuszy" tak i w "Cyganie" który widziałem w Cieszynie i stał się obowiązkową lekturą domowników. Odrobinę wyższe aspiracje, skazują ambitnego człowieka na ostracyzm grupy. Niezrozumienie i kurczowe trzymanie się tradycji, powoduje skupienie wszystkich kłopotów właśnie na Papuszy. A Ficowski niechcący przyczynił sie do jej tragedii. Utrwalił Romską kulturę w książce ale i zdradził coś... ale nieczytaci Cyganie do końca nie wiedzieli co... Nieważne, Papusza z Ficowskim byli wszystkiemu winni.
Polityka i historia są tylko zaakcentowane drobną datą lub złą nowiną przyniesioną do domu na ustach. Kto choć trochę pamięta z lekcji historii w szkole... temu dość dwie słowie..

Ciekawe czy Papusza wpadnie w OKO Pragi i jak wypadnie konfrontacja obrazów z ekranu z tymi powstałymi podczas czytania.....


poniedziałek, 18 listopada 2013

Katowickie kielichy w Bielsku?

                                                                  Z notatnika mieszczucha
Historia remontu i przebudowy dworca kolejowego w Katowicach jest znana wszystkim którzy maja choć odrobinę pojęcia o architekturze. Ta odrobina to chociażby chęć uniesienia głowy znad chodnika. Chwila zatrzymania wzroku na murze, domu, ścianie czy bramie...
Stary dworzec zniknął, ale nie w mojej pamięci. Tym bardziej że w nowym jeszcze nie byłem,  więc nie będę się na jego temat rozpisywał bo każdy ma inne zdanie na temat jego nowej formuły.
Stary łączy się z wieloma dobrymi wspomnieniami podróżniczymi. Nowy przegrał z autem.

Pewnego poranka zmuszony byłem wracać do domu koleją żelazną z bielska właśnie. Było ciepło i słonecznie choć to była 7:00  rano. Mając dużo czasu do odjazdu pociągu spacerowałem po dworcu. Poszedłem na drugi, odległy jego koniec gdzie nigdy nie byłem a przez sześć lat jeździłem do szkoły i nieraz się nudziłem w oczekiwaniu przepełnionego lub opóźnionego.
Przejście podziemne na najdalsze perony okazało się mroczne i brudne jak to w Katowicach. Szybko wyszedłem na wschodnią stronę słońca.
Kiedy stanąłem w pewnym oddaleniu od wyjścia zauważyłem małe podobieństwo, taką miniaturę, zadaszenia wyjścia z podziemia do tego jakie podtrzymywało sklepienie holu dworca w Katowicach. Podobieństwo to może za duże słowo ale jedno spojrzenie wystarczyło by katowicki dworzec powrócił w krótkim wspomnieniu.




Olympus 35rc analog Ilford HP5+ Xtol 1:1

piątek, 8 listopada 2013

Sztuka w hucie... Huta to sztuka

Ponad rok temu dowiedziałem się o istnieniu Ostravskiej Huty Vitkovice. Wcześniej znałem Ostravę czeskiego filmu społeczno-obyczajwego pt."Słoneczne miasto" gdzie mogłem się jej trochę przyjrzeć. To takie normalne, nawet niezbyt ładne robotnicze miasto.
W Klubie Robotniczym Śrubka (stara nazwa, ale mi się podoba) z którym, z rożną mocą, od wielu lat jesteśmy związani, miała miejsce ekspozycja prac czeskiego artysty Antonina Gavlasa.
Otravska Huta jest bliska Gavlasowi, ponieważ, jak sie dowiedziałem z ostatniej z nim rozmowy na Cieszyńskim rynku, był jednym z inicjatorów aktualnej wystawy w galerii GONG na terenie huty. W wielkim zbiorniku gazu mieści się galeria, kawiarnia i sala koncertowa na kilkaset miejsc.

Galeria Gong
Nasza wizyta w hucie dała nam okazję obejrzenia prac czeskich artystów, na dużych arkuszach stalowej blachy które wykonane były w technologii emalii. Emalie to po czesku SMALTY :-).
 W galerii "pod śrubką" emalie Antonina Gavlasa były skromnych rozmiarów w porównaniu z tymi eksponowanymi w Gongu gazu.
Typowy arkusz blachy jest wielkości 2m na 1metr szerokości, tamte smalty miały dwa a nawet trzy metry wielkości. Ciekawe kto pamięta emaliowane garnki kuchenne, albo zwrócił uwagę na tabliczki z nazwami ulic. One są właśnie wykonane z emalii. Są niezwykle trwałe, jak szkło i ciężkie. Kto był w Pradze, widział na pewno garnki i dzbanki z praskimi motywami. Niektóre wykonywane są w naszym Olkuszu. Niektóre praskie garnki znalazłem nawet w naszym lokalnym markecie.
Smalty wystawione w Gongu są... ciekawe. Część prac to czyste formy zarówno geometryczne i kolorowe ponieważ technologia tworzenia obrazów jest prosta i pozwala na dużą ekspresyjność artyście. Kolorowy proszek zmieszany z pewną ilością wody pozwala malować czym się chce. Artysta ma jednak pewne ograniczenia wyrazu, ponieważ dużą trudność sprawia dokładne "malowanie" precyzyjnych linii. Trudno jest też przewidzieć końcowy efekt jaki osiągnie się po "utrwaleniu", czyli wypaleniu w piecu. Duże różnice grubości linii powodują zatracenie ciągłości barwy tego samego proszku dlatego prace w Gongu przedstawiające ludzi czy obrazy dla których pierwowzorem mogła być fotografia, są zredukowane do form komiksowych.
Smalty nie były jednak dla mnie ważne, tylko piękna i monumentalna Ostravska Huta.
Pierwsze wrażenie zawsze zostaje na długo w pamięci. Monumentalizm technologiczny archaicznych konstrukcji stalowych, nie stosowanych już dzisiaj w przemyśle i budownictwie. To co było fundamentem dziewiętnasto i wczesno dwudziestowiecznych budowli i konstrukcji to rzecz mała i prosta czyli NIT. To dzięki nim do dziś stoją wieżowce o stalowym szkielecie i mosty wszelakie.
W Hucie zachwyca koronkowa robota wielkiego zbiornika gazu nazwanego GONG w którym teraz mieści się galeria i sala koncertowa. Pierwotnie to były jakby dwa garnki włożone jeden w drugi do góry dnem jak keson z uszczelnieniem wodnym. Kiedy gazu było dużo wewnętrzny "garnek" wystawał do góry dnem a kiedy gazu ubywało obniżał się zanurzając w "garnku" zewnętrznym (górne zdjęcie "pełny").



 Nitowane rurociągi, zbiorniki to coś czego się dziś nie spotyka. Mało kto wie co to nit, nie mówiąc już o umiejętności jego zaklepania. Ja umiem tylko małe. Tata mnie nauczył. A te wielkie jak grzyby po deszczu nituje się na gorąco. Przez to kiedy wystygną trzymają mocniej, bez żadnych uszczelek. Tak stoi Eiffel i wieżowce ameryki...
Bez biletu można zwiedzać Hutę spacerując po ziemi z zadartą głową, jednak z biletowanym przewodnikiem poznaje się proces wytapiania. Wspina sie na szczyt wielkiego pieca. Zagląda do środka i spuszcza szlakę oraz surówkę. Wszystkiego można dotkną bo tego nie da się zepsuć. Widać gdzie goście dotykają bo tam nie ma korozji i te miejsca błyszczą. Spacer z przewodnikiem zajmuje prawie 1,5 godziny i obejmuje wszystkie ważne zakątki huty i procesy, włącznie z wytwarzaniem  gazu koksowniczego, jego oczyszczaniem i transportem grubymi rurami ponad głowami.



Tylko kogo to interesuje poza mną...
Industrial jest piękny. Martyna zbierała jakieś zardzewiałe śruby, wióry i to w tajemnicy żeby Kaśka jej tego złomu nie wyrzuciła. Ja ją rozumiem... ale żeby dziewczyna???
Jedźcie do Huty, jedni dla sztuki inni dla stali. A kto jest technologicznie niedorozwinięty to jest tam takie wielkie eksperymentatorium. Kupując osobny bilet rodzinny  można wszystkiego dotknąć, sprawdzić, zbadać a nawet zepsuć i nic się nie stanie. W ciągu dwóch godzin można wszystko zobaczyć poświęcając chwilę na działanie.
Maszyny parowe i kowalskie, tokarki, frezarki, maszyny do szycia i pisania, tramwaj, samolot, lokomotywa, auta stare całe i w kawałkach, motory, rowery, Nautilus wyposażony, działające miniatury maszyn a nawet huty. Mozna samemu wyprodukować energię elektryczną pedałami i poznać jej drogę z elektrowni do domu. Można wszystko...
Trzeba wszystkiego spróbować. Lana kofola, dobra kawa i ciasto a nawet coś do jedzenia.
Nie zapomnijcie o winiecie dla samochodu.











poniedziałek, 28 października 2013

Orka na ugorze Hulovej.

Jak to ja nie przeczytam, ja nie przeczytam...???
"Czechożydówka"  zmotywowała mnie ciekawą recenzją i słowami, jak to fajnie określiła, ...że jej chłopak się spłoszył, kiedy czytała mu fragmenty. Pomyślałem że spróbuję jak smakuje czeska erotyka literacka. Może będzie inna niż ta która jest łatwo dostępna w internecie nie wymagająca lektora ani napisów.
Faceci chyba tak mają, że w głowie potrafią stworzyć najdziwniejsze figury erotyczne, potrafią bawić się swoją wyobraźnią, ale kiedy przychodzi im o tym mówić, to czują zawstydzenie. Są skrępowani kiedy muszą mówić o "tych rzeczach" kobiecie patrzącej prosto w oczy. Nazywać rzeczy po imieniu też nie bardzo potrafią, bo albo zdrabniają albo wulgaryzują, albo raczej pewne słowa nie przechodzą im przez płytkie gardło, a przecież łacińskie określenia anatomiczne są piękne.   Za to z kolegami...
"Baby są jakieś inne." Bo widziałem jak Kaśkę wciągnęła "Samotność w sieci" to było kiedy jeszcze miała masę pracy na uczelni i potrzebowała czegoś relaksującego. Podsunąłem jej Wiśniewskiego bo ktoś mówił że jest niezły i tym sposobem ukręciłem bat na siebie. Dokąd nie skończyła ostatniej strony słyszałem tylko:
- Zrobisz zakupy?
- Zaparzyłbyś mi herbatę?
- Przynieś mi chusteczkę.
- Podasz mi koc?
- Nalej mi wina!
Byłem cierpliwy bo niby dlaczego miałem pozbawiać ją przyjemności czytania Tym bardziej że i mnie się czasem coś oblizało z tego pysznego tortu. Wiem że to zupełnie rożne książki, nie można ich porównywać, ale oczekuję podobnej przyjemności czytania, tylko życzeń nie mogę mieć zbyt wielu:-)

Ciężko było kupić M3 na naszym zadupiu.
Czytam i... wyobraźnia mnie zawodzi. Petra chcąc uniknąć tanich wulgaryzmów i prostych obrazów buduje epitety które nie pieszczą mojej wyobraźni tak jakbym sobie tego życzył, choć sprawna jest kiedy jej potrzebuję. Im więcej słów tym gorszy flak. Fabuła nie jest specjalnie ciekawa. Prostytutka opisuje swoje proste życie które kręci się pomiędzy usługiwaniem swoim ciałem w swoim domu i spędzaniem czasu w galerii handlowej. Nawet nie wiem czy jest atrakcyjna, bo raz widzę ją na swoim biurku, tak jak mógłbym ją chcieć, a innym razem widzę wymiętą w jej łazience zachlapanej bryzą jeszcze erekcyjnego, niecelnego mocznika klientów. W połowie już sam nie wiem czy nie skończyć, bo co mnie obchodzi żywot jakiejś kurwy. Nudny i nieciekawy napisany tak żebym nie miał z tego przyjemności. Bo my faceci jesteśmy prostej konstrukcji. Dla nas ma być oczywista oczywistość i rzeczy nazywane po imieniu. Im więcej gadania tym mniejsze libido. Wolę pięćdziesiąt obliczy Saszy Grayovej. Zawsze to lepiej, szybciej i skutecznie.
raszpel klienta

wtykacz Hulovej


Może jednak dohebluje do końca Petrę Hulovą bo zaskakuje mnie celnością obserwacji. Zarówno z perspektywy lepkiego, zasmarkanego prześcieradła jak i pasażerki spoconego tramwaju pozbawionego pożądania. Zarówno tłustych plotkarek domowych jak i mężczyzn i mężów. Samców alfa, użytkowników, jak i tych z którymi trzeba porozmawiać dla prologu. Ogierów i nieudaczników wymagających pomocy. Ona zrywa z nas maskę męskości jednym zdaniem trafionym w sedno wstydu i intymności o której tylko my wiemy.  Pisze to, czego nie odważylibyśmy się powiedzieć, w największym spoufaleniu. Skąd ona to wszystko wie. Jeśli nie ma w tym promila autobiografii to mam nadzieję na odrobinę autoanatomii Hulovej.
 Oprócz celnej obserwacji społecznej jest jeszcze coś co powstrzymało mnie przed porzuceniem tego"erotyku". To Ejakulacja słowotwórcza autorki. Podświadomie czyta się kartkę za kartką w dziwnym pośpiechu. Niektóre porównania na wdechu by dobrnąć do końca. Nie dziwię się formie recenzji Rudnickiego z GW od której o mało nie dostałem zadyszki ale pewnie chciał formalnie doszlusować do Petry na stoku.

poniedziałek, 21 października 2013

Szukałem kobiety.

Kiedy zdejmuję ubranie przed snem, patrzy na mnie. Kiedy wstaję o świcie wymięty, patrzy na mnie tym samym wzrokiem, jakby przez noc mój wizerunek nic nie stracił...
Mam ją przed sobą w sypialni i nieustannie jestem we wzrokowym kontakcie z nią, by każde przejście obok było impulsem do kołatania myśli i poszukiwania...
Karolina dostała szarą bluzkę z czarnym wizerunkiem twarzy kobiety wpatrzonej we mnie. We mnie, bo wisi na stojaku ubraniowym, pomiędzy obrazami Elki, które zdobią ścianę naszej sypialni.
Karolina jakoś nie pali się do noszenia tej poniekąd ładnej bluzki. Chyba o niej zapomniała a mi nie przeszkadza. Ludzie noszą jakichś Kobejnów, Morisonów czy innych Elwisów... Karolina jakoś nie, choć ostatnio zrobiła Krzyk Munka i niechcący dostała szóstkę z plastyki.
Robiła nieraz koszulki za kasę znajomym a dla siebie nigdy nie miała czasu.

     Zastanawiałem się jak ją odnaleźć. Ale po co? No, ale ciekawe kto to jest? Jak zapytać internet by dał mi właściwą odpowiedź? Czy to kobieta z krwi i kości, czy tylko cyfrowe wyobrażenie grafika?
Pominę pytania jakie zadawałem wyszukiwarce grafiki bo nie należały do zbyt inteligentnych . Było ich sporo na przestrzeni dni, bo nie mogłem poświęcić zbyt wiele czasu na jej szukanie... Kaśka miała ze mnie niezły ubaw!
Ale znalazłem.
To taki mały sukces. To przyjemne uczucie otrzymania nieoczekiwanej nagrody, jaką jest odkrycie ciekawej historii pewnej dotąd anonimowej kobiety.
                                                                   OTO ONA!


 ... i jej ciekawa historia.
Nazywa się HEDY LAMARR urodziła się w 1913 roku a zmarła w 2000. Pochodziła z bogatej austriackiej rodziny. Pierwszy raz zagrała w filmie mając 17 lat a już w 1933 roku grała główną role w skandalicznym na owe czasy  i jednoznacznie z nią kojarzonym filmie pt . "Ekstaza". Jej mąż związany z nazistami chciał wykupić wszystkie kopie filmu. Hitler zakazał jego wyświetlania, a Papierz Pius 12 uznał go za niemoralny.  Ale w ogóle to grała w 39 filmach, uznana za ponadczasową piękność jak Hepburn i co najciekawsze jest wynalazczynią. Wspólnie ze znajomym kompozytorem już w USA, pracowała nad urządzeniem które pozwoliło by na bezprzewodowe sterowanie torpedami bez zakłóceń. Wtedy nie znalazło to zastosowania ale dziś wszyscy z niego korzystamy w domu... to WiFi!!!
film dok - 1:30
Warto było.

poniedziałek, 14 października 2013

Bukareszt... Dehnel... Komiwojażer.

Byłem w "Bukareszcie...".


Dotąd kraj mi zupełnie obcy. Właściwie nie było go na mojej osobistej mapie Europy. Istniał tylko stereotypowym obrazem rumuńskiego emigranta, koczującego przy ruchliwych arteriach mego miasta. Z wyciągniętą ręką, uzbrojoną w kubek jednorazowy lub kartkę o treści tragicznej historii mniej lub bardziej prawdziwej. Istniał tylko w natarczywej wróżce parkingowej, której usta prawdy można było zamknąć kilkoma złotymi monetami. Wreszcie pozostawał w sercu na krótka chwilę słyszanego płaczu dziecka trzymanego pół dnia na kolanach wbitych w bruk, na rogu głównej ulicy. Pięć złotych kosztuje balsam na sumienie... tanio.
To wstyd znać Rumunię na mapie europy ale tylko z twarzą Drakuli filmowych i Rumunów nigdy nie zasymilowanych, spotykanych na co dzień. Ostatni obraz Rumunii jaki noszę, to padające ciała, oglądane na ekranie starego telewizora, padające pod murem do którego doszedł pewien etap historii tego tragicznego kraju. Wstydliwe zadowolenie z obalenia dyktatury, upokorzenia potwora, ojca narodu... śmiercią na oczach swoich dzieci. Tych chcianych i tych nie chcianych żyjących w tysiącach. Śmiercią niegodną nawet zwierzęcia.

Rejmer mocnym reportażem pokazała nieświadomemu czytelnikowi czym naprawdę jest Rumunia. Życie w Bukareszcie jest odzwierciedleniem całego państwa. Każdy spotkany człowiek, opowiadając swoją historię, mówi wielogłosem upokorzonej przez lata społeczności, która do dziś nie może uporać się z upiorami historii. Rewolucyjna radość  pozbycia się tyrana, staje się współczesnym rumieńcem wstydu na obliczu narodu.
Wstydu pomimo niewyobrażalnych cierpień jakie zadał narodowi ich ojciec. Czas wypiera tragiczne wspomnienia pozostawiając te dobre, tak bardzo, że pojawia się tęsknota za ojcem tyranem. Może dlatego że bezwolna istota potrzebuje przewodnika, może nawet poganiacza...
Jak ktoś przebrnie przez cierpienie pierwszych rozdziałów komunistycznych służb securitate, ten pozna osobistą Rumunię Rejmer i zrozumie dlaczego ona tam wróciła i zebrała materiał na tę bardzo dobrą, mocną książkę pełną szacunku i zrozumienia dla dalej zabłąkanych Rumunów we współczesnym świecie. 
Pomimo ciężaru tematu książka jest zaskakująca każdym rozdziałem. Od historycznego reportażu przez dramat w aktach aż po rozdziały które czyta się jak wpisy na blogu...

Dostałem Dehnela. 
Fotoplastikon. Album z kolekcją gromadzonych, w wielu przypadkach anonimowych, fotografii z początków minionej epoki. Zdjęcia pozowane, rodzinne, dokumentalne... rożne. Zdjęcia z targu, z aukcji, ze strychu...

To co powoduje że ten album jest niezwykły, to bardzo osobista interpretacja zdjęć, budząca tęsknotę do minionych, odległych czasów. Pewien sentyment do zwykłego życia i prostych spraw dnia codziennego. Uświadamia czym dzisiejsza fotografia już nie jest. Pyta kiedy zatraciliśmy granicę między świętem sztuki wędrującej pod strzechy a powielaniem obrazów utrwalających wszystko co nas otacza. Również człowieka który już nie jest sercem obrazu lecz przedmiotem pośród innych rzeczy W tych starych zdjęciach człowiek był podmiotem któremu podporządkowane było otoczenie. Teraz człowiek jest elementem tej mozaiki a masowy odbiorca bezkrytycznie pieje z zachwytu "...jakie śliczne fotki"

Alternatywne historie to nic nowego, bo książkę można napisać nawet z ogłoszeń w prasie za "Trzy złote..."   jak Kąkolewski albo Szczygieł, do listy ze szczeliny podłogowej w restauracji. Można się spierać czy takie pisanie ma sens. Przecież to tylko opowiadanie Nikt jednak nie wątpi w prawdziwość historii opowiadanych Komiwojażerowi podczas podróży koleją. Kiedyś, (może w czasach życia owych fotografii) opowiadanie było rozrywką. Ludzie potrafili opowiadać barwnie, ludzie potrafili słuchać głodni wiedzy o świecie spoza własnej miedzy. Dziś możemy nie wierzyć, nie ufać... możemy sprawdzić, wątpić bo dziś łatwo sie kłamie a konfabulacja prosta rzecz. Wtedy nikt nie wątpił, każdy wierzył na słowo, bo słowo miało wielką wartość i oswajało świat prostemu człowiekowi ze starego zdjęcia... 

czwartek, 3 października 2013

STARA TATRA

 Ktoś mi trąbi pod domem takim rachitycznym klaksonem jakby nie miał już siły. Jakby był zmęczony drogą, nie miał głosu... Jak Himilsbach...
No to wychodzę, choć nie lubię zbiegać na dół kiedy dopiero co wspiąłem się na górę i zdjąłem gacie. Ubieram się klnąc pod nosem, czego znowu ktoś chce ode mnie.
Otwieram drzwi ze sztucznym uśmiechem i w tym momencie staje się już  szczery, pełen zachwytu bo to co stoi przed moim domem jest tego godne. Łyżwa od ucha do ucha :-)
Pięknie odrestaurowana TATRA, którą mój kolega restaurator dopieszczał po długim remoncie.


 On zawsze przyjeżdża pokazać to co aktualnie naprawia. On się nie chwali, on sprawia mi przyjemność kontaktu z czymś pięknym. Lubię kiedy mnie odwiedza. Ostatnio był motocyklem Iż 49, wcześniej Jawą o której pisałem a pierwszy pojazd jakim mnie odwiedził był samochód MIKRUS śliczny jak zabawka.
Tym razem przyjechał Tatrą. Jaka ona jest każdy widzi. To ciekawa konstrukcja z silnikiem typu boxer chłodzonym powietrzem, o pojemności bodajże 1200ccm, z jednym gaźnikiem i wałem napędowym zabudowanym w grubej rurze od skrzyni biegów do dyferencjału, która jednocześnie pełni rolę nośną i z niej wychodzą półosie do tylnych kół. Drzwi zaprojektowane do łapania kur.

 W Koprivnicach jes piękne i wielkie muzeum Tatry. Byłem tam kilka lat temu i chyba znowu zechcę pojechać bo to piękna okolica na jesienny spacer.
Tu zdjęcia z Muzeum Tatry








niedziela, 29 września 2013

A co to za wczasy?

Najpierw czuje się radość z tego, że za niedługo będzie się na urlopie. Radość tym większą, im więcej się od niego oczekuje. Oczekiwałem radości i wzruszeń jak przy oglądaniu zdjęć Luise Arner Boyd, jak podczas czytania Anne Appelbaum, a nade wszystko jak podczas śledzenia podróży Wędrownego Zakładu Fotograficznego... a nawet wystarczyło kilka słów o Supraślu by umocnić postanowienie o wyjeździe nie na wczasy lecz na wschód... jakikolwiek.
Mieć wyrozumiałych bliskich to prawdziwy skarb. Najbliższych, którzy zapalają się do realizacji planu, który niekoniecznie jest tym ich wymarzonym... "no bo, czemu nie pojechać tam gdzie chce Jacek, czemu nie zrealizować jego marzenia, skoro on tak często realizuje nasze..."  tak mogły by powiedzieć moje dziewczyny! Mają przecież czas na realizację swoich wymarzonych wakacji, a ja po trzykroć zapłonę by realizować ich marzenia...
Teraz moje "wczasy"...
Jazda bez pośpiechu, drogą wybieraną w trakcie. W prawo na mapie.  Dotarcie do celu w terminie, albo i nie. Sen w prl'u albo w hotelu. Jedzenie na biwaku czy w stołówce niepełnosprawnych. Zwiedzanie w kapciach lub w pocie czoła.
Skrzypiące łóżko małżeńskie toczone kornikiem narastającego hałasu jego żuwaczek, jak tarcie marchewki na blaszanym tarle.. Skrzypiąca podłoga, która nie budzi padniętych z wyczerpania wielogodzinnym zwiedzaniem wsi z przewodnikiem lub rowerem.
Urlopowa pobudka o 6:00 rano codziennie. Kto szybszy. Ja, słońce, czy Kaśka? Nie ! Domownicy i rolnicy. Traktory i szambowozy. Też jestem ze wsi i wywożenie gnojówki nie przeszkadza mi ani trochę w czytaniu i popijaniu kawą liter w słońcu ... nawet na wczasach. Czy to śmierdzi? Przecież to tylko siarkowodór, jakiś metan czy inne węglowodory... pewnie każdy kiedyś poczuł swoją osobistą chmurę unosząca się za plecami :-)
Bez telefonu, bez internetu..
Tylko las, jezioro, rzeka, którą można przeskoczyć ale i spłynąć kajakiem w towarzystwie zaskrońca. Najeść się ostrężyn bez wysiadania. Targowiska rolniczo-odzieżowe w każdej wiosce, według terminarza tygodniowego. Ci sami ludzie te same towary każdego dnia gdzie indziej. Żadnych staroci, żadnych dupereli. Europejskie chodniki, europejskie rynki pełne granitu i drogowskazów. Cywilizacja styropianu i pastelowego koloru w sercu wioski. Nieliczne domki które mogłyby być moje... nasze. Małe białe okienka skrzynkowe białego koloru, jeszcze zachowane kąty proste ścian i delikatnych werand. Takich przeszklonych ganków o licznych malutkich kwaterkach okienek.
Jęk zachwytu jeszcze jednym zachodem słońca, jeszcze jednym polem, uczesanym rżyskiem, usłanym zwiniętymi dywanami słomy, aż po horyzont jak zabawkami wielkoludów Starym motorem WFM wystawionym przed chałupę do sprzedania. Obżarstwem śliwek przydrożnych, po których nie ma sraczki jak ostrzegała nas przewodniczka po Szczebrzeszynie. Pani Kapecka i po Zwierzyńcu Pan Kapecki (zaproszenie w Beskidy zawsze aktualne :-)
Cisza jak ta...
Nie jakiś śpiew ptaków, bo o czwartej nie wstawałem, ale wieczorne pasaże pasikoników tych dużych zielonych, które wypełniały ciszę wieczornej kolacji. Żadnego radia ani telewizora, intruza w domu, i intruza w rozmowie przy stole, który nie dopuszcza do słowa ,bo kulturalny człowiek czeka na moment ciszy by powiedzieć słowo. A gadające bez ustanku radio zabija rozmowę. Zabija kulturę dialogu i jednocześnie daje niepisane przyzwolenie krzyżowego ognia dyskusji stołowej.
Cisza, w której słyszę swój głos czytający mi Ripelliniego. Cisza w której mówię do siebie głosem wyobraźni, potokiem słów...

Wracamy ze spaceru i po kolacji chcemy czytać... ale niema książek. Zostawiliśmy przecież na parapecie porannym. Jedna rodzina dziś wyjeżdżała do południa. Czyżby ukradli? Niemożliwe. Jest wieczór. Książki cenne. Tokarczuk, Ripellino (dobrze że mam drugiego od Pewnej Doroty), Gaarder od Zofii... Szkoda, bo co będziemy czytać do końca urlopu.
Nie odpuszczam. Idę pukać do nowych gości. Kaśka mnie strofuje: -Ty, głupi,  jest wieczór, oni bez dzieci, nie pukaj.
Pukam, ...proszę.. i otwieram drzwi, chcąc pytać o książkę, a widzę parę młodych ludzi w łóżku, przygotowanych do snu jak na monidle. Oboje z naszymi książkami w dłoniach.
-Zabraliśmy bo leżały uwolnione na parapecie.
Poprosiłem by rano były tam znowu, a teraz niech sobie czytają.
Śniła mi się Tokarczuk. Wstyd mi było za niemoc "Momentu niedźwiedzia"  lecz zachwyt "Prawiekiem..." pochwaliła bo "Bieguni" jeszcze czekają.

Wczasy zatoczyły koło jednoroczne. Przez Kielce i moment w Ćmielowie. Do Uszyc. Jedna godzina a wspomnienie pozostało wieczne,  kontaktu ze sztuką użytkową. Piękno i kruchość odczułem moimi spracowanymi rękami kiedy rozpadała się w nich najdelikatniejsza porcelana pokazowa dla turystów.
Nie kupiliśmy wrażeń. Tamte są bardzo drogie. Kupiliśmy pamiątkowe filiżanki popularne z łowickim motywem. Jedynie marzenie o posiadaniu, pozostało silnym wrażeniem, budzonym przy każdym piciu kawy "z ćmielowa".
tu zbyt szczegółowo