Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (17) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (75) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (19) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

A co to za wczasy?

Najpierw czuje się radość z tego, że za niedługo będzie się na urlopie. Radość tym większą, im więcej się od niego oczekuje. Oczekiwałem radości i wzruszeń jak przy oglądaniu zdjęć Luise Arner Boyd, jak podczas czytania Anne Appelbaum, a nade wszystko jak podczas śledzenia podróży Wędrownego Zakładu Fotograficznego... a nawet wystarczyło kilka słów o Supraślu by umocnić postanowienie o wyjeździe nie na wczasy lecz na wschód... jakikolwiek.
Mieć wyrozumiałych bliskich to prawdziwy skarb. Najbliższych, którzy zapalają się do realizacji planu, który niekoniecznie jest tym ich wymarzonym... "no bo, czemu nie pojechać tam gdzie chce Jacek, czemu nie zrealizować jego marzenia, skoro on tak często realizuje nasze..."  tak mogły by powiedzieć moje dziewczyny! Mają przecież czas na realizację swoich wymarzonych wakacji, a ja po trzykroć zapłonę by realizować ich marzenia...
Teraz moje "wczasy"...
Jazda bez pośpiechu, drogą wybieraną w trakcie. W prawo na mapie.  Dotarcie do celu w terminie, albo i nie. Sen w prl'u albo w hotelu. Jedzenie na biwaku czy w stołówce niepełnosprawnych. Zwiedzanie w kapciach lub w pocie czoła.
Skrzypiące łóżko małżeńskie toczone kornikiem narastającego hałasu jego żuwaczek, jak tarcie marchewki na blaszanym tarle.. Skrzypiąca podłoga, która nie budzi padniętych z wyczerpania wielogodzinnym zwiedzaniem wsi z przewodnikiem lub rowerem.
Urlopowa pobudka o 6:00 rano codziennie. Kto szybszy. Ja, słońce, czy Kaśka? Nie ! Domownicy i rolnicy. Traktory i szambowozy. Też jestem ze wsi i wywożenie gnojówki nie przeszkadza mi ani trochę w czytaniu i popijaniu kawą liter w słońcu ... nawet na wczasach. Czy to śmierdzi? Przecież to tylko siarkowodór, jakiś metan czy inne węglowodory... pewnie każdy kiedyś poczuł swoją osobistą chmurę unosząca się za plecami :-)
Bez telefonu, bez internetu..
Tylko las, jezioro, rzeka, którą można przeskoczyć ale i spłynąć kajakiem w towarzystwie zaskrońca. Najeść się ostrężyn bez wysiadania. Targowiska rolniczo-odzieżowe w każdej wiosce, według terminarza tygodniowego. Ci sami ludzie te same towary każdego dnia gdzie indziej. Żadnych staroci, żadnych dupereli. Europejskie chodniki, europejskie rynki pełne granitu i drogowskazów. Cywilizacja styropianu i pastelowego koloru w sercu wioski. Nieliczne domki które mogłyby być moje... nasze. Małe białe okienka skrzynkowe białego koloru, jeszcze zachowane kąty proste ścian i delikatnych werand. Takich przeszklonych ganków o licznych malutkich kwaterkach okienek.
Jęk zachwytu jeszcze jednym zachodem słońca, jeszcze jednym polem, uczesanym rżyskiem, usłanym zwiniętymi dywanami słomy, aż po horyzont jak zabawkami wielkoludów Starym motorem WFM wystawionym przed chałupę do sprzedania. Obżarstwem śliwek przydrożnych, po których nie ma sraczki jak ostrzegała nas przewodniczka po Szczebrzeszynie. Pani Kapecka i po Zwierzyńcu Pan Kapecki (zaproszenie w Beskidy zawsze aktualne :-)
Cisza jak ta...
Nie jakiś śpiew ptaków, bo o czwartej nie wstawałem, ale wieczorne pasaże pasikoników tych dużych zielonych, które wypełniały ciszę wieczornej kolacji. Żadnego radia ani telewizora, intruza w domu, i intruza w rozmowie przy stole, który nie dopuszcza do słowa ,bo kulturalny człowiek czeka na moment ciszy by powiedzieć słowo. A gadające bez ustanku radio zabija rozmowę. Zabija kulturę dialogu i jednocześnie daje niepisane przyzwolenie krzyżowego ognia dyskusji stołowej.
Cisza, w której słyszę swój głos czytający mi Ripelliniego. Cisza w której mówię do siebie głosem wyobraźni, potokiem słów...

Wracamy ze spaceru i po kolacji chcemy czytać... ale niema książek. Zostawiliśmy przecież na parapecie porannym. Jedna rodzina dziś wyjeżdżała do południa. Czyżby ukradli? Niemożliwe. Jest wieczór. Książki cenne. Tokarczuk, Ripellino (dobrze że mam drugiego od Pewnej Doroty), Gaarder od Zofii... Szkoda, bo co będziemy czytać do końca urlopu.
Nie odpuszczam. Idę pukać do nowych gości. Kaśka mnie strofuje: -Ty, głupi,  jest wieczór, oni bez dzieci, nie pukaj.
Pukam, ...proszę.. i otwieram drzwi, chcąc pytać o książkę, a widzę parę młodych ludzi w łóżku, przygotowanych do snu jak na monidle. Oboje z naszymi książkami w dłoniach.
-Zabraliśmy bo leżały uwolnione na parapecie.
Poprosiłem by rano były tam znowu, a teraz niech sobie czytają.
Śniła mi się Tokarczuk. Wstyd mi było za niemoc "Momentu niedźwiedzia"  lecz zachwyt "Prawiekiem..." pochwaliła bo "Bieguni" jeszcze czekają.

Wczasy zatoczyły koło jednoroczne. Przez Kielce i moment w Ćmielowie. Do Uszyc. Jedna godzina a wspomnienie pozostało wieczne,  kontaktu ze sztuką użytkową. Piękno i kruchość odczułem moimi spracowanymi rękami kiedy rozpadała się w nich najdelikatniejsza porcelana pokazowa dla turystów.
Nie kupiliśmy wrażeń. Tamte są bardzo drogie. Kupiliśmy pamiątkowe filiżanki popularne z łowickim motywem. Jedynie marzenie o posiadaniu, pozostało silnym wrażeniem, budzonym przy każdym piciu kawy "z ćmielowa".
tu zbyt szczegółowo 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz