Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

środa, 28 stycznia 2015

Co ja Jej zrobiłem?!

Okazja czyni darczyńcę.
 Kieruję się impulsem, a konsekwencje okazują się potem brzemienne w skutki. To nie pierwszy i nie ostatni raz kiedy moje działanie powoduję u innych wybuch pozytywnych emocji. 
Raczej nie przestanę, bo czyjaś radość jest bezcenna. Zastrzegam sobie jednak prawo wyboru.

Tym razem KOBIETA W KARUZELI ŻYCIA dała wyraz swojemu wzruszeniu wspominając o mnie. To takie miłe choć facetowi komplementów nie powinno się prawić. Dziękuję Vi-Ma...


Nie, nie chodzi o książki!

czwartek, 8 stycznia 2015

Hi-Fi SUPER STAR super hit

                                                    ... MARTYNIE...

Siódma za dwie.
Już nie śpię, do szkoły mam tylko pięć minut pieszo.

Siódma rano.
Moi nieco starsi koledzy dojeżdżają szarym, piętrowym pociągiem do średniej szkoły w Bielsku, więc wychodzą o tej porze z domów. Torby, skórzane raportówki, dyndają im na wysokości kolan a w katanach dżinsowych błyskają plakietki. O naszywkach wtedy nawet nie marzyliśmy.
Mam ciepło w pokoju, otwarte okno. Słucham muzyki  każdego poranka, na tyle głośno by słyszeli przechodząc. Akurat te utwory które lubią... które wspólnie lubimy i razem wieczorami słuchamy, nagrywamy z radia Zodiak, na magnetofon ZK 120, (szpulowy Januszowy) albo mój mały kasetowy, na licencji Grundig.

szszszs... kanał prawy... szszsz... kanał lewy...

Tylko ja spośród nich wstaję co niedzielę rano o 7:00 i nagrywam z Rozgłośni Harcerskiej audycje Marka Gaszyńskiego w których prezentuje całe płyty różnych wykonawców z szeroko pojętego gatunku HEAVY METAL. To, takie radiowe akrobacje z Jowitą ustawioną krzywo na szafie, i dowiązanym kawałkiem drutu do jej anteny dla lepszego odbioru Ultra Krótkich Fal. Niżej na krześle stoi magnetofon połączony z nią kablem DIN i tak trwa transfuzja nowej muzyki pod strzechy. Tam gdzie mieszkałem był bardzo słaby zasięg. Nie było przekaźnika na Skrzycznem tylko w Katowicach.

Któregoś roku noworoczne postanowienie brzmiało: Zostać ministrantem! Wielu moich kolegów było. Imponowali mi, choć niektórzy o mały włos nie zostali księżmi. Niestety trochę za późno się zdecydowałem. Brak stażu był przeszkodą i nie mogłem chodzić po kolędzie.
Na książeczce SKO gromadziłem drobne. Marzyłem o gramofonie Artur, jaki miał mój kolega Czesław i jego brat. Wytrwałem rok w marzeniach, tęsknocie i dyscyplinie porannych nabożeństw, niedzielnych mszy i pogrzebów.
Nastała długo oczekiwana zima i poświąteczna kolęda. Ten jeden zimowy dzień, pozwolił mi następnego dnia pójść radośnie z wypchanym portfelem do sklepu Gminnej Spółdzielni, w której pracowała znajoma, Pani Honorata. Można tam kupić na przykład: radio przenośne Kapral na baterie , motor WuEsKa 175, rower Wigry lub Ukraina, anteny aluminiowe Yagi, art papiernicze i rolnicze... ale gramofonów chwilowo  nie było, nawet pomimo tego że staniały lokomotywy. Zamówiłem Artura i czekałem aż rzucą do sklepu te gramofony, spokojny, bo wiedziałem że Pani Honorata mi odłoży.

Pierwsza płyta jaką kupiłem to była przeceniona na 5 złotych Exodus  "Supenowa", potem było już z górki: koncertowy Rosiewicz, składanka Queen, Klaus Schulze dziękuję Poland, Dorosłe Dzieci, Klaus Mitffoch, Shakin Dudi, iChing, Manaamy, Mech z brudnymi rękami... aż po Powerslave; Live after Death Iron Maiden, wszystko TSA (byłem w fanklubie)... więcej nie pamiętam... Oddział zamknięty, Budka Suflera. Led Zeppelin, Black Sabbath, Banda i Wanda, piersi na okładce Lombard i agrafka w uchu, Bank, Rezerwat... więcej nie pamiętam.

Martyna marudziła mi od kilku tygodni żebym ściągnął jej ze strychu gramofon. Nie chciało mi się bo szafirowa igła Artura, już pewnie straciła swoje właściwości... szkoda płyt. Poza tym jeden kanał nie działał. Źle słuchać to lepiej wcale...
Przypomniałem sobie że znajomy Piotr dał mi kilka lat temu, zepsuty gramofon FONICA 1100 na diamentową igłę z wkładkę magnetyczną. Wytargałem akrobatycznie te 15 kg żelaza przez właz sufitowy, po skośnych wąskich schodach. Krótko trwała radość bo okazało się że nie ma igły, a paski napędowe talerza i ramienia zgrębiały ze starości tak, że zostały po nich tylko lepkie ślady jak po gumie do żucia.
Martyna była rozczarowana. Oryginalnej wkładki nie można już kupić. Znalazłem tani zamiennik za ok 70 zł.. Paski dostępne są w przystępnej cenie. Uparła się. Powiedziała, że odda swoje oszczędności - bo bardzo chce posłuchać płyt winylowych na analogowym wzmacniaczu. Pomyślałem że ma rację, bo zauważyłem że dostrzega  już podstawowe różnice między formatami mp3, wave, kasetą magnetofonową, CD,  a moje  opowieści sentymentalne były dla niej tajemnicze i intrygujące.

Codziennie słyszałem pytanie - Czy był listonosz?

Święto Trzech Króli okazało się najlepszym dniem na uruchomienie gramofonu. Wkładka nie pasowała, więc konieczna była mała przeróbka i odpowiednie dystansowanie oraz ważenie nacisku. Gramofon posiada wzmacniacz klasy Hi-Fi 2x20W dlatego podłączyliśmy kolumny Tonsil 2x30W, na marginesie, pozyskane z koleżeńskiego złomowiska razem ze wzmacniaczem Kleopatra, i poddane regeneracji membran.

Zbliżał się ekscytujący moment pierwszego uruchomienia. Bałem się że Martyna będzie rozczarowana jak coś nie będzie działało. Tak długo i cierpliwie czekała na otwarcie wrót  do nowego świata dźwięków, że ja stresowałem się z siebie i za nią.

Opuszczmy ramię...

Igła trafiła w rozbiegówkę. Dźwięk trzeszczy z głośników jak smażona jajecznica na patelni. Stroboskopowa neonówka pomaga w ustawieniu obrotów talerza... i
                                    :-))))))))))))))))

Hi-Fi stereo jest wspaniałe. Żadne cyfrowe 5.1 kino z subwooferem.... Siedzimy na podłodze. Bas, wali nas po tyłkach, aż miło. Soprany szeleszczą, talerze brzmią żelazem przepięknie. Czysto, soczyście i w pełnym spektrum częstotliwości.
                                                                     ***
Od wielu dni słyszę za zamkniętymi drzwiami podobne dźwięki, a teraz po drugiej zmianie muszę codziennie wyłączać gramofon bo inaczej nie potrafi zasnąć. Skończył się etap słuchania "Dzieci z Bulerbyn" Ireny Kwiatkowskiej. Teraz czas Dorosłych Dzieci Kwiatów i Kawalerii Szatana.
Za dwa tygodnie OBITUARY w Krakowie.

KABANOS




sobota, 27 grudnia 2014

ANIOŁ ZDEKONSPIROWANY!

  Pada poranny deszcz. Słyszę jego dzwonienie w blachę na dachu. Lubię ten dźwięk. Nisko, nad  głową. Kaśka go nie słyszy. Śpi. Jest cicho w domu. Moja ulubiona pora, kiedy gęsta kawa pachnie, Kaśki kawa stygnie... jak zwykle. Ona, po mojej prawicy, a po lewej duch wczorajszego anioła czeka cierpliwie na swoją kolej. Biorę po cichu na kolana i zaczynam przeglądać. Czytać kolejny raz błękitne słowa w ciszy. Przypominać sobie spotkania w Cieszynie, Raciborzu, Bielsku...Rzadko zdarza się taki dzień, by jaśniejąca szarość odchodzącej nocy rozświetlała się ciszą poranka. To jest możliwe tylko w wielkie święta. Ulica wtedy nie żyje.

  Tradycyjnie, najbrzydsza choinka na targu, po mojej interwencji i dziecięcej opiece, staje się piękna jak Kopciuszek na balu. Wokół swoich stóp gromadzi stos rozmaitych paczek, pudełek i toreb aż pod swoje ramiona. Jest uroczo skromna, człowieczego wzrostu i pachnie.
Pierwszy osiemnastolatek, po raz ostatni wyjmuje spod niej prezenty i wręcza każdemu oczekując reakcji. Stół jest długi. Dwie rodziny, oczekiwań wiele i wiele niespodzianek. To chwila wielkiego napięcia. Anioły śledzą spojrzenia obdarowanych. Liczą uśmiechy, i zaciskają kciuki w oczekiwaniu rwania kolorowego papieru. Radość trafionego zaskoczenia... bezcenna!
Paczek ubywa, radości jest coraz więcej. Jest coraz głośniej. Papiery walają się po podłodze rozrzucane wyrywnym gestem pośpiesznego odarcia tajemnicy i pożądania.
  Euforia zaciemnia ostrość widzenia, tylko ja cierpliwie czekam do samego końca aż zostanie ostatnia, inna od pozostałych, niepozorna paczuszka przewiązana tasiemką z małą karteczką.
Katarzyna zaczęła ją otwierać z namaszczeniem. Chciała zrobić to godnie, dobrze oddać ducha tamtego anioła. Wiedziała który to anioł białogłowy . Zaległa cisza jakby przyszedł niespodziewany gość na wigilię... Nikt poza nami nie wiedział.
Otworzyła kopertę, wyjęła złożoną kartkę śnieżnego papieru która ułożyła się w zarys maszyny do pisania. Wszyscy czekali w milczeniu na słowa. Wszyscy byli zaskoczeni. Czy zazdrościli?

Czytane przez Kaśkę zdania trafiały do mnie w dwójnasób. Jej głosem i tonem wypowiadanych niedawno z czułością życzeń,  oraz słowami, anonimowego dla reszty gości anioła. Tylko we mnie stawały się doskonałym połączeniem obrazów i zdarzeń minionych

   Niespodziewany, zaskakujący
"...prezent, na widok którego aż zatrzęsło mi się serce z radości..."
Zarówno Jej (Marioli), tak jak i mnie, ale mnie zatrzęsło się się podwójnie ponieważ zbiór stu fotografii autorów literatury światowej, jednocześnie jest kolekcją stu pocztówek wydawnictwa Penguin. W tej chwili chyba już nie do kupienia. Jedynie na rynku wtórnym. Po pokoju przeszedł szmer zachwytu i uznania dla oryginalnego, cennego i trafionego prezentu. Zazdrościli mi że są na świecie ludzie pamiętający o mnie, tak bezinteresownie.

  Literacka studniówka.
Gra w karty... gra w karty pocztowe... to ciekawa lekcja literatury.  Jedna karta na dzień, jeden autor. Doskonała ostrość krawędzi powoduje że dotykam ich z ostrożnością moimi zniszczonymi pracą dłońmi. Nie chcę by wyglądały jak stare pocztówki w mojej kolekcji które przeszły przez dziesiątki rąk.



Dzień jest dla nas za krótki. Pobudka o 6:00 rano jest naturalna w dni wolne od pracy. Kawa do łóżka czymś oczywistym i wspólne czytanie prezentów w milczeniu czymś naturalnym.


Mój Kot pod choinką
Kaśki osobisty Leszek 
Karoliny: Barańczak... co za nieszczęście RIP
Dopełnieniem  wszystkiego, jak wisienki na torcie, jest atramentowa garść tęsknoty za Vivian Maier, i nadzieja na wspólne obejrzenie filmu jej poświęconego... a poza tym wszystkim kto jeszcze pisze piórem???


 Dziękuję wszystkim za to że są, za życzenia, za prezenty... za cierpliwość, blogową wierność, za czytanie i komentowanie.                                                   

czwartek, 4 grudnia 2014

Targowy splot książkowy


                          W 1966 roku nie chciałem wiedzieć ile mi zostało Poświatowskiej.
Łudziłem się że dużo, bo wiele stron jeszcze było przede mną na kindlu, a pasek postępu niestety mydlił mi oczy. Chciałem czytać o niej jak najdłużej, bo z każdym rokiem stawała się mi bliższa. Jednak jakiś wewnętrzny głos mówił mi że nie mogę być z nią tak długo szczęśliwy... bo nikt nie był.
Śmierć rozdzieliła nas niespodziewanie. Wcześniej celowo nie szukałem jej skróconej biografii w internecie, by nie być na tę śmierć przygotowanym. Miałem nadzieję na jeszcze jeden ciekawy rozdział jej życia po kolejnej operacji upartego serca.
Poczułem jednak gorycz, bo reszta książki to były zdjęcia, piękne zdjęcia i przypisy...
Dziękuję Ance, że poznała mnie z Haliną... chwilami tak do niej podobną...

złotówka za sztukę


  Czytelnicy i blogerzy mają swoje tzw "stosiki czytelnicze" , "wyzwania tematyczne", miesięczne zestawy... a ja mam stosy targowe do przekopania i wyzwania poszukiwawcze pośród grzbietów książek ułożonych raz w prawo raz w lewo. Zakręconą głową wyławiałem kolejne tytuły chodząc dookoła stołu i czytając grzbiety raz z góry, raz z dołu.
Tego dnia, zebrałem ciekawy zestaw książek. Począwszy od zbioru wierszy Haliny Poświatowskiej (WL 1975) wybranych i odszukanych przez poetę Jana Zycha, aż po "Wenus w futrze" Masocha ze wstępem prof. Imielińskiego na temat Masoch-izmu i Sade-izmu.
  Z pomiędzy nich, wyciągnąłem biografię Jerzego Kosińskiego napisaną przez C. Czaplińskiego, fotografa. Kosiński, na emigracji w Stanach, spotkał Poświatowską. Spodobała mu się, chciał ją fotografować...  jej natomiast, podobała się jego pewność siebie, jasno postawione cele: kariera, pisanie, bogactwo...ciekawa była jego czułości, jednak jego ego stało się dla niej odpychające po chwilowym zauroczeniu. "Malowanego ptaka" przeczytała już po powrocie do Polski i cisnęła w kąt, nie godząc się z zachwytem krytyków. Znała go wystarczająco dobrze.
  Z każdym kolejnym okrążeniem stolika z książkami wyławiałem kolejne ciekawe pozycje.
Trzecią już biografię Polańskiego która jest przekładem pierwszej jaką kupiłem, "Roman by Polanski" z 1984 roku, w której reżyser jeszcze nie wiedział że nakręci "Wenus w futrze".
Wygrzebałem też biografię Chopina według Jarosława Iwaszkiewicza z dużą ilością rycin i zapisów nutowych. Bo Chopin u nas w domu czasem gra... na tranzystorach.

  Niepozorny grzbiet Aliny Budzińskiej zawierający "Rodzynki, migdały" zaintrygował mnie tytułem bo biorę do ręki stare książki kucharskie dla... Anki. Okładka rozwiała wątpliwości bo zawierała karykatury znanych postaci filmu i teatru, z lat osiemdziesiątych. Nie było Mikulskiego wśród tych twarzy na okładce. Były za to inne znane gwiazdy dziesiątej muzy... Staszek był za to pierwszą postacią otwierającą książkę, która zawiera wspomnienia autorki z rozmów przeprowadzonych dla Panoramy Śląskiej i Telewizji Katowice.
Akurat  tego dnia trafiłem na dobre słowo o Mikulskim. Dnia w którym umarł.
A  Mikulski po wsze czasy wisi na ścianie w moim domu... Mikulski dzwoni u mnie Matuszkiewiczem...
Razem z Karewiczem, wiszą "wapniaki" i patrzą ślepymi oczami na każdego gościa który wchodzi do domu i staje z nimi twarzą w twarz. Te oryginalne gipsowe odlewy ich twarzy wykorzystane były pierwotnie do stworzenia figur silikonowych które stanęły w nieistniejącym już Muzeum Hansa Klossa.







niedziela, 16 listopada 2014

Historia jednej pocztówki.

W "Zapomnieniu" znalazłem kilka pocztówek.
Wśród nich znalazła się jedna z Harcerskiej Operacji Bieszczady-40 rozpoczętej w 1974 roku i zaplanowanej do końca 1984 roku. Miała na celu aktywizację młodzieży i regionu bieszczadzkiego.
Na tej pocztówce widać harcerzy Tarnobrzeskich, Katowickich, Opolskich i Kieleckich na tle szczytu Tarnica, podczas odpoczynku oraz przy pracy polegającej na regulacji Zalewu Solińskiego.
Drobnym druczkiem podpisany był autor zdjęć: Andrzej Baturo.

Znam Pana Andrzeja sprzed wielu lat kiedy zaczynał prowadzić swoją galerię B&B jeszcze przy ulicy Modrzewskiego w Bielsku-Białej. To było... na początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtego czasu otrzymujemy imienne zaproszenia na wszystkie wernisaże w kolejnych miejscach miasta.

Odbierając z jego rąk nagrodę dla Martyny za zajęcie trzeciego miejsca w konkursie fotograficznym, poprosiłem o dedykacje dla niej. Wielkim zaskoczeniem było dla niego wspomnienie początku istnienia galerii i długa lista nazwisk nas inspirujących.

Andrzej Baturo
  Pewna Dorota spotyka się czasem z Panem Andrzejem, i korzystając z tej znajomości poprosiłem ją o pokazanie mu tej starej pocztówki z prośbą o imienną sygnaturę.
Pocztówka okazała się dla niego wielkim zaskoczeniem i niespodzianką. Z przyjemnością napisał dedykację dla nas.



Martyny prace będzie można zobaczyć na wystawie pokonkursowej  w Galerii Bielskiej BWA od 19 listopada do 28 grudnia 2014 w Klubokawiarni Akwarium . 

Ciekawym zbiegiem okoliczności Szczygieł wspominał w niedawnym wydaniu magazynu Duży Format  42/1100 z 16.10.2014 o akcji "Bieszczady 40" gdzie zaczynał karierę reportera. kolejna ciekawa historia zatoczyła koło :-)



niedziela, 26 października 2014

Weekend Barbarzyńsko - Książkowy

 Poszedłem spać bez pożegnania. Bez słowa, dobranoc. Bez słowa, dziękuję. No i bez aktualizacji statusu na fejsie (sic!  :-) Wszystko przez to, że słuchając tego stolarza amatora, bardzo pragnąłem jak najwięcej zapamiętać z jego opowieści. To powodowało nieustanne burzenie się w głowie myśli. Taką gonitwę zdarzeń i zdań które nie chcą się upakować w szufladkach Kingsajzu. Złość mam na siebie kiedy zapominam i przypuszczam że lepiej już nie będzie.
Potem następuje cisza w drodze powrotnej i ona jest najważniejsza. Celowo nie montuję radia w samochodzie by nie wytrzepywać basem i riffami (<3) ulotnych pyłków myśli i zdań. Być, sam na sam ze swoimi myślami. Jak w pustym, nieumeblowanym pokoju. Spędzać tam czas a jednocześnie nie odczuwać samotności. Mówić do siebie i słuchać siebie jak w tunelu o grubych ścianach nie poddawać się bodźcom zewnętrznym. (Czy ja jestem normalny?)
 Takim sposobem chciałem  zapamiętać jak najwięcej z opowieści Pawła Huelle po spotkaniu Czułych Barbarzyńców.
Powiedział coś, o czym myślałem już dawno. Potwierdził to, co czułem, słuchając często kalekich opowieści rożnych ludzi, i z każdą następną utwierdzałem się w przekonaniu, że opowiadanie jako ustny przekaz, umiera. Właściwie już nie żyje.
 Przekonuję się o tym, za każdym razem kiedy staram się opowiadać zdarzenia jakie mnie spotkały i wydarzenia które były dla mnie w jakiś sposób ważne. Rozwijanie opowieści które ma na celu jak najlepsze zobrazowanie historii często okazuje się dla słuchaczy nużące i to nie dlatego że opowieść jest nieciekawa, ale dlatego że ludzie nie potrafią już słuchać. Nauczeni "kulturą" masową otrzymywać skróty wiadomości, esencję wydarzeń i tylko to co najważniejsze właściwie mogliby korzystać tylko z paska na ekranie. Mogliby oglądać filmy zagęszczone do formy trailera czy reklamy, bo wiedzieliby już "o czym to było".
Huelle i Karuzela
Zniechęcony niecierpliwością słuchaczy sprawdzałem ich czasem, i na na pytanie - jak było? Odpowiadałem nawet nie formą SMS'ową bo to mogło być ciekawe zdanie, tylko krótko, że było super i w ogóle fajnie i jestem zadowolony no i że warto było. Przekonałem się że to wielu wystarcza i nie pytają o więcej i być może to oni zabijają opowieści...
 Paweł Huelle powiedział że sztuka opowiadania umarła wraz z Hrabalem, ale może to był tylko impuls rozczarowania światem postępującym do intelektualnej samozagłady. Tak wielu jest przecież autorów, którzy snują swoje opowieści ku pokrzepieniu serc czytelników.
"Prawda o Nowej Hucie"

 Przekonałem się o tym będąc na targach książki w Krakowie. Kolejka do wejścia była tak wielka jak przed otwarciem nowego marketu, a tłok wewnątrz, wcale nie mniejszy niż w poprzednim miejscu. Ciekawe jak wielu ludzi przewinęło się przez targi w tym roku.
Takiemu wydarzeniu musi niestety przyświecać myśl że "nie można mieć wszystkiego"... ale gdyby tak pojechać samotnie... można by mieć więcej! I czasu, i mysli, i spotkań i... książek! Ale z drugiej strony to jednak pewna rodzinna tradycja a radość najbliższych jest taka budująca i czym skorupka za młodu nasiąknie to na starość nie będę się musiał martwic o wnuki...
Poza tym Ona pamięta o terminie, i Ona wiezie mnie tam, i daje wolną rękę...



Julii Hartwig zrobiłem niespodziankę albumem jej brata "Wierzby" do którego pisała słowo wstępne w 1989 roku.





Olgę Tokarczuk złapałem przed "studiem nagrań" i nie mogłem przerwać wzrokowego kontaktu z taką osobowością literacką. Wpisała mi się do ulubionego wydania z '97 roku. Ważnego dla mnie, pierwszych połączeń zachwytu "Prawiekiem..."






Kaśka zakochana w myśli Stasiuka nie odpuściła spotkania, by jeszcze raz spojrzeć mu w oczy tym bardziej że w Raciborzu on miał urodziny, a w Krakowie ona.




Prof Izdebski z Januszem Wiśniewskim z zaciekawieniem wysłuchali mojej opowieści, sługi czytających kobiet, o tym jak przejmowałem domowe obowiązki by mogły w pełni oddać się podniecającej lekturze i bujać w obłokach uniesienia.





Druga córeczka tatusia stąpa twardo po ziemi nie upadając daleko od jabłoni...




Jeszcze jedno wydanie "Dywizjonu 303"... bo zbieram rożne, a to wydane przez Poznaj Świat jest najbogatszym historycznie i graficznie.

Zdarzenia ostatnich dni, ciekawym zbiegiem okoliczności, zataczały kręgi spotkań i opowieści. Czuli Barbarzyńcy: Pani Dorota, Pan Jerzy i gość Paweł Huelle zapętlili czas, zaklęty w powieściach autora oraz opowieściach gości przybyłych na spotkanie. Jak kręgi na wodzie pojawiały się prywatne opowieści  i przeplatały się z pewnymi faktami lat minionych, ujawnionymi przez  gości którzy zapamiętali spotkanie sprzed lat, z Antonim Liberą i jego płomienną opowieść o powstającej książce życia Pawła Huelle. Nikt nie wiedział do tego dnia że ta książka powstała do szuflady a "Śpiewaj ogrody" postały od nowa, dając szansę zbycia pierwotnego rękopisu na wypadek ubogiej emerytury pisarza.
 Nie pożegnałem się i nie podziękowałem za spotkanie, wychodząc pospiesznie w ciszę powrotu do domu ale krąg Barbarzyński jeszcze nie przebrzmiał i nieoczekiwanym zbiegiem okoliczności spotkaliśmy Panią Dorotę na targach gdzie z radością podziękowaliśmy za spotkanie autorskie a w zamian dostaliśmy obietnicę pewnej niespodzianki, która już dojrzewa w jej "Barbarzyńskiej" głowie.

Zaskakującym zakończeniem sobotniego wieczoru, okazała się sympatyczna znajomość z Aleksandrem Kaczorowskim za pośrednictwem fejsbuka... sam nie odważyłbym się wysłać zaproszenia :-)





                    
Maja Komorowska
                    
Anna Komorowska
                       
Zmęczony Tadeusz Sobolewski który nie zabrał córki :-(
Miodek Bralczyk Markowski, trzy filary polszczyzny 

poniedziałek, 20 października 2014

Idę dla Niej...

... bo Ona czyta dla mnie...i milczy dla mnie...
Dla mnie znalazła hotel w PRL'u, a dla siebie trasę Połoniną Wetlińską. Dla mnie prowadzi wóz i wiezie mnie do Dukli, i przystanki "na żądanie" robi dla mnie, gdy zdjęcie chcę zrobić... i myśli o mnie nawet kiedy ja zapominam o Niej... nawet zdjęcia robi czasem dla mnie, bo myśli za mnie...

Dwieście kilometrów po Bieszczadach to wystarczająco dużo by napatrzeć się i zapamiętać widoki. To jednak mało by się nasycić. To tylko tyle by posmakować i rozbudzić w sobie apetyt...

Zostawiliśmy auto w Wetlinie przy sklepie ogólnospożywczym w którym kupiliśmy też miejsca parkingowe. To było dobre i drogie miejsce z widokiem na szlakowskaz i   parking busowy.

 Połonina Wetlińska jest wysoka kiedy jedzie się u jej stóp. Łatwo mogę ocenić stopień trudności a przede wszystkim wysiłek z jakim będę musiał się wspinać.  Wszystkie góry są dla mnie wysokie... za wysokie. Nuży mnie wspinaczka bo jestem leniwy.  Nie miałem jednak lepszej alternatywy niż Jej pomysł i plan któremu jak zwykle się poddałem.
-To tylko godzinne podejście i jesteśmy na szczycie - powiedziała, a potem coś zjemy i.... tu pada magiczne słowo, ZOBACZYMY...
Więc idę dla Niej...
Niosę plecak dla Niej...
Pocę się dla Niej...
Wykręcam kostki dla Niej... bo butów górskich zapomniałem
I marudzę dla Niej...
Uświadamiam sobie że nie mam kondycji do wspinaczki, muszę się zatrzymywać by odetchnąć, a Ona podchodzi do mnie i mówi ze zmęczoną nutą szczęścia w głosie:
-Patrz jak tu pięknie. Tu słońce, tam cień, a tam niebo widać i zaraz szczyt będzie. Zjemy sobie coś i... zobaczymy.
Jestem zmęczony jak Kukuczka, Mela, Scott, Amundsen i Centkiewiczowie w jednym. To dla mnie Everest... Trzecie piętro szatni to też Everest. Niedzielny spacer nawet Everestem jest czasem :-)

Nareszcie kończy się ten bezmierny las. Szczyt jest w zasięgu wzroku, daje nadzieję odpoczynku i jakiegoś łatwego zakończenia tej wspinaczki.
Nie lubię wracać tą samą drogą i Ona skrzętnie to wykorzystuje pokazując prostą i "łatwą" drogę granią połoniny, tam..., wskazując palcem, skąd te dzieci przyszły. Z naciskiem na DZIECI jakby to miał by ambicjonalny motywator...
Rozczulający jest widok Jej szczęśliwego zmęczenia i sytości piękna krajobrazu. W takim momencie nie mam sumienia sprowadzać Jej na doliny, wiec biorę swój garb i idę posłusznie niekończącą się granią. Mijamy dziesiątki, jak nie setki turystów. Każdy mówi cześć lub dzień dobry, choć zupełnie nic to dla mnie nie znaczy. Nie można być sam na sam z myślami, nie można narzekać w duchu, bo trzeba ludzi przepuszczać na ciasnym szlaku, drogi ustępować, głowę unosić w sztucznym uśmiechu "Dzień Dobry:  Maszeruję, patrząc pod nogi, bo droga jest trudna, a poz tym gdzieś umyka niewygodna myśl - jak to daleko jeszcze.
Jak daleko, okazuje się za wzniesieniem które odsuwa cel marszu jak wydłużający się korytarz w horrorze "Poltergeist". Chatka Puchatka zdaje się punktem na końcu kudłatego grzbietu Wetliny...
Powojskowe schronisko bez wody i prądu przebudowane przez człowieka który na własnych plecach wniósł setki cegieł na szczyt zajmuje ostsnie miejsce jako najgorsze schronisko.  Sądząc po turystach jakich mijałem nie dziwię się takiej opinii. Równie dobrze mogliby wystawić ocenę Krupówkom.
zdjęcia Lomo Lca zaświetlone z powodu
nieszczelnej tylnej ścianki aparatu

...idę dla Niej dalej, bo Ona ma rację.
Idę dla Niej bo koniec już blisko.
Idę, bo nauczony doświadczeniem wiem, że będę z tęsknotą wspominał wysiłek Jej poświęcony, będę cieszył się kolejnym szczytem zdobytym dla Niej i będę celebrował jeszcze długo,  wspomnienie wspólnego czasu po powrocie do domu, .
I przeszedłem dla Niej te 14 kilometrów połoniny od Wetliny przez Puchatka do wsi w dole.
Minął miesiąc a wspomnienie nadal nas nie opuszcza. Chcemy wracać.

poniedziałek, 6 października 2014

ZAPOMNIENIE.

  Przejeżdżałem tamtędy na rowerze wiele razy. Często widziałem Go siedzącego przy małym oknie z odsłonięta firanką i patrzącego na uliczkę za płotem. Tak Go zapamiętałem Bardzo dawno temu widywałem Go w sklepie na zakupach. Był mały przygarbiony i trochę gruby,o okrągłej jasnej twarzy. Chyba pomagał sobie laską i torbę z zakupami nosił w zgięciu łokcia. Nie znałem Go wcale. Wiedziałem tylko gdzie mieszka....
  Przejeżdżałem tamtędy samochodem. Zaskoczył mnie widok jego rozpadającego się domu. Nie mogłem się oprzeć pokusie zobaczenia go z bliska.
Trawa była po pas i gałęzie drzew też skłonione do pasa. W upalny dzień było w jego ogrodzie chłodno i wilgotno. Ziemia pod butami uginała się puszyście nasiąknięta wodą, której słońce nie mogło wyparować. Z uli dawno wyprowadziły się pszczoły. Pokrzywy parzyły nogi  broniąc dostępu do domu.
Był spalony.
Od frontu wydawało się, że po prostu się zawalił ze starości ale z tyłu sterczały kikuty opalonych krokwi, futryn i drzwi. Strach było chodzić po obejściu bo nie wiadomo gdzie znajdowało się szambo. Najpewniej zakryte dechami z papą i schowane pod łęgami  wybujałej trawy.
Stanąłem u drzwi, a raczej tym co z nich zostało po pożarze. Rombowego kształtu, czarne jak węgiel do grilla oplecione pajęczynami których żeby nie mieć na głowie musiałem się pozbyć znalezionym kijkiem narciarskim, którego On, być może używał do podpierania się kiedy chodził do wychodka.

  Ciekawość jest bardzo silna.
Bałem się trochę, że sąsiedzi zainteresują się zaparkowanym autem, bo domy stoją z każdej strony, a na dodatek jest słoneczna niedziela spacerowa. Gdyby jakiś starszy sąsiad mnie zaczepił, to nie było by problemu bo,  starzy mnie znają. Ale młodzi? Potraktują jak złodzieja i nie pomogą żadne znajomości.
  Słońce cienkimi , zimnymi strumieniami oświetlało wnętrze przez dziury w pozostałościach dachu zawalonym od pożaru. Gęste firany pajęczyn zdobionych owadami i suchymi liśćmi, wisiały jak baldachimy procesji Bożego Ciała. Naginały kark w pokorze i strachu przed pająkami i obrzydliwym uczuciem nici na twarzy i we włosach. Podłoga była jak gliniane klepisko z rozmoczonym popiołem, resztkami ubrań, gazetami i mieszaniną czegoś nieokreślonego z czym przyroda powoli daje sobie radę.
Bajzel i graciarnia. Zbieranina wszelkich przedmiotów. Niektórych znaczenia musiałem się domyślać. Inne stały posłusznie czekając na swój koniec pod łyżką koparki, albo mikrobami które poradzą sobie ze wszystkim mając za sojusznika czas.
  Czas który odliczają do Jego śmierci. Jest starym kawalerem. Podobno miał siostry, które już nie żyją. Podobno nie ma żadnych spadkobierców, którzy mogliby zaopiekować się Nim i tym co po Nim zostanie. Podobno przebywa w ośrodku opieki dla osób starszych gdzieś koło Z. Po Jego śmierci pewnie gmina przejmie wszystko.

  J. musiał być bardzo ułożonym i zasadniczym człowiekiem. W szafach wiszą jeszcze wyprasowane koszule. Regały pełne są zapleśniałych książek o historii, wojnie, marynarce wojennej, uprawie roli, hodowli zwierząt, budownictwie, ślusarstwie i innej inżynierii. W kredensie stoją słoiki z domowymi przetworami z których soki wyparowały lub zagęściły się do galarety. Talerze ustawione w równe stosy, okna z doniczkami już martwych kwiatków.
Dwa pomieszczenia, takie przybudówki, pełne są starych i prostych narzędzi stolarskich i ślusarskich. Części o nieokreślonym przeznaczeniu i materiałów do budowy czegoś.
Jan musiał być samowystarczalny i niezależny. Od pewnego znajomego dowiedziałem się, że przez to jaki był zasadniczy okazał się być trudny we współżyciu społecznym. Pewnie dlatego nie bardzo mógł liczyć na innych tylko na siebie. Pewnie był, jak to się mówi "upierdliwy"...
  Podobny obraz wyłania się z korespondencji jaka po Nim została, przeze mnie uratowana. To jest kilka listów do kobiet z pytaniami, pretensjami i wyjaśnieniami. Są też odpowiedzi i listy, które wysłał i zostały odesłane na rozłąkę korespondencji, albo też nie zostały nigdy wysłane.  Być może szukał miłości i w kilku z nich jest odpowiedź.

Strasznie chciałem uratować książki jakie zgromadził i stosy roczników gazet elegancko popakowane w paczki rocznikami, przewiązane sznurkiem ale wszystko jest tam tak zawilgocone deszczem, że śmierdzi pleśnią, a niektóre egzemplarze przestały być czytelne pokryte warstwą szarego grzyba. Jeden stos książek jest tak rozparty wilgocią w półce, że nie da się wyjąć ani jednej sztuki.
Jedyne co mi się udało uratować do zbiór map państw europy '60-'70, polskich regionów (Bieszczady, z której korzystałem) oraz około 100 pocztówek z polski lat '60 - '70 i kilka czeskich. Jedną książkę o powstaniu warszawskim, i figurkę radzieckiego żołnierza  z pepeszą... do ataku.


 Tyle pozostanie po człowieku, co u mnie w pudełku po butach, i zdjęć w internecie.

środa, 24 września 2014

Wakacje ze STASIUKIEM.

Dawno temu kupiłem Stasiuka za dwa złote na targu. Wyniesionego z jakiejś lokalnej biblioteki,
przewierconego i związanego sznurkiem. Kaśce kupiłem... Do zestawu, który powoli się rozrasta okazjonalnie po jej stronie łózka.
Zabrałem tę jedną książkę ze sobą z nikłą nadzieją na... cokolwiek.
Całkiem zwątpiłem kiedy Anka napisała, że Stasiuk nie lubi jak mu się ludzie pałętają po obejściu. Ciekawe że Topol z kumplami z "Supermarketu bohaterów radzieckich" czuł się tam jak u siebie w domu, mało tego, czuł się jak u siebie w łóżku i u siebie w kuchni...
Powrót z "wczasów w..." nie był prosty bez GPS'u i bez dobrej mapy, jedynie z nazwą na okładce książki. Trzeba tylko zjechać z drogi 28 Sanok - Nowy Sącz w Miejscu Piastowym albo Jaśle, na DUKLE i już!


lomo
Prosta droga prowadzi do Dukli, w dosłownym znaczeniu. Jakby jej prostota była zapowiedzią łatwości poznawczej miasteczka, niewiele różniącego się od innych, położonych w tej okolicy. Pierwsze co uderza, (chyba niewielu, bo kto na to zwraca uwagę) to niewielka ilość reklam. Zredukowane są do niezbędnego minimum. Jakby mieszkańcy wiedzieli, że i bez tego ich życie będzie toczyć się tym samym rytmem. Jakby wiedzieli, że ich towary i usługi i bez tego się sprzedadzą. Jakby żyli sami dla swoich bliskich, w takiej symbiozie, samowystarczalnym, zamkniętym kręgu średniowiecznego grodu.  Tam nikt nie czeka na turystów, nikt nie zaczepia słowami z tablic i szyldów. Nie szarpie za rękaw pokusą tanich pokoi, tanich towarów i europejskiego jedzenia.
Nawet PTTK umarł śmiercią naturalną choć tablica nadal wisi bardziej jako punkt orientacyjny dla zabłąkanego turysty. Bo jak już do niej podejdzie to przeczyta się bazgroły pisakiem co oferuje bar "Pod Piratem".
Jeśli ktoś zna Stasiuka to przekroczy wrota do innego świata.

 Zamówiłem żur, a Kaśka barszcz. W oczekiwaniu zaczęła czytać na głos fragmenty :
 "Wypite w peteteku piwo  natychmiast występowało na skórę. Byłem sam, i pomyślałem że obejrzę sobie wszystko dokładnie, żeby w końcu dopaść ducha miejsca, pochwycić tę woń o której istnieniu byłem zawsze przekonany..."
"...Dukla, parę uliczek na krzyż, jeden kościół, jeden klasztor i zręby synagogi..." 



"Zastukałem dwuzłotówką w kontuar. Wcale nie chciałem tu zostać.  Nadeszła barmanka, nalała mi jakbym był przezroczysty i bez patrzenia zagarnęła do szuflady pieniądze. Wypiłem i wyszedłem tak szybko że smak poczułem dopiero w sklepionej bramie..."



Poprosiłem bufetową w peteteku o jakąś pieczątkę bo chciałem przybić w książce dla podniesienia wartości i pamięci. Ona widząc książkę powiedziała: "A tak, znam Stasiuka, u mnie w barze kręcili "Wino truskawkowe", tu się zatrzymali aktorzy i jakąś scenę tu kręcili na rynku..."




Rynek zupełnie nijaki, jakby nie był centrum miasta. Jakby nie chciał być jak inne rynki najpiękniejszym dla turystów, lecz pozostać jak całe miasto sobą. Nie chciał być fałszywym krzykiem atrakcyjności, umalowanym estetyką unijnych dotacji chodnikowych, trzymających gości w szponach czterech stron tego małego świata, który nie chce pokazać tego co ma do ukrycia na przedmieściach czy za rogiem...


"W otwartych oknach widać było mężczyzn w białych koszulach, z podwiniętymi rękawami. Siadali do stołu, by popijać i patrzeć w zieloną otchłań pałacowego parku po drugiej stronie strugi, gdzie armaty i samobieżne działa wygrzewały swe oliwkowe pancerze w półwidzialnym słońcu."  

"Przeciąłem Rynek na skos (z peteteku) i znalazłem się nad rzeczką, by jak zwykle zdziwić się ogromem drewnianej oszklonej werandy tego domu, w którym od frontu jest jubiler, a z tyłu to właśnie cudo wielkości kolejowego wagonu, zawieszone nad zielonkawym nurtem niczym krucha, rozklekotana cieplarnia."






Kupuję tam widokówki jak Topol, kiedy był w drodze od Stasiuka. Teraz są ładniejsze, kolorowe i cztery rodzaje. Jedną wysyłam do Pani Doroty Siwor na adres Kolegium Nauczycielskiego, tę jedyną, ostatnią, czarno-białą... już nie do kupienia. To podniesie jej wartość sentymentalną:-)


Jeszcze nie czytałem Dukli. Mam nadzieję na wielką przyjemność słów i obrazów w wyobraźni.
 Kaśka zaczęła w peteteku i na razie mi nie odda dopóki nie skończy. Cytaty wybrała dla mnie podczas lektury i zdjęcia zrobiła dla mnie na spacerze... na swoje analogi muszę czekać, a telefon rozbiłem. To był mój dzień. Jej, (nasz) dzień zanotuję później.

Urlop zakończyliśmy "Winem truskawkowym" którego scena rozstania kręcona była na rynku w Dukli. Cały film zrealizowano w plenerach miejscowości Jaśliska 18 km pod Duklą.
Pojedziemy tam może za rok i wtedy, po drodze, zakradniemy się pod chałupę Stasiuka w Wołowcu.


lomo