Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

niedziela, 2 lipca 2017

Białowieża na czasie!

- Lech Wilczek w Żywcu ;-)
Dwa lata temu biografia Simony Kossak zainspirowała nas do wędrówki jej śladami. Znaleźliśmy wtedy dom jej partnera Lecha Wilczka, o którym padło wiele dobrych i ciekawych słów w biografii.
  Piękna pogoda tamtego dnia pozwoliła nam na wycieczkę rowerową do Dziedzinki, gdzie oboje żyli i pracowali, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy jego obecnym domu licząc na to że wyjdzie do nas widząc stojących przy prowizorycznej bramie. Nie chcieliśmy się narzucać. Nie dzwoniliśmy. Odjechaliśmy z satysfakcją odnalezienia jego domu z charakterystycznym zielonym maluchem i wielkim motylem na ścianie.
  W tym roku pojechaliśmy wspierać ekologów protestujących przeciw wycince puszczy.
Rozmawialiśmy z mieszkańcami o tym jak zmieniła się ich sytuacja po wprowadzeniu całkowitego zakazu wstępu do puszczy na okres prawie dwóch lat, bo od zeszłego roku do końca 2017 r.
Wzięliśmy udział w spotkaniu z Zenonem Kruczyńskim pisarzem blokującym pracę maszyn do przemysłowej wycinki drzew, który podczas interwencji siłowej leśników i policji stracił przytomność.
Spotkaliśmy się z Adamem Wajrakiem i słuchaliśmy opowieści o życiu puszczy i jej możliwych dalszych losach.
Odwiedziliśmy bazę protestujących ekologów gdzie odbywały się spotkania i warsztaty.


  Największe wrażenie wywarł na nas spacer po puszczy, szlakiem miejsc przemysłowej wycinki. To nielegalne wejście na teren puszczy białowieskiej zorganizowane było po hasłem "Pokojowy spacer" i zgromadziło 750 osób z całej Polski. Liczone przez dwie niezależne osoby i oczywiście nagrywane, chyba nielegalnie, przez leśników ukrytą kamerą którą zdemaskowałem.
Lech Wilczek
W białowieskim kinie Żubr  odbyła się projekcja filmu dokumentalnego pt.: "Przecież tu jest wszystko"
opowieść o puszczy, sztuce i Barbarze Bańce.
  Tego popołudnia udało nam się całkiem przypadkowo spotkać Lecha Wilczka na projekcji w kinie. Po krótkiej rozmowie wymieniliśmy się adresami ponieważ poprosił o zdjęcia naszych wycieczek do puszczy.  Pomyśleliśmy, że niespodzianką będą dla niego zdjęcia z cmentarza na którym spoczywa Simona Kossak,który odnaleźliśmy podczas pierwszej wyprawy,  a znajduje się ok 200 km od Białowieży.  

 Ostatnia wizyta na żywieckim targu dopełniła naszą satysfakcję z poznania Lecha Wilczka i ważnych miejsc w Białowieży, ponieważ na straganie kolegi księgarza znalazłem album fotograficzny Lecha poświęcony puszczykowi, którym opiekował się w swoim domu w Warszawie razem z kotem, kawką, żabą i szopem.


Puszczyk nazywał się Kuba. Album został wydany w 1972 roku, przez Instytut wydawniczy Nasza Księgarnia i pochodzi z księgozbioru  Zakładowej Biblioteki Fabryki Śrub w Żywcu Sporyszu prowadzonej przez Pana Władysława i Annę Zwierzynę.
  Album jest w idealnym stanie zawiera dziesiątki zdjęć z życia puszczyka w domu Wilczka, oraz jego historię i losy.

obóz ekologów 

Zenon Kruczyński 


Paulina  - -  Martyna

koncert Stanisława Sojki

Białowieża wzywa Hajnówkę do bojkotu zakazu wstępu.


piątek, 23 czerwca 2017

Mustang Komedy

...jak to dziadek Frytki z Big Brothera okradł Komedę na Łożu śmierci.

"Ostatni tacy przyjaciele"...
Mój Komeda i mój Hłasko.

...popili pewnego wieczora w Beverly Hills. Marek Hłasko i Krzysztof Komeda. wracali drogowym nasypem, chwiejnym krokiem pomagali sobie wzajemnie choć wyglądali jak Flip i Flap. Drągal - Hłasko o potężnej do picia głowie i małych stópkach oraz Krzysio - chłopiec z gwiazd, wrażliwy i delikatny, któremu wystarczyły dwa kieliszki kalifornijskiego caberneta by się upić. Cztery godziny pracy wystarczały by padał ze zmęczenia, a to wszystko z powodu przebytej w dzieciństwie choroby Heinego-Medina. Podobnie jak Mia Farrow.
Obaj wstydzili się tego co stało się tamtego wieczora. Obiecali sobie, nikomu nie mówić o tym co wtedy zaszło.

Akurat minął rok pobytu Komedy w USA.
Mark Niziński pomagał pakować się Krzysztofowi w podróż do Europy. Komeda był już wtedy znany i ceniony. Pisał  muzykę do "Dziecka Rosemary", gdzie z  kołysanki zostało tylko "La,la,lalala..." bo Mia Farrow nie umiała śpiewać, a Polański nie mógł dłużej czekać.
Tej nocy Ilona  została z Komedą. Może to i dobrze, bo Zosia Komedowa była daleko w Polsce, a Ilona mogła tego dnia wezwać na pomoc Komedzie Marka Nizińskiego, w chwili kiedy zorientowała się nad ranem że Krzysio ma drgawki, bredzi i traci przytomność.
Zanim Niziński z Andrzejem Krakowskim dotarli do hotelu, Komeda oprzytomniał i nawet się ubrał, ale oni siłą wsadzili go do auta i zawieźli do szpitala.
Komeda przecież był lekarzem, laryngologiem, a nie potrafił sam siebie uleczyć. Nie pomagał lekarzom. Nie wiedział... nie pamiętał i nie skojarzył!
Z każdym dniem stan Komedy pogarszał się . Leczenie farmakologiczne przynosiło odwrotny skutek. Lekarze powtarzali jak mantrę że to wszystko objawy powikłań pogrypowych. Przyjaciele ciągle przy nim dyżurowali. Dzień i noc.Na zmiany. Marek Niziński, Marek Hłasko, matka Nizińskiego i wtedy pojawił się Wojciech Frykowski. 
Właściwie nie zwracał na nich uwagi. Wpadł do izolatki, przywitał się ze śniętym Krzysztofem i tonem pytającym właściwie zakomunikował Krzysiowi że musi pożyczyć jego auto. Znalazł kluczyki w
apartamencie i zapytał jeszcze gdzie ma otwarte konto na stacji paliw bo MUSTANG jest pusty a dużo pali. Tej nocy Komeda stracił przytomność i został podłączony do respiratora.

Hłasko czuł się winny. Nie mówił nikomu dlaczego, ale przyjaciele wiedzieli, że gryzie go sumienie od tego feralnego wieczora kiedy z Komedą szli, a właściwie zataczali się razem drogowym nasypem po pijackiej imprezie gdzieś w Beverly Hills. Byli radośni. Tworzyli. Komeda był już gwiazdą, a Hłasko czuł wenę. Pisał i pracował w hurtowni stali.
Może uciekali z barowej rozruby, z czego Hłasko był znany, a możne Marek posłał Krzysiowi serdecznego kuksańca przyjacielskiego i ten stracił równowagę i stoczył się z nasypu uderzając głową w beton. Marek zbiegł po Krzysztofa i na rękach niósł go do domu. Pijany Marek potknął się podobno i obaj upadli. Krzysiek miał rozbitą głowę którą w szpitalu mu opatrzono i po krótkiej obserwacji wypisano ze szpitala.


Tymczasem Krzysztof umierał. W izolatce było zamieszanie, a przy życiu utrzymywały Krzysztofa urządzenia. Lekarz mówił, że to już koniec i wtedy właściwie bez przyczyny Niziński zaczął opowiadać historię tamtego wypadku.
Lekarza prowadzącego jakby poraził piorun. W jednej chwili zlecił badania głowy z których później jasno wynikało, że Krzysztof ma dużego krwiaka w nieoperowalnej części mózgu. Ściągnięto specjalistę w nowatorskiej wtedy metodzie laparoskopowej do odbarczenia uszkodzonej części mózgu.
Komeda potrzebował spokoju. Hłasko z poczuciem winy, choć przez nikogo nie obwiniany, pełnił wartę w szpitalnym korytarzu. Obaj cierpieli. Hłasko na jawie, a Komeda we śnie. Komeda jeszcze przez trzy miesiące, a Hłasko do końca życia.
Frykowski pojawił się znowu w szpitalu. Hłasko zobaczył go wychodzącego od lekarzy i zaczepił pytaniem o stan Krzysztofa, bo po ostatniej awanturze jaką Hłasko zrobił widząc duszącego się Krzysia, miał zakaz wstępu na oddział.
Frykowski z lekceważeniem powiedział, że Krzysztofa już nie ma, jest bez kontaktu i nie ma po co tu przychodzić. Hłasko się wściekł i chciał Frykowi przyłożyć ale wykrzyczał mu tylko że ma oddać Krzysiowi Mustanga. Fryko tylko odburknął - spierdalaj!
Cwany Frykowski załatwił sobie dokument mówiący o jego wyłączności do kontaktów z Komedą i jednocześnie zakazujący kontaktu kogokolwiek z Krzysiem. W dokumencie nazwał siebie bratem.
Podczas rozmowy z Wolfem, mecenasem Krzysztofa Komedy, przyjaciele dowiedzieli się że Frykowski już wcześniej chciał handlować muzyką Komedy. Teraz przywłaszczył sobie mustanga, za którego raty opłacano z konta Komedy. Zniknęła książeczka czekowa z jego apartamentu i do banku spływały płatności czekowe podczas gdy Komeda leżał bez kontaktu w szpitalu.  Nazbierało się tego ok 1000$ gdzie bardzo dobra pensja to było ok 600$. Serwis auta, alkohole, garnitur, buty, sukienki i posiłki w pokoju hotelowym Krzysztofa i na jego rachunek...
Teraz przyjaciele zrozumieli dlaczego Fryko załatwił sobie wyłączność na kontakt z Krzysiem w szpitalu. Chodziło o odsunięcie ich od niego i od informacji. Z mecenasem przyjechali do hotelu z zamiarem inwentaryzacji rzeczy Krzysztofa Komedy. Nie było: złotej zapalniczki Dunhill, złotego Patka, magnetofonu Nagra z zapisanymi nagraniami oraz zapisów nutowych nowych niepublikowanych kompozycji. 
Wieczorem Niziński odebrał telefon: -Kurwa gnoju pożałujesz!
  Frykowski rozpowszechniał nieprawdziwe informacje wśród Polonii, że Komedę pobił Hłasko, a matka Nizińskiego okradła Krzysztofa. Prosił o pieniądze na leczenie Komedy (potrzebne mu na spłatę własnych długów) podczas gdy za lecenie płacił Paramount Pikczers. Wynajęty detektyw odnalazł Frykowskiego i w niedługim czasie Mustang został zwrócony do salonu gdzie został kupiony. Raty dotychczas wpłacone przepadły. Książeczka czekowa również została zwrócona.
W prasie pojawiało się coraz więcej artykułów o stanie zdrowia Komedy. Paramount opłacił leczenie jeszcze jeden miesiąc. Przyjechała Zosia Komeda. Marek Hłasko zapadał się w winie i rozpaczy. Komeda gasnął.    Zosia zabrała go do Polski gdzie umarł w kwietniu 1969r.
Marek Hłasko zmarł w czerwcu tego samego roku uprzedzając Zosię: - Jeśli Krzysio umrze to ja też pójdę...
Frykowski został zamordowany przez ludzi C.Mensona.

Na podstawie książki "Ostatni tacy przyjaciele" Tomasz Lach.

sobota, 15 kwietnia 2017

LOLA chce zmieniać świat.

                                  Lola chce zmieniać świat.

Miał dziewiętnaście lat. Wyszedł z domu, wprost w padający ostatkiem sił śnieg.
Warszawa stawała się biała. Nie myślał tego dnia o święcie kobiet.
BOLI
Śnieg padał nieśmiało przykrywając beton chodników, niestrudzenie topiący nawet największe kryształy puchu zostawiając tylko mokre, powoli znikające ślady. Wszedł w Aleje Jerozolimskie kierując się w stronę Nowego Światu.
Nie wiem czy był studentem czy chciał się spotkać z przyjaciółmi. Dostrzegł  biegnących ulicą  młodych ludzi. To było blisko ronda. Uciekali przed  milicją która miała rozkaz rozpędzić siłą strajkujących studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Nie rozpoznał wśród nich nikogo znajomego. 
Kątem oka dostrzegł w odległości kilku metrów młodego mężczyznę wbiegającego w bramę do kina Świat. Za nim wpadło dwóch milicjantów pewnych swojej przewagi  nie spodziewających się ataku rosłego mężczyzny. Rozprawił się z nimi kilkoma wprawnymi ruchami i zbiegł w stronę kina. Milicjanci pozbierali się z ziemi oszołomieni niespodziewanymi ciosami i pobiegli za nim. Jeden z nich zupełnie zapomniał o swojej pałce.
Tadek podniósł zapomnianą pałkę i dumny zabrał do domu jako historyczną pamiątkę.



Taką historię opowiedział mi w liście Pan Tadeusz Karpiński który tworzy Muzeum DDD. Pałka z tą historią jest prezentem dla mnie za przesłane materiały do muzealnego archiwum.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Idealne połączenie. Folkowisko 2016.


Pomyślałem że pomogę mu wieszać te zdjęcia bo jakoś sam sobie z tym nie radzi. Wychodzi na drabinę ale nie ma mu kto powiedzieć czy wiszą prosto. Poza tym przeciąg jest w tej stodole i rusza mu zdjęciami na wszystkie strony.
Zbierało się na deszcz więc trzeba się było uwijać bo kolejni ludzie wchodzili do galerii żeby schronić się przed nadciągającym deszczem. Kiedy niebo zrobiło się czarne i spadła gęsta ulewa, ludzi  było już tak wiele  że zdjęcia otoczone były z każdej strony mokrymi ciałami.
Nie da się tak pracować pomyślałem, ale on nie był tym wszystkim  zmartwiony. Cierpliwie odpowiadał na moje pytania i doklejał sznurki taśmą do dużych reprodukcji. Podtrzymywałem jego zdjęcia i mówiłem czy prosto wiszą na sznurkach.

Kiedy się wypogodziło ludzie rozeszli się do zajęć i zabaw.
Mirosław przygotowywał się do przedstawienia opowieści z podróży rowerowej na Ukrainę w poszukiwaniu korzeni swojej rodziny.
Kaśka nie mogła się doczekać.

Jechaliśmy na Folkowisko bo znaliśmy jego krótką ale bardzo ciekawą historię dzięki Michałowi z Jeleśni. Nie lubię folkloru, ale jego barwne opowiadanie rozbudziło w nas pragnienie znalezienia się prawie na końcu polski w miejscu gdzie kultura i tradycja regionalna jest inna i przede wszystkie inaczej podana niż na naszym rodzimym TKB - Tygodniu Kultury Beskidzkiej.
Lubimy tamte rejony. Przywozimy   stamtąd   zawsze dobre wspomnienia. Wierzyliśmy, że i tym razem nie będzie inaczej.

Pierwszym punktem programu istotnym  dla nas  było spotkanie z Gosią Kawką współpracującą z Fundacją im. Zofii Rydet. Znaliśmy Zapis Socjologiczny z prasy fotograficznej i z obszernej wystawy w pawilonie  Emilia w Warszawie.
Zależało nam na poznaniu bliżej ciekawego życiorysu Zofii Rydet i charakteru jej pracy dokumentacyjnej.

Pośród dyndających zdjęć rozmawiałem z Mirosławem o fotografii. Gosia oglądała jego zdjęcia i wydawało mi się że się jej podobają ponieważ niosą pewien ładunek wrażliwości jaki  wkładał w ich zrobienie Mirek.
Gosia opowiadała tego dnia o Zofii z zaangażowaniem i szacunkiem, a Mirek o swojej podróży i zdjęciach mówił z tęsknotą i żalem poruszony trudnym losem ludzi i ciężkim życiem na Ukrainie.


Jak to było?
Jacek i Kaśka w Nowych Gutach 1991
Chyba wtedy zaczepiłem Gośkę jakimś pytaniem, pośród ruchomej galerii poruszanych wiatrem zdjęć Mirka wiszących w stodole. Dołączyła do nas Kaśka z pewną nieśmiałością bo wiedziała, że powiedziałem Mirkowi jak bardzo ją wzruszyła jego opowieść.
Usiedliśmy w kręgu na leżakach Tygodnika Powszechnego i rozmawialiśmy długo i ciekawie.
Nasza paczka Nowe Guty 1991
Potem zostawiliśmy ich samych i następnego dnia spotykaliśmy niby przypadkowo razem. Spacerowali i rozmawiali. Na koniec razem nas pożegnali obiecując spotkanie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Podróżowaliśmy po Rumunii szlakiem książki Stasiuka "Jadąc do Babadag" i wielkim zaskoczeniem było dla nas pytanie, on line Gosi i Mirka, o nocleg na Mazurach albo na Warmii jak kto woli.
Okazało sie że wieczór zastał ich  w okolicy wsi Nowe Guty, tam gdzie z przyjaciółmi i Kaśką byliśmy po
 raz pierwszy autostopem na wspólnych wakacjach w 1991 roku.

Posyłali nam potem co jakiś czas zdjęcia ze swojej pierwszej wspólnej podróży wakacyjnej maluchem Mirka. .



Minęło pół roku i niepodziewanie nas odwiedzili, dając nam wiele radości ze wspólnie spędzonego czasu.
Jak przystało na fotoamatorów, wymieniliśmy się nie tylko wiedzą ale i swoimi pracami na pamiątkę tego radosnego i inspirującego  spotkania.
Oni są przekonani ze to dzięki nam się poznali. To takie miłe!
Zdjęcie Mirka z dedykacja, na pamiątkę spotkania.



niedziela, 29 stycznia 2017

Idźcie na Patersona.

Jeżeli macie odrobinę cierpliwości, a w życiowym pośpiechu dostrzegacie piękno rzeczy zwykłych, które mijacie co dnia... idźcie na Patersona.
Jeżeli potrzebujecie wyciszenia, a cisza ma dla was znaczenie... idźcie na Patersona.
Jeżeli otoczenie przytłacza was nadmiarem informacji i bodźców... idźcie na Patersona.
Jeżeli poezja ma dla was choć minimalne znaczenie... Paterson utwierdzi was w przekonaniu, że nawet ta odrobina pozwoli wam patrzeć na świat trochę inaczej.
Zrozumiecie, że "słońce też wschodzi" tylko dla was i świeci pomimo smogu. Trzeba tylko chcieć unieść  głowę.

Paterson taki jest.
Trochę melancholijny, choć codzienność nie jest dla niego kieratem. Codzienność ma dla niego znaczenie. "Kawa i papierosy " nie są jego rytuałami, ale poranek, zegarek... wodospad...
Codzienne czynności nie gaszą w nim ciekawości świata, a powtarzalność utwierdza w konsekwencji tworzenia nowego wewnętrznego obrazu codziennych widoków i zdarzeń. Poezja chroni go przed złym światem zewnętrznym, ale nie odcina od niego całkowicie. Pozostaje czujny i racjonalny kiedy Laura realizuje kaprysy, czy sytuacja w barze wymyka się z pod kontroli...

To bardzo przyjemne uczucie, kiedy reżyser kokietuje widza pewnymi niedopowiedzeniami,  lub dyskretnie zaznaczonymi skojarzeniami, na przykład wyrwanym skrawkiem lokalnej gazety czy fragmentem filmu w filmie. Czytający i piszący rozumieją się bez słów, a wiek nie jest żadna barierą. Wiedzą, że piszących do szuflady było więcej, a owo pisanie było u niektórych obok życia  "... które jest gdzie indziej" ale jest nie miej ważne. 

Żyjąc prosto, mając niewiele, wszystko nosimy w sobie. Nosimy wspólnie. Nie potrzebujemy bogactwa by mieć poczucie własnej wartości. Wartość jest w nas, dlatego kiedy przychodzi moment utraty łatwo pogodzić się z nim i zrozumieć, że nic się nie kończy ale coś może się dzięki temu znowu rozpocząć.





...a notes firmy Midori.



 

piątek, 27 stycznia 2017

Prezenty niespodziewane.

Listonosz dzwoni dwa razy.

Pamiętała o mnie CZECHOŻYDEK. Obdarowała świątecznym podarunkiem, którego spóźnienie nie ma znaczenia, bo wynagradza je zawartość upominku.
List, pisany odręcznie, co w dzisiejszych czasach należy podkreślać,  piękne pocztówki literackie fundacji Nowoczesna Polska, miesięcznik ResPublica 12/88 poświęcony 20 rocznicy inwazji wojsk UW w Czechosłowacji oraz egzemplarz podziemnego wydawnictwa antykomunistycznego z końca 1984 roku - Ruch Polityczny Wyzwolenie.

ResPublica.
Josef Skvorecki w wywiadzie daje wyraźny sygnał że  nie czuje się rzecznikiem narodu choć z perspektywy emigracji może lepiej i mocniej formułować problemy filozoficzne czy polityczne dotyczące jego narodu. Jednak najbardziej zależy mu na pisaniu, i nie dlatego by rozwiązywać problemy wielkiego kalibru ale by po prostu "ludzie go czytali". Nie jest dla niego ważny naród który nazywa nawet czasem chołotą ale najcenniejszy jest dla niego człowiek jako jednostka.
Interesujący jest fragment poświęcony możliwości wyjścia z uwczesnego kryzysu dzięki katolicyzmowi który zestawia z marksizmem. Podkreśla że pomimo zmian na świecie pewne wartości pozostają niezmienne... I tu ciekawostka bo w tym miejscu pozostało puste pole [-----] wymazane przez cenzurę i opisane:   (Ustawa z dnia 31.07.1981 o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 Dz. Ust.nr.20 poz. 99 zmiany: 1983 Dz.Ust. 44 poz.204)
W tym numerze ResPubliki jest jeszcze wiele takich miejsc usuniętych przez cenzurę.
Bardziej oparł się cenzurze list Ivana Klimy w którym pisze o pewnej bliskości Polaków i Czechów postrzeganej przez pryzmat indywidualnego zainteresowania Czechów polską kulturą. (wtedy w 88)  Nie tylko niskonakładowymi przekładami polskiej literatury ale filmami i teatrem. Statystyczny  Czech chętniej sięga po książki i filmy rozrywkowe. Polskie filmy cieszą się wielką popularnością. Czesi przyjeżdżają do polski na Jazz Jamborre czy oglądać filmy Formana na VHSie.
Polacy w oczach Czechów to, jak kiedyś tak i dzisiaj, handlarze, kombinatorzy oraz burzyciele porządku co do idei jest jeszcze dla Czecha akceptowalne ale związana z tym nieodpowiedzialność już nie jest rozumiana,  co potwierdziły niedawne spotkania Czułych Barbarzyńców w Bielsku.
Mariusz Surosz zapytany - Dlaczego Polacy lubią Czechów odpowiedział - Nie lubią! Oni lubią swoje wyobrażenie o nich.
Numer zawiera bogate kalendarium historii Czechosłowacji 1938 - 1988, listy naocznych świadków biorących udział w inwazji '68. Listy znanych Polaków mówiące o tym co w czeskiej kulturze jest dla niech ważne. ( Kieślowski, Lityński, Woroszylski )
Jest tekst o sukcesie Dzienników t1 Gombrowicza w USA (tł. z polskiego Lillian Vallee). Przez dwa miesiące w pierwszej dziesiątce najlepiej sprzedających się książek w Nowym Yorku. Cena 15 do 40 dolarów w zależności od oprawy. Słynny Penguin chciał je wydać w swojej serii ale nie otrzymał praw.
Niespodziewane prezenty najlepsze.
A najlepsze jeszcze przede mną i to niebawem :-)






wtorek, 17 stycznia 2017

Sztuka pod strzechy.

Naoglądałem się Antyatlasa na ręczniku Karoliny wygranym w konkursie MOCAK'u.
Kiedyś, Karolina pojechała z klasą na wycieczkę szkolną do Krakowa zobaczyć wystawę pt.: Gender w sztuce.  Podobała się jej.
Wspominałem o tym kiedyś, jak to niektóre uczennice i wychowawca byli zaskoczeni a nawet zniesmaczeni ekspozycją ponieważ nie sprawdzili o czym jest ta wystawa. Teraz historia zatoczyła pewne koło i wróciła do mnie przypadkiem na paczce papierosów.

           

Kaśka wysłała zdjęcie paczki papierosów do Bartka Jarmolińskiego i nie był zaskoczony podobieństwem.

wtorek, 13 grudnia 2016

Stan wojenny a... pamiętam.

...nie przespałem jak Jarosław Kaczyński do 12 w południe...

Zakładowy Mikołaj pracowniczy w bielskiej Befamie 12 grudnia.
Worek słodyczy dla mnie i Anety. Miałem wtedy 9 lat. Aneta 2 lata. Piękna idea socjalistyczna która przetrwała do dziś w niektórych przedsiębiorstwach. Na parkingu zakładowym stał nasz duży Fiat 125p koloru koralowego z pełnym bagażnikiem domowych wyrobów z zabitej świni hodowanej przez mojego ojca.
 Świniobicie to święto na wsi. Rzeźnik Antoni Świerczek przygotowywał wyroby cały dzień, od świtu do zmierzchu. Boczki, szynki, balerony, salcesony w świńskim pęcherzu, i kaszanki na ciepłej wieprzowej krwi upuszczanej o świcie w mglisty poranek. Część tego skarbu ojciec zawsze zawoził swojej siostrze Małgorzacie do Katowic.
Czasy były ciężkie więc czymś oczywistym było dzielenie się dobrodziejstwami ze wsi.
 
Maluchy bawiły się w osobnym pokoju. Luiza będzie pewnie pamiętać najwięcej. Krycha mało a Aneta  nic.
W mojej pamięci pozostał tłumiony gwar nocnych dyskusji przy wódce i kiełbasie z nutrii. Potem głośne, nocne tykanie nakręcanego zegara na półce z książkami, jasne światło latarń ulicznych oświetlające śpiące pokoje i... zimowy poranek niedzielny.
Dorośli w dziwnym dla mnie niepokoju chodzili z kąta kąt i o czymś o czym nie miałem pojęcia dyskutowali.
W pewnej chwili ojciec podniósł mnie i postawił na szerokim parapecie blokowego okna. Padał śnieg. Przed blokiem do dziś rosną wysokie drzewa, wtedy obsypane na biało do ostatniej gałązki. Na dole kiosk Ruchu i pusta ulica, pusty chodnik.
Staliśmy tak przez chwilę nie wiem na co czekając, bo śnieg nie był mi dziwny. Po chwili ojciec pokazał mi palcem dwóch ludzi w mundurach z wielkimi futrzanymi kołnierzami, ciasno opasanych z wielkimi czapami na głowach..
Dostojnie szli białym chodnikiem a niewinne drzewa kłaniały się im nisko. Ulicą Mikołowska przejeżdżały wozy bojowe na wielkich pompowanych kołach.
Po wspólnym śniadaniu dorośli siedzieli przy stole pili kawę extra select a dzieci w drugim pokoju bawiły się przy włączonym telewizorze. Jeden z dorosłych, siedzący przy drzwiach do drugiego pokoju odchylał się tylko by rzucić okiem przez ramię ma ekran telewizora.


Miał być teleranek a o 9:00 zamiast koguta pojawił sie facet w mundurze. Dorośli wskoczyli do małego pokoju i wszystko się im wyjaśniło. Jednak dla nas niezrozumiały był brak teleranka. Dyskusjom w dużym pokoju potem nie było końca a nasza zabawa w dziecięcym gronie trwała niezmącona.
Powrót do domu za to mieliśmy utrudniony bo na każdym skrzyżowaniu mijaliśmy wozy bojowe i żołnierzy. Nie pamiętam momentu kontroli ale rodzice pewnie się bali. Dobrze że bagażnik Fiata był już wtedy pusty, bo za jego zawartość można było pójść do więzienia.
Dziękuję za uwagę...

niedziela, 11 grudnia 2016

ZROBIŁEM FIATA KAROLINIE - 1978



Od dłuższego czasu przeglądałem ogłoszenia w poszukiwaniu malucha. Pewnej nocy pojawiło się ciekawe ogłoszenie na allegro.
Maluch z 1978 roku  w miejscowości Lubsko. Stary typ, właściwie taki pierwszy, tylko już modyfikowany przez właściciela. Brzydki i bez ważnego badania technicznego. Prawie 500km od domu, pod niemiecką granicą.
Kaśka już zasypiała, ale musiałem ją zapytać, czy nie ma nic przeciwko. Uniosła tylko powiekę i przekraczając granicę snu ziewnęła:
- A kuuupuujjj...
Kupiłem auto gestem -KUP TERAZ-  za 800 złotych. Następnego dnia zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. Zaplanowaliśmy z Kaską jesienną wycieczkę do Lubska. Sprawnie dotarliśmy na miejsce. Właściciel okazał się bardzo miły i uczciwy. Niczego nie ukrywał, a nawet obdarował nas wielką ilością części zamiennych. Kompletem dokumentów, rachunków i paragonów z napraw.


Żeby nim "bezpiecznie" wracać musiałem zrobić badanie techniczne. Auto było tak zgnite, że diagnosta chwycił się za głowę.  Na szarpaku podłoga dosłownie się rozjeżdżała. Dostałem tymczasowe pozwolenie na tydzień, tylko by dojechać do domu. Podpisanie umowy uczciliśmy kawą i ciastem, specjalnie upieczonym na tę okazję przez żonę właściciela.. Nie mogli się z tym maluchem rozstać, bo auto było od początku w jednej rodzinie i woziło dwa pokolenia. Teraz nasze młode pokolenie będzie kolejnym.


Noc spędziliśmy w hotelu w Lubsku i rano po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę... z duszą na ramieniu bo hamulce były bardzo słabe, a prędkość maksymalna 80km/h.



Po drodze miałem małą awarię, bo maluch gubił zapłon. Okazało się, że pierścień segera spadł z ośki przerywacza i robił zwarcie w aparacie zapłonowym.
Na pełnym baku zrobiłem 400 km. Przed Katowicami wlałem piątkę z kanistra i dojechałem do domu.
Z Karoliną i Sebastianem w jeden dzień całego rozebraliśmy. Została buda na kołach. Już wtedy wiedziałem jak wiele części będzie potrzebnych.
  Pas przedni, połowa podłogi bagażnika, błotniki, progi, poszycia boków, belka tylna, podłoga przestrzeni pasażerskiej, miski sprężyn, wzmocnienie pod przednie wahacze, uchwyty podnośnika. Do tego arkusz blachy 1mm na łaty i dwójka na ścianę grodziową pod układem kierowniczym, szyny siedzeń.
 Do tego jeszcze pompa hamulcowa , wspornik układu kierowniczego, tylny wahacz, przewody miedziane, szczęki, przeguby, zabieraki, chromowane zderzaki, komplet siedzeń ze starego malucha, konsola przełączników bo była połamana, nowa szybka licznika, klamki wewnętrzne i zewnętrzne chromowane, radio z epoki -Tramp - Unitra, półka na głośnik wąska, białe szybki lamp i kierunkowskazów, hak na biało i felgi lakierem proszkowym, pasy bezpieczeństwa statyczne niebieskie, gniazdo elektryczne haka, bałwany, odboje, cienka kierownica, linki,



Źle robi się blacharkę kiedy auto było wcześniej rozbite i naprawiane z pomocą palnika, a elementy spawane po rancie bez nawiercania.  Takie były czasy. Z tego powodu miałem utrudnione zadanie, bo gdy do tego doda się, tak zwane, części wyprodukowane w prl'u przez rzemieślników to robota jest jeszcze gorsza bo nic nie pasuje.

Nie ma się co rozpisywać o fizycznej pracy. Była straszna. Cięcie, spawanie, pasowanie, dorabianie, szlifowanie. Nie liczyłem godzin, ale jedno jest pewne, lepiej więcej zapłacić za auto w lepszym stanie bo potem naprawa jest bardziej komfortowa i wszystko dobrze pasuje.Przygotowanie do lakierowania to kolejne dni rzeźbienia kitu i podkładu.  Szlifowanie i lakierowanie zakończyło pewien etap. Konserwacja,
 składanie to kolejne dni. Drzwi jeden dzień, instalacja elektryczna jeden dzień, silnik, hamulce, wnętrze i...już mi się nie chce dalej wymieniać.
Skończyłem.
Przeszedł przegląd, został przerejestrowany i Karolina oraz Sebastian czekają na egzamin z prawa jazdy. Numer rejestracyjny czekał rok w wydziale komunikacji w Żywcu. ( Dorota Hebda - dzięki)





















sobota, 10 grudnia 2016

CZARNY ATRAMENT, LISTY SZYMBORSKIEJ

Od dawna piszę piórem. Sprawia mi to przyjemność. Piszę do ludzi. Piszę dla samego pisania. Kiedy nie piszę, wtedy czasem otwieram pióro i kreślę linie na karteczkach do notatek. To przyjemne uczucie trzymać w spracowanej, silnej dłoni, takie delikatne narzędzie, jakże inne od tych które używam na co dzień. To uczucie porównywalne z dotykiem kobiecej dłoni uniesionej do powitania. Szkoda że nie wszystkie kobiety o tym wiedzą. Nie wszystkie chcą się witać.
Dłoń, podana jak opadający liść, do ucałowania, pachnie. Ciepło ciała otulające dłoń niesie obłok zapachu ze źródła w zgięciu nadgarstka. Perfumuje się nadgarstki lecz tylko we wnętrzu. Dlaczego nie można całować ciepłego wnętrza dłoni by sycić się aromatem intymnego wyboru perfum.
Dlatego witając się czule dotykiem policzków, zawsze sięgam szyi by poznać osobisty wybór zapachu. Zdarza się, że ten zapach  zostaje na moim policzku dłużej i towarzyszy mi jeszcze przez jakiś czas.

Pisząc, czasami zaciągam się zapachem atramentu, celowo zbliżając stalówkę do nosa. Ten moment ożywia obrazy z dzieciństwa. Lata nauki pisania tanimi chińskimi piórami i atramentem Hero, bo innego po prostu nie było. Do dziś można go kupić za 3,50zł i te same pióra Herb 330 w podobnej cenie.
Wąchając atramenty różnych marek zastanawiałem się czy istnieją perfumy posiadające choćby w minimalnym stopniu nutę zapachową zbliżoną do atramentu.
Przeszukiwałem internet wpisując rozmaite konfiguracje haseł dla wyszukiwarki i ku swojemu zaskoczeniu znalazłem kilka opisów jednej perfumy

                                                 LALIQUE  --  ENCRE NOIRE  --  
  


Ciężkie, prosto ciosane, ciemne szkło przypominające kałamarz. Trochę większe niż buteleczki z atramentem. Zamknięte drewnianą zatyczką z ciemno bejcowanego drewna i tłoczoną sygnaturą.  Precyzyjny atomizer 100ml.
Bardzo pozytywne recenzje blogerów i opisy wrażeń zapachowych spowodowały, że zapragnąłem poczuć ten zapach na własnej skórze i skonfrontować go z własną wyobraźnią.
Próbki są łatwo dostępne w internecie.
Listonosz zawsze dzwoni dwa razy.
                          
***

Zaciągnąłem się... i ne poczułem atramentu. Nie ma podobieństwa, jednak moc, wyrazistość i trwałość są jakby właśnie atramentowe. Trwałe i ponadczasowe. Zapach po wielu godzinach jest nadal wyczuwalny. Po zachłyśnięciu się gamą wielu mocnych wrażeń z czasem ustępuje dyskretnej obecności, objawiającej przy nagłych ruchach powietrza wokoło głowy. Jego delikatne ślady pozostają nawet po dwunastu godzinach, wtedy staje się tak dyskretny, że tylko dotykiem można go jeszcze odnaleźć.
Czarny Atrament skomponowany przez Nathalie Lorson doskonale pasuje do pięknego czarnego pióra okolicznościowego LAMY sygnowanego podpisem Wisławy Szymborskiej na okoliczność dwudziestej rocznicy przyznania Nagrody Nobla. Sprawiłem sobie przyjemność kupnem tego pióra podczas promocji książki "Najlepiej w życiu ma twój kot" , Listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza.

Spotkanie z autorami odbyło się w najlepszym z możliwych miejsc czyli Kawiarni Literackiej Kornel i Przyjaciele gdzie gośćmi byli Michał Rusinek, Sebastian Kudas, Teresa Walas. Listy czytali aktorzy teatru z Czeskiego Cieszyna.
Pióro LAMY jest solidnym narzędziem piśmienniczym pasującym do dłoni doskonale i z niezwykłą lekkością tańczącym na kartkach starego pożółkłego papieru.
Jeżeli ktoś chce mi dać przyjemność pisania piórem otrzymując ode mnie list, to proszę o kontakt szurens@gmail.com.

Listonosz kiedyś przyniósł mi tester. A, Karolina i Sebastian, przynieśli mi wczoraj pełny kałamarz.