Etykiety

3FALA (4) AKTORZY (13) analog (3) ARCHITEKTURA (15) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (5) CZECHY (26) ELA (1) FILMOWO (33) FOTOGRAFIE (58) GRAFFITI (4) hacele (2) HISTORIA (16) KINO NA GRANICY (10) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (74) LISTY (2) lomo (30) lomografia (8) ŁODYGOWICE (6) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (28) pióra (2) PKP (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (18) PRAHA (29) PRASA (1) prl (12) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (28) żywiec (8)
Instagram

Każdy ma swój Prawiek.

 Liczyłem ostatnio książki i znalazłem przypadkiem Olgę Tokarczuk... no bo my "razem" obchodzimy urodziny, z tą tylko różnicą że Olga jest o dekadę starsza. Mogę chyba pisać o niej tak bezpośrednio skoro mam jej książkę a potem następne. Czy posiadanie książki i czytanie jej nie jest formą zbliżenia z autorem.
"Prawiek i inne czasy" 
Zacząłem czytać, tak z ciekawości bo to podobno dobra książka a Olga cenioną autorką jest.  Pierwsze karty nie przyciągnęły  mnie zbyt   mocno. Początek snuł się jak mgły poranne nad zaoranym polem. "Chłopi" bardziej mi się podobali z wyrazistymi postaciami i mocnymi charakterami na tle mijających pór roku i prac oraz obrządków.
Prawiek dreptał drobnymi kroczkami,  które z każda przeczytaną stroną się wydłużały. Postacie z każdym dniem ich trudnego życia stawały się mi bliższe. Czytałem z coraz większą zachłannością nie odstępując książki na krok
 Jestem ze wsi i się tego nie wstydzę. Mój Prawiek sięga przełomu lat 70/80 kiedy pamiętam sąsiadów w małym drewnianym domku bielonym wapnem. Mężczyzna wychodził o poranku  przed dom w pasiastej piżamie i lał pod wierzbami, bezwstydnie, wprost wschodzącemu słońcu. Przy każdym domu był kurnik i chlewik koguty budziły chłopów, rozpoczynały  naturalny rytm dnia a spać chodziło się czasem "z kurami"czyli wcześnie. Zapomniałem jak miał na imię sąsiad, nazwisko znam ale nie ma ono znaczenia, ale kiedy przyszedł czas umierać to następnego dnia umarła jego żona, co przypomniała mi historia Genowefy z Prawieku, sparaliżowanej widokiem mordowania mieszkańców wioski przez Niemców i śmiercią jej ukochanego Elego.
 Powroty ze szkoły były dla mnie codziennym wyzwaniem. Sąsiad miał dużego koguta o żółto - kremowym upierzeniu. Z ciężkim tornistrem skradałem się w pobliżu zabudowań sąsiada by nie zwrócić uwagi czujnego nielota. Mój dom był w zasięgu wzroku ale dzielił mnie od niego nieszczęsny kogut atakujący każdego przechodnia. W napięciu szedłem powoli dyskretnie zmniejszając dystans do upragnionego domu kiedy kogut mnie zauważał pędziłem co sił z telepiącym sie tornistrem na plecach, by nie dać się dogonić potworowi, bo dziobane łydki bolą.
Miałem dosyć ciągłych ucieczek. Postanowiłem omijać koguta szerokim łukiem przechodząc na czworakach   przez pole ziemniaków. Wysokie badyle chroniły mnie jak w okopie. Udręka na szczęście nie trwała długo bo kogut został zamordowany na niedzielny obiad. Od poniedziałku wracałem ze szkoły lekko.
 Prace polowe nie były mi obce. Przerywanie buraków pastewnych, wożenie z ojcem w dużym wózku na motocyklowych kołach trawy dla nutrii, worków pełnych trocin z tartaku dla ścielenia świni w chlewie. Wożenie gnoju pod ziemniaki wiosną. To były czasy schyłku komuny w każdym domu była hodowla gawiedzi; kury, kaczki, świnie, krowy, nutrie, tchórzofretki. Na mięso, na obiad, na futro, na święta, na komunię, na mleko, na ser...
 Nienawidziłem tych prac. Nie podobał mi sie los rolnika chociaż mój ojciec naprawiał samochody a pracami polowymi relaksował się. Nie rozumiałem go.
 "Czas dziadka"
Wysoki postawny ślusarz narzędziowy. Zagorzały antykomunista. Przygarniał mnie na kolana przy okrągłym stole pokrytym szydełkowanym obrusem. Każdego wieczora zaparzała mu babcia pełny blaszany garczek (tak go nazywał)  kawy, okupionej czasem kolejkowym w sklepie GS'u. Na stole stało radio JOWITA z długą anteną teleskopową. Dostawał pod nos deske do krojenia z jakąś kiełbasą lub boczkiem i ciął scyzorykiem Gerlach cieniutkie plasterki jak opłatek, częstując mnie i nasłuchując Radia Wolna Europa lub Głosu Ameryki. Potrafił obudzić się w środku nocy zapalić KLUBOWEGO popić zimnej , chyba niedobrej wtedy kawy i położyć się spać ponownie. On wspaniale tłumaczył mi świat, uczył analitycznego myślenia, odpowiadał nawet na najgłupsze pytania. Był cierpliwy.
"Czas żniw"
Zabawa w chowanego pośród zbożowych pól była wyśmienita. Zanurzenie w głębię żytniego czy pszenicznego łanu było jak zejście pod wodę. Dłońmi rozdzielało się wysokie źdźbła a one nad głową zamykały się niczym tafla wody. Dziecko było nie do odnalezienia. Tylko wejście na drzewo pozwalało zlokalizować gdzie ktoś się ukrywa. Dziś łan nie sięga nawet kolan.
Kiedy nadchodził ten czas, po okolicy rozbrzmiewał odgłos klepanych kos. Każdy kosiarz musiał sobie naklepać kosę na babce. Babka to stalowy klocek wbity w drewniany gnotek na którym rozklepuje się ostrze kosy szpicem młotka, by było cieniutkie i lepiej się "brusiło" osełką moczoną w wodzie "noszonej na pasku"
Wakacyjny poranek. W telewizji "4pancerni" a za oknem odgłos "bruszonej" kosy. Dwóch, czasem trzech kosiarzy kładło pokosy zamaszyście na jedną stronę jak falujące dno morskie układane przypływem. Za nimi kobiety wiązały zżęte zboże w chochoły  i układały w snopki. Uwielbiałem biegać po rżysku znajdować żaby z odciętymi odnóżami, zwinki bez ogona. Rżysko kaleczyło i mnie. Źdźbła drapały stopy obute w sandały jednak radość z ukrywania się w snopkach była największa.
Młockarnia wielka i skomplikowana stała u sąsiada do którego zjeżdżały kopiate wozy konne z całej okolicy. Stały cierpliwie w drogowej kolejce.Młócenie trwało kilka dni do póżnej, letniej, gorącej nocy przy lampach elektrycznych. Biegające dzieci nikomu nie przeszkadzały. Jeden zwalisty młodzieniec imieniem Andrzej zadawał nam radość i ból rzucając liche maluchy na wielki stosy prasowanej słomy. Lot był rozkoszny ale lądowanie bolesne w kłującej słomie. Nawracaliśmy aż do jego wyczerpania.
"Czas urlopu"
Kolejne losy postaci z Prawieku przybliżały mój urlop.
Rozpocząłem go przyjemną podróżą motocyklową przez łąki i pola opolszczyzny do małej wioski Uszyce. "Cztery domy dwie ulice" - chciałoby się powiedzieć. Znajomi mają tam piękny stary stuletni dom wyremontowany ze smakiem i szacunkiem dla starych sprzętów. Eklektyzm wyposażenia wnętrz jest harmonijny. Tradycja i nowoczesność  współgra ze sobą. Czułem się tam świetnie z całą rodziną. Wyciszyłem się i rozmarzyłem sentymentalnie oglądając zachód słońca zaprószony pyłem podniesionym kombajnem zbierającym rzepak na horyzoncie.


"Pamiątką" jaką  przywieżliśmy są kilku kilogramowe worki mąki różnego gatunku do domowych wypieków Kasi.
Bo tam jest młyn.

A wspominam o nim bo urządzenia wewnątrz młyna są czeskie z Pardubic. Poza tym jest wewnątrz pięknie i czysto. Tradycyjnie.


Droga powrotna do domu w palącym słońcu wiodła mnie przez Cieszyn, na łyk kofoli. Mijanie pól uprawnych w większości uczesanych zbiorami płodów czy odwróconymi skibami aż po horyzont drgało we mnie emocjami Prawieku pomieszanymi ze wspomnieniami co przelałem przez klawiaturę tego poranka urlopowego. 

Na szczęście pozostało mi jeszcze pół Prawieku ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz