Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

poniedziałek, 18 maja 2015

Kino...lepsze niż sex.

 Rzepak nie zakwitł tego roku na czas. Magnolie opadały bezsilnie mięsistymi płatkami nie wytrzymując głodnych ludzkich spojrzeń ciążących im od dwóch tygodni.

"Bardzo lubiłam jeździć do Cieszyna. I nie tylko dlatego, ze w tak miłym towarzystwie. Coś było w ludziach, atmosferze tego miasta, co wydawało się rzadkie. Ustrój (...) dążył do tego żeby wszystko maksymalnie ujednolicić.(...) Cieszyn wydawał mi się jakiś inny, oporny. Jakby mniej było w nim krętactwa, pozerstwa, fałszywych słówek i wątpliwych aspiracji... Zapytałam kiedyś Kornela (Filipowicza) , na czym właściwie ta inność polega. " Może stąd - odpowiedział- ze tutaj ludzie częściej niż gdzie indziej patrzą sobie prosto w oczy"..." 
W. Szymborska członkini Cieszyńskiego Klubu Hobbystów

Patrzą prosto w oczy i często się uśmiechają, wymieniają uprzejmości chętniej, jeśli widzą na szyi drugiej osoby identyfikator Kina na Granicy, koszulkę czy siatkę z symbolem przeglądu filmowego. Odnoszę wrażanie, że mieszkańcy Cieszyna po prostu nas lubią i to okazują. Myślę, że wielu czuje się wyróżnionych symbolem KnG. Nigdy nie spotkała mnie w Cieszynie przykrość.



foto:J. Saudek
Pytają mnie znajomi jak to możliwe, że jestem sam tydzień poza domem, że nie wracam na noc, że siedzę po dziesięć, dwanaście godzin w kinie, i czy aby na pewno w kinie??? Pukają się w czoło. Spotykam tam kobiety, bo jakoś tak się składa ze znam ich więcej,  nie licząc antykwariuszy... Rozmawiam z nimi spacerując, szepczę do ucha w kinie, dzielę się w ciemności Tiktakiem i płaczę wzruszony bez wstydu, lub milczę pod parasolem, kiedy brak mi słów. Dla wielu to dziwne lub niezrozumiałe, że tak też można. Że można też nie wypić piwa, a nawet kofoli... bo jakoś nie było czasu ani pragnienia. Liczy się film... jak najwięcej filmów. 
 Umberto Eco z wywiadu w Literaturze na Świecie 10/88 "...jazda samochodem, czytanie książek, chodzenie do kina i do teatru powoduje zmniejszanie się stosunków płciowych. Jasne, że ludzie kochają się bez przerwy, jeżeli nie maja nic innego do roboty. A jeżeli maja dużo zajęć poświęcają się sexowi tylko w soboty"
 W moich odpowiedziach na pytanie "jak było ?" doszukują się się drugiego dna, puszczają porozumiewawcze oko widząc moje zadowolenie i uśmiech na wspomnienie Kina... to takie prowincjonalne i dulskie... i strasznie mnie to wkurza, kiedy rozentuzjazmowany zaczynam opowiadać jak było, a tu ni z gruszki ni z pietruszki pada pytanie: - A momenty były...?
  I już mi się dalej nie chce gadać, choć momenty rzeczywiście były i to wielkiego kalibru, rozmiarów z końca alfabetu.

100/20/6  wymiary KnG :-)

Grubo ponad sto filmów, a jakby policzyć krótkometrażowe i bajki to nazbierało by się nawet sto pięćdziesiąt. To wszystko przez pięć dni od rana do nocy w sześciu miejscach. Zastanawia mnie jakie osobiste rekordy mają na swoim koncie widzowie Kin na Granicy. Udało mi się obejrzeć dwadzieścia filmów i znaleźć czas na spacery (bo wstawałem ok 7:00).
 Najgorszy był dla mnie sobotni i niedzielny poranek, kiedy nie mogę zjeść śniadania tak wcześnie. Z resztą, to wszystko jest nieważne. Nawet to że dziewczyna która spała nade mną notorycznie wyłączała mi ładowarkę w nocy i rano budziłem się z pustą baterią. Porządny gość festiwalowy chodzi wcześnie spać i rano wstaje :-). Koncerty właściwie nie mają dla mnie znaczenia bo ja nie jestem rozrywkowy chłopak. Jednak są ważnym elementem kinowego kalendarza dla wielu.
 Było sporo filmów, które już widziałem lub mam w swojej kolekcji, dlatego mogłem zobaczyć te które przegapiłem w kinie, albo te o których nie miałem pojęcia że istnieją.
 Dużo radości dał mi "Fotograf" dzięki któremu lepiej poznałem Saudka. Znać go tylko z fotografii to nie to samo co patrzeć na jego zdjęcia z perspektywy biografii i emocji. Naiwnością byłoby myśleć że jego praca jest łatwa, lekka i przyjemna.
Adam Sikora, Maciej Gil...
 Zakochany w kobietach traktował je jak boginie. Jego ściana stała się dla nich ołtarzem, a on kapłanem i później ofiarą na ołtarzu sztuki i namiętności. Jak sam powiedział po pierwszej projekcji:  Oglądanie tego filmu było podniecające. Musimy mu wierzyć na słowo bo był współautorem scenariusza, a o potencji niech świadczy ilość potomków (15) i to że w maju obchodzi osiemdziesiąte urodziny. W filmie przewija się David Ćerny, który nie chciał grać pod dyktando reżysera, tylko po swojemu i trudno się dziwić ekscentrykowi który przelicza swoje zdolności twórcze na ilość wyprodukowanego nasienia.

Majowy sex na Granicy. 


 Saudek zarodowy w wielkiej obfitości na ekranie był przeciwwagą dla surrealistycznej opowieści westernowej Krzyształowicza, gdzie potencja bohatera jest legendarna lecz enigmatyczna, a społeczność Rio Bravo bez moralności i zasad strawiona syfilisem. Sony Holiday trochę jak nasz AS  obdarzony ponadprzeciętną wrażliwością i podświadomą potrzebą stabilizacji układa się z Dorotą Stalińską, jak stare dobre małżeństwo nie zważając na jej weneryczną
przeszłość.  Pojawienie się 14 letniej Renaty Dancewicz burzy w nim krew i burzy spokój  największego rewolwerowca Billego necrofaga. Szeryf Ferency niegodny gwiazdy na piersi, swoim pożądaniem pięknej Lo komplikuje życie wszystkim.

 Są jednak tacy którzy komplikują sobie życie sami przez nieprzystosowanie do świata, pokazani w dokumentalnym filmie VELKA NOC. Pod płaszczykiem pudru i pozornej wolności próbują dać szansę szczęściu każdej nocy, ulicy, dyskotece i kolejnej działce czy kieliszkowi. Łatwy sex to ciężko zarobione pieniądze, a kac poranka boli wtedy jeszcze bardziej kiedy kolejny raz marzenie rozmijają się z rzeczywistością.


Kingsajz w Muzeum Kinematografii w Łodzi
 Dwa światy, realny z naszej perspektywy i niewidoczny dla nas krasnoludowy Kingsajz kolejny raz bawiły wszystkich chyba bez wyjątku.  Obecność Katarzyny Figury zachwyciła na projekcji wszystkich. Niejeden chciałby wspinać się po drewnianej Kaśce zrobionej w studiu Barrandov. Czy tylko ja mam wrażenie, że Katarzyna Figura jest w realu mniejsza i delikatniejsza niż jej ekranowa emanacja?
Pytanie dyrektora Gila : Kto jeszcze nie widział Kingsajzu zwaliło mnie z nóg. Prawie połowa sali podniosła ręce. To budujące, że pojawiają się kolejne pokolenia zainteresowane takim kinem. Ta radość jest przed nimi, tylko czy nie pamiętając tamtych czasów potrafią zrozumieć przenośnię.

Obecność aktorów, reżyserów i producentów jest  niezastąpiona podczas przeglądu. Brawa i pełna widownia jest dla nich równie ważna jak tantiemy. Ich opowieści z planu i realizacji filmu pozwalają wyjść poza ramy obrazu i jego ulotnej rzeczywistości. Dzięki ich słowom dotykamy nieosiągalnej dla wielu, rzemieślniczej pracy przed kamerą i w studiu. Niekiedy odpowiadając na pytania widowni ułatwiają zrozumienie dzieła filmowego, czasem sprowadzają z manowców nadinterpretacji...Katarzyna Figura, Jowita Budnik, Szymon Warszawski... Szkoda że nie było, Kurva Fix, Czułego Boleslava Polivki,  którego mogliśmy oglądać u Barbarzyńcy Hrabala. 
I nie przeszkadzało nikomu że znikały polskie napisy, że "zrywała" się taśma filmowa. Bawiły nas sztuczki z mikrofonami,  i prawie nikt nie żarł w Kinie na Granicy.

Wiele filmów zostało we mnie, wiele filmów będę oglądał kolejny raz w  domowym łóżku kinowym z bliskimi, którym przynoszę co roku dobre wieści z Cieszyna.

PS. Podręczny kalendarz projekcji to bardzo dobry pomysł. Opisy filmów nie są w nim konieczne, jednak przy tytule przydałby się nr strony z katalogu i więcej kartek dla notatek.

Wynajęty klaun, Pirackie sidła, Poczta na południu, Mąż na godziny, Wielka noc, Coś mi zabrano, Eukaliptus, Schmitke, Fotograf, Kingsajz, Kebab i horoskop, Czuły barbarzyńca, Jeziorak, ...konie po betonie, Heavy Mental, Wszystkie moje dzieci, Comeback, Carte blanche, Gottland

GALERIA KnG































czwartek, 7 maja 2015

Miłoszewski, Mikulski, Wu-Zet-Ka.

  Leżały w wielkim stosie, z którego wypływały strużki kolorowej wody. Padał deszcz. Moknąłem razem z nimi, w samej koszuli i trampkach. Musiałem się spieszyć przed bezlitosnymi maszynami, które w swoich szczękach je zgniatały. Wyciskały krople, które chłonęły litery z napuchniętych wilgocią wnętrzności. 
Potykałem się brodząc w mazi rozmoczonej celulozy, jak pośród gruzów Warszawy. Oglądając się za siebie, byle nie stracić anonimowo życia pod stosami ważącym dziesiątki ton. Łapczywie  zbierałem przyciskając do piersi, by było ich więcej i więcej... zanosiłem w bezpieczne miejsce. Układałem z czułością i wracałem po następne, które dostrzegłem w oddali. Sięgałem czubkami palców wyciągnięty jak struna. Resztki i pozostałości innych rozpływały się pod moimi stopami. Nie mogłem sięgnąć. Nie mogłem ryzykować życia. Musiałem zostawić... 

Jak zwykle wahałem się, czy prosić o pozwolenie wejścia na teren skupu surowców wtórnych, bo kiedyś nie było wolno i wszystko zależało od dobrej woli wagowego. Na szczęście znajomości otwierają wiele drzwi. Ale tak było kiedyś. Teraz wystarczy poprosić o kamizelkę z napisem GOŚĆ... 

 W dniu kiedy umarł Stanisław Mikulski, pośród kupionych przeze mnie książek na targu, była jedna w której zbiegiem okoliczności pierwszy rozdział był poświęcony właśnie jemu. 
Dzisiaj pośród uratowanych przeze mnie książek była jedna, którą zabrałem ze sobą do pracy bo miała kolorową okładkę i kilka interesujących nazwisk. 
 Empik w 2012 roku wydał zbiór opowiadań na okoliczność Światowego Tygodnia Książki. Znalazły się tam utwory J.Dehnela, M.Kalicińskiej, R Kosika, Z.Miłoszewskiego, B.Pawlikowskiej
 Zacząłem czytać od środkowego rozdziału pod intrygującym tytułem: "Potęga wuzetki", bo zestaw obowiązkowy kawa i wuzetka, bo trasa W-Z... Miś, inż. Karwowski, Anioł, 1313... co jeszcze?

Opowiadanie jest ukłonem w stronę miasta i wyrazem niezmiennej może i trochę naiwnej miłości oraz tęsknoty do niego. Na dwudziestu kilku stronach autor zatoczył czasową pętlę wydarzeń od lat 60' XXw. gdzie umieścił parę narzeczonych "prześladowanych" przez "Dwóch panów N" z powodu nietypowej daty urodzenia  dziewczyny i zazdrości jej kawalera o ideał męskości reprezentowany przez Stanisława Mikulskiego przewijającego się w tle opowieści podobnie jak w "Dziewczynach do wzięcia".(14:25)
Spirala czasu, przez dekady i historyczne wydarzenia od Gierkowskiego okresu rozwoju, przemian ustrojowych, niewidzialnej ręki rynku, aż do czasów współczesnych zawiera w sobie narodziny nowego pokolenia i wzrastanie z innymi ideałami od tych którymi kierowali się rodzice. Pojawiają  się politycy z pierwszych stron gazet, ale i bohaterowie filmów wrzuceni dla zorientowania czytelnika w czasie i przestrzeni. Wydarzenia są tłem dla rozważań futurologicznych bohatera i weryfikacji niezrealizowanych marzeń. 
Motywem przewodnim jest pytanie: Czy za pięćdziesiąt lat nadal będzie można w Warszawie zjeść Wuzetkę. Na dzień dzisiejszy, czyli pierwsze 50 lat,  odpowiedź jest twierdząca w opowiadaniu i w rzeczywistości. Czy za następne 50 lat również będzie można zjeść wuzetkę odpowiedzcie sobie sami. 
Dziękuję za zaproszenie na Wuzetkę Dorocie Anecie i Joannie. Z powodu obecności Stanisława Mikulskiego w opowiadaniu książka zostanie przekazana Bogdanowi, do stawkowego archiwum we Wrocławiu.


10kg za 6zł



poniedziałek, 4 maja 2015

Jeszcze jeden...

A wszystko przez Kino na Granicy
 Długo ociągałem się z rejestracją na Instagramie.  Tumblr wydawał mi się lepszy... subiektywnie. Chciałem dać możliwość trochę dłuższego życia moim zdjęciom które powstały podczas festiwalu. Organizatorzy zaproponowali tagowanie hasłem #kinonagranicy zdjęć festiwalowych i ewentualne ich wykorzystanie. 

Spróbowałem i spodobało mi się od pierwszego kontaktu. 

                                                      Oto mój profil INSTAGRAMOWY.  
                                                             Jak zwykle SZURENS.

  Jest też ikona odsyłająca na stronie bloga. Będzie mi miło spotkać się z innymi użytkownikami instagramu na tej płaszczyźnie. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

PŁYTY ZA POPIELNICZKĘ.

Obietnica prezentu motywuje. 

Miłośniczka kolei zaproponowała mi spotkanie w niedzielne popołudnie i przekazanie kilku płyt winylowych do naszej kolekcji. Warunkiem było spotkanie w pociągu. Wymiana peronowa nie wchodziła w grę ponieważ pozbawia widoku radości osoby obdarowanej. Przedmioty mają przecież swoją wartość sentymentalną i nie można ich tak po prostu dać i wziąć jak bochen chleba w sklepie. By mieć więcej czasu na rozmowę podjechaliśmy z Kaśką się do stacji Sporysz i tam na słonecznym peronie czekaliśmy na pociąg relacji Żywiec - Sucha Beskidzka. 

Jej serdecznego uśmiechu nie sposób przegapić w oknie pociągu nawet przez zaparowane szyby. Teresa, rower... i płyty! 
Nie wypadało tak po prostu odebrać płyty w drzwiach i podziękować. Szykując się na spotkanie, myślałem co może ucieszyć miłośnika kolei? Czy jest coś czym mógłbym się odwdzięczyć? 
 Znalazłem w swoich skarbach targowych popielniczkę. I to jaką! Malutka trochę większa niz pudełko zapałek. Sygnowana wytłoczonym napisem PKP.Takie były w szaro- zielonych piętrusach. Szybko wymyśliłem jak ją wyeksponować by cieszyła oko domowników.. 
Przyspawałem ją do blachy. Blachę oprawiłem w drewnianą ramkę by można ją było powiesić na ścianie. Chyba udało mi się Teresę zaskoczyć. 
Kupiliśmy bilety ale nie do Pewli, lecz o jeden przystanek dalej, do Jeleśni. W pociągu poznaliśmy Miłośników kolei beskidzkiej którzy tak sobie jeżdżą w tę i z powrotem :-) 
 Chóralne łłaałł potwierdziło, że miałem dobry pomysł z tą popielniczką. 
Podróż zakończyliśmy w Jeleśni gdzie mąż Teresy już czekał z rowerem na wspólny powrót do Żywca. My poszliśmy pieszo do domu 4km.  








   





wtorek, 7 kwietnia 2015

Przyjemność pisania...

...przyjemność notowania w blogu, ale większa przyjemność pisania na "wyczerpanym papierze". Od jakiegoś czasu na tym, który kupiłem za grosze na targu.

Pisanie piórem wydawało mi się czymś oczywistym i normalnym. Nie traktowałem tego jak prowincjonalnego snobizmu. Niekiedy nawet kryłem się z tym, by uniknąć naiwnych pytań i zbędnego tłumaczenia. Miałem jakieś stare pióro i nim pisałem. Dobrze mi się nim pisało, do momentu pierwszego komplementu jaki otrzymałem od dziewczyny na karuzeli

 Popatrzyłem na swoje pismo. Drukowane najczęściej, bo wtedy sam siebie potrafię odczytać a i bliscy do których piszę mają ułatwione zadanie. Najtańszym atramentem HERO Ink, które pamiętam jeszcze z podstawówki i chińskim piórem HREB 330 które do dziś jest sprzedawane w sklepach papierniczych po kilka złotych. Dobrze mi się pisało do momentu wyróżnienia. Zastanowiłem się wtedy jak to jest pisać innym piórem, tzw. dobrym piórem? Czy można pisać jeszcze łatwiej, ładniej, czy pisanie może być przyjemniejsze?

Pomyślałem że mogę spróbować. Szybko uświadomiłem sobie że nie będę kolekcjonerem, bo ceny piór wiecznych bywają zawrotne. Pozostało mierzyć siły na zamiary i spróbować tego na co mnie stać. 
HERB 330 najtańsze pióro w każdym papierniczym


 Chyba każdy z mojego pokolenia zaczynał pisanie od pióra HERB 330. Takim piórem pisałem. Ma wady. Czasem skrobie i zawsze zasycha. Winna jest nieszczelna skuwka. Wystarczy dmuchnąć. Każde pióro z nieszczelną skuwka będzie zasychać. Niektóre można we własnym zakresie uszczelnić silikonem.  
 Odwiedziłem najbliższy sklep papierniczy i pytanie o tanie pióra, kiedy stoi się obok witryny z piórami po kilkaset złotych, wprowadziło ekspedientkę w zakłopotanie.  Propozycja 100 złotych za pióro była dla mnie nie do przyjęcia. 
 Po krótkim zastanowieniu, sprzedawczyni znalazła pod ladą polskie pióra ZENITH OMEGA na zwykłe naboje, po dwie dychy. Dwie wersje, obie plastikowe; Jedna w połysku druga satynowa. Jedna w chromach, druga pozłacana. Wersją lux czyli modelem OMEGA NICE lepiej się pisze, co widać na próbce. Oba pióra nie zasychają.
cdn.


piątek, 3 kwietnia 2015

Anatomia upadku.

 Chciałbym znowu pojechać do ameryki.... już raz chciałem... ciotkę mam w okolicy Detroit.

Uwielbiam ujęcia filmowe słonecznych amerykańskich ulic, pełnych przechodniów, dużych samochodów, parterowych domów i sklepów na przedmieściach, jak w "Dymie". Uliczna przeciętność, zwykłość przechodniów intryguje mnie anonimowością ich losów. Zagadką zaciszy domowych, tajemnicą relacji rodzinnych, samotności, szczęścia czy tragedii.
 Czekałem na tę książkę od pierwszej zapowiedzi. 
Znałem Detroit z fotoreportaży ukazujących powolny upadek wielkiego miasta. Pożądam takich miejsc. Ekscytują mnie opisy rozkładu. Podniecające jest eksplorowanie opuszczonych budynków. Niezwykła jest nadzieja odnalezienia czegoś wyjątkowego lub wręcz przeciwnie, czegoś prozaicznego ale uświadamiającego nagłą bliskość z człowiekiem który musiał to miejsce opuścić. Dlaczego musiał? Jaka jest jego historia?
 Duże nadzieje wiązałem z tą książką. Liczyłem na obszerne relacje, wielostronicowe opisy zmieniającego się miasta i rozpadających się więzi społecznych. To miała być obiecana sekcja zwłok.  Analiza społeczna. 

 Reporter NYT rezygnuje z posady i osiada na prowincji, w mieście w którym jest ukorzeniony. Czuje że ma misję do spełnienia, że musi coś zrobić dla miasta i dla siebie.

 Trafia do ludzi, których losy komplikowały się z każdym rokiem pogarszającej się koninktury na rynku samochodowym. Miasto symbol, miasto wzór amerykańskiego sukcesu które w ciągu 30 najlepszych lat wzbogaciło się o milion mieszkańców. Teraz mieszka tam zaledwie 750 tyś. 
Dawało każdemu szansę: pracę, dom z ogródkiem na kredyt, auto stojące na podjeździe też na kredyt, telewizję, grilla i piwo...
Teraz też jest pierwsze ale jako bankrut, jako przykład złego zarządzania, wszechogarniającej korupcji i nepotyzmu. Przekierowywania środków finansowych pod stołem do kieszeni polityków i urzędników, kosztem osłabienia takich struktur jak straż pożarna, policja i służby medyczne a nawet edukacja. 
Kryzys finansowy popchnął Detroit w przepaść jaką wykopały banki z ryzykownymi kredytami. Przemysł zaczął się wynosić z miasta w inne rejony USA, bezrobocie poszybowało jak w latach dwudziestych...

Le Duff z typowym, amerykańskim, wręcz tabloidowym zacięciem tropi przestępstwa jakich dopuścili się ludzie ze świecznika. Jest zadowolony ze swojej skuteczności. Trochę zarozumiały. Czasem uderza w wysokie tony pełne patosu i kończy książkę happy endem... właściwie nadzieją i przestrogą dla innych miast stojących na krawędzi.

Nie tego oczekiwałem. Liczyłem na kwiecisty styl pełen opisów, emocji , wrażeń, uczuć. Chciałem być oczami autora, potem na jego twarzy i kurzem ulicy w nosie. Jak u Stasiuka. Zostałem natomiast czytelnikiem zbioru opowieści o ludziach i ich problemach, bezsilności, zawiłych losach, przemocy i bezmyślności. To było jak przeglądanie tabloidu, gdzie przekaz musi być prosty i celny.  

Charlie doprowadził pewne sprawy do końca. Sprawiedliwości stało się zadość. Poprawił swoją samoocenę, samopoczucie i podziękował wszystkim na końcu książki. 

Za dużo przekleństw które nie ubarwiają dialogów. Jakieś literówki i chyba dwa momenty gdzie miałem wrażenie że tłumaczono z pomocą translatora internetowego...
Jednak nie żałuję :-)

środa, 28 stycznia 2015

Co ja Jej zrobiłem?!

Okazja czyni darczyńcę.
 Kieruję się impulsem, a konsekwencje okazują się potem brzemienne w skutki. To nie pierwszy i nie ostatni raz kiedy moje działanie powoduję u innych wybuch pozytywnych emocji. 
Raczej nie przestanę, bo czyjaś radość jest bezcenna. Zastrzegam sobie jednak prawo wyboru.

Tym razem KOBIETA W KARUZELI ŻYCIA dała wyraz swojemu wzruszeniu wspominając o mnie. To takie miłe choć facetowi komplementów nie powinno się prawić. Dziękuję Vi-Ma...


Nie, nie chodzi o książki!

czwartek, 8 stycznia 2015

Hi-Fi SUPER STAR super hit

                                                    ... MARTYNIE...

Siódma za dwie.
Już nie śpię, do szkoły mam tylko pięć minut pieszo.

Siódma rano.
Moi nieco starsi koledzy dojeżdżają szarym, piętrowym pociągiem do średniej szkoły w Bielsku, więc wychodzą o tej porze z domów. Torby, skórzane raportówki, dyndają im na wysokości kolan a w katanach dżinsowych błyskają plakietki. O naszywkach wtedy nawet nie marzyliśmy.
Mam ciepło w pokoju, otwarte okno. Słucham muzyki  każdego poranka, na tyle głośno by słyszeli przechodząc. Akurat te utwory które lubią... które wspólnie lubimy i razem wieczorami słuchamy, nagrywamy z radia Zodiak, na magnetofon ZK 120, (szpulowy Januszowy) albo mój mały kasetowy, na licencji Grundig.

szszszs... kanał prawy... szszsz... kanał lewy...

Tylko ja spośród nich wstaję co niedzielę rano o 7:00 i nagrywam z Rozgłośni Harcerskiej audycje Marka Gaszyńskiego w których prezentuje całe płyty różnych wykonawców z szeroko pojętego gatunku HEAVY METAL. To, takie radiowe akrobacje z Jowitą ustawioną krzywo na szafie, i dowiązanym kawałkiem drutu do jej anteny dla lepszego odbioru Ultra Krótkich Fal. Niżej na krześle stoi magnetofon połączony z nią kablem DIN i tak trwa transfuzja nowej muzyki pod strzechy. Tam gdzie mieszkałem był bardzo słaby zasięg. Nie było przekaźnika na Skrzycznem tylko w Katowicach.

Któregoś roku noworoczne postanowienie brzmiało: Zostać ministrantem! Wielu moich kolegów było. Imponowali mi, choć niektórzy o mały włos nie zostali księżmi. Niestety trochę za późno się zdecydowałem. Brak stażu był przeszkodą i nie mogłem chodzić po kolędzie.
Na książeczce SKO gromadziłem drobne. Marzyłem o gramofonie Artur, jaki miał mój kolega Czesław i jego brat. Wytrwałem rok w marzeniach, tęsknocie i dyscyplinie porannych nabożeństw, niedzielnych mszy i pogrzebów.
Nastała długo oczekiwana zima i poświąteczna kolęda. Ten jeden zimowy dzień, pozwolił mi następnego dnia pójść radośnie z wypchanym portfelem do sklepu Gminnej Spółdzielni, w której pracowała znajoma, Pani Honorata. Można tam kupić na przykład: radio przenośne Kapral na baterie , motor WuEsKa 175, rower Wigry lub Ukraina, anteny aluminiowe Yagi, art papiernicze i rolnicze... ale gramofonów chwilowo  nie było, nawet pomimo tego że staniały lokomotywy. Zamówiłem Artura i czekałem aż rzucą do sklepu te gramofony, spokojny, bo wiedziałem że Pani Honorata mi odłoży.

Pierwsza płyta jaką kupiłem to była przeceniona na 5 złotych Exodus  "Supenowa", potem było już z górki: koncertowy Rosiewicz, składanka Queen, Klaus Schulze dziękuję Poland, Dorosłe Dzieci, Klaus Mitffoch, Shakin Dudi, iChing, Manaamy, Mech z brudnymi rękami... aż po Powerslave; Live after Death Iron Maiden, wszystko TSA (byłem w fanklubie)... więcej nie pamiętam... Oddział zamknięty, Budka Suflera. Led Zeppelin, Black Sabbath, Banda i Wanda, piersi na okładce Lombard i agrafka w uchu, Bank, Rezerwat... więcej nie pamiętam.

Martyna marudziła mi od kilku tygodni żebym ściągnął jej ze strychu gramofon. Nie chciało mi się bo szafirowa igła Artura, już pewnie straciła swoje właściwości... szkoda płyt. Poza tym jeden kanał nie działał. Źle słuchać to lepiej wcale...
Przypomniałem sobie że znajomy Piotr dał mi kilka lat temu, zepsuty gramofon FONICA 1100 na diamentową igłę z wkładkę magnetyczną. Wytargałem akrobatycznie te 15 kg żelaza przez właz sufitowy, po skośnych wąskich schodach. Krótko trwała radość bo okazało się że nie ma igły, a paski napędowe talerza i ramienia zgrębiały ze starości tak, że zostały po nich tylko lepkie ślady jak po gumie do żucia.
Martyna była rozczarowana. Oryginalnej wkładki nie można już kupić. Znalazłem tani zamiennik za ok 70 zł.. Paski dostępne są w przystępnej cenie. Uparła się. Powiedziała, że odda swoje oszczędności - bo bardzo chce posłuchać płyt winylowych na analogowym wzmacniaczu. Pomyślałem że ma rację, bo zauważyłem że dostrzega  już podstawowe różnice między formatami mp3, wave, kasetą magnetofonową, CD,  a moje  opowieści sentymentalne były dla niej tajemnicze i intrygujące.

Codziennie słyszałem pytanie - Czy był listonosz?

Święto Trzech Króli okazało się najlepszym dniem na uruchomienie gramofonu. Wkładka nie pasowała, więc konieczna była mała przeróbka i odpowiednie dystansowanie oraz ważenie nacisku. Gramofon posiada wzmacniacz klasy Hi-Fi 2x20W dlatego podłączyliśmy kolumny Tonsil 2x30W, na marginesie, pozyskane z koleżeńskiego złomowiska razem ze wzmacniaczem Kleopatra, i poddane regeneracji membran.

Zbliżał się ekscytujący moment pierwszego uruchomienia. Bałem się że Martyna będzie rozczarowana jak coś nie będzie działało. Tak długo i cierpliwie czekała na otwarcie wrót  do nowego świata dźwięków, że ja stresowałem się z siebie i za nią.

Opuszczmy ramię...

Igła trafiła w rozbiegówkę. Dźwięk trzeszczy z głośników jak smażona jajecznica na patelni. Stroboskopowa neonówka pomaga w ustawieniu obrotów talerza... i
                                    :-))))))))))))))))

Hi-Fi stereo jest wspaniałe. Żadne cyfrowe 5.1 kino z subwooferem.... Siedzimy na podłodze. Bas, wali nas po tyłkach, aż miło. Soprany szeleszczą, talerze brzmią żelazem przepięknie. Czysto, soczyście i w pełnym spektrum częstotliwości.
                                                                     ***
Od wielu dni słyszę za zamkniętymi drzwiami podobne dźwięki, a teraz po drugiej zmianie muszę codziennie wyłączać gramofon bo inaczej nie potrafi zasnąć. Skończył się etap słuchania "Dzieci z Bulerbyn" Ireny Kwiatkowskiej. Teraz czas Dorosłych Dzieci Kwiatów i Kawalerii Szatana.
Za dwa tygodnie OBITUARY w Krakowie.

KABANOS




sobota, 27 grudnia 2014

ANIOŁ ZDEKONSPIROWANY!

  Pada poranny deszcz. Słyszę jego dzwonienie w blachę na dachu. Lubię ten dźwięk. Nisko, nad  głową. Kaśka go nie słyszy. Śpi. Jest cicho w domu. Moja ulubiona pora, kiedy gęsta kawa pachnie, Kaśki kawa stygnie... jak zwykle. Ona, po mojej prawicy, a po lewej duch wczorajszego anioła czeka cierpliwie na swoją kolej. Biorę po cichu na kolana i zaczynam przeglądać. Czytać kolejny raz błękitne słowa w ciszy. Przypominać sobie spotkania w Cieszynie, Raciborzu, Bielsku...Rzadko zdarza się taki dzień, by jaśniejąca szarość odchodzącej nocy rozświetlała się ciszą poranka. To jest możliwe tylko w wielkie święta. Ulica wtedy nie żyje.

  Tradycyjnie, najbrzydsza choinka na targu, po mojej interwencji i dziecięcej opiece, staje się piękna jak Kopciuszek na balu. Wokół swoich stóp gromadzi stos rozmaitych paczek, pudełek i toreb aż pod swoje ramiona. Jest uroczo skromna, człowieczego wzrostu i pachnie.
Pierwszy osiemnastolatek, po raz ostatni wyjmuje spod niej prezenty i wręcza każdemu oczekując reakcji. Stół jest długi. Dwie rodziny, oczekiwań wiele i wiele niespodzianek. To chwila wielkiego napięcia. Anioły śledzą spojrzenia obdarowanych. Liczą uśmiechy, i zaciskają kciuki w oczekiwaniu rwania kolorowego papieru. Radość trafionego zaskoczenia... bezcenna!
Paczek ubywa, radości jest coraz więcej. Jest coraz głośniej. Papiery walają się po podłodze rozrzucane wyrywnym gestem pośpiesznego odarcia tajemnicy i pożądania.
  Euforia zaciemnia ostrość widzenia, tylko ja cierpliwie czekam do samego końca aż zostanie ostatnia, inna od pozostałych, niepozorna paczuszka przewiązana tasiemką z małą karteczką.
Katarzyna zaczęła ją otwierać z namaszczeniem. Chciała zrobić to godnie, dobrze oddać ducha tamtego anioła. Wiedziała który to anioł białogłowy . Zaległa cisza jakby przyszedł niespodziewany gość na wigilię... Nikt poza nami nie wiedział.
Otworzyła kopertę, wyjęła złożoną kartkę śnieżnego papieru która ułożyła się w zarys maszyny do pisania. Wszyscy czekali w milczeniu na słowa. Wszyscy byli zaskoczeni. Czy zazdrościli?

Czytane przez Kaśkę zdania trafiały do mnie w dwójnasób. Jej głosem i tonem wypowiadanych niedawno z czułością życzeń,  oraz słowami, anonimowego dla reszty gości anioła. Tylko we mnie stawały się doskonałym połączeniem obrazów i zdarzeń minionych

   Niespodziewany, zaskakujący
"...prezent, na widok którego aż zatrzęsło mi się serce z radości..."
Zarówno Jej (Marioli), tak jak i mnie, ale mnie zatrzęsło się się podwójnie ponieważ zbiór stu fotografii autorów literatury światowej, jednocześnie jest kolekcją stu pocztówek wydawnictwa Penguin. W tej chwili chyba już nie do kupienia. Jedynie na rynku wtórnym. Po pokoju przeszedł szmer zachwytu i uznania dla oryginalnego, cennego i trafionego prezentu. Zazdrościli mi że są na świecie ludzie pamiętający o mnie, tak bezinteresownie.

  Literacka studniówka.
Gra w karty... gra w karty pocztowe... to ciekawa lekcja literatury.  Jedna karta na dzień, jeden autor. Doskonała ostrość krawędzi powoduje że dotykam ich z ostrożnością moimi zniszczonymi pracą dłońmi. Nie chcę by wyglądały jak stare pocztówki w mojej kolekcji które przeszły przez dziesiątki rąk.



Dzień jest dla nas za krótki. Pobudka o 6:00 rano jest naturalna w dni wolne od pracy. Kawa do łóżka czymś oczywistym i wspólne czytanie prezentów w milczeniu czymś naturalnym.


Mój Kot pod choinką
Kaśki osobisty Leszek 
Karoliny: Barańczak... co za nieszczęście RIP
Dopełnieniem  wszystkiego, jak wisienki na torcie, jest atramentowa garść tęsknoty za Vivian Maier, i nadzieja na wspólne obejrzenie filmu jej poświęconego... a poza tym wszystkim kto jeszcze pisze piórem???


 Dziękuję wszystkim za to że są, za życzenia, za prezenty... za cierpliwość, blogową wierność, za czytanie i komentowanie.                                                   

czwartek, 4 grudnia 2014

Targowy splot książkowy


                          W 1966 roku nie chciałem wiedzieć ile mi zostało Poświatowskiej.
Łudziłem się że dużo, bo wiele stron jeszcze było przede mną na kindlu, a pasek postępu niestety mydlił mi oczy. Chciałem czytać o niej jak najdłużej, bo z każdym rokiem stawała się mi bliższa. Jednak jakiś wewnętrzny głos mówił mi że nie mogę być z nią tak długo szczęśliwy... bo nikt nie był.
Śmierć rozdzieliła nas niespodziewanie. Wcześniej celowo nie szukałem jej skróconej biografii w internecie, by nie być na tę śmierć przygotowanym. Miałem nadzieję na jeszcze jeden ciekawy rozdział jej życia po kolejnej operacji upartego serca.
Poczułem jednak gorycz, bo reszta książki to były zdjęcia, piękne zdjęcia i przypisy...
Dziękuję Ance, że poznała mnie z Haliną... chwilami tak do niej podobną...

złotówka za sztukę


  Czytelnicy i blogerzy mają swoje tzw "stosiki czytelnicze" , "wyzwania tematyczne", miesięczne zestawy... a ja mam stosy targowe do przekopania i wyzwania poszukiwawcze pośród grzbietów książek ułożonych raz w prawo raz w lewo. Zakręconą głową wyławiałem kolejne tytuły chodząc dookoła stołu i czytając grzbiety raz z góry, raz z dołu.
Tego dnia, zebrałem ciekawy zestaw książek. Począwszy od zbioru wierszy Haliny Poświatowskiej (WL 1975) wybranych i odszukanych przez poetę Jana Zycha, aż po "Wenus w futrze" Masocha ze wstępem prof. Imielińskiego na temat Masoch-izmu i Sade-izmu.
  Z pomiędzy nich, wyciągnąłem biografię Jerzego Kosińskiego napisaną przez C. Czaplińskiego, fotografa. Kosiński, na emigracji w Stanach, spotkał Poświatowską. Spodobała mu się, chciał ją fotografować...  jej natomiast, podobała się jego pewność siebie, jasno postawione cele: kariera, pisanie, bogactwo...ciekawa była jego czułości, jednak jego ego stało się dla niej odpychające po chwilowym zauroczeniu. "Malowanego ptaka" przeczytała już po powrocie do Polski i cisnęła w kąt, nie godząc się z zachwytem krytyków. Znała go wystarczająco dobrze.
  Z każdym kolejnym okrążeniem stolika z książkami wyławiałem kolejne ciekawe pozycje.
Trzecią już biografię Polańskiego która jest przekładem pierwszej jaką kupiłem, "Roman by Polanski" z 1984 roku, w której reżyser jeszcze nie wiedział że nakręci "Wenus w futrze".
Wygrzebałem też biografię Chopina według Jarosława Iwaszkiewicza z dużą ilością rycin i zapisów nutowych. Bo Chopin u nas w domu czasem gra... na tranzystorach.

  Niepozorny grzbiet Aliny Budzińskiej zawierający "Rodzynki, migdały" zaintrygował mnie tytułem bo biorę do ręki stare książki kucharskie dla... Anki. Okładka rozwiała wątpliwości bo zawierała karykatury znanych postaci filmu i teatru, z lat osiemdziesiątych. Nie było Mikulskiego wśród tych twarzy na okładce. Były za to inne znane gwiazdy dziesiątej muzy... Staszek był za to pierwszą postacią otwierającą książkę, która zawiera wspomnienia autorki z rozmów przeprowadzonych dla Panoramy Śląskiej i Telewizji Katowice.
Akurat  tego dnia trafiłem na dobre słowo o Mikulskim. Dnia w którym umarł.
A  Mikulski po wsze czasy wisi na ścianie w moim domu... Mikulski dzwoni u mnie Matuszkiewiczem...
Razem z Karewiczem, wiszą "wapniaki" i patrzą ślepymi oczami na każdego gościa który wchodzi do domu i staje z nimi twarzą w twarz. Te oryginalne gipsowe odlewy ich twarzy wykorzystane były pierwotnie do stworzenia figur silikonowych które stanęły w nieistniejącym już Muzeum Hansa Klossa.