Obudziliśmy się w hotelowym pokoju, wygłuszonym styropianowym, podwieszanym sufitem który był chyba tylko po to, żebyśmy nie słyszeli odgłosów życia sąsiadów. Zszedłem wąskimi, kręconymi schodami na parter, do przytulnej, małej restauracji po kawę z ekspresu i rogale na śniadanie. Jedzenie w łóżku jest przyjemnym urlopowym przywilejem. Dla Marcela, był to rytuał celebrowany przez lata, podczas pisania książki a w naszym pokoju nie było nawet dzwoneczka by wezwać obsługę.
-"Dwa dzwonki, to po rogalik" pisała Celesta Albaret i kładła dwa, na talerzyku w hotelu przy bulwarze Haussmanna, ...a ja zanosiłem je z kawą każdego poranka, z restauracji do swojego hotelowego pokoju, dzielonego z K. Lavazza była wyśmienita każdego dnia, jednak ulubionej kawy Corcellet - Prousta, nie widziałem w żadnym zakątku Paryża.
Metro doskonale łączy te wszystkie zakątki z szybkością skradzionych pocałunków wysyłanych pocztą pneumatyczną jak u Truffauta. Uwielbiam paryskie metro. Znika w nim poczucie czasu jaki znamy. Metro żyje pulsem zapalających się lampek sygnalizacji następnej stacji.
Przy bulwarze Haussmanna 102, Proust mieszkał w ciszy, mroku, dymie a pracę przerywał tylko wyjściami na spotkania podczas których obserwował ludzi by wplatać ich na karty swoich książek.
To mieszkanie przy Haussmanna chyba nie jest dostępne dla tropicieli Marcela. Musi im, nam, wystarczyć pamiątkowa tablica marmurowa z adnotacją, że tu mieszkał Proust. Tu pracowało mu sie najlepiej bo był u siebie. Na parterze znajduje się teraz bank CIC któremu ciotka Prousta sprzedała kamienicę bez jego wiedzy. Celesta pisała, że było go stać na zakup tej kamienicy by tam pozostać, ponieważ ojciec zostawił mu w przeliczeniu na współczesną wartość ok 6 mln $. (ojciec nie chciał żeby był pisarzem ale miał świadomość, że musi go finansowo zabezpieczyć). Marcel, dowiedział się o sprzedaży po fakcie i nic już nie mógł zrobić. A my, szliśmy pieszo spod Łuku Triumfalnego w stronę wieży Eiffla by posiedzieć na zmianę w jej cieniu i w słońcu ponieważ to był jedyny ciepły dzień. Minęliśmy pałacyk przy bocznej uliczce Laurent-Pichat i skrzyżowaniu Foch i Pergolèse w którym Proust tymczasowo mieszkał u pani Gabrielle Rèjane którą bardzo cenił za kunszt aktorski. Spośród różnych propozycji wybrał mieszkanie przy Hamelin 44 w którym była winda, najwyższe czwarte piętro i ciche poddasze. Sąsiadujące pokoje nie mogły być wynajęte. Ściany wyciszone korkiem zabranym z pokoju przy Haussmanna. Grube zasłony i dywany dla idealnego wyciszenia kroków i głosów z podwórka. Mieszkanie nie było tak przestronne jak poprzednie choć wypełnione było meblami do których był najbardziej przywiązany i one budziły jego dobre wspomnienia. Nie było też ogrzewane by nie unosił się kurz który wzmagał u niego ataki astmy. W takich ascetycznych warunkach, pijąc kawę z mlekiem czasem nadgryzając rogalika kończył książkę która trzymała go przy życiu.
Pewnej nocy (bo pracował w nocy a spał do popołudnia) wezwał Celestę i oznajmił z pogodą.: -Tej nocy napisałem słowo KONIEC. Teraz mogę umrzeć. Najważniejsze, że nie jestem już niespokojny. Moje dzieło może się ukazać. Nie zmarnowałem życia.
czwarte piętro trzy okna
Wiosną 1921r. wyszedł jeszcze zobaczyć żółtą ścianę Vermeera swojego ukochanego malarza. W ciągu roku odbył kilka spotkań. Zetknął się z Joycem (w taksówce z Ritza). Cyzelował Uwięzioną, Albertynę. Przeziębił się, a odmawiając leczenia, przeziębienie zmieniło się w zapalenie płuc. Nawet brat, lekarz, nie mógł przekonać Pana Prousta do przyjmowania leków. Czasem prosił o łyk piwa od Ritza. Pocieszał Celestę I gasnął ciągle wprowadzając poprawki do swojego dzieła życia. 18 listopada 1922 ok. 5 rano Robert zamknął Proustowi oczy zostawiając dłonie na kołdrze tłumacząc, że tak będzie lepiej bo umarł przy pracy. Portret pośmiertny który znamy, zrobił Man Ray.
Znaleźliśmy i to mieszkanie które jest hotelem przy Hamelin 44. Z podwórka przez które przechodził, widać okna jego pokoi.
wnętrze hotelu Maison Proust które nie ma nic wspólnego z Marcelem poza duchem Belle Epoque
Maison Proust
Maison Proust
Maison Proust
Brzuch Paryża
Ta poczta nie przyjmuje już skradzionych pocałunków.
Wikipedia kieruje do Gorzenia. Google maps kieruje do Gorzenia. Stare książki mówią: "w Gorzeniu to..." , "w Gorzeniu tamto..." więc jadę i jadę opłotkami z pomocą satelity do domu Emila. Słońce mnie prowadzi jak Jego wielokrotnie, tylko asfalt nie kurzy się tak, jak kiedyś koleiny z trawiastą grzywą wijące się wśród pól.
Zaprzęgiem
czy bryczką, a może pieszo zdzierał buty wielokrotnie będąc całe życie w
drodze. Moja droga była krótka. Zaledwie 45km z domu urodzenia w
Bielsku, do domu rodzinnego w Gorzeniu Górnym. Podróżując, zawsze
posilam się drogowymi śliwkami węgierkami rosnącymi na niskich drzewach w
poboczu. Emil
pewnie nienawidził c.k. węgierek. Jabłonie też rosły w poboczu ale wolę śliwki. On chyba nie obierał jabłek kiedy szedł. Gryzł kęsami
gasząc pragnienie soczystością i słodyczą. Na pewno często kupował zapas
jabłek na targowiskach lub u ulicznych "jabłczarek". Siadał w fotelu i
obierał rytualnie ze skórki w długi pasek, ciągnący się jak daleka droga
do starego domu w Gorzeniu. Nie ważne gdzie mieszkał, ważne że były
jabłka. Miska pełna jabłek uspokaja go jak słowa otuchy ojca w trudnych chwilach.
"Miejsce docelowe będzie po prawej stronie."
boczne wejście do dworu
Tak,
GPS nie możne się mylić. Wśród wysokich i rozłożystych drzew (na
jednym szlak św. Jakuba) wije się niewysoki mur, z luźnych już kamieni. Właściwie mógłbym go przeskoczyć ale mi się nie chce. Jest
brama. Kuta. Stalowa, zamknięta na kłódkę. Obok w furtce nieduża,
drewniana witryna z kruszącym się kitem wokół szyb. Wewnątrz niebieska kartka z
numerem domu 1 i 2 oraz wypłowiałym zdjęciem dworu, pod spodem numer
telefonu na srebrnej folii: 532788635
Nie zadzwoniłem.
Pomyślałem
że pewnie trzeba się umawiać na spotkanie, na otwarcie bramy, na
przewodnika... możne na odległy termin, a może tylko po to, by usłyszeć
że nie ma tam wstępu, bo po prostu niczego tam już nie ma. Dukt
prowadzący od bramy zarósł już trawą. Widać nikt tu dawno nie był i o
obejście nie zadbał.
To trochę za mało jak na przejechanych osiemdziesiąt kilometrów w obie strony. Tajemnica
nie daje mi spokoju. Mur prowadzi mnie wzdłuż drogi, gdzie za drzewem
dostrzegam zarośniętą szczelinę. W życiu nie widziałem skrzypu polnego
sięgającego do pasa. Kładę grube, puste łodygi butami, idąc jak saper,
by nie wpaść do szamba albo studni ukrytej pod cienką warstwą
spróchniałego betonu. Ziemia jest wilgotna, wręcz mokra i grząska. Pod
gęstą trawą nie zdążyła wyschnąć. Roślinność ma się tu dobrze, nie
niepokojona kosą.
Zdziczałe mirabelki pełne soku i słodyczy nie
dawały się zerwać bo pękały ociekając w dłoniach , a taki miałem na nie smak. Za to
osy miały ucztę.
Łatwo przyszło mi wejście do tajemniczego ogrodu
Emila. Minąłem zabudowania gospodarcze, stajnię, kurnik. Dotknąłem
klamek kilkorga drzwi i żadne nie zapraszały mnie do środka. Tajemnicę
ukrywały pajęczyny w oknach i kurz na szybach. Zielony mech w miejscu
wycieraczek do butów dawno nie czuł na sobie ciężaru. Przypomniałem mu
jakie to uczucie.
Podniosłem głowę żeby przeczytać co jest napisane na tablicy wypłowiałej od słońca i deszczu. FUNDACJA "CZARTAK", zarząd, Biuro Muzeum.
Na drugiej, białej tablicy, pozostała tylko ramka i zardzewiałe śruby. Tę czystą kartę na jakiś czas ponownie zapełni "Festiwal Literacki Miasto zmySłów".
Na jakiś czas przywoła ducha Zegadłowicza w świadomości czytelników i
słuchaczy, ale nie łudźmy się, tylko nieliczni będą pamiętać. Tak jak
obojętnie przechodzą ludzie obok tablicy przy ulicy Wyzwolenia 33 w
Bielsku-Białej gdzie się urodził. Poręcz schodów pewnie więcej pamięta
niż mieszkańcy tej kamienicy...
Biuro zarządu to też nie dom. Dwór
Zegadłowiczów stoi niepozornie bokiem do bramy i zabudowań
gospodarczych, zwykłymi drzwiami i balkonem. Kiedyś, ktoś tu jeszcze
sprzątał bo łopata i grabie do liści, stoją w kącie drzwi za kratą którą
można otworzyć.
Okazałość swoją dwór objawia za rogiem. Wyłania
się dobudowany masywny fronton, zwieńczonym piętrowym portykiem,
proporcjonalnym do bryły dworu. Określenie dwór wydaje się skromne
ponieważ to obszerny dwukondygnacyjny budynek o sporej kubaturze który z
powodzeniem można określać mianem pałacu. Dwory pańskie zazwyczaj były
parterowe a prosty portyk odróżniał je od chłopskich zabudowań. Tutaj
nadbudowa portyku dodaje dostojeństwa i klasy świadcząc o projektującym
go architekcie.
Otoczenie nie pozwala złapać właściwej perspektywy
dla zrobienia zdjęcia na szerokim negatywie. Tam gdzie kiedyś był
trawnik i rzeźby, rozrosły się anonimowe krzewy, pokrzywy i wysoka
trawa. Jedynie utwardzony podjazd nie pozwala wybujać trawie.
Wszystko
zamknięte na cztery spusty. Przez okna które nie zdążyły zasnuć się
kurzem widać jeszcze tylko matowe refleksy światła wpadające z
przeciwnych okien przez otwarte, wysokie, wewnętrzne drzwi. Nie widać
nic więcej, bo niczego tam nie ma, poza śladami po obrazach na ścianach.
Dwór ten pusty został. Wiedziałem, że zbiory zostały przekazane przez Fundacje "Czartak" pod opiekę muzeum w Suchej Beskidzkiej, jednak liczyłem na cokolwiek, co pozwoliło by mi poczuć się odkrywcą.
Pewnego dnia, pojechaliśmy do trójmiasta szukać śladów realizacji serialu "Stawka większa niż życie Towarzyszyła nam Kaśka z Leszkiem oraz reszta przyjaciół zKlubu Miłośników Stawki .
Po owocnych poszukiwaniach zakończonych sukcesem, spacerowaliśmy Długim Targiem w poszukiwaniu miejsca gdzie moglibyśmy zjeść obiad.
Pośród setek nóg mijanych turystów, mój wzrok przykuł rząd białych cegieł ustawionych w dużych odstępach ale wytyczających wyraźna linię biegnącą w poprzek ulicy. Cegły gęsiego kierowały mój wzrok do drzwi biura, o ile mnie pamięć nie myli, informacji turystycznej.
Te cegły wyglądały jak bloki mieszkalne. Miały drzwi frontowe klatki schodowej, okna mieszkań i na jednej "ślepej" ścianie namalowany był mural oddający charakterystyczne portowe żurawie gdańskie.
Tak bardzo mi się spodobała prostota formy i siła przekazu mnogości bloków że zapragnąłem posiadać chociaż jedną taką cegłę na własność.
Przechodząc obok nich, niby od niechcenia, wykonałem dyskretny skłon jak King Kong, uchwyciłem cegłę dłonią za dach i z trudem zmieściłem pod połową kurtki skórzanej. Chodziłem z nią podd pachą jeszcze kilka godzin zanim rzuciłem do bagażnika Kaśki samochodu.
Śmiali się ze mnie bo wiedzieli że podobają mi się rzeczy na które ktoś inny nie zwróciłby w ogóle uwagi.
Cegła okazała się doskonałym podporiuszem na półce z książkami.
To było w 2011 roku.
***
Kilka dni temu na profilu instagramowym znajomej dziewczyny z Gdańska zobaczyłem taką samą cegłę. W komentarzu napisałem że też mam taką i w odpowiedzi otrzymałem ciekawą historię.
W 2009 roku Instytut Kultury Miejskiej oraz artyści, zainicjowali długofalowy program malowania murali na gdańskiej Zaspie. Graniczną datę zapisano na każdej blokowej cegle. To był 2016 rok. Wtedy Gdańsk ubiegał się o miano Europejskiej Stolicy Kultury. Taki miejski gadżet promocyjny.
Kilka dni temu, 23 listopada 2017r, w jednym z największych domów aukcyjnych w Polsce, Desa Unicum taka cegła została wystawiona do licytacji za 1000zł i sprzedana za 3200zł.
Byłbym bogaty gdyby nie to, że rzekomy autor którego nazwisko widniało w opisie aukcji, tej cegły nie wykonał. Malowanie cegieł było akcją społeczną zorganizowaną przez lokalnych przewodników i Instytut Kultury Miejskiej. Cegły miały być prezentami dla partnerów wspierających akcję malowania Zaspy.
Tekst powstał po rozmowie z jedną z dziewczyn które malowały te cegły i wyraziła zadowolenie że istnieje jeszcze jedna z niewielu ocalałych. Z 200 namalowanych bloków zostało kilka sztuk o których wiadomo że istnieją. W tym moja cegła na drugim końcu polski.
Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zabranie potrzebnych rzeczy. Wrzuciliśmy wszystko co wydało nam się potrzebne i ważne do walizki. Jakieś ubrania na zmianę, peleryny, buty, mydło i oszczędności. Książki rzuciliśmy na tylne siedzenie i ruszyliśmy na zachód.
Musieliśmy oddać nasz dom młodzieży, która chciała uczcić zakończenie wakacji w wolnym od dorosłych domu, tylko pod okiem Martyny.
Z każdym kilometrem który przybliżał nas do celu, traciłem nadzieję że przyjedziemy punktualnie. Zapadający zmrok nie dawał nam nadziei na znalezienie dobrego noclegu. Brak zasięgu sieci komórkowej utrudniał szukanie pokoju i komplikował orientację w terenie.
Właściwie po omacku znaleźliśmy pensjonat bo wszyscy nam odmawiali, mówiąc że już od miesiąca wszystko jest zarezerwowane na ten wyjątkowy weekend.
Wylądowaliśmy w "Pokocie" (sic!), na poddaszu obitym boazerią w tonacji jasny orzech. Ciepłe światło padało z pomiędzy rogów jelenia. Na ścianach miniaturowe myśliwskie trofea z ustrzelonych młodych danieli. Nawet wieszak na ubrania służył rogami maluchów.
Mimo przygnębienia sen był dobry.
Niecierpliwiłem się w drodze na publiczne odczytanie "Miedzianki" ustami autora. Filip Springer, kiedy się z nim witałem, nie mógł uwierzyć że ryzykowaliśmy jazdę na "w ciemno" nocą, szukając naiwnie noclegu w takim wyjątkowym dla tego miejsca dniu.
Wiele już zapomniałem z historii Miedzianki i słuchanie Filipowego seplenienia przez megafon bawiło pewnie nie tylko mnie, ale pozwoliło też przypomnieć sobie niektóre opowieści z niewidzialnego miasteczka którego puls znowu stał się wyczuwalny dzięki sercom gości festiwalu reportażu MIEDZIANKA FEST II.
To nie tylko święto autorów i czytelników, ale przede wszystkim mieszkańców którzy byli bardzo zaangażowani w jego organizację. Wydawali się szczęśliwi i dumni. Począwszy od księdza, który udostępnił kościół dla wszystkich. Nawet dla psa i Szczygła. Kobiety Koła Gospodyń, które dbały o nasze serca przez żołądek, aż po radę parafialną i wytrwałych wodoodpornych strażaków.
Miedzianki nie da się przegapić. Jest stary kościół, nowy i stary browar oraz tablica z nazwą która nie pozwala zapomnieć o jej istnieniu.
Springer miał posłuch i brawa. Prowadził nas głosem i gestem po ważnych miejscach Miedzianki: browarze, szkole, cmentarzu... nikomu nie przeszkadzała mokra trawa. Nikt się nie potknął o wystające kości. Przerażający był opis gry w piłkę czaszką i wyobrażony szkielet oparty o nagrobek.
Bader podpisuje
Jacek Hugo Bader wystąpił solo.
W kościele słuchaliśmy Jacka, który nie potrzebował prowadzącego. Ma charyzmę ewangelisty. Mówił o rozmowie z drugim człowiekiem, która jest dla niego najważniejsza i gościnności jakiej doświadczył na trakcie kołymskim.Tłumaczył jak wyciska swojego rozmówcę ale nigdy nie bierze jego historii za darmo. Wcześniej oddaje swoją historię odpowiadając na ciekawość rozmówcy. Mówił o faktach w reportażu i niedopowiedzeniach w literaturze faktu himalajskich szczytów. Zdradził też, że jest w trakcie pisania kolejnej książki pt.: "Audyt" o losach swoich
bohaterów do których powrócił po latach.
Mariusz Szczygieł - Iza Klementowska.
Szczygieł czuł się dobrze plecami do ołtarza z opróżnionym tabernakulum. Pytał Izabelę Klementowską dlaczego porzuciła znienawidzoną pracę i uciekła do Portugali by dać nam "Portugalczyków" w sosie własnym, a sobie spokój. Taka delikatna i zamknięta w sobie kobieta ze skromnością opowiadała co ją skłoniło do takiej radykalnej zmiany w życiu, w którym umiejętność milczenia jest pożądaną i poszukiwaną cechą. Swoim milczeniem otwiera usta rozmówcy i słucha zachłannie, długo i wiernie. Otwiera się za szczerość. Za kłamstwo porzuca rozmówce.
Filip Springer - Włodzimierz Nowak
Mistrz Nowak i uczeń Springer.
"Obwód głowy" inspirował Filipa przed Miedzianką i nie ukrywał tego zawstydzając swojego rozmówcę. Panowie rozważali jakie jest dziś miejsce reportażu w literaturze oraz czym stał się reportaż prasowy na przestrzeni lat kiedy pisał Kapuściński, Krall, Torańska, Szejnert, potem Nowak, Szczygieł, Jagielski, Ostałowska, Tochman i teraz Springer, Kącki, Bałuk... młodzi autorzy Instytutu Reportażu.
Nie mogliśmy być wszędzie bo Kaśkę nogi wyniosły w góry, a mnie wystarczyło nostalgiczne błąkanie się po okolicy. Wyobrażanie nieistniejących domów przy drodze. Rozmowy z ludźmi, bo spotkałem tam kilka osób fotografujących analogowo. Rozmawiałem z tłumaczem Miedzianki na angielski, którego poznałem na warsztatach z Mikołajem Grynbergiem w Szczebrzeszynie. Podobno "Miedzianka" dobrze się sprzedaje w Stanach i jest planowane tłumaczenie na rynek brytyjski.
Na fali zainteresowania książką Springera wybudowano nowy browar, który stał się atrakcją turystyczną nie tylko piwną ale i architektoniczną. Zaopatrzyłem się w zapas piwa, każdego rodzaju, by mieć butelki na pamiątkę do kolekcji starych etykiet jakie mam z nieistniejącego już browaru. Ostatni wieczór spędziliśmy radośnie w towarzystwie przyjaciół "Czułych Barbarzyńców" z Bielska - konspirując. Ciężko było nam wracać do domu. Miedzianka jest dla nas jeszcze jednym miejscem w Polsce gdzie czujemy się jak w domu.