Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AKTORZY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AKTORZY. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dom na Granicy.





 Kiedyś, kino lepsze było niż sex. 


 W tym roku było pełnoletnie, a sex był tak późno, że nie doczekałem "wisienki na torcie", jak pisali organizatorzy, o nocnych projekcjach kina erotycznego. Z łatwością zasypiałem syty wrażeń festiwalowych i budziłem się głodny nowych przeżyć estetycznych i emocjonalnych.
Po latach obcowania z przeglądem Kino na Granicy, Cieszyn stał sie dla mnie drugim domem również  za sprawą nowej, uroczej kawiarni literackiej Kornel i Przyjaciele, która jest mi najbliższym miejscem w Cieszynie.
Z zapasem klisz 35mm i aparatem Lomo Lc-a wjechałem do świetlicy Krytyki Politycznej, odebrać dobra jakie przysługują każdemu zadeklarowanemu widzowi. Przed projekcjami chciałem jednak przywitać się z Kornelem. Jego mecenaska Mariola wita mnie zawsze w jego imieniu z czułością, dzięki czemu czuję się tam jak domownik, witany gęstą kawą pachnącą od progu.
Na moście przyjaźni. KP 
 Nie zakładałem co będzie dla mnie ważniejsze podczas tegorocznej majówki. Czy Ciało/Body z jego ograniczeniami i możliwościami, akceptacją i odrzuceniem czy dusza i emocje jakich oczekiwałem od filmów i spotkań.
Chyba tego oczekuje się od filmu, żeby widz wyszedł z kina poruszony i nie jest ważne jakimi emocjami zostanie dotknięty. Czy będzie śmiał się czy płakał, czy będzie czuł złość czy bezsilność. Film ma widza poruszyć. Jeżeli nic takiego nie ma miejsca to znaczy że praca realizatorów nie była najlepsza. Jedni w takiej sytuacji wychodzą z kina niezadowoleni ale są i tacy kinomani jak np. Stanisław Janicki który, kierowany szacunkiem dla pracy ekipy filmowej ogląda film do końca ponieważ jak twierdzi: Nigdy nie wiemy co nas spotka na ekranie później i należy się to wszystkim którzy ciężko pracowali na planie i w studiu.
Dyr. Łukasz Maciejewski dla TV.
Na szczęście to zdanie usłyszałem z jego ust już po festiwalu, dlatego łatwiej było mi wyjść w połowie seansu filmu Gejsza,  czułem się także usprawiedliwiony, gromkim śmiechem dobiegającym z sali w wielu  momentach. I to nie była komedia.
 Wyszedłem z założenia, że po co mam się męczyć na słabym filmie skoro mogę posiedzieć u Kornela w "Zacisznym" kącie, pijąc kawę i przeglądając książki z półek księgarni i antykwariatu albo porozmawiać np. z Markiem Koterskim o naszych "obsranych bachorach".

Szura / Koterski
Rozrywany pomiędzy stroną polską i czeska motałem się pomiędzy duszą i ciałem. Pomiędzy wspaniałymi  czarno-białymi, statycznymi zdjęciami Adama Sikory a skomplikowanym wnętrzem Olgi Hepnarovej której nikt nie potrafił pomóc ani zrozumieć. Doprowadziło ją to "na skraj załamania nerwowego" skąd wystarczył tylko jeden prosty krok by zwrócić uwagę społeczności na istnienie osób borykających się z takimi jak ona problemami adaptacji w społeczeństwie i poszukiwaniu tożsamości.
foto:KnG
Olga Hepnarova pozostanie w mojej pamięci na długo, podobnie jak minione "Obrazy starego świata", po których długo milczałem.
Marian Dziędziel i dyr. Łukasz Maciejewski. foto:KnG



Agata Kulesza





















Milczałem, po filmie "Róża"  z Dorocińskim i Kuleszą, której po spotkaniu powiedziałem jak bardzo mnie wzruszyła postać którą grała. Ona jest taka mała i jednocześnie taka mocna. Jak sama powiedziała, role wybiera jak chce, jednocześnie mając świadomość że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlatego "...córki krowy"  były konieczne by otrząsnąć się po traumie wojennej i prl'owskiej przemocy.

Szura / Kulesza


-...
-Niech mi pan nie mówi, bo też się zaraz rozpłaczę. -odpowiedziała na moje wyznanie, ofiarując wspólny autoportret.


Pamiętacie jaką burzę wywołała książka J.T.Grossa "Sąsiedzi", potem następna "Strach", aż w kinach pojawił sie film "Pokłosie". Maciek Stuhr z goryczą opowiadał kiedyś w Cieszynie o pokłosiu tego filmu.
Podobny los pewnie spotka film "Klezmer" którego nikt nie chce dystrybuować w polsce na szeroką skalę, gdyż obnaża prawdziwe oblicze polaków w obliczu wojny, zagrożenia i... wizji pieniędzy. Bardzo dobry film niosący mocny przekaz, zrealizowany przy niskim budżecie w naturalnej, leśnej scenerii. Zdobył kilka nagród ale jeszcze nie odbił się echem w polskich mediach.
 Nie sposób opisać wszystkich filmów. Nie sposób też zobaczyć. Trudno się zmobilizować kiedy pachnie gęsta kawa u Kornela. Czasem ważne jest lenistwo i świadomość że nic nie muszę. Nie muszę zobaczyć stu filmów, codziennych koncertów czy wszystkich wystaw. Kino na Granicy to takie wczasy, chwila na slowlife w zabieganym życiu. Książka, spacer, zdjęcia...
Najważniejsze tylko są te filmy które na długo zapadają w pamieć. Te, które "przywozi się" do domu w sercu i przedstawia jako lekturę obowiązkową dla reszty rodziny.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Oddech niemocy...

Jakaś cisza dopada mnie tutaj ostatnio. Trochę mnie to denerwuje.
Jest jednak coś, co pochłania moje ostatnie minuty wolnego czasu. Nie tracę go jednak bezpowrotnie bo przelewa się przez moje ręce i owocuje, namacalnie i naocznie a słowo ciałem się staje i pozostaje na kartach bloga w jednym niekończącym się poście. Na brudno...

Nie miałem koncepcji na prezenty.
Chwilowo, bo powoli pomysły się klarują i już mniej więcej wiem co się komu należy. Nie żebym kupował prezenty na targu, tylko w końcu miałem wolną chwilę przy okazji wizyty w mieście. Często nie mogę się oprzeć wizycie na targu zwłaszcza kiedy przejeżdżam obok.
Zimno było, a sprzedawcy o różowych nosach i skostniałych dłoniach, cierpieli wydając mi drobne za zakupione przedmioty. Tanie, nawet bez targowania, jak kiedyś powiedziała Anka i bardzo to zdanie zapadło mi w pamięci. Jakoś nie mam sumienia się targować jak niektórzy o 50 groszy... wstyd by mi było.
Odchodziłem już zmarznięty z zawiniątkiem pod pachą, kiedy rzuciłem jeszcze okiem na stos płyt winylowych. Czasem je przeglądam, ale wielokrotnie  rozczarowałem się pospolitą niemiecką muzyką biesiadno-myśliwską. Parę razy znalazłem płyty z muzyką poważną z których ucieszyła się Karolina.
Tym razem wyciągnąłem:
B. Smetane "Prodana nevesta",
Vecer s Jirinou Bohdanovou,
i... płyta na widok której zrobiłem wielkie gały. Oto w Żywcu zmaterializował się, sam JARA CIMRMAN ze Sverakiem i Smoljakiem :-) płyta pt. "Posel z Liptakova"
Czechozainteresowani znają Jare Cimrmana. Niektórzy byli blisko dotknięcia go na festiwalu w Cieszynie, jednak "Tatinek" nie zabrał Jary, bo się nie zmieścił do auta. Zostało mi tylko zdjęcie ze Sverakiem.
Jara Cimrman, jakby się ktoś pytał, to czeski geniusz o którym praski teatr na Żiżkovie wystawia sztuki od czterdziestu lat. Powstał o nim film "Jara Cimrman, lezici, spici"
To największy czeski wynalazca, architekt i ginekolog. Posiada wielkie zdolności kryminologiczne, poetyckie, dramaturgiczne, kompozytorskie i malarskie oraz pedagogiczne i treserskie. W 2005 roku został najwybitniejszym Czechem, którego imieniem nazwana została planetoida okrążająca słońce raz na cztery lata.









Tegoroczne trofea targowe.
Najfajniejszy A.Dvorak w kartonie oprawionym w czerwone sukno i kilkoma płytami wewnątrz.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Cygany były...

Wytrąbiłem sam całe wino. Bo wiecie, w zasadzie to ja nie piję, a piwo tylko w Pradze. Film był fajny,  w łóżku, ze wszystkimi, i tak sobie polewałem  aż tu nagle sucho we flaszce i film mi się skończył. Wszyscy poszli spać. Se myślę , to napiszę coś  bo zaniedbuję blog mój od dawna przez  nadmiar pracy, której po części nie lubię, ale robię, bo dzięki jej owocom mogę realizować pewne cele.
Ostatnio motor przebudowuje i czasu nie mam zupełnie, bo na wiosnę jeździć się chce.
Piszę  o tym też, ale to potem, ujawnię jak kształtu nabierze takiego, żeby zdjęcie można było dać.

Nie wiem jak się przyplątało to wino do mojego domu, bo co i rusz ktoś przynosi coś i zostawia. Albo po imprezie zostaje, albo niedobre, albo tanie, albo baby nie zdążą go wypić. A mi smakuje. Nie ważne co... byle sponiewierało. Dobra świnia wszystko zje. No i zjadłem ten marketowy roztwór wody ze sokiem i spirytusem i zbałamucił mnie trochę tak, że kasować muszę źle trafione litery...tęskna  etykieta winnicy, i słodkie było... i ciekawe jak ja pojadę do pracy rano o 5:00. Mam nadzieje że uleci ze mnie do rana i łeb mnie nie  będzie bolał.

Ale to nie ważne bo PAPUSZA.
Darek Paczkowski nasz żywiecki aktywista i pomocnik społeczny w skali krajowej, razem z Fundacją KLAMRA i kinem JANOSIK zorganizowali pokaz filmu Papusza, oraz spotkanie z aktorami którzy zagrali w filmie tandemu  KRAUZE.  Krauzowie jako że nie mogli przyjechać na projekcję, przesłali pozdrowienie i drobne słowo wstępne w krótkim materiale filmowym, pokazanym przed projekcją. Pozdrawiali pełne kino. Konieczne były dostawki.
Wizyta Krauzów na ekranie właściwie była bez znaczenia. Kto chciał to czytał w ostatnich Wysokich Obcasach duży wywiad z nimi. Najważniejszymi gośćmi byli żywieccy Romowie, czy jak kto woli Cyganie bo te określenia splatają się ze sobą tak że i ja raz mówię tak a raz inaczej i nie wiem która forma jest poprawna. W filmie grała rodzina Buriańskich. Karol, jego córka i żona która dopiero uczy się polskiego.
Miałem wątpliwości jak oni odnajdą się w w swojej nowej roli przed pełną widownią. Przecież jeszcze nie dawno spotykałem ich na ulicy, i wątpię by coś w ich życiu się zmieniło poza, jeszcze jednym nowym   wspomnieniem,. Czy poradzą sobie z ewentualnymi pytaniami widzów. Czy na sali nie znajdzie się jakiś mądrala chcący się pochwalić erudycją i zadać skomplikowane pytanie ku uciesze gawiedzi.  
 Widownia okazała się bardzo wyrozumiała i nagradzała brawami  odwagę Państwa Buriańskich i szczerość ich opowieści. Dowiedzieliśmy się że, zdjęcia do filmu trwały krótko. Córka pana Karola zagrała epizod, a żona z Rumunii czyniła magiczne znaki i zaklęcia nad narodzoną Papuszą... na początku filmu. Wiele scen kręcono w okolicach Olsztyna i na mazurach... reszty nie pamiętam. Nagrano tez około trzech godzin materiału który jednak nie wszedł do produkcji.
 Podobała mi się siła z jaką pan Karol podkreślał swoją polskość i przywiązanie do do lokalnej społeczności. Nie omieszkał wytknąć rasistowskich napisów na murach miasta bo przecież to jest niekończąca się historia. Darkowi niebawem farby zabraknie... Na szczęście uczy młode pokolenia tolerancji. On jest niepokonany... Szacun!  
Pytań z sali nie było.
Film wszystko wyjaśniał. Podczas projekcji zastanawiałem się czy chcę przeczytać tę  książkę. Sądzę że jak ktoś nie widział filmu to książkę mógłby przeczytać bo obrazy jakie zobaczy oczyma wyobraźni na pewno nie będą ostre. Nie będą mocne jak ujęcia filmowe.
Film jest jak wizyta w galerii fotografii. Każde ujęcie, każdy kadr, może być osobnym obrazem żyjącym własnym życiem. Słyszałem tylko co chwile głos Karoliny... ale piękna klata. Bo to było najpierw ujęcie. Statyczny kadr, w którym po chwili ożywała akcja filmu. Momenty wstrzymujące oddech  i skupiony wzrok na kadrze. Wszystko czarno-białe. Zredukowane do odcieni szarości przez co obraz "nie gra" w filmie. Jest tylko ilustracją . Koncentruje skupienie widza, a aktorzy ożywiają kolejne kadry poruszającą grą. Ujęcia są jak epizody, jak rozdziały, jak odwracanie kartek albumu fotograficznego w którym sami dopowiadamy historię ze zdjęcia.
 Smutna to opowieść o poetce i jej koczowniczym plemieniu.  Smutny los Ficowskiego, uciekiniera i odkrywcy który świetnie zasymilował się z Cygańskim taborem. Może nawet za bardzo... Sam ukręcił bat na siebie w nakładzie 50 tyś egzemplarzy ... i na Papuszę, niechcący.
 Odstawanie od stada nikomu nie wychodzi na dobre. Jak w "Papuszy" tak i w "Cyganie" który widziałem w Cieszynie i stał się obowiązkową lekturą domowników. Odrobinę wyższe aspiracje, skazują ambitnego człowieka na ostracyzm grupy. Niezrozumienie i kurczowe trzymanie się tradycji, powoduje skupienie wszystkich kłopotów właśnie na Papuszy. A Ficowski niechcący przyczynił sie do jej tragedii. Utrwalił Romską kulturę w książce ale i zdradził coś... ale nieczytaci Cyganie do końca nie wiedzieli co... Nieważne, Papusza z Ficowskim byli wszystkiemu winni.
Polityka i historia są tylko zaakcentowane drobną datą lub złą nowiną przyniesioną do domu na ustach. Kto choć trochę pamięta z lekcji historii w szkole... temu dość dwie słowie..

Ciekawe czy Papusza wpadnie w OKO Pragi i jak wypadnie konfrontacja obrazów z ekranu z tymi powstałymi podczas czytania.....


poniedziałek, 21 października 2013

Szukałem kobiety.

Kiedy zdejmuję ubranie przed snem, patrzy na mnie. Kiedy wstaję o świcie wymięty, patrzy na mnie tym samym wzrokiem, jakby przez noc mój wizerunek nic nie stracił...
Mam ją przed sobą w sypialni i nieustannie jestem we wzrokowym kontakcie z nią, by każde przejście obok było impulsem do kołatania myśli i poszukiwania...
Karolina dostała szarą bluzkę z czarnym wizerunkiem twarzy kobiety wpatrzonej we mnie. We mnie, bo wisi na stojaku ubraniowym, pomiędzy obrazami Elki, które zdobią ścianę naszej sypialni.
Karolina jakoś nie pali się do noszenia tej poniekąd ładnej bluzki. Chyba o niej zapomniała a mi nie przeszkadza. Ludzie noszą jakichś Kobejnów, Morisonów czy innych Elwisów... Karolina jakoś nie, choć ostatnio zrobiła Krzyk Munka i niechcący dostała szóstkę z plastyki.
Robiła nieraz koszulki za kasę znajomym a dla siebie nigdy nie miała czasu.

     Zastanawiałem się jak ją odnaleźć. Ale po co? No, ale ciekawe kto to jest? Jak zapytać internet by dał mi właściwą odpowiedź? Czy to kobieta z krwi i kości, czy tylko cyfrowe wyobrażenie grafika?
Pominę pytania jakie zadawałem wyszukiwarce grafiki bo nie należały do zbyt inteligentnych . Było ich sporo na przestrzeni dni, bo nie mogłem poświęcić zbyt wiele czasu na jej szukanie... Kaśka miała ze mnie niezły ubaw!
Ale znalazłem.
To taki mały sukces. To przyjemne uczucie otrzymania nieoczekiwanej nagrody, jaką jest odkrycie ciekawej historii pewnej dotąd anonimowej kobiety.
                                                                   OTO ONA!


 ... i jej ciekawa historia.
Nazywa się HEDY LAMARR urodziła się w 1913 roku a zmarła w 2000. Pochodziła z bogatej austriackiej rodziny. Pierwszy raz zagrała w filmie mając 17 lat a już w 1933 roku grała główną role w skandalicznym na owe czasy  i jednoznacznie z nią kojarzonym filmie pt . "Ekstaza". Jej mąż związany z nazistami chciał wykupić wszystkie kopie filmu. Hitler zakazał jego wyświetlania, a Papierz Pius 12 uznał go za niemoralny.  Ale w ogóle to grała w 39 filmach, uznana za ponadczasową piękność jak Hepburn i co najciekawsze jest wynalazczynią. Wspólnie ze znajomym kompozytorem już w USA, pracowała nad urządzeniem które pozwoliło by na bezprzewodowe sterowanie torpedami bez zakłóceń. Wtedy nie znalazło to zastosowania ale dziś wszyscy z niego korzystamy w domu... to WiFi!!!
film dok - 1:30
Warto było.

czwartek, 12 września 2013

Łódzkie wnętrzności.

 Byłem już w Łodzi kilkakrotnie. Nie śmiem powiedzieć że ją znam, bo znaczy to tylko tyle, ze może bym się tam nie zgubił. Można tak powiedzieć o wielu miastach. Każdy może tak powiedzieć, ale to nie będzie do końca prawdą.
 Odrobinę prawdy o miastach  poznaje się z każdą w nich wizytą, z każdym spacerem... z każdym przewodnikiem. Można poznawać miasto samotnie, to jednak tylko błądzenie, błąkanie się z myślami że cel jest gdzieś blisko . To złudne wrażenie poznawcze.
 Jednak to złudzenie odkrywcy jest przyjemnym uczuciem wścibskiego obserwatora. Lubimy przecież zaglądać w okna jak dziewczynka z zapałkami...
 Czekałem na sobotni poranek. jak kiedyś w Szczecinie czy w Pradze i wymknąłem się kiedy wszyscy jeszcze spali. Uwielbiam ten moment wolności i spacer nie skrępowany odliczaniem czasu i itinerem określającym to, co dla mnie najlepsze. Sam wiem czego chcę.
 Chcę zobaczyć to czego nie widzi przeciętny turysta wodzony za nos książkowym przewodnikiem. Chcę zobaczyć prawdziwe oblicze miasta które budzi się do życia, po upojnej nocy rozbujanych ulic, gwarem gości i mieszkańców.
Chcę zajrzeć w oczy bram, podwórzy skrytych za fasadą oficyny, odnowioną dla turysty. Odnowioną dla sprzedawcy, by w złudnej symbiozie z turystą, podtrzymywali puls najdłuższej ulicy w europie.
 Piotrkowska jest piękna, bogata kamienicami fabrytkantów i bankierów, sukienników i sprzedawców.
Jednak nie tego oczekuję, nie tego mi potrzeba.
 Zadzieram głowę zachwycając się bogactwem form  i rozmachem stylów wszelakich, bo właściciele nie musieli być  artystycznie wykształceni, nie musieli mieć wyrobionego smaku. Mieli kasę.
Architekt pytał w jakim stylu ma być pałac? Neogotyckim, czy neobarokowym czy innym, a dostawał odpowiedź że " w każdym". Ma być "na bogato"... i tak własnie jest.
 Wojna nie zniszczyła miasta, a odbudowa powojenna to miasto ominęła, dlatego jest ona takim dobrym filmowym plenerem.
 Bogata facjata miasta skrywa pod pudrem elewacji tajemnicę której chciałem dotknąć i powąchać brud obudzonego miasta bez makijażu, bez porannej podmywaczki ulicznej i samobieżnej zamiataczki. Nie liczyłem że spotkam wąsatego ciecia z miotłą brzozową... przepraszam "... gospodarza domu", za to potykałem się prawie, przez niezliczonych robotników budowlanych pudrujących elewację za woalem rusztowań.
Nie trzeba zapuszczać się na przedmieścia miasta by zobaczyć Łódz w której czas się zatrzymał dwadzieścia lat temu. Kiedy załamał się eksport wymiany towarowej. Kiedy zażądaliśmy zapłaty za  sukno a nie towaru wymiennego. Nagle dziesięć tysięcy niezorganizowanych tak jak górnicy czy hutnicy, łódzkich  włókniarek straciło pracę.
 Zachodziłem w cuchnące szczyną bramy, podobnie jak niektóre zdesperowane prządki, które w tych bramach wystawały godzinami, nie umiejące robić nic innego, zmuszone do tego głodem i piętrzącymi sie rachunkami. Wkraczałem w inny świat. Pozbawiony wiatru hulającego na piotrkowskiej, pozbawiony światła wschodzącego słońca bogatej alei i żywych kolorów. Jedynie światło niebieskiego okna w "suficie" studziennej oficyny wlewało odrobinę pogody w zamknięty krąg murów i okien.
 Były tam kiedyś ogrody ale najszybciej rozwijające się miasto pożerało przestrzeń zajmując osiemdziesiąt procent przestrzeni życiowej mieszkańców. Frontowe oficyny obejmowały swoimi ramionami ogrody na tyłach, zaciskając pierścień i dusząc drzewa z których pozostały do dzisiaj nieliczne, stare, wybujałe ponad linię dachu w poszukiwaniu słońca fotosyntezy.
 Łódzkie podwórka są duszą miasta. Nie deptaki, nie galerie handlowe lecz studnie oficyny. Dobrze poznaliśmy kilka z nich dzięki Maciejowi Kronenbergowi Markowi Wiśniewskiemu Bogdanowi Bernackiemu i innym którzy przygotowali zlot poświęcając nam swój cenny czas, oprowadzając nas pierwszego dnia szlakiem łódzkich plenerów filmowych "Stawki ...", "Ziemi obiecanej" i innych filmów które znaliśmy, a nie mieliśmy pojęcia że były kręcone akurat w tych czy innych miejscach.

Nasi goście Alicja Zommer Kubicka i Janusz Kubicki (M)
Alicja Zommer  
 W niedzielny poranek też spacerowaliśmy posłusznie za Maćkiem Kronenbergiem. Słuchaliśmy wykładu o historii miasta, jego architekturze, przemianach i rozwoju, kształtowaniu się życia społecznego, jego wzlotach i upadkach. Słuchając jego opowieści można to miasto tylko polubić choć mieszkać pewnie byłoby w nim trudno.

Bo zlot stawkowy to nie tylko eksploracja tematów serialu, miejsc i postaci. To przede wszystkim spotkanie znajomych, biesiadowanie do nocy i wspólne śniadanie. Najweselsze jakie znam.
Szczegółowa relacja ze zlotu za kilka dni pod tym adresem.  

Serdeczne podziękowania dla Macieja Kronenberga za przewodnik "Podwórka Piotrkowskiej"











Pan tu nie stał

OFF Łódź

Winiarnia Kondrata





Rok Tuwima mnogi.



Bydgoski FOTON

Muzeum Kinematografii "Latająca maszyna"

Tego pana znamy.

Żydowska restauracja Anatewka.

Anatewka

Neon Balbinka





Muzeum Kinematografii "Kingsajz"





Kuczka

M

M

M

M

M


M
Zdjęcia analogowe Martyna (M) i Jacek, Olympus mju1 i Yashica electro CC.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Spontaniczne śniadanie o północy!

Nikt nie mówi że u nas jest normalnie.
Sobota, północ, każdy w swoim pokoju próbuje zasnąć, jednak wszystkim przeszkadza księżyc w pełni zaglądający przez okna. Wymieniamy komunikaty o bezsenności w srebrnej ciszy domu, od drzwi do drzwi.
Rzucam hasło - "oglądamy film".
Karolina na to - "jestem głodna".
Kaśka - "mam placek z galaretką i borówkami w lodówce".

Siedzimy wszyscy w łóżku, zaopatrzeni, i zaczynamy seans który planowałem już dawno, jak czytałem książkę Trumana Capote pt: "Śniadanie u Tiffany'ego"
Poznałem go "Z zimną krwią" do której przykuwa narracyjnym zapisem faktów ponoć spisanym z zapamiętanych rozmów, również telefonicznych.
Najczęściej jednak w różnych rozmowach i tekstach przewija się jego książka "Śniadanie..." wypada znać, no i Audrey Hepburn ona też był impulsem...

Najpierw książka potem film.

Książka od pierwszych stron wydaje się łatwa i prosta, jednak mimo to, okazuje się nieprzewidywalna. To zawsze jest zaletą,  kiedy autor wykręca za ucho, wskazując "inny kierunek głupcze". Gdzieś w tle pojawiają się skojarzenia z "Wielkim Gatsby'm",  no bo samotny pisarz, w nowym miejscu, innym środowisku, wchodzi w czyjeś życie jakby mimo woli ,nie specjalnie zabiegając o to i świadomie staje się jedną z najważniejszych postaci w tej historii.
Pojawia się nieszczęśliwa miłość i śmierć, wielka przyjaźń i zobowiązania.

Ale najfajniej jest odnajdywać zbieżność charakteru postaci z książki, z postaciami które istniały naprawdę, lub pojawiały się na kartach innych książek. Impulsem na takie spojrzenie był tekst Anki o archetypach postaci ze snu i jawy, książki, filmu i historii.
Jakoś tak, w tym samym czasie czytałem "Śniadanie u Tiffany'ego", z przerwami na Buber-Neumann o Milenie w obozie. I te postaci odnajdywałem u Capote. Holly Golightly ekscentryczna uwodzicielka trzymająca facetów na postronku, a jednak na dystans. Spoufalająca się z kim chce, ale wyznaczająca  nieprzekraczalną granicę intymności. Słodka naiwność przebiegunowana racjonalnym wyrachowaniem. Jana Cerna która spędziła "Trzy sezony w piekle", to prawdziwa postać,  podobna do Holly, natychmiast przychodzi mi na myśl ze swoim mieszkaniowym bałaganem i atrakcyjnością Karoliny Gruszki. Tylko głupie komentarze na portalach filmowych sprowadzają Holly do roli prostytutki, co świadczy tylko o tym, że nie czytali książki, a swoją powierzchowną wiedzę opierają tylko na ekranizacji.
Do głowy mi nie przyszło tak spłycić postać Holly. Jana Prawdziwa, miała podobnie skomplikowany  życiorys, ale nie mam prawa uzurpować sobie pierwszeństwa jej oceny. Trudny charakter skomplikował jej życie, a może to błędy wychowawcze miały na to wpływ. Milena mama, uzależniona od morfiny, a mała Jana mimowolna  konspiratorka nie miała normalnego dzieciństwa, więc jak mogła mieć normalne życie.
Nawet bliska mi  postać Mileny, emancypantki wypuszczonej spod skrzydeł Minerwy miała zagrania jak Holly z klatką na ptaki (o wartości kilku wyjść do toalety po 50$) ofiarowaną Fredowi. Ukradła i zastawiła biżuterię rodziców, by spłacić długi E.Pollaka a za resztę wystroić się  na złość swojemu partnerowi który jej nie doceniał. Zrobiła oszałamiające wrażenie na jego znajomych którzy nie znali jeszcze Mileny, a Pollak dostał w twarz w obecności kolegów, za zgrywanie zdziwionego idioty. Zarzucano jej amoralność, podczas kiedy ona nastawiona była bardziej refleksyjnie i moralnie przez co była egzaltowana i nigdy nie śmieszna, w przeciwieństwie do pozostałych koleżanek ze szkoły określanych "bachantkami" nie traktowanymi zbyt poważnie.
Fred szanował Holly bo znał ją lepiej niż nie jeden sponsor wieczorowy. Łatwo jej przykleić moralizatorską etykietę dziwki choć ona nawet nie bardzo mogła sobie przypomnieć z kim spała i nie dlatego że było ich wielu, wręcz przeciwnie. Nie dziwię się że Fred się zakochał. Zdziwiło mnie tylko zakończenie filmu mijające się z książką, typowym amerykańskim happy and’em.