Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

poniedziałek, 28 października 2013

Orka na ugorze Hulovej.

Jak to ja nie przeczytam, ja nie przeczytam...???
"Czechożydówka"  zmotywowała mnie ciekawą recenzją i słowami, jak to fajnie określiła, ...że jej chłopak się spłoszył, kiedy czytała mu fragmenty. Pomyślałem że spróbuję jak smakuje czeska erotyka literacka. Może będzie inna niż ta która jest łatwo dostępna w internecie nie wymagająca lektora ani napisów.
Faceci chyba tak mają, że w głowie potrafią stworzyć najdziwniejsze figury erotyczne, potrafią bawić się swoją wyobraźnią, ale kiedy przychodzi im o tym mówić, to czują zawstydzenie. Są skrępowani kiedy muszą mówić o "tych rzeczach" kobiecie patrzącej prosto w oczy. Nazywać rzeczy po imieniu też nie bardzo potrafią, bo albo zdrabniają albo wulgaryzują, albo raczej pewne słowa nie przechodzą im przez płytkie gardło, a przecież łacińskie określenia anatomiczne są piękne.   Za to z kolegami...
"Baby są jakieś inne." Bo widziałem jak Kaśkę wciągnęła "Samotność w sieci" to było kiedy jeszcze miała masę pracy na uczelni i potrzebowała czegoś relaksującego. Podsunąłem jej Wiśniewskiego bo ktoś mówił że jest niezły i tym sposobem ukręciłem bat na siebie. Dokąd nie skończyła ostatniej strony słyszałem tylko:
- Zrobisz zakupy?
- Zaparzyłbyś mi herbatę?
- Przynieś mi chusteczkę.
- Podasz mi koc?
- Nalej mi wina!
Byłem cierpliwy bo niby dlaczego miałem pozbawiać ją przyjemności czytania Tym bardziej że i mnie się czasem coś oblizało z tego pysznego tortu. Wiem że to zupełnie rożne książki, nie można ich porównywać, ale oczekuję podobnej przyjemności czytania, tylko życzeń nie mogę mieć zbyt wielu:-)

Ciężko było kupić M3 na naszym zadupiu.
Czytam i... wyobraźnia mnie zawodzi. Petra chcąc uniknąć tanich wulgaryzmów i prostych obrazów buduje epitety które nie pieszczą mojej wyobraźni tak jakbym sobie tego życzył, choć sprawna jest kiedy jej potrzebuję. Im więcej słów tym gorszy flak. Fabuła nie jest specjalnie ciekawa. Prostytutka opisuje swoje proste życie które kręci się pomiędzy usługiwaniem swoim ciałem w swoim domu i spędzaniem czasu w galerii handlowej. Nawet nie wiem czy jest atrakcyjna, bo raz widzę ją na swoim biurku, tak jak mógłbym ją chcieć, a innym razem widzę wymiętą w jej łazience zachlapanej bryzą jeszcze erekcyjnego, niecelnego mocznika klientów. W połowie już sam nie wiem czy nie skończyć, bo co mnie obchodzi żywot jakiejś kurwy. Nudny i nieciekawy napisany tak żebym nie miał z tego przyjemności. Bo my faceci jesteśmy prostej konstrukcji. Dla nas ma być oczywista oczywistość i rzeczy nazywane po imieniu. Im więcej gadania tym mniejsze libido. Wolę pięćdziesiąt obliczy Saszy Grayovej. Zawsze to lepiej, szybciej i skutecznie.
raszpel klienta

wtykacz Hulovej


Może jednak dohebluje do końca Petrę Hulovą bo zaskakuje mnie celnością obserwacji. Zarówno z perspektywy lepkiego, zasmarkanego prześcieradła jak i pasażerki spoconego tramwaju pozbawionego pożądania. Zarówno tłustych plotkarek domowych jak i mężczyzn i mężów. Samców alfa, użytkowników, jak i tych z którymi trzeba porozmawiać dla prologu. Ogierów i nieudaczników wymagających pomocy. Ona zrywa z nas maskę męskości jednym zdaniem trafionym w sedno wstydu i intymności o której tylko my wiemy.  Pisze to, czego nie odważylibyśmy się powiedzieć, w największym spoufaleniu. Skąd ona to wszystko wie. Jeśli nie ma w tym promila autobiografii to mam nadzieję na odrobinę autoanatomii Hulovej.
 Oprócz celnej obserwacji społecznej jest jeszcze coś co powstrzymało mnie przed porzuceniem tego"erotyku". To Ejakulacja słowotwórcza autorki. Podświadomie czyta się kartkę za kartką w dziwnym pośpiechu. Niektóre porównania na wdechu by dobrnąć do końca. Nie dziwię się formie recenzji Rudnickiego z GW od której o mało nie dostałem zadyszki ale pewnie chciał formalnie doszlusować do Petry na stoku.

poniedziałek, 21 października 2013

Szukałem kobiety.

Kiedy zdejmuję ubranie przed snem, patrzy na mnie. Kiedy wstaję o świcie wymięty, patrzy na mnie tym samym wzrokiem, jakby przez noc mój wizerunek nic nie stracił...
Mam ją przed sobą w sypialni i nieustannie jestem we wzrokowym kontakcie z nią, by każde przejście obok było impulsem do kołatania myśli i poszukiwania...
Karolina dostała szarą bluzkę z czarnym wizerunkiem twarzy kobiety wpatrzonej we mnie. We mnie, bo wisi na stojaku ubraniowym, pomiędzy obrazami Elki, które zdobią ścianę naszej sypialni.
Karolina jakoś nie pali się do noszenia tej poniekąd ładnej bluzki. Chyba o niej zapomniała a mi nie przeszkadza. Ludzie noszą jakichś Kobejnów, Morisonów czy innych Elwisów... Karolina jakoś nie, choć ostatnio zrobiła Krzyk Munka i niechcący dostała szóstkę z plastyki.
Robiła nieraz koszulki za kasę znajomym a dla siebie nigdy nie miała czasu.

     Zastanawiałem się jak ją odnaleźć. Ale po co? No, ale ciekawe kto to jest? Jak zapytać internet by dał mi właściwą odpowiedź? Czy to kobieta z krwi i kości, czy tylko cyfrowe wyobrażenie grafika?
Pominę pytania jakie zadawałem wyszukiwarce grafiki bo nie należały do zbyt inteligentnych . Było ich sporo na przestrzeni dni, bo nie mogłem poświęcić zbyt wiele czasu na jej szukanie... Kaśka miała ze mnie niezły ubaw!
Ale znalazłem.
To taki mały sukces. To przyjemne uczucie otrzymania nieoczekiwanej nagrody, jaką jest odkrycie ciekawej historii pewnej dotąd anonimowej kobiety.
                                                                   OTO ONA!


 ... i jej ciekawa historia.
Nazywa się HEDY LAMARR urodziła się w 1913 roku a zmarła w 2000. Pochodziła z bogatej austriackiej rodziny. Pierwszy raz zagrała w filmie mając 17 lat a już w 1933 roku grała główną role w skandalicznym na owe czasy  i jednoznacznie z nią kojarzonym filmie pt . "Ekstaza". Jej mąż związany z nazistami chciał wykupić wszystkie kopie filmu. Hitler zakazał jego wyświetlania, a Papierz Pius 12 uznał go za niemoralny.  Ale w ogóle to grała w 39 filmach, uznana za ponadczasową piękność jak Hepburn i co najciekawsze jest wynalazczynią. Wspólnie ze znajomym kompozytorem już w USA, pracowała nad urządzeniem które pozwoliło by na bezprzewodowe sterowanie torpedami bez zakłóceń. Wtedy nie znalazło to zastosowania ale dziś wszyscy z niego korzystamy w domu... to WiFi!!!
film dok - 1:30
Warto było.

poniedziałek, 14 października 2013

Bukareszt... Dehnel... Komiwojażer.

Byłem w "Bukareszcie...".


Dotąd kraj mi zupełnie obcy. Właściwie nie było go na mojej osobistej mapie Europy. Istniał tylko stereotypowym obrazem rumuńskiego emigranta, koczującego przy ruchliwych arteriach mego miasta. Z wyciągniętą ręką, uzbrojoną w kubek jednorazowy lub kartkę o treści tragicznej historii mniej lub bardziej prawdziwej. Istniał tylko w natarczywej wróżce parkingowej, której usta prawdy można było zamknąć kilkoma złotymi monetami. Wreszcie pozostawał w sercu na krótka chwilę słyszanego płaczu dziecka trzymanego pół dnia na kolanach wbitych w bruk, na rogu głównej ulicy. Pięć złotych kosztuje balsam na sumienie... tanio.
To wstyd znać Rumunię na mapie europy ale tylko z twarzą Drakuli filmowych i Rumunów nigdy nie zasymilowanych, spotykanych na co dzień. Ostatni obraz Rumunii jaki noszę, to padające ciała, oglądane na ekranie starego telewizora, padające pod murem do którego doszedł pewien etap historii tego tragicznego kraju. Wstydliwe zadowolenie z obalenia dyktatury, upokorzenia potwora, ojca narodu... śmiercią na oczach swoich dzieci. Tych chcianych i tych nie chcianych żyjących w tysiącach. Śmiercią niegodną nawet zwierzęcia.

Rejmer mocnym reportażem pokazała nieświadomemu czytelnikowi czym naprawdę jest Rumunia. Życie w Bukareszcie jest odzwierciedleniem całego państwa. Każdy spotkany człowiek, opowiadając swoją historię, mówi wielogłosem upokorzonej przez lata społeczności, która do dziś nie może uporać się z upiorami historii. Rewolucyjna radość  pozbycia się tyrana, staje się współczesnym rumieńcem wstydu na obliczu narodu.
Wstydu pomimo niewyobrażalnych cierpień jakie zadał narodowi ich ojciec. Czas wypiera tragiczne wspomnienia pozostawiając te dobre, tak bardzo, że pojawia się tęsknota za ojcem tyranem. Może dlatego że bezwolna istota potrzebuje przewodnika, może nawet poganiacza...
Jak ktoś przebrnie przez cierpienie pierwszych rozdziałów komunistycznych służb securitate, ten pozna osobistą Rumunię Rejmer i zrozumie dlaczego ona tam wróciła i zebrała materiał na tę bardzo dobrą, mocną książkę pełną szacunku i zrozumienia dla dalej zabłąkanych Rumunów we współczesnym świecie. 
Pomimo ciężaru tematu książka jest zaskakująca każdym rozdziałem. Od historycznego reportażu przez dramat w aktach aż po rozdziały które czyta się jak wpisy na blogu...

Dostałem Dehnela. 
Fotoplastikon. Album z kolekcją gromadzonych, w wielu przypadkach anonimowych, fotografii z początków minionej epoki. Zdjęcia pozowane, rodzinne, dokumentalne... rożne. Zdjęcia z targu, z aukcji, ze strychu...

To co powoduje że ten album jest niezwykły, to bardzo osobista interpretacja zdjęć, budząca tęsknotę do minionych, odległych czasów. Pewien sentyment do zwykłego życia i prostych spraw dnia codziennego. Uświadamia czym dzisiejsza fotografia już nie jest. Pyta kiedy zatraciliśmy granicę między świętem sztuki wędrującej pod strzechy a powielaniem obrazów utrwalających wszystko co nas otacza. Również człowieka który już nie jest sercem obrazu lecz przedmiotem pośród innych rzeczy W tych starych zdjęciach człowiek był podmiotem któremu podporządkowane było otoczenie. Teraz człowiek jest elementem tej mozaiki a masowy odbiorca bezkrytycznie pieje z zachwytu "...jakie śliczne fotki"

Alternatywne historie to nic nowego, bo książkę można napisać nawet z ogłoszeń w prasie za "Trzy złote..."   jak Kąkolewski albo Szczygieł, do listy ze szczeliny podłogowej w restauracji. Można się spierać czy takie pisanie ma sens. Przecież to tylko opowiadanie Nikt jednak nie wątpi w prawdziwość historii opowiadanych Komiwojażerowi podczas podróży koleją. Kiedyś, (może w czasach życia owych fotografii) opowiadanie było rozrywką. Ludzie potrafili opowiadać barwnie, ludzie potrafili słuchać głodni wiedzy o świecie spoza własnej miedzy. Dziś możemy nie wierzyć, nie ufać... możemy sprawdzić, wątpić bo dziś łatwo sie kłamie a konfabulacja prosta rzecz. Wtedy nikt nie wątpił, każdy wierzył na słowo, bo słowo miało wielką wartość i oswajało świat prostemu człowiekowi ze starego zdjęcia... 

czwartek, 3 października 2013

STARA TATRA

 Ktoś mi trąbi pod domem takim rachitycznym klaksonem jakby nie miał już siły. Jakby był zmęczony drogą, nie miał głosu... Jak Himilsbach...
No to wychodzę, choć nie lubię zbiegać na dół kiedy dopiero co wspiąłem się na górę i zdjąłem gacie. Ubieram się klnąc pod nosem, czego znowu ktoś chce ode mnie.
Otwieram drzwi ze sztucznym uśmiechem i w tym momencie staje się już  szczery, pełen zachwytu bo to co stoi przed moim domem jest tego godne. Łyżwa od ucha do ucha :-)
Pięknie odrestaurowana TATRA, którą mój kolega restaurator dopieszczał po długim remoncie.


 On zawsze przyjeżdża pokazać to co aktualnie naprawia. On się nie chwali, on sprawia mi przyjemność kontaktu z czymś pięknym. Lubię kiedy mnie odwiedza. Ostatnio był motocyklem Iż 49, wcześniej Jawą o której pisałem a pierwszy pojazd jakim mnie odwiedził był samochód MIKRUS śliczny jak zabawka.
Tym razem przyjechał Tatrą. Jaka ona jest każdy widzi. To ciekawa konstrukcja z silnikiem typu boxer chłodzonym powietrzem, o pojemności bodajże 1200ccm, z jednym gaźnikiem i wałem napędowym zabudowanym w grubej rurze od skrzyni biegów do dyferencjału, która jednocześnie pełni rolę nośną i z niej wychodzą półosie do tylnych kół. Drzwi zaprojektowane do łapania kur.

 W Koprivnicach jes piękne i wielkie muzeum Tatry. Byłem tam kilka lat temu i chyba znowu zechcę pojechać bo to piękna okolica na jesienny spacer.
Tu zdjęcia z Muzeum Tatry








niedziela, 29 września 2013

A co to za wczasy?

Najpierw czuje się radość z tego, że za niedługo będzie się na urlopie. Radość tym większą, im więcej się od niego oczekuje. Oczekiwałem radości i wzruszeń jak przy oglądaniu zdjęć Luise Arner Boyd, jak podczas czytania Anne Appelbaum, a nade wszystko jak podczas śledzenia podróży Wędrownego Zakładu Fotograficznego... a nawet wystarczyło kilka słów o Supraślu by umocnić postanowienie o wyjeździe nie na wczasy lecz na wschód... jakikolwiek.
Mieć wyrozumiałych bliskich to prawdziwy skarb. Najbliższych, którzy zapalają się do realizacji planu, który niekoniecznie jest tym ich wymarzonym... "no bo, czemu nie pojechać tam gdzie chce Jacek, czemu nie zrealizować jego marzenia, skoro on tak często realizuje nasze..."  tak mogły by powiedzieć moje dziewczyny! Mają przecież czas na realizację swoich wymarzonych wakacji, a ja po trzykroć zapłonę by realizować ich marzenia...
Teraz moje "wczasy"...
Jazda bez pośpiechu, drogą wybieraną w trakcie. W prawo na mapie.  Dotarcie do celu w terminie, albo i nie. Sen w prl'u albo w hotelu. Jedzenie na biwaku czy w stołówce niepełnosprawnych. Zwiedzanie w kapciach lub w pocie czoła.
Skrzypiące łóżko małżeńskie toczone kornikiem narastającego hałasu jego żuwaczek, jak tarcie marchewki na blaszanym tarle.. Skrzypiąca podłoga, która nie budzi padniętych z wyczerpania wielogodzinnym zwiedzaniem wsi z przewodnikiem lub rowerem.
Urlopowa pobudka o 6:00 rano codziennie. Kto szybszy. Ja, słońce, czy Kaśka? Nie ! Domownicy i rolnicy. Traktory i szambowozy. Też jestem ze wsi i wywożenie gnojówki nie przeszkadza mi ani trochę w czytaniu i popijaniu kawą liter w słońcu ... nawet na wczasach. Czy to śmierdzi? Przecież to tylko siarkowodór, jakiś metan czy inne węglowodory... pewnie każdy kiedyś poczuł swoją osobistą chmurę unosząca się za plecami :-)
Bez telefonu, bez internetu..
Tylko las, jezioro, rzeka, którą można przeskoczyć ale i spłynąć kajakiem w towarzystwie zaskrońca. Najeść się ostrężyn bez wysiadania. Targowiska rolniczo-odzieżowe w każdej wiosce, według terminarza tygodniowego. Ci sami ludzie te same towary każdego dnia gdzie indziej. Żadnych staroci, żadnych dupereli. Europejskie chodniki, europejskie rynki pełne granitu i drogowskazów. Cywilizacja styropianu i pastelowego koloru w sercu wioski. Nieliczne domki które mogłyby być moje... nasze. Małe białe okienka skrzynkowe białego koloru, jeszcze zachowane kąty proste ścian i delikatnych werand. Takich przeszklonych ganków o licznych malutkich kwaterkach okienek.
Jęk zachwytu jeszcze jednym zachodem słońca, jeszcze jednym polem, uczesanym rżyskiem, usłanym zwiniętymi dywanami słomy, aż po horyzont jak zabawkami wielkoludów Starym motorem WFM wystawionym przed chałupę do sprzedania. Obżarstwem śliwek przydrożnych, po których nie ma sraczki jak ostrzegała nas przewodniczka po Szczebrzeszynie. Pani Kapecka i po Zwierzyńcu Pan Kapecki (zaproszenie w Beskidy zawsze aktualne :-)
Cisza jak ta...
Nie jakiś śpiew ptaków, bo o czwartej nie wstawałem, ale wieczorne pasaże pasikoników tych dużych zielonych, które wypełniały ciszę wieczornej kolacji. Żadnego radia ani telewizora, intruza w domu, i intruza w rozmowie przy stole, który nie dopuszcza do słowa ,bo kulturalny człowiek czeka na moment ciszy by powiedzieć słowo. A gadające bez ustanku radio zabija rozmowę. Zabija kulturę dialogu i jednocześnie daje niepisane przyzwolenie krzyżowego ognia dyskusji stołowej.
Cisza, w której słyszę swój głos czytający mi Ripelliniego. Cisza w której mówię do siebie głosem wyobraźni, potokiem słów...

Wracamy ze spaceru i po kolacji chcemy czytać... ale niema książek. Zostawiliśmy przecież na parapecie porannym. Jedna rodzina dziś wyjeżdżała do południa. Czyżby ukradli? Niemożliwe. Jest wieczór. Książki cenne. Tokarczuk, Ripellino (dobrze że mam drugiego od Pewnej Doroty), Gaarder od Zofii... Szkoda, bo co będziemy czytać do końca urlopu.
Nie odpuszczam. Idę pukać do nowych gości. Kaśka mnie strofuje: -Ty, głupi,  jest wieczór, oni bez dzieci, nie pukaj.
Pukam, ...proszę.. i otwieram drzwi, chcąc pytać o książkę, a widzę parę młodych ludzi w łóżku, przygotowanych do snu jak na monidle. Oboje z naszymi książkami w dłoniach.
-Zabraliśmy bo leżały uwolnione na parapecie.
Poprosiłem by rano były tam znowu, a teraz niech sobie czytają.
Śniła mi się Tokarczuk. Wstyd mi było za niemoc "Momentu niedźwiedzia"  lecz zachwyt "Prawiekiem..." pochwaliła bo "Bieguni" jeszcze czekają.

Wczasy zatoczyły koło jednoroczne. Przez Kielce i moment w Ćmielowie. Do Uszyc. Jedna godzina a wspomnienie pozostało wieczne,  kontaktu ze sztuką użytkową. Piękno i kruchość odczułem moimi spracowanymi rękami kiedy rozpadała się w nich najdelikatniejsza porcelana pokazowa dla turystów.
Nie kupiliśmy wrażeń. Tamte są bardzo drogie. Kupiliśmy pamiątkowe filiżanki popularne z łowickim motywem. Jedynie marzenie o posiadaniu, pozostało silnym wrażeniem, budzonym przy każdym piciu kawy "z ćmielowa".
tu zbyt szczegółowo 

Urlopowa alternatywa? Nie!

 Dla mnie nie ma alternatywy. Bałtyki, Chorwacje, inklusiwy... żadne takie, plażowe gnicie odpustowe w pocie czoła przy korycie. Jasne że dziewczyny by chciały leżeć pod palmami, w palącym słońcu, ale trzeba liczyć siły na zamiary... one przeglądały oferty biur podróży, a ja czytałem z rozpalonym sercem Wędrowny Zakład Fotograficzny Agnieszki Pajączkowskiej:


 Potem dyskretnie w rozmowach okołostołowych opowiadałem historię jej podróży, ciekawej pracy i przedstawiałem moje marzenia wakacyjne inspirowane niezapomnianymi zdjęciami Luise Arner Boyd zebranymi w albumie "Kresy", czy historię podróży Anne Appelbaum "Między wschodem a zachodem"... nawet o Supraślu wspominałem byle nie jechać "...utartym szlakiem".
 Do ostatniej chwili dziewczyny miały nadzieję, że uda się wyjechać na południe, do ciepłej wody niczym zupa, ale ja już czułem że nic z tego nie będzie i w duchu się cieszyłem robiąc dobrą minę do złej gry. Kaśka dobrze wiedziała czego pragnąłem i kiedy stanęło w końcu na moim, (bez przemocy, bo w zasadzie "...dlaczego miałybyśmy się nie zgodzić na wymarzone wczasy taty "), Kaśka zapaliła się do nowego planu który popchnął ją do działania, planowania jak przy każdym wyjeździe. Bo ona doskonałym organizatorem jest, i każdy wyjazd krajoznawczy wykorzystuje ile się tylko da!

                                                     WIĘC  ROZTOCZE!

Roztoczański Park Narodowy i w jego sercu Kaśka znalazła doskonałe miejsce noclegowe i wypadowe dla poznawania całej rozległej okolicy. OBROCZ, taka wieś, gdzie gospodarstwa trzymają się głównej drogi by dotykać przejeżdżającej cywilizacji, bo turystom nie chce się zjeżdżać w pola a zimą zostać odciętym od świata, bo nikt tam nie odśnieża i nie soli.
Spanie "Na górze" załatwiliśmy jednym telefonem. Pozostała tylko niespieszna droga samym południem polski do celu z noclegiem po drodze w Łańcucie.
Naprawdę niespiesznie, wręcz ekonomicznie jechaliśmy na wschód bo nigdzie się nam nie spieszyło. Pogoda była piękna, słoneczna. Zieleń jeszcze soczysta a pola już złote. Jedne łany czekające na kosiarzy, inne czekające na zbiory, dywany zawinięte w walce, porzucone na polach jak zabawki wielkoludów. Drogowe aleje prowadziły nas do celów wyznaczonych na trasie. Drogi pośród pagórków łagodniejszych od naszych Beskidów wiły się polonezem uniesionych konarów. Zalesionych jednolicie wzgórków, bez plam łysienia plackowatego jak w naszej okolicy, ogołoconej przez choroby drzew i złodziei drewna. Droga przyjazna podróżnikowi, pieszcząca jego oczy łagodnym krajobrazem pozbawionym natrętnych reklam rozpraszających uwagę, ściągających wyobraźnię na ziemski padół. Jakiś długi weekend wtedy był, więc droga była pusta bo wszyscy smażyli się już gdziekolwiek
 Droga wieloma miejscami ciągnęła się aleją, z drzewami głaszczącymi tiry i autobusy po glacy dachu. Niezapomniana, jak droga małżeńskiej podróży w pierwszych minutach filmu "Nuż w wodzie". W realu  kolorowa i słoneczna, a w moim wspomnieniu już czarno-biała. Bez zbędnej muzyki i głupiego radia. Kilometry odmierzane rozmową i milczeniem, złotymi refleksami oślepiającego słońca... uwielbiam to złoto milczenia...Tylko bliscy znajomi rozumieją że ze mną można milczeć. Kto widział czeską "Jazdę" ten rozumie, że z samej jazdy można czerpać przyjemność. Rodzina to też taka podróżnicza paczka :-)
 ... i tak  zjechaliśmy z drogi, do Biecza, ze ślicznym rynkiem i starym kościołem.. Ciekawe jest to że wiele małych miejscowości, dzięki dotacjom unijnym, remontuje chodniki, drogi, a przede wszystkim i od tego pewnie większość zaczyna, rynki miejskie i wiejskie. Wszystko jest na bogato, chrom i granit. Unia daje, to się robi ale jakoś to nie przystoi do zabudowań i uliczek oddalonych o kilka kroków od rynku.



  To, między innymi mnie rozczarowało. Wypieranie starej architektury drewnianej, przez murowane domki w pastelowych kolorach nowobogackiej drobnej szlachty, emigrującej z czworaków na przedmieścia ładnych widoków. Nieliczne drewniane domy o równych ścianach i zachowanych prostych kątach, cieszyły moje oczy, łechcąc duszę tęskniącą za ciszą i samotnością bibliofila. Liczyłem na więcej, ale nieliczne ładne drewniane domki pojawiały już sporadycznie, pomiędzy zamaskowanymi styropianem domami wygodnickich. Plastikowe okna, blacha na dachu, i styropian, styropian... styropian!

Dojechaliśmy najpierw do Łańcuta bo tam mieliśmy spędzić dwa dni czekając na wolny pokój w Obroczy.
Zupełnie przypadkiem, nawet nie szukając noclegu, dom PTTK'u wyrósł  przed nami. Pozakonny, osiemnastowieczny z grubymi murami i peerelowskim wykończeniem boazeryjnym i od dekad niezmienionym. Jednak czysto i tanio jak w internacie.
Poranna ucieczka w miasto z Martyną i nadzieją odnalezienia targowiska okazała się połowicznym sukcesem bo targ był rolniczo-towarowo-szmaciano-chiński. Poza kilkoma zdjęciami niczego ciekawego z Martyną nie znaleźliśmy. Za to ten supersam okazał się ciekawszy, ale już dotknięty rekami remontowców.


Jak się później okazało wszystkie targowiska na jakie trafiliśmy podczas wakacji wyglądały podobnie. Produkty rolne, własna wytwórczość, chińskie rzeczy, stare ciuchy... Nasz bielski czy żywiecki targ staroci czy też cieszyński, są o wiele bogatsze i ciekawsze o czym nieraz się przekonaliście.

W Łańcucie jest ładny zamek ale nie on był naszym celem lecz storczykarnia. Kwiatki jak kwiatki, takie współczesne goździki. Bo z nazwy, to brzmi ekskluzywnie i bogato... dać komuś storczyka, a przecież kupić można go w każdej nawet najpodlejszej kwiaciarni. Właściwie to nic nie trzeba z nimi robić a i tak zakwitną po roku. Wiem, bo na parapecie stoi taki zestaw siedmiu sztuk i wszystkie zakwitły tego roku znowu. Trzeba przyznać że długo i konsekwentnie kwitną. Wiedziałem że jest wiele gatunków storczyków, że Meryl Streep zwariowała na ich punkcie w jednym filmie, ale te które zobaczyliśmy tam zrobiły na nas duże wrażenie. Wielkością, kolorem, kształtem i przede wszystkim zapachem od pysznej słodyczy do smrodu.

... to wszystko jednak  to nie to czego oczekiwałem. Perspektywa że wszystko jeszcze przede mną cieszyła mnie najbardziej. Zatrzymaliśmy się w Przeworsku w skansenie gdzie w dowolnie wybranej starej chałupie można mieszkać jak w hotelu. Architektura drewniana świetnie zachowana. Pokoje z klimatem niedoświetlonych izb z małymi oknami, zazdroskami  i niskim stropem. Tylko ta ruchliwa droga za płotem psuła cały klimat...




Po co ja się rozpisuję tak szczegółowo. Nikomu nie będzie się chciało tego czytać, a jeśli zacznie to na pewno nie dobrnie do końca....

... wioski w parku narodowym, żyją swoim życiem. Z dala od cywilizacji, z dala od polityki. Każdy pilnuje swojego interesu jakikolwiek by był. Sezon turystyczny jest krótki, a rok długi. Każdy chce zarobić by przeżyć do następnego lata. Nie... nie są nachalni, nie narzucają się nadmiernie ale i nie ma dla nich problemu z załatwieniem czegokolwiek. Starają się, tak pracują, bo łaska turysty na pstrym koniu jeździ i nie jest tak że jak nie ten turysta to będzie inny. Będzie albo i nie...
Biznesy rodzinne, pracujące dzieci, pomagające rodzicom. Zatrudnianie sąsiadów czy kolegów nie jest niczym nowym. Nawet konkurencyjność ofert i ich podobieństwo nie jest polem do powstawania konfliktowa. Żyją w symbiozie, czego przykładem było organizowanie spływów kajakowych. Mnogość firm nie konkuruje ze sobą niezdrowo, lecz wspiera się wzajemnie, czego dowiedziałem się od szofera który przewoził nas na spływ Wieprzem i Tanwią.


 Nareszcie mogę wstać o 6 rano, po cichu wygrzebać się z łóżka,  zrobić gęstej kawy z kożuchem  i usiąść w jadalni z widokiem na podwórko właścicieli z książką "Praga magiczna". Ta przyjemność nie przychodzi od razu. Nie da się nagle przestawić. Potrzeba dnia lub dwóch by się wyciszyć, nie spieszyć. Powoli mam tego coraz więcej. Mam wieś, las, jezioro, drewniany dom, ciszę, brak zasięgu i radia, słońce w oknie promieniem wodzącym po stronach książki... mam wszystko. Mam te dwie, trzy godziny by przenieść się do Pragi minionych wieków obrazami jakie maluje w mojej wyobraźni Ripellini. 
Za chwilę wstanie Kaśka, muszę muszę też zaparzyć jej kawy bo "Świat Zofii" bez kawy nie jest łatwy. Tak będziemy siedzieć w milczeniu do 9:00 dopóki nie obudzi się Martyna i Karolina.


Niewyszukane śniadanie i tradycyjnie przy stole, wspólne planowanie dnia. Czy kąpiel w jeziorze, czy wycieczka rowerowa, czy skansen, czy zwiedzanie okolicznych miasteczek? Jest co robić cały tydzień.

Jest taka wiejska zagroda z małym skansenem-muzeum "Zagroda Guciów" się nazywa i rowerami niedaleko. Takie małe muzeum archeologiczne z meteorytami ( jeden żelazny 80kg), licznymi skamielinami, kościami dinozaurów i ich śladami łap odciśniętymi w skale. W stodole zgromadzone eksponaty znalezione w okolicznych chałpach lub wyrzucone i niepotrzebne pamiętające czasy prlu. Stare motory, radia, telewizory, zabawki, rowery, butelki, garnki, skrzynie kufry czyli to co "normalnie" teraz się wyrzuca.
Właściciel tej zagrody znalazł ukryte tam stare, szklane negatywy z początku 20 wieku. Zdjęcia wykonane przez miejscowego fotografa, dokumentujące życie codzienne roztoczańskiej wsi a nade wszystko ludzi tamtego okresu. Było tego około 1000 sztuk 


Dowiedziałem się że w Zamościu jest fotograf, który podjął się wykonania odbitek ze znalezionych negatywów. Pojechaliśmy zwiedzić Zamość i znaleźć fotografa. 
Jego warsztat jest pięknym muzeum fotografii i sprzętu wszelakiego, służącego do robienia zdjęć. Z rozmowy dowiedzieliśmy się że z reprodukcji powstał album i wystawa której część jest eksponowana w Zagrodzie Guciów. 
Fotografie jakby żywcem wyjęte z albumu Luise Arner Boyd. Wizyta fotografa we wsi to było święto. Każdy chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Pokazać co ma najcenniejszego. Bogaty strój, buty, rower, ładną chałupę... Te same stroje, podobne zabudowania i przede wszystkim spokój emanujący z twarzy osób uwiecznionych na tych zdjęciach. Uwiecznionych... jakie to dobre słowo... już wiek patrzą niezmiennie. Sto lat żyją w szkle negatywu a teraz patrzą na nich ludzie z czasów, których nawet nie potrafili sobie wyobrazić. 


przewodnik w zagrodzie Guciów


 W Szczebrzeszynie Chrząszcz z brązu i drewna , w Zwierzyńcu kasza gryczana a wszystko dzięki sympatycznym przewodnikom. Dobrze to ktoś wymyślił, że można się umówić w konkretny dzień z przewodnikiem po mieście. Każdego dnia w innym mieście i z innym przewodnikiem.
Szczebrzeszyn poznawaliśmy z Panią Kapecką, którą muszę przedstawić bo opowiadała z przejęciem historię miasta, jego wielokulturowość i tradycję religijną. Z pasją opowiadała i prowadziła nas wąwozami lessowymi których jest tam wiele, jak boli ściernisko, i czy po dzikich śliwkach jest sraczka oraz różnice między bąkiem i trzmielem i wiele innych ciekawych rzeczy.
Następnego dnia umówieni byliśmy z przewodnikiem w Zwierzyńcu Panem Januszem. Padało, ale on był nieugięty. Ciągnął nas po lesie moknąc jak my, opowiadał o magicznej górze bukowej , o Rezerwacie tam utworzonym. Pokazywał jak obliczyć wiek drzewa bez ścinania go, pokazywał co jeść w lesie by przeżyć i jakie można w lesie znaleźć przyprawy. Pokazał nam kaszę gryczaną o której nie mieliśmy pojęcia jak rośnie. Nie chodzi nawet o tę wiedzę przez nich przekazywaną ale sympatyczne towarzystwo na ciekawy spacer wakacyjnym popołudniem.
Jak się okazało pod koniec wędrówki , nasza przewodniczka dnia wczorajszego, okazała się jego żoną, co się wydało kiedy ją chwaliliśmy.

Krążyliśmy po okolicznych miejscowościach znajdując co raz ciekawsze miejsca.  Trafiliśmy do hodowli Konika Polskiego gdzie odbudowuje się jego populację.


Nie bały się i my też, choć koń wielki jest jak każdy widzi. Trzy kilometry trzeba było iść pieszo w jedną stronę rezerwatu by tam dojść. Z powrotem złapałem stopa bo laski się wlokły i zabrały mnie dwie kobiety z lasu. Na tylnym siedzeniu usadowiłem się z maczetą i siekierami. 

Plan był taki, żeby przez Kielce pojechać do Uszyc na zakończenie wakacji w stawkowym gronie. Zjechaliśmy w boczna drogę za drogowskazem do Ćmielowa. Jedyna okazja zwiedzić fabrykę gdzie robią kotki po stówie za sztukę. Szybka decyzja to dobra decyzja. Nieczęsto można wejść do pieca, rozbić figurkę policzyć cętki na foksterierze czy zobaczyć kolekcję zabytkowej już ćmielowskiej porcelany i to jak zmieniała się na przestrzeni lat i mody. 






czwartek, 12 września 2013

Łódzkie wnętrzności.

 Byłem już w Łodzi kilkakrotnie. Nie śmiem powiedzieć że ją znam, bo znaczy to tylko tyle, ze może bym się tam nie zgubił. Można tak powiedzieć o wielu miastach. Każdy może tak powiedzieć, ale to nie będzie do końca prawdą.
 Odrobinę prawdy o miastach  poznaje się z każdą w nich wizytą, z każdym spacerem... z każdym przewodnikiem. Można poznawać miasto samotnie, to jednak tylko błądzenie, błąkanie się z myślami że cel jest gdzieś blisko . To złudne wrażenie poznawcze.
 Jednak to złudzenie odkrywcy jest przyjemnym uczuciem wścibskiego obserwatora. Lubimy przecież zaglądać w okna jak dziewczynka z zapałkami...
 Czekałem na sobotni poranek. jak kiedyś w Szczecinie czy w Pradze i wymknąłem się kiedy wszyscy jeszcze spali. Uwielbiam ten moment wolności i spacer nie skrępowany odliczaniem czasu i itinerem określającym to, co dla mnie najlepsze. Sam wiem czego chcę.
 Chcę zobaczyć to czego nie widzi przeciętny turysta wodzony za nos książkowym przewodnikiem. Chcę zobaczyć prawdziwe oblicze miasta które budzi się do życia, po upojnej nocy rozbujanych ulic, gwarem gości i mieszkańców.
Chcę zajrzeć w oczy bram, podwórzy skrytych za fasadą oficyny, odnowioną dla turysty. Odnowioną dla sprzedawcy, by w złudnej symbiozie z turystą, podtrzymywali puls najdłuższej ulicy w europie.
 Piotrkowska jest piękna, bogata kamienicami fabrytkantów i bankierów, sukienników i sprzedawców.
Jednak nie tego oczekuję, nie tego mi potrzeba.
 Zadzieram głowę zachwycając się bogactwem form  i rozmachem stylów wszelakich, bo właściciele nie musieli być  artystycznie wykształceni, nie musieli mieć wyrobionego smaku. Mieli kasę.
Architekt pytał w jakim stylu ma być pałac? Neogotyckim, czy neobarokowym czy innym, a dostawał odpowiedź że " w każdym". Ma być "na bogato"... i tak własnie jest.
 Wojna nie zniszczyła miasta, a odbudowa powojenna to miasto ominęła, dlatego jest ona takim dobrym filmowym plenerem.
 Bogata facjata miasta skrywa pod pudrem elewacji tajemnicę której chciałem dotknąć i powąchać brud obudzonego miasta bez makijażu, bez porannej podmywaczki ulicznej i samobieżnej zamiataczki. Nie liczyłem że spotkam wąsatego ciecia z miotłą brzozową... przepraszam "... gospodarza domu", za to potykałem się prawie, przez niezliczonych robotników budowlanych pudrujących elewację za woalem rusztowań.
Nie trzeba zapuszczać się na przedmieścia miasta by zobaczyć Łódz w której czas się zatrzymał dwadzieścia lat temu. Kiedy załamał się eksport wymiany towarowej. Kiedy zażądaliśmy zapłaty za  sukno a nie towaru wymiennego. Nagle dziesięć tysięcy niezorganizowanych tak jak górnicy czy hutnicy, łódzkich  włókniarek straciło pracę.
 Zachodziłem w cuchnące szczyną bramy, podobnie jak niektóre zdesperowane prządki, które w tych bramach wystawały godzinami, nie umiejące robić nic innego, zmuszone do tego głodem i piętrzącymi sie rachunkami. Wkraczałem w inny świat. Pozbawiony wiatru hulającego na piotrkowskiej, pozbawiony światła wschodzącego słońca bogatej alei i żywych kolorów. Jedynie światło niebieskiego okna w "suficie" studziennej oficyny wlewało odrobinę pogody w zamknięty krąg murów i okien.
 Były tam kiedyś ogrody ale najszybciej rozwijające się miasto pożerało przestrzeń zajmując osiemdziesiąt procent przestrzeni życiowej mieszkańców. Frontowe oficyny obejmowały swoimi ramionami ogrody na tyłach, zaciskając pierścień i dusząc drzewa z których pozostały do dzisiaj nieliczne, stare, wybujałe ponad linię dachu w poszukiwaniu słońca fotosyntezy.
 Łódzkie podwórka są duszą miasta. Nie deptaki, nie galerie handlowe lecz studnie oficyny. Dobrze poznaliśmy kilka z nich dzięki Maciejowi Kronenbergowi Markowi Wiśniewskiemu Bogdanowi Bernackiemu i innym którzy przygotowali zlot poświęcając nam swój cenny czas, oprowadzając nas pierwszego dnia szlakiem łódzkich plenerów filmowych "Stawki ...", "Ziemi obiecanej" i innych filmów które znaliśmy, a nie mieliśmy pojęcia że były kręcone akurat w tych czy innych miejscach.

Nasi goście Alicja Zommer Kubicka i Janusz Kubicki (M)
Alicja Zommer  
 W niedzielny poranek też spacerowaliśmy posłusznie za Maćkiem Kronenbergiem. Słuchaliśmy wykładu o historii miasta, jego architekturze, przemianach i rozwoju, kształtowaniu się życia społecznego, jego wzlotach i upadkach. Słuchając jego opowieści można to miasto tylko polubić choć mieszkać pewnie byłoby w nim trudno.

Bo zlot stawkowy to nie tylko eksploracja tematów serialu, miejsc i postaci. To przede wszystkim spotkanie znajomych, biesiadowanie do nocy i wspólne śniadanie. Najweselsze jakie znam.
Szczegółowa relacja ze zlotu za kilka dni pod tym adresem.  

Serdeczne podziękowania dla Macieja Kronenberga za przewodnik "Podwórka Piotrkowskiej"











Pan tu nie stał

OFF Łódź

Winiarnia Kondrata





Rok Tuwima mnogi.



Bydgoski FOTON

Muzeum Kinematografii "Latająca maszyna"

Tego pana znamy.

Żydowska restauracja Anatewka.

Anatewka

Neon Balbinka





Muzeum Kinematografii "Kingsajz"





Kuczka

M

M

M

M

M


M
Zdjęcia analogowe Martyna (M) i Jacek, Olympus mju1 i Yashica electro CC.