Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paryż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 kwietnia 2023

W stronę Prousta.

 Obudziliśmy się w hotelowym pokoju, wygłuszonym styropianowym, podwieszanym sufitem który był chyba tylko po to, żebyśmy nie słyszeli odgłosów życia sąsiadów.   Zszedłem wąskimi, kręconymi schodami na parter, do przytulnej, małej restauracji po kawę z ekspresu i rogale na śniadanie. Jedzenie w łóżku jest przyjemnym urlopowym przywilejem. Dla Marcela, był to rytuał celebrowany przez lata, podczas pisania książki a w naszym pokoju nie było nawet dzwoneczka by wezwać obsługę.

-"Dwa dzwonki, to po rogalik" pisała Celesta Albaret i kładła dwa, na talerzyku w hotelu przy bulwarze Haussmanna,  ...a ja zanosiłem je z kawą każdego poranka, z restauracji do swojego hotelowego pokoju, dzielonego z K. Lavazza była wyśmienita każdego dnia, jednak ulubionej kawy Corcellet - Prousta, nie widziałem  w żadnym zakątku Paryża.

Metro doskonale łączy te wszystkie zakątki z szybkością  skradzionych pocałunków wysyłanych pocztą pneumatyczną jak u Truffauta. Uwielbiam paryskie metro. Znika w nim poczucie czasu jaki znamy. Metro żyje pulsem  zapalających się lampek sygnalizacji następnej stacji.

Przy bulwarze Haussmanna 102, Proust mieszkał w ciszy, mroku, dymie a pracę przerywał tylko wyjściami na spotkania podczas których obserwował ludzi  by wplatać ich na karty swoich książek.

To mieszkanie przy Haussmanna chyba nie jest dostępne dla tropicieli Marcela. Musi im, nam, wystarczyć pamiątkowa tablica marmurowa z adnotacją, że tu mieszkał Proust. Tu pracowało mu sie najlepiej bo był u siebie. Na parterze znajduje się teraz bank CIC któremu ciotka Prousta sprzedała kamienicę bez jego wiedzy. Celesta pisała, że było go stać na zakup tej kamienicy by tam pozostać, ponieważ ojciec zostawił mu w przeliczeniu na współczesną wartość ok 6 mln $. (ojciec nie chciał żeby był pisarzem ale miał świadomość, że musi go finansowo zabezpieczyć). Marcel, dowiedział się o sprzedaży  po fakcie i nic już nie mógł zrobić. A my, szliśmy pieszo spod Łuku Triumfalnego w stronę wieży Eiffla by posiedzieć na zmianę w jej cieniu i w słońcu  ponieważ to był jedyny ciepły dzień.  

Minęliśmy pałacyk przy bocznej uliczce Laurent-Pichat i skrzyżowaniu Foch i Pergolèse w którym Proust tymczasowo mieszkał u pani Gabrielle Rèjane którą bardzo cenił za kunszt aktorski.  Spośród różnych propozycji wybrał mieszkanie przy Hamelin 44 w którym była winda, najwyższe czwarte piętro i ciche poddasze. Sąsiadujące pokoje nie mogły być wynajęte. Ściany wyciszone korkiem zabranym z pokoju przy Haussmanna. Grube zasłony i dywany dla idealnego wyciszenia kroków i głosów z podwórka. Mieszkanie nie było tak przestronne jak poprzednie choć wypełnione było meblami do których był najbardziej przywiązany i one budziły jego dobre wspomnienia. Nie było też ogrzewane by nie unosił się kurz który wzmagał u niego ataki astmy. W takich ascetycznych warunkach, pijąc kawę z mlekiem czasem nadgryzając rogalika kończył książkę która trzymała go przy życiu.

Pewnej nocy (bo pracował w nocy a spał do popołudnia) wezwał Celestę i oznajmił z pogodą.: -Tej nocy napisałem słowo KONIEC. Teraz mogę umrzeć. Najważniejsze, że nie jestem już niespokojny. Moje dzieło może się ukazać. Nie zmarnowałem życia. 

czwarte piętro trzy okna
Wiosną 1921r. wyszedł jeszcze zobaczyć żółtą ścianę Vermeera swojego ukochanego malarza. W ciągu roku odbył kilka spotkań. Zetknął się z Joycem (w taksówce z Ritza).  Cyzelował Uwięzioną, Albertynę. Przeziębił się, a odmawiając leczenia, przeziębienie zmieniło się w  zapalenie płuc. Nawet brat, lekarz, nie mógł przekonać Pana Prousta do przyjmowania leków. Czasem prosił o łyk piwa od Ritza.  Pocieszał Celestę I gasnął ciągle wprowadzając poprawki do swojego dzieła życia. 18 listopada 1922 ok. 5 rano Robert zamknął Proustowi oczy zostawiając dłonie na kołdrze tłumacząc, że tak będzie lepiej bo umarł przy pracy. Portret pośmiertny który znamy, zrobił Man Ray. 

Znaleźliśmy i to mieszkanie które jest hotelem przy Hamelin 44. Z podwórka przez które przechodził, widać okna jego pokoi.


















wnętrze hotelu Maison Proust które nie ma nic wspólnego z Marcelem poza duchem Belle Epoque

Maison Proust

Maison Proust

Maison Proust

 




Brzuch Paryża

Ta poczta nie przyjmuje już skradzionych pocałunków.









poniedziałek, 31 stycznia 2022

Paryż 50 2022

dodaj  tło muzyczne. 

  Żywiecki targ, czasem staje się dla mnie nieprzebraną biblioteką Babel, w której  króluje równanie wagi. Czasu potrzebnego do przejrzenia wszystkiego i czasu wystarczającego żeby zdążyć do pracy. Wielostraganowej przestrzeni kartonów pełnych książek, ułożonych z dokładnością tetris i dylematu, czy tracić czas na ponowne wkładanie ich do pudeł. Selekcjonowania na te istotne i te niepotrzebne. Nigdy nie byłem w bibliotece wszystkiego. Nie byłem w wielkiej jak uniwersytecka, jak BUW, a czymże jest przy tym nasza wojewódzka...  

  Któregoś południa, tylko jedna książka wpadła mi w oko, czystą bielą płótna pośród zakurzonych grzbietów. Crespelle, "Montmartre w czasach Picassa". Przypomniałem sobie, że moja ulubiona "Amelia" biegała i pracowała w tamtej okolicy. Urok tego filmu, od dawna odbijał się we mnie, tęsknotą do powolnego tempa życia, prostych obowiązków i  romantycznych radości. Czytając ją, widziałem wieczorny Paryż cyklopowym okiem Brassaia i Doisneau.  

  Paryż Amelii, wydawał mi się bardzo odległy i nieosiągalny. Jak Paryż Schulza. Pewel Mała odległa jak Drohobycz. Codzienność, ważniejsza niż marzenia. Realizacja czyichś planów, ważniejsza od moich. Bruno, jednak okazał się silniejszy ode mnie. Ja marzyłem, a on pojechał. Na szczęście jest w moim życiu ktoś, dla kogo moje marzenia są najważniejsze. Schulz pisał listy do znajomych, prosił o polecenie, rozmawiał. Ja dostałem bilet na samolot i pokój w hotelu z okazji okrągłych urodzin.

  Katarzyna wszystko przemyślała i zaplanowała. Polecieliśmy z Krakowa, w południe, 26 stycznia 2022 by spędzić moje urodziny w Paryżu.  Pierwszy raz samolotem i pierwszy raz tak daleko. Dalej, bywałem tylko w książkach, filmach i marzeniach i nawet nie czułem się z tym źle. To ja, najczęściej czekam w fotelu pod schodami, na opowieści bliskich powracających z podróży. To ja jestem stałym punktem na mapie naszego rodzinnego wszechświata i  jest mi z tym dobrze.

                                          Kraków - Paryż Beauvais - Montmartre.

  Lot był dla mnie mocnym przeżyciem. Bałem się, pomimo uspokajających statystyk, mówiących o najbezpieczniejszym środku transportu i bałem się nie mając żadnej, oraz nad niczym kontroli. Tylko głupiec się nie boi, nie mający świadomości stopnia skomplikowania maszyny i złożoności procesów. Dobrze, że nie czytałem jeszcze "Lecę"  Pelczara i chyba już tego nie zrobię. 

  Paryskie metro, pomimo dużego skomplikowania jest doskonale oznaczone i odrobina intuicji wystarczy, by się nim sprawnie i bez pomyłek poruszać. Wszędzie. Podobnie kolej miejska. Łatwo trafiliśmy do hotelu i bez większego trudu porozumiewaliśmy się z francuzami.

                                           Paryż. Brak rozczarowań. 

    Z łóżka hotelowego pokoju, miałem widok na balkon z drzewem na poddaszu kamienicy. Wieczorami, w tym mieszkaniu, krzątali się domownicy. Ścielili łóżka, zajmowali się dziećmi, oglądali telewizję, żyli, a my byliśmy obserwatorami ich zwykłego życia. Takiego życia, które dobijało się tylko nocnymi westchnieniami za ścianą. Za to ulica, pęczniała od gwaru niosącego się ponad dachy, a niebo nad Paryżem wcześnie ciemniało i późno się rozjaśniało. Uliczne życie zamierało dopiero pod ostrym cięciem bram metra o 2:30. To miasto długo śpi. W dzień, żyje pośpiechem obowiązków, krzyczy klaksonami i rozmowami, a wieczorami mrok rozświetlają białka oczu czarnoskórych emigrantów chcących sprzedać zakazane. Potoki samochodów i motocykli krzyżują się się z kolorowymi światłami ulicy  i kolorowymi twarzami, a ciemne bramy i zaułki zapełniają się bezdomnymi w śpiworach. Dobrze jest wtedy iść szybkim krokiem, sprawnie omijać przechodniów, sprawiając wrażenie zakorzenionego paryżanina.

  Paryż wyobrażony filmami i książkami, wydawał mi się bliski, przyjazny i swojski. Postaci i bohaterowie mieli czekać tam na mnie. Chciałem ich spotykać i odnaleźć miejsca w których spędzali życie. Wierzyłem, że będę się tam czuł jak u siebie, ale  Paryż jednak żył swoim życiem, w swoim przyspieszonym tempie. Nie oglądał się na mnie, nie widział mnie. To ja musiałem dostosować się do niego i zrewidować swoje oczekiwania z rzeczywistością.

                                                      Montmartre. 

  Właściwie, Montmartre wystarczyłby mi za cały Paryż. Kiedyś wioska na obrzeżach miasta dająca schronienie artystom i zaopatrująca miasto w chleb. Dziś, dzielnica wchłonięta przez wielki organizm pełen życia. Pulsująca w jednym,  paryskim, wielokulturowym rytmie. 

Mieszkaliśmy blisko placu Pigalle, gdzie Mulin Rogue jest zwykłą atrapą wiatraka przy skrzyżowaniu, w dzień wyglądającą tandetnie. Na szczęście noc pudruje  światłem banalność tego miejsca . Ostatnie dwa prawdziwe wiatraki znajdują się znacznie wyżej. Natomiast tu, na dolnym Montmartrze, dziewiętnastowieczni artyści  "zaopatrywali" się w modelki, pochodzące z włoskiego Puglia i słynące z wydepilowanego ciała.  Górny Montmartre dzisiaj, to legendarne miejsce artystów bez galerii, domorosłych malarzy, karykaturzystów i pospiesznych portrecistów. Na placu Tertre, sprzedają lokalne widoki turystom, bo kiedyś zakazano im portretowania innych części Paryża z powodu konkurencji.        Teraz kursują tam elektryczne autobusy, a kiedyś, nawet dorożkarz nie chciał tam jechać. Artyści musieli iść pieszo godzinę do centrum Paryża, błotnistą, wiejską drogą. Najwięksi ukochali sobie to miejsce, pełne przestrzeni i wiejskiego naturalizmu. Mieszkali tam bardzo długo w trudnych warunkach jak Picasso, Manet, van Gogh. Niektórzy do końca życia jak Lautrec czy Degas. Pijak Utrill i jego matka Valandon. Renoir z rodziną mieszkał bardzo długo ale artretyzm zmusił go do przeprowadzenia się niżej.  Malarze za dnia taszczyli na wzgórze sztalugi i farby. Malowali pejzaże, a wieczorami na dole upijali się oddając uciechom których echo nocą dobijało się także do naszego pokoju. Wokół Sacre-Coeur stały wtedy jeszcze rusztowania.

Upijaliśmy się także i my, szukając winiarni w której pracowała  Amelia.  Kupowaliśmy grzane wino odmierzane chochlą z garnka. Siadaliśmy w kawiarniach by wznieść toast i wypić szampana. Jedliśmy to co nas zaciekawiło nazwą, popijając winem.    

                                                         Amelia.

Znaleźliśmy  kawiarnię  Amelii i to właśnie ona najbardziej nas zaskoczyła. Wygląda nadal filmowo, jednak przepełniona jest gwarem wielu osób i głośną muzyką. W środku wiszą tylko dwa zdjęcia Amelii. Zjedliśmy co nieco i popiliśmy winem. Byłem, zobaczyłem ale w moim sercu pozostanie to miejsce z filmowym duchem. Następnego dnia w metrze, trafiliśmy na  automatyczną budkę fotograficzną w której zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia podobnie jak ona w filmie. 

Inne filmy zaprowadziły nas pod wypaloną katedrę, ale nie chodzi o Quasimodo, lecz o to co znajduje się w pewnej odległości za naszymi plecami. Tam, z góry, patrzy na na wszystkich odwiedzających W. Whitman z brodą traw, a wszyscy mówią, że idą do Szekspira. Niepozorna, "filmowa" księgarnia, z długą tradycją i bogatą historią otwiera swoje obszerne wnętrza z nowymi książkami i antykwarycznymi. Środek wydaje się ciasny, jednak pozwala bez większego trudu mijać osoby przeszukujące półki, zadzierające głowę, siedzące w kącie i czytające. Półki wkomponowane w ściany i stropy wypełniają przestrzeń w nieskończoność multiplikowane lustrem. Mój słaby angielski, nie pozwala mi czytać w oryginale, dlatego nie kupiłem nic poza albumem fotograficznym o Paryżu, Doisneau który ma mi zastąpić kiczowate pocztówki. 

Hal targowych nie ma już od dawna, a te  które powstały nie są w nawet w minimalnym stopniu podobne do Brzucha Paryża. Z pasaży którymi zachwycał się Benjamin pozostał ten którym uciekała Zazzie w metrze i nie zmienił się znacząco od tamtego czasu. Paryż jest rozległy, ale nie wymaga biegania. Metro załatwia to za nas. Ja pojeździłem. Kiedy Zazzie była w Paryżu, pracownicy metra strajkowali i ruch samochodowy w mieście wyglądał podobnie jak dziś. 

Żelastwo, zachwyca mnie, podobnie jak Waltera. Wieża Eiffla była jednym z najważniejszych punktów naszej wycieczki. Szczyt wieży czasowo nie jest udostępniony do zwiedzania. Być może z powodu malowania konstrukcji, która wazy 10 tyś ton, pokrywana jest co kilka lat czterema tonami farby a całość spaja dwa i pół miliona nitów. To właśnie te nity okazały się genialnym wynalazkiem spajającym  świat i do dzisiaj utrzymującym go w ruchu. Tuliłem zimną stal, mrugałem do nitów wielkości oka i rozglądałem się panoramicznie. W swoim zachwycie zapomniałem nawet o romantycznym pocałunku na wieży i zdjęciu "na tle". Wybaczyłaś mi to... 

                                                              Cafe du Dome

  Nie znalazłem tam przysłowiowego polskiego stolika, ale odrobina ducha artystycznego żyje tam nadal. Goście, elegancko ubrani, rozmawiają półgłosem, czytają Le Figaro, zajadają wielkie puszyste ciacha popijając białym winem lub kawą. Bruno Schulz, jak wspominał, czuł się dobrze w towarzystwie polek na Montparnassie. Dostrzegał wyrównane siły pomiędzy kobietami a mężczyznami w sztuce. Poznał tam Boznańską będącą już u szczytu kariery,  Łempicką, Melę Muter, artystki w pełni samowystarczalne. Imponują mu przecież kobiety sukcesu o mocnym charakterze, wobec których czuje uległość ale nie strach. Namiętność, szacunek i ubóstwienie.  Pod tym względem Bruno jest mi bardzo bliski.  

                                                                Centre Pompidou 

Jest jeszcze jednym, pięknym, w tym przypadku przewleczonym na lewą stronę budynkiem.  Bielone kości konstrukcji nośnej, niebieskie rury oddechu, zielone wodociągi, czerwone bezpieczeństwa, a żółte elektryczności. Dzięki takiej konstrukcji, wnętrze zyskało dodatkowe możliwości aranżacji przestrzeni wystawienniczej. Zastanawiała mnie jeszcze dziwna, kolorowa fontanna przed budynkiem. To, jak się potem dowiedziałem, fontanna Strawińskiego    

Dobrze mi tam było. Sam bym tego nie zaplanował. Wszystko dzięki Katarzynie i rodzinie.. 

ZDJĘCIA
Pozostałości do następnej wizyty:

Louvre, d"Orsay, Biblioteka Polska, Muzeum Mickiewicza, Montmorency, lotnisko Orly.