Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

sobota, 27 lutego 2016

25 LAT CZEKAŁEM NA SER.

 Dwadzieścia piec lat temu przyjechał facet polonezem w poszukiwaniu ślusarza. Sam właściwie nie wiedział czy ślusarza czy bardziej kowala. Pokazał mojemu ojcu dziwny przedmiot i zaczął tłumaczyć o co mu chodzi.
-Bo wie pan, najlepiej to by było wziąć kosę i ją odpuścić. - rozpoczął. Potem, pociąć na kawałki wielkości pudełka zapałek tę cienką blachę i powyginać, tak jak panu pokazuję, a po wszystkim znowu je zahartować. I ważne jest żeby były dokładnie zrobione, tak do dwóch dziesiątek w środku, i tu - pokazał palcem, żeby miały taki skos zaostrzony z jednej i drugiej zewnętrznej strony. Dokładnie taki, bo wewnętrzny wymiar jest najistotniejszy.
-Będę sprawdzał suwmiarką. - dodał na zakończenie
Ojciec tak słuchał i spoglądał, to na niego, to na ten prosty a jednak dziwny przedmiot. Pozwolił mu mówić. Nie przerywał, bo w głowie już klarowała mu się wizja jak on by to zrobił. Mrużył jedno oko w skupieniu, bo dym z  Klubowego w kąciku ust unosił się prosto do oka.
-Nikt się nie będzie pieprzył z jakimś odpuszczaniem kosy.- powiedział ojciec. Mam swojego człowieka w Befamie gdzie lata pracowałem i on mi zrobi takie blaszki, a ja dorobię całą  resztę.
Rzemieślnikowi "starej daty" nie trzeba dwa razy tłumaczyć kiedy on ma juz w głowie wizję gotowego przedmiotu.
łyżeczki do zdejmowania łyka
 To było około 1990 roku. Od tamtej wizyty, Henryk przyjeżdża do nas kilka razy w roku i zamawia po kilkadziesiąt sztuk narzędzi.
Już wtedy sam przygotowywałem niektóre operacje i detale do wykonania ŁYŻECZEK które służyły  do zdejmowania łyka z pni drzew.
Pewnie widzieliscie kiedyś w lesie powalone pnie świerkowe które bielą się równymi paskami zdjętego łyka.
 Najłatwiej natknąć się na ślady pracy leśników, a właściwie SKÓRKORZY, w naszych beskidach. Tylko w naszym regionie ludziom  chce się mozolnie ciąć paski po pół metra, które idą w tysiące sztuk. Ostatni rekord to około 3000 km. bieżących, czyli taki jeden pasek od nas do wybrzeża Portugalii.
Praca skórkorzy jest bardzo pożyteczna ponieważ pojawiają się w lesie zawsze przy okazji masowej wycinki drzew, oraz podczas porządkowania lasu po wichurach które robią duże spustoszenie w drzewostanie. Poza tym pozbawienie pnia kory i łyka, eliminuje skutecznie szkodniki.
ser na paskach łyka 
Wiedzieliśmy od samego początku, że te drewniane paski służą do pakowania francuskich serów. Niestety ojciec nigdy tego sera nie spróbował i już nie spróbuje. Z resztą jakoś nie miało to dla nas wtedy większego znaczenia. Dopiero niedawno wspomniałem Henrykowi, że chciałbym jednak zobaczyć i spróbować tego sera, oraz zobaczyć jak jest pakowany w nasze paski.
 Dziś dostałem po raz pierwszy porcję sera w drewnianym pudełku ale to pudełko nie ma nic wspólnego z naszymi paskami łyka. Okazuje się że nasze łyko jest wewnątrz sera, zatopione w białym puchu pleśniowym. Nasze beskidzkie łyko świerkowe nadaje aromat francuskiemu serowi spod szwajcarskiej granicy. Produkowany nieprzerwanie od 1845 roku, dojrzewa 3 tygdnie w temperaturze 15stC. To ser sezonowy wytwarzany od września do marca z surowego mleka krowiego. Podawany najczęściej na ciepło w półpłynnej postaci.




 Słowa dla wyszukiwarki: ser pleśniowy mont d'or napiot,  ser montdor, mont dor.

niedziela, 17 stycznia 2016

WALKA O CZYTELNICTWO

 Rzadko zdarzają się ciekawe znaleziska w książkach jako zakładki, ale po ostatniej wizycie na targu i zakupie kilkunastu książek, niespodzianką były skarby ukryte między kartkami.
Kiedyś paragon z amerykańskiego sklepu z datą kwietnia 1985 roku w książce "Roman by Polansky" (wyd USA). Wcześniej w zbiorze opowiadań słowackich, list pożegnalny napisany na ostatnich czystych stronach książki, kobieca ręką w 1997 roku. Pełen goryczy, ozdobiony uschłymi płatkami kwiatu.

Ostatni zakup wzbogacił mnie nie tylko w książki, ale i ciekawe druki z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku.
W 1965 roku z pocztówek zamówieniowych korzystało 5,5 miliona czytelników. Głównie pracujący z dala od większych środowisk. Korzystały z nich również osoby, które nie mogą otrzymać potrzebnej książki w miejscowej księgarni. To dla nich powstała Centralna Księgarnia Wysyłkowa DOM KSIĄŻKI.













środa, 6 stycznia 2016

Kornel i przyjaciółka :-)

Coraz więcej osób pragnie być przyjacielem Kornela. Ja też. 
Śledzę na bieżąco stronę tego projektu który jest w trakcie realizacji i duchowo go wspieram, mając nadzieję na bardzo osobiste miejsce w Cieszynie. Urzekająca jest forma ożywienia Kornela Filipowicza przez danie mu głosu po wielu latach ciszy. 
 
Czytałem kolejny wpis Kornelówki na profilu fejsbukowym i przyglądałem się znajomym przedmiotom na zdjęciu, najdłużej drzeworytowi bibliotekarza stojącego na drabinie. Odchodząc od komputera podniosłem wzrok na ścianę, na której wisi mała reprodukcja obrazu z bibliotekarzem. Usiadłem z powrotem w fotelu i spoglądałem raz na drzeworyt, to znowu na obrazek. Wydały mi się bardzo podobne. Wyjąłem reprodukcję zza zakurzonej szyby i w świetle okazało się że obrazek jest bardzo podobny do drzeworytu od Kornela.
Reprodukcja była podpisana:   Carl Spitzweg: Der Bücherwurm 1850


Kupiłem ten obrazek,  jak wiele innych rzeczy,  na targu w Żywcu za śmieszne dwa a może pięć złotych. Wisi u mnie od około roku i teraz dostanie drugie życie dzięki Karuzeli... u Kornela i jego przyjaciól.  


Kornelu! Oczekuj listonosza... za jakiś czas.

piątek, 4 grudnia 2015

SPRINGER - HŁASKO - wzajemna suplementacja

 Przed spotkaniem z Filipem Springerem w Bielsku-Białej, przeczytałem jego
ostatni bestseller, "13 pięter". Nie tylko po to, by było o czym rozmawiać, bo temat również nas dotyka, ale dlatego, że sposób w jaki pisze trafia do mnie i na długo pozostaje echem w głowie... przed zaśnięciem, w drodze samochodem bez radia, czy w rozmowie z Kaśką o 6:00 rano.
Filip jest... jak cierpliwy spowiednik. Słucha i dyskretnie notuje. Nadstawia ucho i jednocześnie patrzy w celownik aparatu w innym kierunku. Pyta o rzeczy zwykłe. Skrupulatnie notuje. Interesuje go wszystko i wyławia to, co ma dla niego znaczenie. Ze zwykłych opowieści tworzy potem klarowny obraz. Nie wyciąga informacji, on jest nimi obdarowywany, ponieważ nie stwarza dystansu i staje się partnerem w rozmowie. Chce się mówić do niego. Mówiłem...
 Dziesiątki osób słało do niego w listach osobiste historie kredytowe. Wiele dni odpisywał na te listy, umawiał się na spotkania i zbierał ludzkie losy plecione kredytami hipotecznymi, mieszkaniami czynszowymi i tragicznymi eksmisjami.
To, co znamy z rozmów towarzyskich o problemach mieszkaniowych wydaje się nam czymś oczywistym. Oczywistym do momentu kiedy ten stan poddaje pod wątpliwość Filip Springer. Czy moją zdolność może określać urzędnik bankowy? Czy słowo "zdolności" nie zostało przez to wypaczone? Czy w towarzystwie chwaląc się stanem posiadania zbudowanym na kredycie i ryzyku, imponuję bardziej niż ten, kto mówi że nie ma kredytu i budzi się rano w wynajmowanym mieszkaniu? Czy zaciągając pętlę na szyję, na najbliższe trzydzieści lat, pokazuję że jestem przedsiębiorczy, czy że jestem hazardzistą?
Czy nie jest tak że tonący brzydko się chwyta? Tej własnie pętli.
Przez dekady niezaspokojony głód mieszkań doprowadził do niezdrowej sytuacji
na rynku nieruchomości która wielu z nas dotyka.

W okresie międzywojennym ten głód był jeszcze większy i jeszcze gorszy, a zabezpieczenia socjalnego właściwie nie było. Ludzie mieszkali w domach z dykty, z tego co udało się im znaleźć i dostawić do budy. Nie można tego nawet nazwać barakiem. Bez sanitariatu i bieżącej wody po którą chodziło się  na koniec ulicy i trzeba było płacić za każde wiadro.

"Waliły się pokotem, wiatr odrywał kawałki papy, bił śniegiem, przytłaczał do ziemi, na cholerny płask, nędzą, co ma mordę wyszczerzoną i rozchichotaną - w błoto." - Hłasko, "Wilk"

Powstawały dopiero towarzystwa i spółdzielnie mieszkaniowe które za cel stawiały sobie budowę osiedli robotniczych, mieszkań czynszowych czy baraków w najuboższych dzielnicach.  Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, Towarzystwo Osiedli Robotniczych

"Wiesz czego bym tylko jeszcze chciał? Te własnie nowe domy zobaczyć (...) Co ja bym dał Rysiu! Pójdziesz na Żoliborz?(...)Wyciągnął jakąś gazetę. Piękne pismo ilustrowane, glanc papier. Nazywało się "Arkady". Henek pokazał mu domy, jasne ulice. Potem jakieś wille (...) na Mokotowie,Kępie i Dolnym Żoliborzu." - Hłasko "Wilk"

"...na Żoliborzu (...) stoi niewielka szopa ze świeżych sosnowych desek (...) Wokół zebrała się garstka ludzi. W końcu, dokładnie cztery lata po utworzeniu WSM położony zostanie kamień węgielny pod jej pierwszy budynek." - Springer "13 pięter"

"Będzie Ignac nowe życie... Tam... - Wskazał ręką przez ciemność na Żerań i głodem poszarpany brzeg Pelcowizny. -Będą nowe domy, wspaniałe fabryki, Takie fabryki które ludzie będą kochać, w których będą śpiewać przy robocie..." - Hłasko "Wilk"

Zbliżająca się wojna pokrzyżowała plany Wilka i zespołu T. Toeplitza. ONR opanował SARP i dążył do zmiany polityki socjalnej WSM oraz występował
bojówkami przeciwko socjalistycznym konspiratorom w fabrykach.
Springer i Hłasko to dwa odmienne bieguny literackie. Springer opowiada historię opartą na faktach i archiwach natomiast Hłasko opisuje ludzi, ich losy i miejsce w sposób barwny dający wrażenie że Rysiek Lewandowski to mógłby być Marek Hłasko - romantyczny zawadiaka.
Obie książki rewelacyjnie się uzupełniają.
SARP- Stowarzyszenie Architektów RP
WSM- Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa
ONR- Obóz Narodowo-Radykalny

czwartek, 5 listopada 2015

NEON - PEWEL MAŁA

Skan pocztówki jaki umieściłem na stronie fotopolska.eu.
25 września 2011

 Byłem już ubrany i gotowy do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon. Zazwyczaj nie pędzę do dzwoniącego telefonu kiedy nie mam go pod ręką.
- A niech se dzwoni - myślę wtedy. Jak ktoś coś chce, to będzie dzwonił znowu. Nikt nie będzie mnie ścigał po schodach.
 A jednak zszedłem szybkim krokiem z góry i zdążyłem odebrać.
Dzwoniła Teresa i niecierpliwym tonem oznajmiła, że w tej chwili grupa robotników przystąpiła do zrównania z ziemią budynku stacji kolejowej w mojej miejscowości. 
 Z wyjściowego ubrania natychmiast wskoczyłem w robocze ciuchy i popędziłem na stację. Prace rozbiórkowe były już mocno zaawansowane. Połowa dachu znajdowała już na ziemi. Drewno z więźby na jednym stosie i na samochodzie, dachówki i kamienie usypane w stos pod ścianą.

Bo to stary budynek był.

 Miał ponad sto lat, dlatego w jego ścianach było wiele piaskowca jako budulca, a spoiwem była zaprawa wapienna. Robotnicy byli bezlitośni. Łyżką ładowarki zniszczyli już połowę neonu PEWEL MAŁA podczas zrzucania dachu. Wpadłem pomiędzy nich machając rękami i przekrzykując koparkę, żeby wstrzymali prace. Wytłumaczyłem, że zależy mi na uratowaniu neonu jako jedynej pamiątki po stacji.



PEWEL pokiereszowana wisiała na kablach, ale MAŁA była jeszcze umocowana do ściany w dobrym stanie.
 Poprosiłem operatora koparki by delikatnie zdjął pozostałą cześć dachu i odsłonił neon. Musze przyznać, że bardzo się starał. Pewnie miała na to wpływ oferta jaka mu złożyłem. Za to pozwolił mi jeszcze wejść do łyżki ładowarki i uniósł mnie tak żebym mógł wejść na strych i tam poszperać.
Miałem mało czasu bo spieszyłem się do pracy, ale neon udało mi się uratować.






 Do kompletu pamiątek zebrałem jeszcze:
obudowę lampy naftowej dróżnika ale bez wkładu,
segmentowe skrzynki kasowe na bilety kartonikowe, dziennik pracy dróżnika przejazdowego z okresu: 22 maja 1955 do 16 lipca 1959 r.,
bilet na przewóz roweru ze stacji  Wrocław - Leśnica do stacji  Pewel Mała z dnia 10 lipca 1959 r. za 21 złotych.
No i na strychu znalazłem jeszcze flaszkę, po Czystej wódce z epoki.

Skrzyneczki biletowe i dziennik chętnie przekaże pasjonatom kolei ze Stowarzyszenia Kolej Beskidzka. Natomiast neon kiedyś wyremontuję i bilet sobie zostawię na pamiątkę.




niedziela, 13 września 2015

OWCZARNIA HANSENÓW W SZUMINIE.


Nawigacja doprowadziła nas mniej więcej do celu. Najpierw bocznymi drogami, potem nierówną jak tarka, po której można tylko, albo szybko przelecieć albo jechać bardzo powoli w milczeniu bo słowa grzęzną w gardle jak podczas jego płukania. Po tym odcinku specjalnym uspokoiliśmy oddechy na piaszczystej drodze która zaprowadziła nas wprost pod mur.
Jak oni tam dojeżdżali przez lata starą Warszawą, to ja nie wiem. Kiedyś to ludzie byli odważni i ufali swoim prymitywnym samochodom i domorosłym mechanikom.
 Jak wiele rozmaitych rzeczy musieli dowozić swoim samochodem ze stolicy. W okolicy nawet dziś nie widzieliśmy sklepu rolniczego gdzie można kupić papę, gwoździe, cegły, siatkę, kątowniki...
Szyldu szklarza też nie widzieliśmy. A przecież szkło w tym właśnie miejscu było bardzo ważne.

Pogoda tego ważnego dla nas dnia była równie piękna jak dwadzieścia lat temu.
"-Popatrz tam, widzisz horyzont, pole,piach, niebieskie niebo. To jest skala makro. A teraz obróć się w kierunku domu. Co widzisz? Mur z wymalowanym białym pasem i ławeczkę. Nie widzisz drzwi tylko ten mur i ławkę. Usiądź na niej. Właśnie wyszedłeś ze skali makro i znalazłeś się w skali mezo. Jesteś na wsi, w Szuminie, możesz tu siedzieć i podziwiać ludzi wracających z pola. Siadając na tej ławce, stałeś się częścią tego świata - ta ławka to jest instrument społeczny. Taki sam jak ławeczki przed wiejskimi chałupami (...) one służą spotkaniu." 

Zostawiliśmy auto w pewnym oddaleniu i ruszyliśmy wzdłuż muru. Bury piasek rozjeżdżał się nam pod butami. Dostrzegliśmy białą linie i ławeczkę. Usiadłem. Winogrona były jeszcze nie dojrzałe.

"-A teraz spójrz w prawo. Twój wzrok trafia na wymalowany na murze biały pas. Podążaj za nim. Dopiero teraz widzisz drzwi prowadzące do wnętrza. Za chwilę przekroczysz kolejną granicę. Zmieniasz skalę swojej obecności. Dzięki temu że [mur] nie jest połączony z dachem, możesz usłyszeć rozmowę Zofii z Igorem. Nie widzisz ale czujesz ich obecność. Może nawet jesteś podekscytowany spotkaniem które za chwilę nastąpi."

Podekscytowany podchodzę do drzwi i dotykam klamkę. Nikogo nie słyszę. Drzwi są zamknięte. Zadzieram głowę nad drzwiami i widzę okno z widokiem na ogród. Kontynuuję skalę mezo. Na ziemi leży duża tablica drewniana z napisem ZOFIA  HANSEN a po prawej stronie rząd gumiaków który ustawili i pozostawili właściciele... Nie mogę przejść do skali mikro. Nie mogę pokonać stopni, które dzielą skalę ziemi do wnętrza domu. Nie usłyszę domowników. Mogę tylko przez mur zajrzeć na rząd książek jakie pozostawili na górnej półce i ostatnią kompozycję ruchomych desek w stole.
Mogę zadzwonić dzwonkiem jaki zmajstrował Oskar. I tak nikt mi nie otworzy.
Być może już nigdy nie będzie nam dane wejść do środka i poczuć własnymi zmysłami ideę Formy Otwartej. Opis ich domu, jaki stworzył Filip Springer w swojej książce "Zaczyn", jest tak sugestywny, że wystarczy dla mojej wyobraźni  by poruszać się w wyimaginowanych pomieszczeniach ich wyjątkowego i ponadczasowego domu.
Zaczyn nie jest o tym domu. Zaczyn jest o zapomnianych Hansenach. Wielkich architektach, którzy nie zostali zrozumiani ani docenieni. Mogli zrobić wielką karierę po wojnie, za granicą. Chcieli jednak pozostać w Polsce bo byli ideowymi socjalistami i patriotami. Jednak w zderzeniu z peerelowską rzeczywistością ich projekty zostały wypaczone a czynnik ludzki i brak wykształconego poczucia estetyki spowodował niezrozumienie idei jaka im przyświecała.
Dom ma służyć człowiekowi. Człowiek ma mieć możliwość jego kształtowania, dostosowywania w ramach potrzeb życiowych.  Dziś domy są pomnikami ich twórców a według Hansenów to szczęśliwy człowiek wystawiał  najlepszą laurkę architektowi.

Pogoda nie zmieniła się. Cisza była urzekająca. Patrzyłem na parę przytulonych  Hansenów. a Kaśka wpatrywała się we mnie i powtarzała.
-TAK. Tak... - wyczekując sekundy aż zrozumiem o co jej chodzi i po chwili dotarło do mnie, że tego dnia o tej samej godzinie dwadzieścia lat temu się pobraliśmy.
-TAK. -odpowiedziałem ściskając ją mocno i całując.









Cytaty pochodzą z książki "Zaczyn" Filipa Springera. Dom Hansenów był zamknięty i nie przekroczyliśmy ogrodzenia. Dla zainteresowanych zwiedzaniem  informacja w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.  Fotografie Katarzyna i Jacek Szura.

czwartek, 10 września 2015

CZARODZIEJSKIE WZGÓRZE.

- Jak spędzisz ze mną dwa dni na plaży, to zaprowadzę Cię w pewne miejsce i będziesz mi za to wdzięczny. - wzięła mnie tą tajemnicą pod włos, bo wie że nie lubię się smażyć na plaży.
-Noo, dobraaa. - jęknąłem niepocieszony ale posłuszny.
Niezgodnie z polską tradycją urlopową, poszliśmy na plażę bez koca, bez parawanu, bez lodówki turystycznej, materaca, półnamiotu, bez reklamówki z kurczakiem w folii aluminiowej.

Kiedy stanęliśmy na wysokiej wydmie oczom naszym ukazał się bezkresny widok spokojnego morza i szerokiej, prawie pustej, wygładzonej nienaturalnie plaży. Czy ktoś, każdego poranka gładzi biały piasek dla naszej przyjemności. A może maszyną samobieżną przesiewa ziarna przez gęste sito, by zebrać nie tylko śmieci ale i zguby roztargnionych turystów?
Piasek, biały jak ten z ceramicznych bezpieczników, przyjemnie oczyszczał moje spracowane dłonie czyniąc je białymi na czas urlopu. One są moimi narzędziami. Są niezastąpione. Dłonie robotnika zniszczone pracą, a mimo to z czułością przez nią dotykane.
Przesypywały godziny piasku między palcami, czekając ochłodzenia zniżającego się słońca.
Czas biegnie szybko jak znikające ślady stóp, ludzi spacerujących granicą fali. Zostawiła mnie samego w moim grajdole i zniknęła jak w korcu maku na horyzoncie, pośród innych spacerowiczów szukających kamieni, muszli... myśli i swojego osobistego rytmu fali i serca.
Te dwa dni wystarczyły żebym zrobił się różowy. Wyglądałem po prostu śmiesznie ale przecież smażę się dla niej, bo ona ma dla mnie niespodziankę.

                             *                 *                  *

Zjechaliśmy do miasteczka portowego Nida. zaglądaliśmy mieszkańcom do ogrodów, a nawet do okien, bo płoty mają po kolana. Zupełne przeciwieństwo
polskiego odgradzania się od ludzi, obrazów i dźwięków. Uderzająca jest tam harmonia i porządek. Estetyczny rozsądek na każdym kroku. Stragany z pamiątkami podobne do siebie pozbawione ryczących stacji radiowych. Ustawione we właściwych  miejscach i nieprzekraczalnych liniach. Nie natarczywe, nie wypełzające towarem ze straganów na chodnik, na ulicę, wprost pod nogi przechodniom.


Piaszczysta ścieżka zaprowadziła nas na małe wzniesienie obrośnięte sosnami z którego roztaczał się piękny widok na zalew Kuroński. Widok za Nobla. Tomas Mann dostał ten piękny dom z widokiem właśnie w dowód uznania za przyznaną nagrodę Akademii Szwedzkiej.


Dom - Muzeum, gustownie urządzone w minimalistycznej formie. Nie przeładowane pamiątkami. Harmonijnie skomponowana ścieżka dydaktyczna prowadząca po wnętrzach. Wytyczona reprintami artykułów prasowych, dokumentów i rękopisów, dyskretnie oświetlanych ledwo widocznymi slajdami starych zdjęć jego i rodziny które przewijają się na ścianach i fotografiach ożywiając je i zaskakując widza duchem autora pojawiającym się znienacka.
Podobno spędził tam tylko jedne wakacje ponieważ był właściwie ciągłym emigrantem (Szwajcaria, Czechosłowacja, USA). Musiał emigrować z Niemiec z powodu swoich antyfaszystowskich przekonań, no i może też z powodu piętnowanego przez faszystów homoseksualizmu. Co według historyków literatury znajduje odbicie w jego literaturze.