Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNALEZISKA TARGOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZNALEZISKA TARGOWE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lipca 2020

AGFA BOX 1949÷58

 

Pół roku czekał na mnie cierpliwie, w bielskim sklepie ze starociami (nad Nowym Elektronikiem). Ganiłem siebie, za myśl, żeby go kupić. Po co mi dwudziesty czy nawet trzydziesty, analogowy aparat fotograficzny. Oprócz aparatów na błony cięte, mam już wszystko czego potrzeba fotografowi. "Mały obrazek", "średni format", kompakty, camerę obscurę... O, nie mam półklatkowca, bo kiedyś sprzedałem ale mam też Polaroidy różnej maści i ubarwienia. 
  Nie mogłem przestać o nim myśleć. Wyprodukowany w Niemczech, zaraz po wojnie, był europejską odpowiedzią na amerykańskiego Kodaka Brownie. 
  Wykonany z cieńszej blachy niż puszka na brzoskwinie, daje jednak wrażenie solidnej i bardzo przemyślanej konstrukcji, zawierającej proste, żeby nie powiedzieć prymitywne rozwiązania mechaniczne. Można go zepsuć ale i można go samodzielnie naprawić. 
Przeznaczony jest do stosowania błony zwojowej typu 120, czyli średniego formatu, tu o rozmiarze kadru 6x9cm. Na jednej rolce filmu można wykonać 8 zdjęć. Oczywiście, przewijać należy ręcznie, licząc klatki przez czerwone okienko z tyłu aparatu. 
   Ma migawkę gilotynową o przebiegu 1/50sekundy schowaną w dwusoczewkowym prymitywnym obiektywie o podstawowej jasności f:8 druga wartość przysłony to f:16 oraz ciekawostka: przy jasności 8 można zastosować wbudowany żółty filtr.
  Fajnie się nim kadruje, ponieważ posiada dwa celowniki. Jeden do poziomych zdjęć, a drugi do pionowych (to te  dwa oczka nad obiektywem). Gniazdo statywowe, styk dla lampy błyskowej (dlatego nazywa się synchro).

  Poniżej kilka zdjęć wykonanych dla próby.
  Film fomapan, 100asa, wywoływacz: d76, 1:1, 10 min, 20'C, skan v550.


 









piątek, 27 grudnia 2019

MAGDALENKI między AUTAMI.

  najpierw malowanie a potem pieczenie


 Przygotowanie składników lakieru do pomalowania samochodu według receptury, okazuje się prostsze od upieczenia ciasta. Składników jest mniej, receptura jest stała, nie jest tak gorąco, no i nie ma tyle mycia po pracy. Poza rękami. Znalazłem zatem czas na upieczenie Magdalenek kolejny raz, między warsztatowymi zajęciami.
Ta wyjątkowa foremka, dzięki Kamili, dotarła do prof. Gielaty.
Pierwszą foremkę, przypadkiem znalazłem w sklepie ze starociami w Cieszynie przy ulicy Menniczej. Starszy, rozgadany pan, jeśli trafi się do niego w odpowiednim dniu  to nawet częstuje winem, nie wiedział do czego to służy więc sprzedał mi za symboliczne pięć złotych. 
 Nosiłem ją w kieszeni przez cały festiwal Kino na Granicy 2019. Nie uwierała mnie ale i nie niepokoiła myślą, co z nią zrobić. Po powrocie z festiwalu położyłem ją na półce z książkami i tak leżała, na siedmiu tomach zapomniana aż do wakacji , kiedy Kaśka podpowiedziała mi, żebym upiekł ciasteczka dla dziewczyn z którymi pojadę na festiwal literacki do Szczebrzeszyna.
 Znalazłem przepis (jest na końcu) trochę go zmodyfikowałem i pewnego popołudnia zabrałem się za pieczenie ciastek mając tylko jedną foremkę. Przepis jest na około trzydzieści ciasteczek które piecze się 10 do 12 minut. Wypiekanie pojedynczo Magdalenek zajęło mi około pięciu godzin. Udały się jednak doskonale. Smakowały wyśmienicie i co najważniejsze, zachowały się aż do samego festiwalu, który odbywa się  na początku sierpnia.
 W Szczebrzeszynie, tradycyjnie wnosiłem swoją wiklinową walizkę z winem, a teraz także z ciasteczkami,  na teren festiwalu. Po zmroku w chłodzie Wieprza z muzyką w tle i  w towarzystwie Kamili, Kornelii. Gosi i Ewy piliśmy wino ze szklanek, smakując Magdalenki. Szukaliśmy wrażeń zmysłowych. Dziewczyny pieściły moje ego zachwytami nad smakiem Magdalenek i chwaliły moje zdolności kulinarne  oraz wytrwałość.
 Jednego dnia festiwalu na dużej scenie, toczyła się rozmowa pomiędzy trzema osobami: Krystyną Rodowską, Wojciechem Szotem i Markiem Bieńczykiem. Roztrząsali pojęcie "straty" w odniesieniu do nowego tłumaczenia pierwszego tomu "W poszukiwaniu utraconego czasu" PrUsta (sic!) autorstwa Krystyny Rodowskiej. Jednych przekonywał Bieńczyk z twardą "stratą" czasu minionego a mnie przekonała Krystyna Rodowska do "utraty" niosącej pewna nadzieję odzyskania wspomnień ożywionych smakiem ciastek moczonych w herbacie. Wszyscy troje zachwycali się teoretycznie smakiem Magdalenek nie mając pojęcia że my, siedząc na przeciw,  mieliśmy jeszcze w ustach smak magdalenek o których oni mogli tylko pomarzyć a my mieliśmy ich pełne brzuchy :-)
W ubiegłym roku (2018) w wydawnictwie OFICYNA ukazało się nowe tłumaczenie, pierwszego z siedmiu  tomów dzieła Marcela Prousta. Wydawca obiecał nowe tłumaczenia, w kolejnych latach.  Szóstego grudnia tego roku pojawił sie drugi tom: "W cieniu rozkwitających dziewcząt" w tłumaczeniu Wawrzyńca Brzozowskiego. .
Mam nadzieję że organizatorzy festiwalu w Szczebrzeszynie zaplanują na sierpień 2020 roku podobne spotkanie, poświęcone nowemu tłumaczeniu kolejnego tomu dzieła Prousta, na które może dowiozę porcję Magdalenek i rozkwitające dziewczęta.
foremka od Kamili.
po 4 minutach
(...) matka widząc, że mi jest zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe krótkie i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem (...) machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz (...). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (...). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (...). I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii.(...)
Przepis.
90g masła (może być margaryna mniej niż połowa kostki na oko)
2 łyżeczki miodu (jakikolwiek, 3łyżeczki też może być)
2 jajka ciepłe lub zimne
100g mąki (nawet 120g pszenna, tortowa)
około 40g cukru pudru (lepiej mniej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 tarta skórka z cytryny lub pomarańczy
szczypta soli
-----------------------
masło roztopić, dodać miód, ostudzić trochę,
zmieszać w misce mąkę cukier proszek i sól następnie wsypać do garnka z margaryną i wymieszać łyżką, wbić jajka i rozetrzeć mikserem zetrzeć skórkę, gdyby było zbyt płynne (jak do naleśników) to dodawać mąki po łyżce i ubijać żeby było trudno lejące się z łyżki.
nagrzać piekarnik do 160'C i piec 12 do 13 minut w termoobiegu.
foremkę wysmarować margaryną i posypać mąka, ciasta nakładać mniej niż pojemność foremki bo duże urośnie, żeby łatwiej rozprowadzać ciasto w formie - palce zanurzać w mącę często, można ciasto poklepać opuszkami by lepiej wypełniało foremkę. 

środa, 6 stycznia 2016

Kornel i przyjaciółka :-)

Coraz więcej osób pragnie być przyjacielem Kornela. Ja też. 
Śledzę na bieżąco stronę tego projektu który jest w trakcie realizacji i duchowo go wspieram, mając nadzieję na bardzo osobiste miejsce w Cieszynie. Urzekająca jest forma ożywienia Kornela Filipowicza przez danie mu głosu po wielu latach ciszy. 
 
Czytałem kolejny wpis Kornelówki na profilu fejsbukowym i przyglądałem się znajomym przedmiotom na zdjęciu, najdłużej drzeworytowi bibliotekarza stojącego na drabinie. Odchodząc od komputera podniosłem wzrok na ścianę, na której wisi mała reprodukcja obrazu z bibliotekarzem. Usiadłem z powrotem w fotelu i spoglądałem raz na drzeworyt, to znowu na obrazek. Wydały mi się bardzo podobne. Wyjąłem reprodukcję zza zakurzonej szyby i w świetle okazało się że obrazek jest bardzo podobny do drzeworytu od Kornela.
Reprodukcja była podpisana:   Carl Spitzweg: Der Bücherwurm 1850


Kupiłem ten obrazek,  jak wiele innych rzeczy,  na targu w Żywcu za śmieszne dwa a może pięć złotych. Wisi u mnie od około roku i teraz dostanie drugie życie dzięki Karuzeli... u Kornela i jego przyjaciól.  


Kornelu! Oczekuj listonosza... za jakiś czas.

środa, 17 czerwca 2015

PHILIP ROTH. Zacząłem... on skończył.

 Nareszcie nastały upalne i bezwietrzne dni.  Gorące powietrze drżało, warstwą grubości paczki papierosów nad dachami samochodów domowego parkingu. Tworzyło miniaturową fatamorganę zniekształcającą obraz oddalonych domów i drzew. To dobry moment by pokazać dzieciom na czym polega pustynne złudzenie.
Wygospodarowałem sprawnie odrobinę czasu by zatrzymać się u targowych sprzedawców w drodze do pracy. Wsiadłem do rozgrzanego samochodu jakbym zanurzył się w gorącej kąpieli. Dotknięcie kierownicy parzyło dłonie zdarte papierem ściernym i pracą. Oparcie fotela zniszczyło od razu piękno wyprasowanej koszuli.
 Sprzedawcy na targu mają gorzej - pomyślałem - i ruszyłem z piskiem paska klinowego w codzienną drogę.
Stoją w tym słońcu każdego dnia, dla tych kilkudziesięciu złotych, parząc się w długich spodniach i  flanelowych koszulach, na patelni wyasfaltowanego placu targowego. Jedyny cień jaki mają, to ten prywatny, rzucany z daszku czapki na koniec własnego nosa.
 Czemu oni nie układają tych książek grzbietami do góry - pomyślałem z lekką złością. Wygrzebywanie kolejnych tomów z kartonowych pudeł i wkładanie zajmuje mi za dużo czasu. To podobnie kłopotliwe jak przeglądanie sterty szmat w sklepie z używaną odzieżą.  Podsłuchałem kobiety jak odradzały sobie taki sklep, bo nie mogły nic ciekawego znaleźć. Nie miały cierpliwości? 
walizka z książkami za paczkę papierosów

Książki grzbietami, a szmaty na wieszaki! 

 Łatwiej by mi było i szybciej znalazłbym tę która mnie zainteresuje, autorem lub tytułem. Z pośród ośmiu kartonów po bananach Chiquita, wyjmowałem garściami po dwie, trzy sztuki, raz jedną, raz drugą dłonią, klęcząc na gorącym asfalcie w pokorze wobec słońca biczującego moje plecy i kark żarem. 
Wygrzebałem kilka tytułów pośród których najciekawszą, choć "bezwartościową" bo bardzo zniszczoną  pozycją była książka Philipa Rotha pt.: "Goodbye Columbus".
 Małego formatu, trochę większa niż smatfon pięciocalowy. Oprawiona przez introligatora w marmurkowy papier, wzmocniony materiałem na rogach i grzbiecie. Pod ochronnym celofanem wklejona była kartka grzbietowa z opisem i numerem wykaligrafowanym piórem. Wewnątrz sygnowana pieczęcią biblioteki w Ustroniu. 
To właśnie jej stan urzekł mnie różnymi domysłami. Ktoś ją oprawił, może ktoś inny pokleił wypadające kartki paskami papieru i taśmą. Ktoś zrobił supeł na zakładce tasiemkowej. Jednak najbardziej urzekająca w niej była myśl, co jest w tej książce, że tak wiele osób ją przeczytało od 1964 roku.
Obok klejonych kartek, kolejne były luźne, poprzecinane cienkimi nitkami szytego grzbietu. Wszystkie były miękkie jak bibuła, poplamione i pożółkłe od przewracania ślinionymi paluchami. Zmęczona czytaniem nie miała nawet siły zamykać swoich stron przede mną. Leżała pokornie z rozchylonymi stronami pozwalając głodnemu wzrokowi penetrować kolejne karty intymnej historii bohaterów. Rogi były tak wymiętolone, że trudno było rozdzielić kartki do siebie przyległe, a na niektórych numery stron sięgały miękkiego, zaokrąglonego narożnika puszystego jak lignina. Przez chwilę pomyślałem czy nie zarażę się jakimś syfem powodującym czernienie języka jak arszenik.

To pierwsza książka Rotha w mojej kolekcji, podczas gdy on już od dwóch lat nie pisze książek tylko je czyta po kilka godzin dziennie. Justyna Sobolewska odwiedziła go w domu i opisała pięknie to spotkanie w Polityce. Stąd wiem o końcu jego kariery. 
Dziesiątki czytelników, którzy zostawili swoje DNA na kartkach, na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie mogą się mylić. Dostał za nią nagrodę a krytycy uznali go nadzieją nowej prozy amerykańskiej.
Czego szukali polscy czytelnicy w książce amerykańskiego pisarza w  czasach realnego socjalizmu?  Czy chcieli się oderwać od szaro-czerwonej rzeczywistości? Czy szukali romansu o jakim marzyli? Czy chcieli zobaczyć jak wygląda wolność młodego człowieka w czasach boomu amerykańskiego snu? A może chcieli utwierdzić się w swoich przekonaniach na temat podziałów klasowych jakie istnieją w Ameryce i zepsuciu konsumpcyjnego społeczeństwa? 
Książka Rotha to sprawnie skonstruowana opowieść o zauroczeniu młodego bibliotekarza, pewną siebie dziewczyną z dobrego, żydowskiego domu znanego przedsiębiorcy. Ich młodzieńcza miłość pięknie się rozwija. Podana przez autora w sposób prosty i oszczędny łatwo budzi wyobraźnię która pobudzona niedopowiedzeniem potrafi dopowiedzieć resztę tak jak czytelnik chciałby to widzieć i przeżywać. Miłość dla której przeszkodą jest nie tylko odległość ale i różnica klasowa poddana jest próbie nie tylko czasu ale i wyznawanych wartości. To nie tylko portret amerykańskiego środowiska żydowskiego ale i rozwarstwionego społeczeństwa. 
                

Brodaty sprzedawca książek zawołał mnie na bok pokazując jeszcze jedno pudło książek na uboczu w którym znalazłem wielkie jak mszał tomisko, pism wybranych Aleksandra Głowackiego. W twardej, płóciennej oprawie i tłoczonymi napisami. To z takiego tomu (który mam bardzo zniszczony) ojciec, będąc kawalerem czytał Lalkę i referował mojej mamie ze szczegółami potrzebnymi na lekcję literatury w latach "60. Żydzi wtedy romansowali u Rotha w stanach, a moi rodzice w Bielsku.      










sobota, 6 czerwca 2015

Takie rzeczy tylko w Żywcu.

Egoizmem byłoby kupno jednej książki. Jednej tylko dla siebie. Kaśka o Wielkim Sercu myśli o wszystkich a o sobie zawsze na końcu. Dziś obdarowała mnie książką którą od dawna planowałem kupić jednak zawsze jakoś wracałem do domu z czym inny upolowanym na targu. Ostatnio na przykład z zabytkowym kompletem Commodore C64, pamiętajacym czasy wielogodzinnego grania z Jurasem i Johnym Pro. oraz pierwsze kroki programowania w Basic'u...to było... chyba w 1987roku.
Kaśka wróciła z zakupów z warzywami, wędliną, mlekiem, serem, płatkami ze Stasiukiem dla siebie i Fabryką Absolutu dla mnie. W książkach i zakupach też musi być parytet. Na przykład Nutella i Jabłka Szampion, albo banany i kalarepa :-)



Lubię Kaśki niespodzianki. Kto ich nie lubi? Ale dawanie prezentów jest jeszcze lepsze.Miałem dziesięć minut wygospodarowanego czasu w drodze do pracy. To wystarczyło by sprawdzić co też dzis sprzedają moi koledzy targowi. Co pozyskali z niewiadomych źródeł. Czyj dom "oprawili" (nie chodzi o kradzież). I czy znajdę u nich coś dla siebie?
 Znalazłem!
 Pierwsza książka jaką wziąłem do reki to był pięknie wydany TATARAK. Książka jest bogatym zbiorem, wydanym chyba na potrzeby promocji filmu Andrzeja Wajdy pod tym samym tytułem. Zawiera fotografie z planu filowego. Nie tylko kadry ekranowe ale przede wszystkim ujęcia planu, pracę ekipy filmowej i aktorów w kadrze i poza nim. O trudnej pracy nad filmem opowiada reżyser. A, o głębokich emocjach i o tym jak wiele siebie i swojej historii oddała  Wajdzie i temu filmowi mówi Krystyna Janda. Jest tam też wywiad z córką Iwaszkiewicza Marią, dwa felietony i rzeczony "Tatarak" Jarosława Iwaszkiewicza.
Podczas ostatniej wizyty w Sandomierzu oboje patrzyliśmy na rękopis "Tataraku" w muzeum Okręgowym.
Pozdrawiam Krystyna Janda.



Dużo książek tego dnia miał targowy sprzedawca i wiele nowych egzemplarzy. wykorzystałem okazję i nabyłem drogą kupna za 10% ceny jeszcze dwie pozycje:














Nabokov to nie tylko "Lolita" ale i Sołżenicyn. A kalendarium subiektywne Kalickiego mieści tysiąc stron: epok, kontynentów, zdarzeń i osób niekiedy zaskakująco splątanych.

czwartek, 8 stycznia 2015

Hi-Fi SUPER STAR super hit

                                                    ... MARTYNIE...

Siódma za dwie.
Już nie śpię, do szkoły mam tylko pięć minut pieszo.

Siódma rano.
Moi nieco starsi koledzy dojeżdżają szarym, piętrowym pociągiem do średniej szkoły w Bielsku, więc wychodzą o tej porze z domów. Torby, skórzane raportówki, dyndają im na wysokości kolan a w katanach dżinsowych błyskają plakietki. O naszywkach wtedy nawet nie marzyliśmy.
Mam ciepło w pokoju, otwarte okno. Słucham muzyki  każdego poranka, na tyle głośno by słyszeli przechodząc. Akurat te utwory które lubią... które wspólnie lubimy i razem wieczorami słuchamy, nagrywamy z radia Zodiak, na magnetofon ZK 120, (szpulowy Januszowy) albo mój mały kasetowy, na licencji Grundig.

szszszs... kanał prawy... szszsz... kanał lewy...

Tylko ja spośród nich wstaję co niedzielę rano o 7:00 i nagrywam z Rozgłośni Harcerskiej audycje Marka Gaszyńskiego w których prezentuje całe płyty różnych wykonawców z szeroko pojętego gatunku HEAVY METAL. To, takie radiowe akrobacje z Jowitą ustawioną krzywo na szafie, i dowiązanym kawałkiem drutu do jej anteny dla lepszego odbioru Ultra Krótkich Fal. Niżej na krześle stoi magnetofon połączony z nią kablem DIN i tak trwa transfuzja nowej muzyki pod strzechy. Tam gdzie mieszkałem był bardzo słaby zasięg. Nie było przekaźnika na Skrzycznem tylko w Katowicach.

Któregoś roku noworoczne postanowienie brzmiało: Zostać ministrantem! Wielu moich kolegów było. Imponowali mi, choć niektórzy o mały włos nie zostali księżmi. Niestety trochę za późno się zdecydowałem. Brak stażu był przeszkodą i nie mogłem chodzić po kolędzie.
Na książeczce SKO gromadziłem drobne. Marzyłem o gramofonie Artur, jaki miał mój kolega Czesław i jego brat. Wytrwałem rok w marzeniach, tęsknocie i dyscyplinie porannych nabożeństw, niedzielnych mszy i pogrzebów.
Nastała długo oczekiwana zima i poświąteczna kolęda. Ten jeden zimowy dzień, pozwolił mi następnego dnia pójść radośnie z wypchanym portfelem do sklepu Gminnej Spółdzielni, w której pracowała znajoma, Pani Honorata. Można tam kupić na przykład: radio przenośne Kapral na baterie , motor WuEsKa 175, rower Wigry lub Ukraina, anteny aluminiowe Yagi, art papiernicze i rolnicze... ale gramofonów chwilowo  nie było, nawet pomimo tego że staniały lokomotywy. Zamówiłem Artura i czekałem aż rzucą do sklepu te gramofony, spokojny, bo wiedziałem że Pani Honorata mi odłoży.

Pierwsza płyta jaką kupiłem to była przeceniona na 5 złotych Exodus  "Supenowa", potem było już z górki: koncertowy Rosiewicz, składanka Queen, Klaus Schulze dziękuję Poland, Dorosłe Dzieci, Klaus Mitffoch, Shakin Dudi, iChing, Manaamy, Mech z brudnymi rękami... aż po Powerslave; Live after Death Iron Maiden, wszystko TSA (byłem w fanklubie)... więcej nie pamiętam... Oddział zamknięty, Budka Suflera. Led Zeppelin, Black Sabbath, Banda i Wanda, piersi na okładce Lombard i agrafka w uchu, Bank, Rezerwat... więcej nie pamiętam.

Martyna marudziła mi od kilku tygodni żebym ściągnął jej ze strychu gramofon. Nie chciało mi się bo szafirowa igła Artura, już pewnie straciła swoje właściwości... szkoda płyt. Poza tym jeden kanał nie działał. Źle słuchać to lepiej wcale...
Przypomniałem sobie że znajomy Piotr dał mi kilka lat temu, zepsuty gramofon FONICA 1100 na diamentową igłę z wkładkę magnetyczną. Wytargałem akrobatycznie te 15 kg żelaza przez właz sufitowy, po skośnych wąskich schodach. Krótko trwała radość bo okazało się że nie ma igły, a paski napędowe talerza i ramienia zgrębiały ze starości tak, że zostały po nich tylko lepkie ślady jak po gumie do żucia.
Martyna była rozczarowana. Oryginalnej wkładki nie można już kupić. Znalazłem tani zamiennik za ok 70 zł.. Paski dostępne są w przystępnej cenie. Uparła się. Powiedziała, że odda swoje oszczędności - bo bardzo chce posłuchać płyt winylowych na analogowym wzmacniaczu. Pomyślałem że ma rację, bo zauważyłem że dostrzega  już podstawowe różnice między formatami mp3, wave, kasetą magnetofonową, CD,  a moje  opowieści sentymentalne były dla niej tajemnicze i intrygujące.

Codziennie słyszałem pytanie - Czy był listonosz?

Święto Trzech Króli okazało się najlepszym dniem na uruchomienie gramofonu. Wkładka nie pasowała, więc konieczna była mała przeróbka i odpowiednie dystansowanie oraz ważenie nacisku. Gramofon posiada wzmacniacz klasy Hi-Fi 2x20W dlatego podłączyliśmy kolumny Tonsil 2x30W, na marginesie, pozyskane z koleżeńskiego złomowiska razem ze wzmacniaczem Kleopatra, i poddane regeneracji membran.

Zbliżał się ekscytujący moment pierwszego uruchomienia. Bałem się że Martyna będzie rozczarowana jak coś nie będzie działało. Tak długo i cierpliwie czekała na otwarcie wrót  do nowego świata dźwięków, że ja stresowałem się z siebie i za nią.

Opuszczmy ramię...

Igła trafiła w rozbiegówkę. Dźwięk trzeszczy z głośników jak smażona jajecznica na patelni. Stroboskopowa neonówka pomaga w ustawieniu obrotów talerza... i
                                    :-))))))))))))))))

Hi-Fi stereo jest wspaniałe. Żadne cyfrowe 5.1 kino z subwooferem.... Siedzimy na podłodze. Bas, wali nas po tyłkach, aż miło. Soprany szeleszczą, talerze brzmią żelazem przepięknie. Czysto, soczyście i w pełnym spektrum częstotliwości.
                                                                     ***
Od wielu dni słyszę za zamkniętymi drzwiami podobne dźwięki, a teraz po drugiej zmianie muszę codziennie wyłączać gramofon bo inaczej nie potrafi zasnąć. Skończył się etap słuchania "Dzieci z Bulerbyn" Ireny Kwiatkowskiej. Teraz czas Dorosłych Dzieci Kwiatów i Kawalerii Szatana.
Za dwa tygodnie OBITUARY w Krakowie.

KABANOS




czwartek, 4 grudnia 2014

Targowy splot książkowy


                          W 1966 roku nie chciałem wiedzieć ile mi zostało Poświatowskiej.
Łudziłem się że dużo, bo wiele stron jeszcze było przede mną na kindlu, a pasek postępu niestety mydlił mi oczy. Chciałem czytać o niej jak najdłużej, bo z każdym rokiem stawała się mi bliższa. Jednak jakiś wewnętrzny głos mówił mi że nie mogę być z nią tak długo szczęśliwy... bo nikt nie był.
Śmierć rozdzieliła nas niespodziewanie. Wcześniej celowo nie szukałem jej skróconej biografii w internecie, by nie być na tę śmierć przygotowanym. Miałem nadzieję na jeszcze jeden ciekawy rozdział jej życia po kolejnej operacji upartego serca.
Poczułem jednak gorycz, bo reszta książki to były zdjęcia, piękne zdjęcia i przypisy...
Dziękuję Ance, że poznała mnie z Haliną... chwilami tak do niej podobną...

złotówka za sztukę


  Czytelnicy i blogerzy mają swoje tzw "stosiki czytelnicze" , "wyzwania tematyczne", miesięczne zestawy... a ja mam stosy targowe do przekopania i wyzwania poszukiwawcze pośród grzbietów książek ułożonych raz w prawo raz w lewo. Zakręconą głową wyławiałem kolejne tytuły chodząc dookoła stołu i czytając grzbiety raz z góry, raz z dołu.
Tego dnia, zebrałem ciekawy zestaw książek. Począwszy od zbioru wierszy Haliny Poświatowskiej (WL 1975) wybranych i odszukanych przez poetę Jana Zycha, aż po "Wenus w futrze" Masocha ze wstępem prof. Imielińskiego na temat Masoch-izmu i Sade-izmu.
  Z pomiędzy nich, wyciągnąłem biografię Jerzego Kosińskiego napisaną przez C. Czaplińskiego, fotografa. Kosiński, na emigracji w Stanach, spotkał Poświatowską. Spodobała mu się, chciał ją fotografować...  jej natomiast, podobała się jego pewność siebie, jasno postawione cele: kariera, pisanie, bogactwo...ciekawa była jego czułości, jednak jego ego stało się dla niej odpychające po chwilowym zauroczeniu. "Malowanego ptaka" przeczytała już po powrocie do Polski i cisnęła w kąt, nie godząc się z zachwytem krytyków. Znała go wystarczająco dobrze.
  Z każdym kolejnym okrążeniem stolika z książkami wyławiałem kolejne ciekawe pozycje.
Trzecią już biografię Polańskiego która jest przekładem pierwszej jaką kupiłem, "Roman by Polanski" z 1984 roku, w której reżyser jeszcze nie wiedział że nakręci "Wenus w futrze".
Wygrzebałem też biografię Chopina według Jarosława Iwaszkiewicza z dużą ilością rycin i zapisów nutowych. Bo Chopin u nas w domu czasem gra... na tranzystorach.

  Niepozorny grzbiet Aliny Budzińskiej zawierający "Rodzynki, migdały" zaintrygował mnie tytułem bo biorę do ręki stare książki kucharskie dla... Anki. Okładka rozwiała wątpliwości bo zawierała karykatury znanych postaci filmu i teatru, z lat osiemdziesiątych. Nie było Mikulskiego wśród tych twarzy na okładce. Były za to inne znane gwiazdy dziesiątej muzy... Staszek był za to pierwszą postacią otwierającą książkę, która zawiera wspomnienia autorki z rozmów przeprowadzonych dla Panoramy Śląskiej i Telewizji Katowice.
Akurat  tego dnia trafiłem na dobre słowo o Mikulskim. Dnia w którym umarł.
A  Mikulski po wsze czasy wisi na ścianie w moim domu... Mikulski dzwoni u mnie Matuszkiewiczem...
Razem z Karewiczem, wiszą "wapniaki" i patrzą ślepymi oczami na każdego gościa który wchodzi do domu i staje z nimi twarzą w twarz. Te oryginalne gipsowe odlewy ich twarzy wykorzystane były pierwotnie do stworzenia figur silikonowych które stanęły w nieistniejącym już Muzeum Hansa Klossa.







czwartek, 31 lipca 2014

ZNALEZISKO TARGOWE

Znalezisko targowe zawsze obfite w Żywcu.  Jak zwykle... jak zwykle cieszy oko i serce. tANIO NAWET BEZ TARGOWANIA.

Praga matka miast. produkcja EPIAG CZECHOSŁOWACJA

 Nie wiem jak nazwać te naczynia? Kieliszki? Do BEHEROVKI.

wtorek, 22 kwietnia 2014

moje Łodygowice

...mój Prawiek...
Nie kończący się sentyment do Łodygowic nie pozwala mi zapomnieć o korzeniach i pięknych wspomnieniach. Cieszę się że Martyna i Karolina lubią moją wieś i tęsknią do niej. Bo jest tam inaczej niż tu gdzie mieszkamy. Tam czas płynie wolniej i jest cudowna cisza. Są znajomi młodociani, i dorośli którzy nas pamiętają. Dziewczyny czują się tam jak u siebie, mają przyjaciół których rodziców dobrze znam.
 Oto broszura wydana w latach 80 tych niskim nakładem, poświęcona Łodygowicom. Kupiona na aukcji. I tak pewnie nie przebiję Jacka Kachla który ma najwięcej informacji i pamiątek. Mam jednak nadzieję że mam coś czego on nie ma.
Szukam starych biletów kartonikowych PKP Łodygowice, albo Pewel Mała!
W tym celu zatrzymałem się w Łodygowicach na stacji i obszedłem dookoła szukając możliwości wejścia do środka nieczynnej od lat stacji. Nie da się! Kraty mocne, a wnętrze wysprzątane.
Część zabytkowego budynku jest zamieszkana i jedne drzwi były otwarte. Wszedłem do piwnicy jednak przypomina ona zwykła blokową piwnicę z boksami przypisanymi każdemu mieszkańcowi. Nie ma nic co można by pozyskać.
Jest jednak światełko w tunelu. Przypomniałem sobie że tam mieszka chłopak którego znałem dawno temu i po wykonaniu jednego telefonu i krótkiej sympatycznej rozmowie,jest nadzieja na jakieś kolejowe pamiątki.

    
















 


 Plakietka znaleziona niedawno na bielskim targu. Chodziłem wtedy do 7 klasy szkoły podstawowej im. Królowej Jadwigi. Tej która stała obok fabryki mebli. Została zburzona kilka lat temu. Wtedy miała 120 lat, siódmego czerwca.
Cóż to mógł być za bieg skoro w Łodygowicach jest tylko jeden pomnik. Jeden przy którym, obok stoi drugi. Jeden poświęcony utrwalaczom władzy ludowej a drugi ofiarom stalinizmu. Może ktoś mnie oświeci. A może biegli w kółko :-)