Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

poniedziałek, 17 marca 2014

TYRMAND, Niemczyk, Cybulski w Bielsku.


Karczewski, Kłosiński, Kobiela...i Petelscy obojga imion :-) też...


Śmiałem się z anonimowej rzeźby "Skaczącej do sedesu" (jak się później dowiedziałem Gertrudy Dawidowicz), to było kiedy robiliśmy z Martyną kurs nurkowy. Zaintrygowały mnie wtedy kółka olimpijskie nad bramą z napisem Panorama, w których zostały tylko otwory po rurkach neonowych.
Tak, kiedyś to był basen olimpijski, najnowocześniejszy w europie... narodowy można powiedzieć zwłaszcza przed sama wojną kiedy odbywały się tam mistrzostwa a na trybunach zebrało się ok 4000 widzów z flagami.
Panorama Panoramy.

 Czytam 'Wszystkie opowiadania" Tyrmanda i w jednym zatytułowanym "Hanka" przewija sie ciekawa historia pływaczki Hanki, o swojskim nazwisku, Klimczakówny.
Tyrmand rozpisuje się na jej temat jakby znał ją od dziecka i świadkiem był jej dorastania. Pokazuje jak trener Karramba (tak oficjalnie nazywany w środowisku) wypatrzył dziecko w warszawskiej pływalni podczas niewinnych zabaw i zaproponował jej trenowanie, uprzedzając że to będzie ciążka praca która kiedyś przyniesie efekty. Zawarli układ, że ona będzie się uczyć i trenować, a on nie będzie ingerował w jej życie prywatne.
 Trudno mu było nie wtrącać się, kiedy docierały do niego sygnały od rożnych osób, bywających w lokalach warszawskich i spotykających Hankę, świetnie się bawiącą w najrozmaitszym towarzystwie. Z jednej strony zdyscyplinowana i pracowita, z drugiej dorastająca panna, poznająca smaki życia, miłości i bycia młodą gwiazdą z najlepszymi wynikami, o której rówieśnicy czytają już w gazetach...
 Nadszedł czas pierwszej próby. Trener nie chciał wyrazić zgody na jej start w mistrzostwach polski. Chciał ją szkolić i kształtować jej charakter, by została wyczynowym sportowcem, a pierwszy, przedwczesny sukces mógłby jej zaszkodzić. Dostał polecenie służbowe... Więcej w filmie "Trzy starty" Ewy Petelskiej którego jedna nowela, ta pływacka, kręcona była w części na terenie bielskiej pływalni PANORAMA w 1955 roku.

 Bielsko zakiełkowało mi skojarzeniem z filmem "Jutro Meksyk" (ukłon do Jarka B :-), kręconym na Panoramie w 1965 roku. Filmem, w którym pięknie pokazane są ulice Bielska, teren pływalni i piękna panorama Beskidów jaka  roztacza się z korony basenu. Fabuła odbiega od opowiadania Tyrmanda, jednak porusza uniwersalne i ponadczasowe wartości jakie niesie ze sobą rywalizacja sportowa.
Same opowiadania są zbiorem ciekawych historii i losów ludzkich zebranych podczas podróży Tyrmanda po świecie. Być może jest tam nuta jego podróżniczej biografii, jednak dla mnie najmocniejszy Jego obraz zobaczyłem w "Dzienniku 1954". Opowiadania wydają mi się lekkimi, momentami nawet przewidywalnymi moralitetami. Dobrze się czyta przy jedzeniu.

czwartek, 13 marca 2014

Nowy blog - pocztówkowy.


Czasu coraz mniej, a zajęć, sam znajduję sobie coraz więcej. Czasem mnie to złości, ale nie doszedłem jeszcze do takiego momentu, kiedy mógłbym sobie powiedzieć że... " właściwie to ja nic nie muszę". Bo jest jeszcze tak wiele rzeczy które trzeba zobaczyć, zrobić, przeczytać, znaleźć, zgromadzić i... zostawić po sobie. Z perspektywy głębokiego fotela właściwie niewiele widać, a pilot nie poszerza horyzontu więc stworzyłem sobie nowy.
Przyczynkiem do tego stała się wymiana listów z Krzyśkiem, a wcześniej z Ryszardem (daj znak...),  tym od historii pudełka po butach pełnego pocztówek.  
 Te znajomości zaowocowały nie tylko sporą ilością widokówek,  głównie czeskich i czechosłowackich, dlatego pomyślałem o pochwaleniu się nimi na osobnym fotoblogu. Tumblr mam już opanowany, więc na tej platformie będzie najłatwiej.
Oto nowy adres: CZECHPOST.TUMBLR.COM
PS. a galeria zdjęć analogowych jest tu

poniedziałek, 10 marca 2014

Aparaty do lomografii. Przegląd.



Moja droga łomografii na początku był zawiła i skomplikowana. Pierwsze lomo kupiłem łatwo u Maćka w sklepie ze starociami na placu Żwirki. Teraz sklepu już nie ma, bo z powodu jego poważnej choroby brat wszystko zlikwidował.
Serce mnie bolało jak się dowiedziałem że wszystko z jego sklepu przepadło bez wieści. Przepadła też moja lustrzanka Olympus OM PC + 135mm +50mm+28mm+winder... szkoda gadać.
Fotograficzne pierwsze kroki mam już za sobą, wiele lat temu. Nawet kiedyś o tym pisałem na samym początku blogowania.

LOMO LC-A okazał się bardzo dobrym aparatem o dużych możliwościach. Jasny obiektyw 2,8 ogniskowa 32mm czyli szeroki kąt, fajny do zdjęć z bliska, 0,8m i w pomieszczeniach czy grupach ludzi. Dobra automatyka naświetlania od kilku sekund (podobno nawet kilkudziesięciu, nocne widoki miejskie) do 1/500sek. To duży zakres jak na prymitywny kompakt. Trochę winietuje co dodaje uroku fotografiom i dobrze sobie radzi z dobieraniem parametrów naświetlania.
Byłem z niego zadowolony jednak czasem coś nie działało czasem się coś zacięło. Strasznie go lubiłem ale czułem strach, że kiedyś się zepsuje i nie zrobię zdjęcia w "decydującym momencie". Kupiłem drugiego na zapas na targu za 10zł (na aukcjach od 70 nawet do 300 czy 400 zł). Dalej szukałem czegoś o podobnych parametrach jednak bardziej niezawodnego (Cosina cx - pierwowzór lomo, Porst 135, Chinon bellami, Olympus XA2, Ricoh ff1, Minolta AFC,)  .


Wybór padł jednak na aparaty dalmierzowe a nie kompakty. Pewniejsze ustawianie ostrości uchroniło mnie przed zapominaniem przestawiania stref na obiektywie lomo. Wadą było to, że były większe, (minolta Hi matic 9 duża i ciężka), nie miały takiego szerokiego obiektywu(40-42mm), a i automatykę miały w mniejszym zakresie (Yashica electro CC- 1/500 do 1/30). Żaden mi nie odpowiadał do końca. Każdy w jakimś stopniu mnie ograniczał, czegoś brakowało. W sumie najlepszy i najmniejszy okazał sie Olympus 35 RC z automatyką i manualem... idealny do streetfotografi, bardziej do reportażu niż do łomo byle czego.
Tęskniłem za LOMO bo już mi się zepsuły, tęskniłem bo był mały i sprytny, dyskretny, idealny do strzału z biodra. Sprzedałem dalmierze, tylko zostawiłem Olympusa35RC. Kupiłem minolte AFC wielkości lomo (2,8/35) i zachwyciłem się autofocusem. Dobrym AF, bo radził sobie w rożnych sytuacjach, i dawał możliwość przekadrowania. Dobre szkło, jasny obiektyw, mały jak lomo... dałem Karolinie i jest zadowolona. Teraz mamy już dwa.
Szukałem dalej i znalazłem Nikona, kompakt z af i obiektywem 2,8/35. Skuteczny ale ciężki i nie można było wpływać na działanie lampy błyskowej.  Potem trafiłem tanio Chinon monami 35FS ostrość strefowa lampa na życzenie obiektyw 2,8/35 fajny, mądra automatyka, ale trochę większy od lomo, i grubszy. Właściwie za duży.
Na forach analogowych wyczytałem że Olympus xa2 jest idealny do lomografii. Właściwie jest taki sam jak lomo, tylko ma lepsze szkło no i to japońska precyzja i solidność. Trzeba tylko uważać na delikatny spust migawki bo nie jest mechaniczny lecz elektroniczny. On się mieści w kieszeni jak lomo. Zrobiłem nim dużo zdjęć i Karolina też, to jej ulubiony.
Martyna z powodzeniem używa Olympusa mju 1 i nie potrzebuje innego. Jest idealnym podręcznym notatnikiem codziennym.
Jest jeszcze dobry aparat do wielokrotnej ekspozycji SMENA 35 ponieważ migawka jest w obiektywie i transport filmu jest osobno. dobre efekty daje stosowanie światłomierza zewnętrznego bo ikony pogodowe są tylko orientacyjne a ze światłomierzem można wykonać więcej zadowalających zdjęć.

Ostatni mój zachwyt to AGFA OPTIMA SENSOR 1035 malutki poręczny z ustawianiem ostrości strefowym jak w lomo tylko automatyka genialna od 15sek do 1/1000 obiektyw 2,8/40 wskaźnik strefy ostrości w jasnym celowniku i szybki naciąg a zwijanie powrotne tą samą dżwignią.

Wszystkie zdjęcia wykonane opisanymi aparatami można zobaczyć tu każde podpisane.
Miałem przelotny romans z Supersamplerem który jest prosty lichy i drogi i szybko się nudzi. Podobnie jak wszystkie reklamowane lomo aparaty typu sardina diana itd... od nich wszystkich sto razy lepsza jest smena bo ma wielkie możliwości w porównaniu z tym badziewiem. no i cena jest dziesięć razy mniejsza.

poniedziałek, 3 marca 2014

Europa nie chce Ukrainy ?


Ziemowita Szczerka chciałem przeczytać już dawno.
Ciągnęło mnie coś na wschód, podobnie jak jego. Stąd zeszłoroczny wyjazd na wschód polski, na Roztocze. Sentymentalna tęsknota za czasem minionym, powoduje ze szukam bodźców dzięki którym mogę się pławić w odżywających wspomnieniach. Nie mam ich może zbyt wiele, ale sprawiam sobie nimi przyjemność i czasem odkrywam nowe horyzonty zdarzeń, które bogacą moją pamięć.
Kaśka znalazła Ziemowita w księgarni kiedy byliśmy razem. Nie wiem jak to się stało że patrzyliśmy oboje na tę samą półkę i ja nie dostrzegłem Mordoru. Kupiła mi :-)
Czytam... i zbiega się to moje czytanie z coraz mocniejszym głosem z Ukrainy: "pomocy, pomocy, pomocy..." jak Imre Nagy wzywał  z anteny radiowej w 56 roku.

Chciałem, chcieliśmy pojechać na Ukrainę, na Krym w tym roku ale to nie będzie możliwe. W tej sytuacji to nawet dobrze, a po lekturze, to nawet już nie wiem czy chcę. Czy chcę jak on, zobaczyć jeszcze więcej tego pokomunistycznego samozniszczenia. Naturalnego rozkładu. Beznadziei.Bo nasz swojski bajzel jest jakiś taki... nasz, do niego jesteśmy przyzwyczajeni. Wydaje się inny. Zadbany, lepiej utrzymany, na bieżąco ratowany kolorowymi łatami farby elewacyjnej. Taki lepszy. Ucywilizowany. No bo to my jesteśmy przedmurzem europy, która zostawiła nam trochę kultury w historycznym spadku. Gdyby nie to pewnie bylibyśmy tak samo czarną dziurą na mapie europy środkowo wschodniej. Tym Mordorem o którym pisze Szczerek. Do którego pielgrzymuje się jak do egzotycznego kraju, bo ciekawi nas, co też on ma w rozpadającej się szopie, tuż za płotem.Chyba nie chcę podnosić swojej samooceny, patrząc na straszny los braci Słowian z Ukrainy. Tak jednak jest z niektórymi  podróżnikami którzy jadą na wschód, poczuć się lepiej, poczuć się europejczykami, pośród smutnych ludzi bez nadziei, bez perspektyw na zmianę swojego losu.

Podróżnicy chcą się napić z ruskim żeby sprawdzić po którym nie zakąsza, wyrwać laskę za dolara, skopcić się dobrze i tanio, przespać byle gdzie i byle jak a po powrocie odpowiadać w wielkich słowach jak oni tam maja przejebane i jaka to była ekstremalna wycieczka.
Szczerek obnażył nas, ale i obnażył siebie przed nami, bo wszyscy jesteśmy podobni, z ta małą różnicą że niektórzy pozostają tacy do końca, a Szczerek im bliżej był granicy powrotnej, tym większe miał wyrzuty sumienia, nie tylko za siebie, ale i za tych wszystkich, dla których Ukraina na długo pozostanie egzotycznym krajem a nie naszym braterskim.

Również za tych, którzy z hipokryzją popierają dążenia wolnościowe, europejskie aspiracje Ukrainy, a pokątnie zatrzymują się przy drodze korzystając z usług, opalonych dziewczyn, czy oferują pracę Ukraince za 200 zł na miesiąc, za prowadzenie domu. Nawet gdyby Wojewódzki/Figurski przeprosili wszystkie dziewczyny to i tak nie zmienią stereotypu Ukraińca emigranta, czy zacofanego kraju który nie ma szans na długofalową pomoc z zachodu, obawiającego się Rosji. Ubolewanie europy nie wystarczy a nasze gesty poparcia to za mało. Jeżeli politycy na najwyższych szczeblach władzy nie podejmą odważnych decyzji to Ukraina sama będzie musiała się mierzyć z problemami już nie tylko politycznymi, ekonomicznymi ale międzynarodowymi.
 Wszyscy zapomnieli o Giedroyciu który dziesiątki lat temu wskazywał na konieczność integracji polski ze swoimi wschodnimi sąsiadami. Pouczał by odsunąć trudne  wydarzenia historyczne, jakie splatały nasze narody, na rzecz stworzenia wspólnoty środkowoeuropejskiej, współdziałającej z Europą zachodnią w celu mocnego odgrodzenia Rosji od reszty europy. Jego idea trochę się zdezaktualizowała naszym wstąpieniem do unii, jednak to my. mamy ciągnąć Ukrainę i Białoruś do wolności. To na nas spoczywa pewnego rodzaju historyczna odpowiedzialność pomocy naszym sąsiadom.

piątek, 21 lutego 2014

stówa i pocztówki

oczywiście z targu...za 5 zł. Przy takich kwotach wstydzę się targować.

Zastanawiał mnie przez chwilę atomowy model w tle. Przecież elektrownie atomowe powstały znacznie później. Dopiero po chwili olśniło mnie że skoro to nie o elektrownie chodziło autorowi, to... jaki pierwiastek ma sześć elektronów na orbitach? Ze szkoły nie pamiętałem że węgiel. Podstawa rozwijającego się przemysłu i gospodarki. No.


Więcej pięknych banknotów

Fot.Josef Ehm. Orloj, data ze stempla 1960.
Most Karola, stemp. 1956


Huta, pewnie piec indukcyjny, stempel Ostrava 1963













Ciekawe czy Ostravskie pocztówki powstały ze zdjęć zrobionych w hucie Vitkowice o której pisałem jakiś czas temu?
Ostrava, nabrzeże Ostravica, stemp.1956

Element statku, Ostrava stemp. 1963
Sympatyczna wymiana listów, pisanych ręcznie, z kolekcjonerem Krzysztofem,  ( teraz trzeba to podkreślać, bo nikt już nie myśli piórem lecz klawiaturą), zaowocowała ciekawymi pocztówkami z Czech, i... tak mi teraz błysnęło myślą, że skoro kolekcjonerzy zbierają często pocztówki tematycznie, to może ja zbierałbym też, (a nie tylko jak leci i kto nie potrzebuje to mi daje), tematycznie... industrialne, przemysłowe, fabryczne, maszynowe, to co lubię, beton i stal... No... podoba mi się ta myśl... należy ją rozwinąć w wyobraźni... i pamiętać bywając... i pytać rozmawiając...
Myślę że to wystarczająca wskazówka dla ewentualnych czytelników i ofiarodawców :-) a ja i tak pewnie podzielę się z potrzebującymi, tak jak teraz nie bedąc kolekcjonerem lecz tylko zbieraczem, powiernikiem niepotrzebności.
Dawno nie byłem w bielskim antykwariacie. Akurat trafiłem na anonimowy alarm bombowy w pobliskim sądzie, stąd pojawiła się tam pewna pani mecenas a możne sędzia, jak zwał tak zwał. To nie ważne. Podsłuchiwałem jej głośną rozmowę z księgarką, o planie dnia, na wypadek bombardowania. Ma taką listę rzeczy i miejsc na okoliczność ewakuacji. Antykwariat jest na pierwszym miejscu... bo najbliżej.
Ograniczony czas pozwolił mi na przejrzenie stosu pocztówek, było tylko kilka ciekawych a kupiłem trzy. Dwie warszawskie do podziału :-) i jedną praską z ładnym znaczkiem.



      




Na wielkim stosie National Geographic jako pierwszy, leżał egzemplarz z 10/2003 roku (nr. 49), podsumowujący na trzynastu stronach dziesięciolecie rozwodu Czech i Słowacji, słowami Patrycji Bukalskiej. Materiał dla mnie ciekawy, jako amatora Czech, ale jednak niezbyt odkrywczy. Ugruntowujący moją skromną wiedzę o Czechach i oświecający trochę słowackich sąsiadów. 

NG 10(49)/ 2003


czwartek, 13 lutego 2014

MOTÓR NA KAWĘ GOTOWY!

Wiosna... narazie. Każde zaczerpnięcie świeżego powietrza drażni mnie brakującym łańcuchem. Motor gotowy, słońce go grzeje, bo przeszkadza mi w warsztacie bo muszę go codziennie wyprowadzać jak psa na pole.  Jeszcze kilka dni temu stał w pokoju i każdą chwile mu poświęcałem, by małymi krokami przybliżyć wiosenny wyjazd. 
Pierwszych motocyklistów widziałem w ubiegłą niedzielę prażąc się w aucie nagrzanym słońcem padającym przez szyby. Szyba ma wady. Nie pozwala się opalać ale przepuszcza podczerwień i grzeje jak cholera.
Bardzo bawi mnie złość spoconego kierowcy, niezadowolonego, kiedy przeciskam się między autami i jestem zawsze pierwszy na światłach. Ach jak oni machają gałęziami a ja nie mogę im odmachać Kozakiewiczem czy choćby palcem, bo trzymam kierownice.


Przeróbka udała się prawie tak jak zamierzałem, i nawet sprawnie się uwinąłem od jesieni. Wymyśliłem sobie że, skoro motocykl nie może kosztować zbyt wiele, to pewnie będzie brzydki, bez wyrazu i nikt nie połechce mego ego pochwałą. Co innego jakbym kupił nowy, ale to nie możliwe.
Trzeba było zatem sztrucla przerobić tak żeby mi się podobał, a przy okazji może i komuś. Podobają mi się angielskie klasyczne motocykle, jak na przykład Triumph, czy Royal Enfield (o zabytkach nie wspominam bo to inna historia i długa lista). Inspirował mnie film "Wild one", "Prawdziwa historia", Świetny blog TRUD i masa filmów oraz blogów rożnej maści znalezionych w internecie.

                                                             - CAFE RACER - foto na końcu :-)
Zastanawiam się czy opisywać ze szczegółami wszystkie etapy przeróbki, czy kogoś to będzie interesować, bo motocykliści raczej do mnie nie zaglądają. 
Może jednak lepiej spisać to wszystko tu i teraz,  i mieć to z głowy, bo później to na pewno nie będzie mi się chciało, a tak dam link komu trzeba, i kiedyś pochwalę się na jakimś forum caferacer's by potem przeczytać pochwały... i krytykę :-).
Oryginalna Yamaha xs 400 jest brzydka . Soft chopper z lat 80'... fuj... Wstydziłbym się na takiej kobyle jeździć. 


 Żeby mnie oczy nie bolały i wyobraźnia miała łatwiej, od razu go rozebrałem pozbywając się zbędnego balastu zostawiając ramę, silnik, koła, zbiornik, kierownicę, kolana wydechowe, instalację. 
Przedni błotnik zwęziłem i skróciłem. Lagi obniżyłem i założyłem gumowe osłony. Wyrzuciłem liczniki wielkie jak stare budziki, lampę i kierunkowskazy. Kierownicę odwróciłem na opak bo ma być nisko a nie jak baranie rogi. Zbiornik paliwa przeklepałem na wklęsło w miejscu oparcia kolan. Bo tak mają stare motory i tak mi się podoba. Przemalowałem go na dwa kolory ze szparunkami. Jak na pierwszy raz to nieżle mi wyszło. 
Silnik oddałem do czyszczenia proszkiem szklanym i nabrał jednolitego szarego koloru razem z gaźnikami dla których przewidziane były stożkowe filtry powietrza zamiast wielkiej plastikowej puszki. Kanapę wywaliłem bo jest wielka i brzydka jak wersalka z prl'u i sam zrobiłem siedzenie tylko dałem tapicerowi do obszycia skórą z kozy. Pod siedzeniem zrobiłem tunel na instalację elektryczną. To samo zrobiłem z tzw. manetkami na kierownicy. Obciągnąłem delikatną skórą i podobnie z brzydkim białym akumulatorem który nijak nie pasował do mojej wizji motocykla. Przypiąłem go skórzanym paskiem. Cykorłapke, tylną lampę, błotnik i kierunkowskazy też odkręciłem bo są brzydkie. Tablica rej. i lampa znalazła się z boku po prawej przy osi tylnego koła. 
Wyrzuciłem osłonę łańcucha i megafonowe tłumiki zastępując je strumiennicami samochodowymi (lekki bas i ciszej) dospawanymi do kolan wydechowych. Kolana owinąłem taśmą bazaltową 1400*C zaimpregnowaną lakierem do 800*C (Motip). Do gaźników dorobiłem podpórkę żeby się nie kiwały na samych gumowych króćcach ssących bo silnik pracuje jak wibrator. Na próbę posadziłem dziewczyny przy pierwszym odpaleniu i pokiwały głową z uznaniem mocy między nogami. Reflektor zmieniłem na uniwersalny, dorobiłem kontrolki LED, brakuje mi tylko licznika, małego i uniwersalnego ale i na niego przyjdzie kolej. Szybę lampy okleiłem specjalną żółtą folią, bo nie mogę założyć żółtej żarówki gdyż ma za dużą moc i mogłaby uszkodzić plastikowe elementy lampy... a efekt jest zadowalający. 
Linia motoru jest ładna, tzn mi się podoba, pozycja za kierownicą niezbyt wygodna, ale na trasie do pracy czy po okolicy wystarczająca.




podziadkowy nadal sprawny


tata mama i ja

Triumph wielkości pudełka zapałek





Wskaźnik poziomu paliwa

























piątek, 7 lutego 2014

Zwykłość... niezwykłość.

Lubię ten moment, kiedy po położeniu otwartej książki grzbietem do góry, zdania i myśli nadal kłaczą się w głowie przeplatając obrazy w wyobraźni z frazami autora który niełatwym splotem metafor ożywia ten obraz.
To jest przyjemne kiedy wykonuję pracę bez serca... bez ducha... myślę tylko o tym by usiąść w fotelu i iść z autorem drogą którą mnie poprowadzi. Poddawać się jego subiektywnemu wyborowi i słuchać go, choć jego usta mają przecież mój głos. Mój głos, brzmiący jego słowami.
Przyjemne jest zmęczenie czytaniem kiedy skupienie ciała, jak na dobrym filmie obejrzanym bez ruchu, powoduje lekkie odrętwienie i moment odłożenia książki, przeciągania się w fotelu, jest taki orgastyczny...

 ...z głową w żółtych drogach...


Nie mogę pochłaniać książki w jeden dzień jak Mariola S. Nawet nie chcę.
Stasiuk "rozdrabnia się". Zbiera kolorowe szkiełka, cienie, smaki, ludzi i ich spojrzenia, kurz i beton... i lepi z tego obraz poetycki którym się sycę z sentymentalną przyjemnością. Gromadzi obrazy i opowieści podobnie jak ja, tylko ma je uporządkowane w zdyscyplinowanej głowie, i książce, a u mnie wszystko jest jakby wrzucone do jednego wora w którym nawet nie pamiętam co się znajduje, i każdy kolejny autor, kolejny rozdział, wyczarowuje z tego worka, jak sztukmistrz, królika z kapelusza, kolejny obraz o którym zapomniałem.

Mam szczęście trafiać na takie książki które dają przyjemność powolnego spaceru, a nie biegu od deski do deski. Mogę czytać książkę tydzień, cieszyć się ze chodzi ze mną w tornistrze, i że jeszcze zostało mi do końca parę rozdziałów. Bo to nie "wyzwanie czytelnicze", nie kolejna pozycja na półce, lecz podświadome przeciąganie końca książki które pewnie wielu z was zna...
Fajnie, że żółte drogi były podzielone na krótkie rozdziały, bo to zbiór felietonów drukowanych w różnych wydawnictwach, polskich i zagranicznych, na przestrzeni ostatnich lat. To pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem i zastanawiam się czy podobnie pisał we wcześniejszych, bo jeśli tak to chętnie sięgnę po następne.

czwartek, 16 stycznia 2014

Mój Prawiek, moja Miedza...

Prawiek pozostanie tym pierwszym sentymentalnym najbardziej zapadłym w pamięci. Każde poranne otwarcie oczu zahacza o grzbiet Tokarczuk. Choć jest ich tam kilka to Prawiek pozostanie najbliższy.
Nie szukam książek. Są osoby które dobrym słowem polecają konkretne pozycje. Są blogerzy, są pisarze, są krytycy. Opieram się na ich zdaniu i jakoś jeszcze się nie zawiodłem. Nie szukam. Słucham i otaczam się karteczkami. Na kleju, na szpilce, na magnesie.

Lubię kończyć tydzień w łóżku z Justyną Sobolewską i jej ekipą, w piątkowy wieczór, czekając na polecenie do czytania. Tylko tak mało dopuszczają ją do głosu że pozostaje mi tylko jej uśmiech. Właściwie jedno słowo wystarczy. W któryś piątek powiedziała "Miedza". Zapisałem. Ostatnio była Beata Chomątowska ze swoim zeszytem.

Zaprosili Muszyńskiego i od razu pytali o formę bo ich uderzyła. Czemu pisze tak mocnym językiem, po co opisuje ze szczegółami świat którego już prawie nie ma? Skąd może wiedzieć jak to było? Przecież jest młody. Dwudziesty pierwszy wiek mamy. Człowiek w kosmosie. Pokonana grawitacja, a on pisze o gumiokach, obsranej przez muchy żarówce, oborze z parującym łajnem i ławce przed chałupą.

Bo on kiedyś słuchał i patrzył. Jak sam powiedział wychował się w takim otoczeniu śląskiej wsi. Śląskich przedmieść, okolic Sosnowca i był świadkiem przemian. Ekspansji cywilizacji  unijnej która z czystymi butami, z nowym porządkiem przekracza miedzę niosąc kaganek czystości, higieny, porządku i wygody.
Soczysty język, pozbawiony sztucznej kurtuazji, pozwala znaleźć się w centrum tego małego, prostego wszechświata. Nazywanie rzeczy i zdarzeń prostym językiem, słowotokiem przetaczającym się przez całe strony,  opisującym wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, daje tej książce moc dokumentu znikającego świata, do którego może ktoś, kiedyś powróci jak wraca się do Chłopów czy Wesela. Życzę mu tego.



Znam ten prosty, piękny świat, znałem takich ludzi o jakich pisał. Noszę resztki tego świata w sobie i tylko dzięki książkom czasem on odżywa na nowo. Pozostał mi w pamięci jeden człowiek. Nazywany przez wszystkich Jasiu. Inżynier. Kiedyś piastujący kierownicze stanowisko w wielkiej fabryce, a po godzinach harujący na ugorze pazurami których nie sposób domyć. Obrabiający hektary ziemi swojej i dzierżawionej. Mający traktor, rożne maszyny, krowy świnie, barany, kury, kaczki, ule... tylko ciągle jest sam. Stary kawaler, bo rodzice mu dawno pomarli. Wszystko robi samodzielnie. Podobno miał narzeczoną. Podobno w okularach i nie podobała się rodzicom. Może była z miasta, możne nie miała hektarów?
Obejście Jasiowe.
 Nie pozwolili na takie małżeństwo z wybrakowana panną. Kupili mu za to dużego fiata. Targali krowy i świnie do skupu. Stary Szczepan poganiał wieprza wiklinową witką, a matka niosła garnek z żarciem przed jej ryjem i tak pielgrzymowali do skupu. A może do inseminatora. Szurali swoimi ciężkimi buciorami bez odrywania stóp od ziemi. NIgdy się nie spieszyli.
Dostali talon. On przywiózł  fiata z fabryki, postawił na klocki i więcej do niego nie wsiadł. Na złość rodzicom. Nawet po paliwo do traktora jeździ rowerem. I do miasta po sprawunki. Umrze sam i tylko Fred znajdzie go po jakimś czasie. Jedyny który go czasem odwiedza i pamięta. My wiemy że jeszcze żyje, bo czasem słychać traktor. Czasem śmierdzi gnojówka. Bo słychać krowę na pastwisku. Bo barany się pasą w ogrodzie między drzewami i ulami.Bo stosy łajna zmieniają kubaturę pod dziurą w ścianie obory w której całą noc świeci się słabe światło gołej żarówki...



środa, 1 stycznia 2014

Sylwestrowe Danse Macabre

Na przekór genderowym przeciwnikom i obrońcom moralności, obowiązuje w tym roku styl zamienny. Kobiety przebierają się za facetów i odwrotnie. W prowincjonalnych, tzw. zabawach sylwestrowych, (nie przejdzie mi przez gardło słowo BAL) styl nie musi być wyszukany.Tematyczny... Raczej symboliczny, prosty, ratunkowy ostatniej deski... bo coś innego jest ważne.
Ważne jest pierwsze wrażenie jakie zrobi się na współbiesiadnikach. Najlepiej kiedy jeszcze są trzeźwi i w stanie wydać jęk zachwytu tzw. strojem. Ich nikt nie poznał. One zdradziły się głosem. Potem mogło być już tylko lepiej. Wprost proporcjonalnie do ilości spożytego alkoholu. Odwrotnie proporcjonalnie do poziomu samokrytyki ich i biesiadników. Styl po pewnym czasie przestaje być ważny ustępując miejsca cielesnemu komfortowi pląsawicy czy jak pisała kiedyś A. tańca św. Wita.
Wszelkie u'chwyty dozwolone. Marzenia na poluzowanej smyczy uwolnione, usprawiedliwione jednakowym poziomem upojenia i wolnością karnawału.
Patrzyłem na to targowisko próżności i otaczały mnie zjawy bliskie, a jednak dalekie. Byłem obserwatorem i obserwowoanym. Patrzyłem na ten spektakl "Śmieć, miasto, śmierć" okiem Fassbindera przez lustrzane okulary moralności.Widziałem to, co dla mnie odległe i nieosiągalne. Oni widzieli to co zgubili, wchodząc w swoje role. Patrzyłem na nich sztucznie się uśmiechając i oni patrzyli na mnie widząc swoje oblicze w szkłach. Jakbym to ja był dziwny wśród nich, a może to oni są dziwni otaczający mnie. Kto tu kogo nie rozumie?
 Bycie szoferem jest... zdrowe. Następnego dnia. Bycie szoferem egzekwującym "swoją własność" bywa kłopotliwe i niewdzięczne. Spojrzenie Kaśki znad porannej kawy... bezcenne :-)




poniedziałek, 30 grudnia 2013

Zapaliłem się...

Najpierw tło muzyczne bo jakoś tak ostatnio za mną chodzi... i płytę fajną wydali w tym roku.

 Zaniedbuję czytanie, zaniedbuję pisanie, oglądanie, spanie, zaniedbuję zdrowie, bo płonę realizacją nowego projektu.
 Tej wiosny pozbyłem się motocykla. Wrodzony racjonalizm kazał mi to zrobić.

intruder 750
  Bez motoru ciężko jest żyć kiedy na około wszyscy jeżdżą.  Lato było ciężkie minionego roku bez jednośladu. Mijający mnie motocykliści w upalne dni, budzili głęboką tęsknotę. Zacząłem szukać czegoś co pozwoliłoby mi następnego lata cieszyć sie ciepłym wiatrem na podbródku.
 Ze skromnych środków kupiłem pewien stary, brzydki motor z założeniem zmiany jego wyglądu.
Mój stary Intruder był fajny. Nic nie trzeba było z nim robić bo był ładny, wygodny, szybki... i ryczał jak wściekły.
 Pojechałem pod Kraków, do Bochni, razem z sąsiadem któremu sprzedałem Intrudera... bo on lubi jeździć autem... a ja nie. Zresztą trzeba go było przywieźć na pace busa bo zimno cholernie było żeby wracać jednym śladem.
 Sprzedający Adam okazał się bardzo sympatycznym, kulturalnym i szczerym młodzieńcem któremu ciężko było się rozstać ze swoim motorem. Jednak, jak w moim przypadku, kierował się podobnym racjonalizmem sprzedając  swój motor. Zbierał na większy bo zawsze zostawał w tyle na ojcowskich wycieczkach, męskich wyprawach.

yamaha xs 400... brzydal...
  Obraz i plan mam w głowie.
Im więcej inspiruję się dziesiątkami zdjęć, tym wyraźniej rysuje się w mojej wyobraźni kształt pożądanego motocykla. Bo co można stworzyć mając ograniczone środki. Pozostaje polegać na wyobraźni, znajomościach, pracy własnych rąk i pewnych zapomnianych przedmiotach.
Założenie jest takie że forma ma być prosta, oszczędna, wręcz ascetyczna. Nawiązująca do najlepszych czasów klasycznego motocyklizmu... angielskiego. Choć nie ukrywam że pierwszym impulsem odgrzebanym w pamięci był  "Dziki" Marlon Brando. Prawie taki dziki jak mój ojciec z mamą na Junaku w latach sześćdziesiątych podróżujący po Polsce.
Wypadałoby wspomnieć o dzikich takich jak Robert Biłko już nieżyjący, jak Heniek Więzik który razem z nimi jeździł... Myślę że to temat na osobny wpis pamiątkowy.

Rozebrałem Yamahe i na początek pozbyłem się zbędnego balastu. Nie tylko masy ale i brzydoty stylu soft choppera z lat '80. Została rama koła silnik przednie zawieszenie zbiornik i kierownica. Te rzeczy wymagały drobnej przeróbki która zajęła mi kilka dni. Zbiornik przemalowałem ( niektórzy widzieli na fejsie) , szycie kanapy z brązowej skóry u taniego tapicera w Żywcu. Futerał na akumulator, skórzane manetki....
Czarno skórzany będzie.
 Inną sprawą są przedmioty które jakimś sposobem miałem w domu i co i rusz odnajdywałem po chwili zamyślenia...  Kurtka motocyklowa, buty z cholewami, torba skórzana, stare zegarki na skórze z herbem i kompasem, rękawiczki z dziurkami, kask otwarty, piórnik narzędziowy rowerowy, nawet za długie spodnie do podwijania, czy  aluminiowa manierka na zapasowe paliwo gdyby zabrakło w drodze... I nie były to rzeczy których używałem na co dzień do jazdy na poprzednim motorze...
 Czemu taki? Na pozór zwykły, a może i nawet brzydki?
Chyba z potrzeby wyróżnienia się w  tłumie posiadaczy motorów sklepowych. Może ze zwykłej próżności , by wzbudzić zachwyt, a może i odrazę. Wywołać jakąkolwiek reakcję w zalewie eleganckich, błyszczących, czyściutkich, seryjnych, klonów za którymi nawet mi głowa nie chodzi na boki.  Posiadanych przez porządnych, ułożonych, mężczyzn, takich akuratnych motocyklistów, którzy realizują się w kolejnych etapach życia. Zgodnie z założonym planem, dla  których jedna rysa na lakierze urasta do rangi problemu któremu natychmiast trzeba zaradzić... Znam takich...
 Minęło trochę czasu od pierwszych prac i obraz motóra zaczyna rysować się coraz mocniejszą kreską w moim garażu i wyobraźni. Zawieszenie przednie już jest zmienione brakuje lampy i licznika. Zbiornik przeklepany, polakierowany z wbudowanym wskaźnikiem poziomu paliwa, takim analogowym. Siedzenie wytapicerowane. Tylna lampka i mocowanie tablicy rej. gotowe. Fajny numer mam SZY 6XS6... bo to Yamaha typ XS. Instalację elektryczną już uporządkowałem. Silnik wyjąłem z ramy do czyszczenia suchym lodem. Akumulator okleiłem kozią skórą bo był brzydki, biały i nie pasował do mojej wizji, a teraz zamocowany jest skórzanym paskiem a nie jakąś gumą. Pozostało mi owinąć wydechy żaroodporną taśmą bazaltowa w odcieniu brązu a może nawet tzw. starego złota (sic!). Dać nowy łańcuch. Okleić manetki skórą... itd.
 Myślałem że tradycyjnie wstawię motor "pod choinkę" jak dawniej, ale się nie wyrobiłem. A miało być tak ładnie. W światełka, łańcuchy, bombki.... A tak stoi w garażu i czeka na każdy najmniejszy ruch z mojej strony... chociaż śrubka, chociaż drucik... Jednak jest bliżej końca niż początku... Już się cieszę na pierwsze promienie wiosennego słońca choć śniegu jeszcze nie było :-)