Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

piątek, 21 stycznia 2022

Kolodionowy goniec.

Fundacja PRACOWNIA SZTUKI  państwa Gajewskich, z siedzibą w Warszawie.

W fartuchu asystent Łukasz Gietka, po lewej prof. Mariusz Gajewski.
 

Muszę o nich wspomnieć, bo od nich wszystko się u mnie zaczęło. Minionego lata, uprawialiśmy grupowe wąchanie eteru na poddaszu starej szkoły w Szczebrzeszynie. Razem z Aleksandrą i Kamilą, pogrążeni w mroku, wypatrywaliśmy utajonych w srebrze obrazów. Z każdym kolejnym tonem szarości, nasze euforyczne westchnienia przepełniały mrok. 
Nagle zapalone światło, przywoływało nasze duchy i myśli do naszych ciał. Rozmawialiśmy wtedy o sztuce, technice i emocjach jakie budzi przenoszenie się do XIX wieku. Łukasza i Mariusza wiedza jest wielka.  Odpowiadali na wszystkie moje pytania i wątpliwości z wyrozumiałością i cierpliwością. Chciałem zapamiętać jak najwięcej: słów, nazwisk, receptur i zasad. Nasycić wyobraźnię powidokami, a serce emocjami. 
Samozwańczo, stałem się gońcem (co nie przynosi mi ujmy :-), pomiędzy tymczasową pracownią Łukasza na poddaszu, a plenerowym atelier prof. Mariusza Gajewskiego, rozstawionego na terenie festiwalu literackiego "Stolica języka polskiego". Mariusz,  fotografował gości festiwalu wielkoformatowym aparatem płytowym na tzw. mokrej płycie (30x40cm) w technice kolodionowej, wymyślonej w połowie XIX w. przez Archera. 
Znałem tę technikę ale bardzo pobieżnie. Nigdy się z nią nie zetknąłem, bo "pracuję" na kliszy małoobrazkowej i średnioformatowej. 
Zauroczyła mnie, możliwość przeniesienia się w czasie o ponad sto lat, do czasów prawdziwych rzemieślników i wynalazców. 
 
o. Tomasz Dostatni
 
Biegałem z "mokrą" kasetą, pomiędzy plenerem, a poddaszem szczebrzeszyńskiej szkoły, dostarczając uczuloną płytę warstwowego, czernionego aluminium które było przeznaczone do kilkusekundowego naświetlenia. Niebo w tych dniach było pochmurne a znikoma ilość promieniowania UV, wymuszała kilkusekundowe powstrzymanie się modelki od najmniejszego ruchu a nawet oddechu.  
Po kilku takich kursach i bacznej obserwacji pracy Łukasza, pozwolił mi na samodzielne przygotowanie płyty do naświetlenia. 
Konieczna jest precyzja, cierpliwość i pewna ręka do oblewania płyty eterowym kolodionem, a potem uczulanie jej roztworem azotanu srebra.  Z każdą kolejną próbą, jaką wykonuję teraz w domu, utwierdzam się w przekonaniu, że po wypracowaniu już własnego systemu i osiągnięciu pewnej powtarzalności, można pozwalać sobie na eksperymentalne odejście z wypracowanej metody w celu poszukiwania własnej formy wyrazu. Ja, mam jednak na to jeszcze dużo czasu.  Na razie czerpię radość z każdego ambrotypu/ferrotypu poprawnie naświetlonego i wywołanego.
 
Wracałem do domu z głową pełną planów i marzeń ale o tym później.
 

Dyrektorka programowa Justyna Sobolewska

Dyrektor Festiwalu Piotr Duda.
 


Chris Niedenthal i Mikołaj Grynberg.




 

Zdjęcia leicaflex SL2, Kodak Vision 250D, ECN2. + telefon

wtorek, 20 lipca 2021

MOSKWA 5 kieszonkowy średniak.

??×1 ?w?'1?

spraw11'n i 3yd dawna chciałem mieć Moskwę. Łatwo go kupić, jednak trudno znaleźć  spr4qawny. Okazja pojawiła się niespodziewanie, po krótkiej rozmowie z kolegą, który naprawiał mojego Beiraxa. Zaoferował mi Moskwę po przeglądzie i po teście z kliszą. Cena była dobra. Stan niezły.

Aparat mieszkowy, średnioformatowy, na film typu 120, 6x6 i 6x9. Posiada dalmierz i przestawny celownik w zależności od formatu zdjęć. Jasny obiektyw 3,5/105mm typu Tessar z migawką centralną od 1sek. do 1/250sek. oraz czas B.

Z historii wiadomo, że ten aparat jest bezczelną kopią niemieckiego aparatu Zeiss Ikon Nettar, którego produkcję rozpoczęto w 1934 roku.  Rosjanie produkowali Moskwę od 1946r. do 1960r. korzystając z przejętej dokumentacji, i podobno maszyn.

Nosiłem Moskwę w torbie i kieszeni bo mieści się w luźnych gaciach. Załadowałem z łatwością Fomę 100 i korzystałem z zewnętrznego światłomierza Sekonic L208. Wywołałem w ID68 7minut 20stC.

Tu więcej: Zdjęcia wykonane Moskwą 5.


Wierzba przed i po nawałnicy, jaka przeszła nad Czechowicami 15 lipca 2021.


Martyna i Kacper.


piątek, 24 lipca 2020

AGFA BOX 1949÷58

 

Pół roku czekał na mnie cierpliwie, w bielskim sklepie ze starociami (nad Nowym Elektronikiem). Ganiłem siebie, za myśl, żeby go kupić. Po co mi dwudziesty czy nawet trzydziesty, analogowy aparat fotograficzny. Oprócz aparatów na błony cięte, mam już wszystko czego potrzeba fotografowi. "Mały obrazek", "średni format", kompakty, camerę obscurę... O, nie mam półklatkowca, bo kiedyś sprzedałem ale mam też Polaroidy różnej maści i ubarwienia. 
  Nie mogłem przestać o nim myśleć. Wyprodukowany w Niemczech, zaraz po wojnie, był europejską odpowiedzią na amerykańskiego Kodaka Brownie. 
  Wykonany z cieńszej blachy niż puszka na brzoskwinie, daje jednak wrażenie solidnej i bardzo przemyślanej konstrukcji, zawierającej proste, żeby nie powiedzieć prymitywne rozwiązania mechaniczne. Można go zepsuć ale i można go samodzielnie naprawić. 
Przeznaczony jest do stosowania błony zwojowej typu 120, czyli średniego formatu, tu o rozmiarze kadru 6x9cm. Na jednej rolce filmu można wykonać 8 zdjęć. Oczywiście, przewijać należy ręcznie, licząc klatki przez czerwone okienko z tyłu aparatu. 
   Ma migawkę gilotynową o przebiegu 1/50sekundy schowaną w dwusoczewkowym prymitywnym obiektywie o podstawowej jasności f:8 druga wartość przysłony to f:16 oraz ciekawostka: przy jasności 8 można zastosować wbudowany żółty filtr.
  Fajnie się nim kadruje, ponieważ posiada dwa celowniki. Jeden do poziomych zdjęć, a drugi do pionowych (to te  dwa oczka nad obiektywem). Gniazdo statywowe, styk dla lampy błyskowej (dlatego nazywa się synchro).

  Poniżej kilka zdjęć wykonanych dla próby.
  Film fomapan, 100asa, wywoływacz: d76, 1:1, 10 min, 20'C, skan v550.


 









poniedziałek, 27 kwietnia 2020

World Pinhole Day

  Gdyby nie Piotr Trzmielewski, wielkoformatowy artysta otworkowy, nie wiedziałbym, że dzisiaj jest ten tytułowy dzień.
Światowy Dzień Fotografii Otworkowej.
  Uganiamy się za jeszcze lepszym sprzętem. Szukamy doskonalszej ostrości. Kupujemy więcej i więcej megapikseli, a okazuje się, że tak niewiele potrzeba, by zbliżyć się duchem do pierwszych piktorialistów przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Wtedy, mieli oni już pierwsze obiektywy w swoich wielkich kamerach, na mokre, szklane klisze.  Technologia którą wypracowywali indywidualnie, pozwalała im na otrzymywanie wyjątkowych i niepowtarzalnych zdjęć, uznawanych za dzieła sztuki, sprzedawanych i eksponowanych w powstających galeriach.
  Jak mówi Martyna: "Ostrość jest przereklamowana. Liczy się duch, nastrój i forma."
Poszedłem na krótki spacer po okolicy, by uczcić ten dzień. Zamiast obiektywu, założyłem dekielek zabezpieczający korpus, z dziurką o niewidomej średnicy rzędu dziesiątej części milimetra i naświetlałem ujęcia "na oko" od 10 do 30 sekund na czeskim negatywie Foma, o czułości 100ASA. Film wywołałem w wywoływaczu Kodak D76,  w rozcieńczeniu 1do1 przez 15 minut w 20 st. Celsjusza. Skany bez dodatkowej obróbki na epsonie v550.
  Parę lat temu poczyniłem pierwsze próby fotografowania camerą obscurą zrobioną z małoobrazkowej Smieny, na jakimś kolorowym filmie. Tutaj można zobaczyć efekty.









piątek, 27 grudnia 2019

MAGDALENKI między AUTAMI.

  najpierw malowanie a potem pieczenie


 Przygotowanie składników lakieru do pomalowania samochodu według receptury, okazuje się prostsze od upieczenia ciasta. Składników jest mniej, receptura jest stała, nie jest tak gorąco, no i nie ma tyle mycia po pracy. Poza rękami. Znalazłem zatem czas na upieczenie Magdalenek kolejny raz, między warsztatowymi zajęciami.
Ta wyjątkowa foremka, dzięki Kamili, dotarła do prof. Gielaty.
Pierwszą foremkę, przypadkiem znalazłem w sklepie ze starociami w Cieszynie przy ulicy Menniczej. Starszy, rozgadany pan, jeśli trafi się do niego w odpowiednim dniu  to nawet częstuje winem, nie wiedział do czego to służy więc sprzedał mi za symboliczne pięć złotych. 
 Nosiłem ją w kieszeni przez cały festiwal Kino na Granicy 2019. Nie uwierała mnie ale i nie niepokoiła myślą, co z nią zrobić. Po powrocie z festiwalu położyłem ją na półce z książkami i tak leżała, na siedmiu tomach zapomniana aż do wakacji , kiedy Kaśka podpowiedziała mi, żebym upiekł ciasteczka dla dziewczyn z którymi pojadę na festiwal literacki do Szczebrzeszyna.
 Znalazłem przepis (jest na końcu) trochę go zmodyfikowałem i pewnego popołudnia zabrałem się za pieczenie ciastek mając tylko jedną foremkę. Przepis jest na około trzydzieści ciasteczek które piecze się 10 do 12 minut. Wypiekanie pojedynczo Magdalenek zajęło mi około pięciu godzin. Udały się jednak doskonale. Smakowały wyśmienicie i co najważniejsze, zachowały się aż do samego festiwalu, który odbywa się  na początku sierpnia.
 W Szczebrzeszynie, tradycyjnie wnosiłem swoją wiklinową walizkę z winem, a teraz także z ciasteczkami,  na teren festiwalu. Po zmroku w chłodzie Wieprza z muzyką w tle i  w towarzystwie Kamili, Kornelii. Gosi i Ewy piliśmy wino ze szklanek, smakując Magdalenki. Szukaliśmy wrażeń zmysłowych. Dziewczyny pieściły moje ego zachwytami nad smakiem Magdalenek i chwaliły moje zdolności kulinarne  oraz wytrwałość.
 Jednego dnia festiwalu na dużej scenie, toczyła się rozmowa pomiędzy trzema osobami: Krystyną Rodowską, Wojciechem Szotem i Markiem Bieńczykiem. Roztrząsali pojęcie "straty" w odniesieniu do nowego tłumaczenia pierwszego tomu "W poszukiwaniu utraconego czasu" PrUsta (sic!) autorstwa Krystyny Rodowskiej. Jednych przekonywał Bieńczyk z twardą "stratą" czasu minionego a mnie przekonała Krystyna Rodowska do "utraty" niosącej pewna nadzieję odzyskania wspomnień ożywionych smakiem ciastek moczonych w herbacie. Wszyscy troje zachwycali się teoretycznie smakiem Magdalenek nie mając pojęcia że my, siedząc na przeciw,  mieliśmy jeszcze w ustach smak magdalenek o których oni mogli tylko pomarzyć a my mieliśmy ich pełne brzuchy :-)
W ubiegłym roku (2018) w wydawnictwie OFICYNA ukazało się nowe tłumaczenie, pierwszego z siedmiu  tomów dzieła Marcela Prousta. Wydawca obiecał nowe tłumaczenia, w kolejnych latach.  Szóstego grudnia tego roku pojawił sie drugi tom: "W cieniu rozkwitających dziewcząt" w tłumaczeniu Wawrzyńca Brzozowskiego. .
Mam nadzieję że organizatorzy festiwalu w Szczebrzeszynie zaplanują na sierpień 2020 roku podobne spotkanie, poświęcone nowemu tłumaczeniu kolejnego tomu dzieła Prousta, na które może dowiozę porcję Magdalenek i rozkwitające dziewczęta.
foremka od Kamili.
po 4 minutach
(...) matka widząc, że mi jest zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe krótkie i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem (...) machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem, czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz (...). Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jako błahe, krótkość złudna (...). Cofam się myślą do chwili, w której wypiłem pierwszą łyżeczkę herbaty (...). I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii.(...)
Przepis.
90g masła (może być margaryna mniej niż połowa kostki na oko)
2 łyżeczki miodu (jakikolwiek, 3łyżeczki też może być)
2 jajka ciepłe lub zimne
100g mąki (nawet 120g pszenna, tortowa)
około 40g cukru pudru (lepiej mniej)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 tarta skórka z cytryny lub pomarańczy
szczypta soli
-----------------------
masło roztopić, dodać miód, ostudzić trochę,
zmieszać w misce mąkę cukier proszek i sól następnie wsypać do garnka z margaryną i wymieszać łyżką, wbić jajka i rozetrzeć mikserem zetrzeć skórkę, gdyby było zbyt płynne (jak do naleśników) to dodawać mąki po łyżce i ubijać żeby było trudno lejące się z łyżki.
nagrzać piekarnik do 160'C i piec 12 do 13 minut w termoobiegu.
foremkę wysmarować margaryną i posypać mąka, ciasta nakładać mniej niż pojemność foremki bo duże urośnie, żeby łatwiej rozprowadzać ciasto w formie - palce zanurzać w mącę często, można ciasto poklepać opuszkami by lepiej wypełniało foremkę. 

sobota, 3 sierpnia 2019

Zabrali mi wodospad.

Babka której trochę nie lubiłem, darła się za mną:
Budowa wodospadu w Krzysiach.
 - Tylko nie właź do głębokiej wody, bo Cie wciągnie utopiec!
ale ja już byłem za płotem bo skracałem sobie drogę, przechodząc przez niego w rogu ogrodu. Dwanaście lat, to już wystarczająco dużo by skakać po drzewach i płotach. 
Z jabłkami w kieszeniach biegłem nad wodospad gdzie starsi koledzy budowali zastaw na rzece z wielkich kamieni toczonych z góry i dołu koryta. Patrzyłem jak ustawiają głazy jeden na drugim i utykają kucami z trawy, szpary pomiędzy nimi. Na środku była przerwa zatykana deskami, służąca do spuszczania wody na wypadek opadów deszczu, by uchronić zastaw przed zniszczeniem.
Jesienią i zimą przybór wody był na tyle duży , że i tak jak co roku rozwlekał kamienie w korycie Żylicy.
Obserwowałem jak koledzy skakali na główkę z murku wodospadu, oddzielającego od głównego nurtu strugę do fabryki mebli (Reicha) i tartaku Pawełka znajdującego się za Zamkiem.
Nigdy nie odważyłem się tak skoczyć. Nigdy też nie zanurkowałem pod wodospad jak Pasierbek, który dzięki pożyczonej ode mnie masce, upolował harpunem Troć, na ponad 60cm.   
W najgłębszym miejscu woda miała prawie 3 m.  Zastaw był wyższy ode mnie. Wodospad miał 2 m wysokości.
Babka, mama i tata. Ujęcie wody dla meblowni i tartaku.
Wybudowano go chyba po wojnie, jako próg spowalniający ale i napowietrzający wodę i stał tak aż do... chyba 2016 roku kiedy został zrównany z korytem rzeki. Na przełomie wieków dzieci nie budują już zastawów, nie kąpią się w rzece, bo maja komputery, internet i telewizję satelitarną. Zburzenie wodospadu zbiegło się z wybudowaniem w jego bezpośredniej bliskości domu jednorodzinnego, co mogło mieć wpływ na decyzję. 





Nic nie zostało z wodospadu 2018.

2018.




wtorek, 25 grudnia 2018

CZYTANIE PREZENTÓW.

...ale najpierw płyta którą chciałem kupić przez cały rok, ale za każdym razem odkładałem ją na półkę sklepową bo...            włączcie...

Publiczne otwieranie prezentów zawsze budzi we mnie niepokój. Wtedy pycha przegrywa ze skromnością. Wiąże się to z pewnym zawstydzeniem i wątpliwością, żeby tylko prezenty nie były zbyt obfite i bogate, by nie sprawić przykrości nadmierną radością tym którzy znajdują pod choinką mniej albo ich oczekiwania okazują się niespełnione.
Dlatego prawdziwa radość bezsenna tli się we mnie aż do świątecznego poranka, gdzie w łóżku z Kaśką, obstawiamy się skarbami i chwalimy wzajemnie nie tylko podpowiadanymi wcześniej prezentami  jakie otrzymaliśmy, ale przede wszystkim tymi które nas zaskoczyły.
 W tym roku było podobnie, ponieważ obdarowywanie w ciągu roku bliskich i dalekich znajomych, zaowocowało nieoczekiwanymi paczkami pocztowymi pod choinką.
Wysyłając cokolwiek i pisząc listy do niektórych osób nigdy nie oczekuję niczego w zamian... no może poza potwierdzeniem otrzymania i radości jaką sprawiłem.
 Domyślam się, że tegoroczny zbiór pod choinkowy był pracą zespołową całej rodziny, ale znalazły się tam również paczki i listy z daleka, ale od bliskich mi osób.

 Odpowiem na te listy niebawem.  Na razie zacząłem w łóżku czytać A.Libery "Madame" i okazuje się bardzo wciągająca. Odpowiada mi czas, forma i opisane zdarzenia... Znalazłem ją w paczce od Anki z Warszawy, obok pocztówek Stolicznych, katalogowych  kart Muzeum Adama Mickiewicza z reprodukcjami dłoni Tuwima, notesu Rodziewiczówny, nauszników Białoszewskiego, rękopisu Broniewskiego, zielnika Orzeszkowej i walizkowej maszyny do pisania Kapuścińskiego. Te karty to genialny pomysł muzealników by zawędrowały pod strzechy, ale i dawały możliwość kolekcjonowania ponieważ wykonane zostały na wysokiej jakości kartoniku z otworkiem dla spinania lub wieszania.
Najcenniejszym prezentem okazał się tekst piosenki Kabaretu Starszych Panów "Piosenka jest dobra na wszystko" z autografami Grzegorza Wasowskiego (syna) i Moniki Wasowskiej, autorów biografii Starszych Panów. 
 Rano po przeczytaniu listu odkryłem także autograf Barbary Krafftówny złożony dla mnie w dniu moich urodzin 2018 roku. Co za zbieg okoliczności. A na deser do porannej kawy portugalska tabliczka czekolady Avianense produkowana nieprzerwanie od 1914 roku. Tyle dobroci... ale list i tak zawsze jest najważniejszy.

Ten rok był dobry. Kilka dni spędziłem tego lata z Kamilą (i innymi :-) odwiedzając Krzysztofa Czyżewskiego w Krasnogrudzie w dworku Miłosza.  
Pojechaliśmy zaprosić osobiście Krzysztofa i Małgorzatę na festiwal literacki "Żywiec miasto zmySłów". W drodze poznałem Kamilę bliżej spędzając z nią siedemset kilometrów rozmów na tylnym siedzeniu. Do tego winne rozmowy wieczorne z Włodkiem, Kaśką i Kornelią były intelektualną przyjemnością. Tak niewiele potrzebuję. Wystarczy kilka osób których myśli mają zbieżne trajektorie i ogniskują się płomieniem dialogu.
Piękny i długi list od niej otrzymałem, pisany drobnym maczkiem. Wydziobany wiecznym Watermanem  na wiosennym papierze w ten zimowy dzień świąteczny. Odpowiem na niego niebawem. Jakiś czas będę oba listy nosił w moim magicznym tornistrze, który nazwał tak Mikołaj Grynberg.
Wszyscy wiedzą że lubię słodycze dlatego czekoladą Studencką od Kamili z nikim się nie podzielę :-) Dziękuję jej za wskazówki literackie i ciepłe słowa z nadzieją spotkania w tym, a na pewno w nadchodzącym roku. Jak nie tu to w Rzeszowie w Aparat Caffe albo... ale to już omówimy w cztery...no sześc oczu.
Kiedy rozdzierałem papier ozdobny na następnej paczce spod choinki, nie wiedziałem że w rękach mam książkę faceta który patrzy na mnie z plastikowego pudełka po zdjęciach natychmiastowych Instax. W rękach miałem mozaikę Rechowiczów napisaną przez Maxa Cegielskiego, a za mną stało
nasze wspólne zdjęcie zrobione przy okazji promocji jego innej książki "Wielki gracz". Taki zbieg okoliczności.
Jednak najbardziej rozczuliła mnie Kaśka. Bo ona popłynie kiedyś na północ, a ja polecę kiedyś na południe...globu. Wręczyła mi piękny notes podróżnika ze szczerym życzeniem zrealizowania podróży do Brazylii, do miasta Curitiba na spotkanie z Deborą. Nauczycielką języka polskiego, której kiedyś wysyłałem książki i listy. 
 Dziękuję wszystkim Kasi, Kamili, Karolinie, Martynie i Annie. Nie tylko Wy, ale także inni, są dla mnie tacy dobrzy...


czwartek, 29 listopada 2018

Odrodzona Susan Sontag.

Pisałem o tym, że źle z nią było. Jej choroba była metaforą mojego z nią współżycia. Chcąc czerpać z niej jak najwięcej nie szanowałem jej. Pragnąłem młodszej i porzuciłem ją wykorzystaną. Widok jej cierpienia i świadomość jak ono związana jest z ciałem zmusiło moją wolę do odkupienia winy. Nie chciałem by była przeciwna mojej interpretacji jej cierpienia. Widziałem codziennie co jest tego przyczyną i musiałem coś z tym zrobić.
Zaniosłem ją do lekarza który wyleczył jej wnętrze i odmłodził ciało. Jest teraz piękna, delikatna, gibka i jędrna.
Cudotwórcą jest znany, z wielu trudnych operacji zakończonych sukcesami, introligator Maciej. Jego gabinet mieści się w Żywcu przy ulicy 3 maja 13. Szczyci się wielopokoleniową tradycją.