Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

czwartek, 12 września 2013

Łódzkie wnętrzności.

 Byłem już w Łodzi kilkakrotnie. Nie śmiem powiedzieć że ją znam, bo znaczy to tylko tyle, ze może bym się tam nie zgubił. Można tak powiedzieć o wielu miastach. Każdy może tak powiedzieć, ale to nie będzie do końca prawdą.
 Odrobinę prawdy o miastach  poznaje się z każdą w nich wizytą, z każdym spacerem... z każdym przewodnikiem. Można poznawać miasto samotnie, to jednak tylko błądzenie, błąkanie się z myślami że cel jest gdzieś blisko . To złudne wrażenie poznawcze.
 Jednak to złudzenie odkrywcy jest przyjemnym uczuciem wścibskiego obserwatora. Lubimy przecież zaglądać w okna jak dziewczynka z zapałkami...
 Czekałem na sobotni poranek. jak kiedyś w Szczecinie czy w Pradze i wymknąłem się kiedy wszyscy jeszcze spali. Uwielbiam ten moment wolności i spacer nie skrępowany odliczaniem czasu i itinerem określającym to, co dla mnie najlepsze. Sam wiem czego chcę.
 Chcę zobaczyć to czego nie widzi przeciętny turysta wodzony za nos książkowym przewodnikiem. Chcę zobaczyć prawdziwe oblicze miasta które budzi się do życia, po upojnej nocy rozbujanych ulic, gwarem gości i mieszkańców.
Chcę zajrzeć w oczy bram, podwórzy skrytych za fasadą oficyny, odnowioną dla turysty. Odnowioną dla sprzedawcy, by w złudnej symbiozie z turystą, podtrzymywali puls najdłuższej ulicy w europie.
 Piotrkowska jest piękna, bogata kamienicami fabrytkantów i bankierów, sukienników i sprzedawców.
Jednak nie tego oczekuję, nie tego mi potrzeba.
 Zadzieram głowę zachwycając się bogactwem form  i rozmachem stylów wszelakich, bo właściciele nie musieli być  artystycznie wykształceni, nie musieli mieć wyrobionego smaku. Mieli kasę.
Architekt pytał w jakim stylu ma być pałac? Neogotyckim, czy neobarokowym czy innym, a dostawał odpowiedź że " w każdym". Ma być "na bogato"... i tak własnie jest.
 Wojna nie zniszczyła miasta, a odbudowa powojenna to miasto ominęła, dlatego jest ona takim dobrym filmowym plenerem.
 Bogata facjata miasta skrywa pod pudrem elewacji tajemnicę której chciałem dotknąć i powąchać brud obudzonego miasta bez makijażu, bez porannej podmywaczki ulicznej i samobieżnej zamiataczki. Nie liczyłem że spotkam wąsatego ciecia z miotłą brzozową... przepraszam "... gospodarza domu", za to potykałem się prawie, przez niezliczonych robotników budowlanych pudrujących elewację za woalem rusztowań.
Nie trzeba zapuszczać się na przedmieścia miasta by zobaczyć Łódz w której czas się zatrzymał dwadzieścia lat temu. Kiedy załamał się eksport wymiany towarowej. Kiedy zażądaliśmy zapłaty za  sukno a nie towaru wymiennego. Nagle dziesięć tysięcy niezorganizowanych tak jak górnicy czy hutnicy, łódzkich  włókniarek straciło pracę.
 Zachodziłem w cuchnące szczyną bramy, podobnie jak niektóre zdesperowane prządki, które w tych bramach wystawały godzinami, nie umiejące robić nic innego, zmuszone do tego głodem i piętrzącymi sie rachunkami. Wkraczałem w inny świat. Pozbawiony wiatru hulającego na piotrkowskiej, pozbawiony światła wschodzącego słońca bogatej alei i żywych kolorów. Jedynie światło niebieskiego okna w "suficie" studziennej oficyny wlewało odrobinę pogody w zamknięty krąg murów i okien.
 Były tam kiedyś ogrody ale najszybciej rozwijające się miasto pożerało przestrzeń zajmując osiemdziesiąt procent przestrzeni życiowej mieszkańców. Frontowe oficyny obejmowały swoimi ramionami ogrody na tyłach, zaciskając pierścień i dusząc drzewa z których pozostały do dzisiaj nieliczne, stare, wybujałe ponad linię dachu w poszukiwaniu słońca fotosyntezy.
 Łódzkie podwórka są duszą miasta. Nie deptaki, nie galerie handlowe lecz studnie oficyny. Dobrze poznaliśmy kilka z nich dzięki Maciejowi Kronenbergowi Markowi Wiśniewskiemu Bogdanowi Bernackiemu i innym którzy przygotowali zlot poświęcając nam swój cenny czas, oprowadzając nas pierwszego dnia szlakiem łódzkich plenerów filmowych "Stawki ...", "Ziemi obiecanej" i innych filmów które znaliśmy, a nie mieliśmy pojęcia że były kręcone akurat w tych czy innych miejscach.

Nasi goście Alicja Zommer Kubicka i Janusz Kubicki (M)
Alicja Zommer  
 W niedzielny poranek też spacerowaliśmy posłusznie za Maćkiem Kronenbergiem. Słuchaliśmy wykładu o historii miasta, jego architekturze, przemianach i rozwoju, kształtowaniu się życia społecznego, jego wzlotach i upadkach. Słuchając jego opowieści można to miasto tylko polubić choć mieszkać pewnie byłoby w nim trudno.

Bo zlot stawkowy to nie tylko eksploracja tematów serialu, miejsc i postaci. To przede wszystkim spotkanie znajomych, biesiadowanie do nocy i wspólne śniadanie. Najweselsze jakie znam.
Szczegółowa relacja ze zlotu za kilka dni pod tym adresem.  

Serdeczne podziękowania dla Macieja Kronenberga za przewodnik "Podwórka Piotrkowskiej"











Pan tu nie stał

OFF Łódź

Winiarnia Kondrata





Rok Tuwima mnogi.



Bydgoski FOTON

Muzeum Kinematografii "Latająca maszyna"

Tego pana znamy.

Żydowska restauracja Anatewka.

Anatewka

Neon Balbinka





Muzeum Kinematografii "Kingsajz"





Kuczka

M

M

M

M

M


M
Zdjęcia analogowe Martyna (M) i Jacek, Olympus mju1 i Yashica electro CC.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Półmetek urlopu w Czechach.


Urlop miałem już od dawna. Wcale tego nie czuje. Sam jestem sobie winien bo nie potrafię odmówić kiedy dzwoni kolejny telefon. Spychologia terminalna powoduje spiętrzanie z każdym kolejnym tygodniem nadmiaru pracy.
Pracuje do ostatniej chwili a potem sru... do auta i wyjazd.

Nasi sąsiedzi nie byli uciążliwi.
   Tym razem do Jaromera w Czechach na festiwal Brutal Assault. Mieliśmy z Karoliną jechać na Metalfest do Jaworzna ale Napalm Death wycofał swój występ więc oddaliśmy bilety i kupiliśmy na Brutala gdzie jeszcze nie byliśmy. Set lista wyglądała o wiele ciekawiej niż ta z Jaworzna.
Poza tym to Czechy a zwłaszcza Czechy i 300 km pogodnej jazdy z pięknymi widokami przez Cieszyn, Frydek Mistek, Olomouc, Hradec Kralowe... Drogi mają fajne, betonowe i pola obrobione, obsiane po horyzont, wymłócone, zbelowane. Czesi chyba nastawili się na produkcję zbożową.
Trzysta pięćdziesiąt kilometrów bez wysiadania nie jest problemem jak droga prowadzi pięknym krajobrazem niezmąconym żadną muzyką bo przecież uszy zdążą mi jeszcze spuchnąć!

 Jaromerz, zwykłe miasteczko, które ma podobno około 15 tyś mieszkańców ( tak mówił Gazowy Nalewacz LPG). Zabudowa tchnie duchem czasów komunistycznych, socrealistycznej rozwleczonej architektury. Domów jednorodzinnych plątających się między kamienicami i blokami osiedlowymi. Jaromerz przyklejony do starego Józefowa jak jemioła do starego drzewa.


Karolina Józef Kacper


 Józefów od imienia cesarza Józefa II, który zainicjował budowę koszarów wojskowych w XVIII w. Tego samego co za bezcen wyprzedawał skarby zgromadzone przez zwariowanego Rudolfa II. Właściwie resztki jakie z nich pozostały bo sobie wymyślił, że w ich miejscu zrobi magazyn wojskowy w podziemiach praskiego zamku. Tak się spieszono z wypróżnianiem piwnic zamkowych, że natłuczono pozostałości po licytacji tyle, że dzieci przez 50 lat jeszcze grzebały w Jelenim Jarze wynajdując drobne skarby ze skarbcowych ułomków (Ripellino).

Kostkę brukową oczywiście pozyskałem.

 Najprościej porównać je można do tych oglądanych  w filmie CK Dezerterzy, taka trochę Twierdza Modlin, Twierdza Kłodzka, tylko z wielkimi podziemiami , murami na dwa metry z cegły i z wielką ilością ziemi na dachach i drzewami. Prawie lasem. Najważniejsze jednak są koszary i zabudowania. Zazwyczaj jedno, dwu piętrowe z wielkimi drzwiami łukowymi na podwórza, w których znajdują się rzędy mieszkań o wspólnych korytarzach przeszklonych  dużymi oknami klatek korytarzowych, w których widać pranie, kwiaty, niepotrzebne meble, pralki, lodówki. Wiele niezamieszkanych, bez szyb, z łuszczącą się farbą i grzybem na ścianach, którego czuć jak wsadzi się ciekawska głowę w wybite okno.
 Spokojna, prawie opustoszała dzielnica ożywająca tylko na czas festiwalu straganami z jedzeniem, z namiotami i samochodami gości z całej europy, a nawet odrobiny wielkiego świata. (np Australia, Meksyk i Brazylia...) bo parkować można wszędzie i namioty rozbijać też. Gazowy Nalewak mówił mi też, że mieszkańcy mają zakaz wjazdu i parkowania w tej dzielnicy by nie zajmować miejsca dla turystów... hm. Podobno w zeszłym roku było 17 tyś gości. W tym roku na pewno nie mniej.

 Pod względem organizacyjnym bez zastrzeżeń. Pola namiotowe wypełnione po brzegi ale również klomby, trawniki. Wszystko dostępne gościom. Miejsca parkingowe jakie się upoluje takie się ma. Bez nadmiernego tłoku. Pod względem sanitarnym nie można złego słowa powiedzieć. Służby uwijały się ciągle, ale najlepiej było zadbać o siebie rano jak wszyscy śpią, a toalety są po świeżej dezynfekcji. Mało natrysków ale dostępne zraszalniki na gorące głowy i ciała, bo upał był niemiłosierny. Policji prawie nie było widać incydentów nie zauważyłem. Za to fanów  50+ i rodziców z dziećmi widywałem, sam będąc przykładem.
Fajny festiwal.
Strażackie chłodzenie.
Dwie wielkie sceny, które zmieściły by mój dom. Pomiędzy nimi ekran wielki jak Epopeja Słowiańska Alfonsa Muchy. Koncerty odbywały się naprzemiennie nie dając oddechu wytrwałym fanom od południa czasem do drugiej w nocy.
Śpiochem wieczornym jestem więc ciężko było mi wytrzymać, ale co chciałem to widziałem. Lista zespołów była imponująca. Spośród niej wyłowiłem: VOIVOD, CARCASS, MESHUGGHAH, GOIJRA, TESTAMENT, ANTHRAX, HATE, MARDUK, CARPATHIAN FOREST, ENTOMBED. Reszta grała mi do kotleta ponieważ nie da się cały czas stać i słuchać, bo przecież nie "tańczę". Pląsam lekko głową, tudzież kiwam palcem w bucie. Czasem tupnę nóżka.
cinema horror 
 To wielki diabelski odpust. Jak ktoś miał dosyć muzyki to mógł spędzać czas na oglądaniu horrorów od rana do nocy, ciągle i wciąż.
Masa straganów ze wszystkim. Koszulki, płyty, skóry, ćwieki, trawa, herbata, piwo, Jegermaister sprzedawany na fiolki, piercing, biżuteria, no i żarcie wszelakie, dobre niektóre nawet zdrowe.
Płatność kuponami jest już standardem na takich imprezach, ale ciekawostką jest kaucja za osobisty kubek okolicznościowy który można oddać lub zabrać na pamiątkę. Każdy pilnował swojego nie poniewierały się plastikowe zwykłe, a śmieci były segregowane co przestrzegali goście festiwalowi.








 
                              

                        
                                 
 



Bardzo warto było pojechać, choćby jedyny raz. Jednak ze względów ekonomicznych lepiej zaliczyć kilka pojedynczych koncertów krajowych. Cztery dni pod namiotem też bywa uciążliwe zwłaszcza na trzeźwo. Minusy są właściwie niezauważalne.
Zdjęcia analogowe Yashica electro CC, Olympus 35 RC. 
Więcej zdjęć na fotobloczku.

piątek, 16 sierpnia 2013

Cisza jak ta...

Człowiek szanujący ciszę jest dziwolągiem. Nie pasuje do otoczenia pełnego hałasu które nie pozwala się skupić. Zaczepia, szturcha, słowa podkłada zbędne, by myśli przez nie przepadały ulotne...
Szanujący ciszę nie wtrąca się w rozmowie. Nie przegaduje. Pozwala dokończyć zdanie rozmówcy, czekając na pauzę między zdaniami.
Cisza go tego uczy.
Uczy skupienia na lekturze, porządkowania myśli. Uczy słuchać drugiego. Nawet jeśli ten nie dopuszcza do słowa, nie przerywa słowotoku.
Tak trudno powiedzieć swoje zdanie. Tak trudno, że nie chce się mówić kiedy mówią wszyscy w ogniu krzyżowym dyskusji. Odnajdują rozmówcę albo raczej wolnego słuchacza, nie bacząc na to że obok toczy się rozmowa. Oni gadają bo tamci gadają, bo gadać trzeba. Bo głupio jest milczeć. Choćby tylko czytać reklamy albo komentować pogodę zza okna samochodu w którym wiozę autostopowicza.

Radio i telewizja uczą ich tego. Uzależniają. Uczą odruchów bezwarunkowych załączania radia czy telewizora zaraz po otwarciu oczu. Uczą, że cisza nie jest naturalnym środowiskiem człowieka. Uczą  że hałas jest tłem, tym najważniejszym, teraz naturalnym i oczywistym.
Spiker mówiący do każdego i do nikogo w mieszkaniu niszczy ciszę. Mówi żeby mówić, zapycha milczące dziury czymkolwiek. Kiedy brak mu słów lub treści to buczy yyy....
Ludzie w dyskusji są takimi telewizorami... telewizordami których słowa są najważniejsze, najgłośniejsze.
Można głośniej, po co wyłączać radio czy tv, kiedy można mówić głośniej od tych co rozmawiają obok.

Nie mogę się skupić na czytaniu kiedy ktoś rozmawia, a zwłaszcza kiedy mówi do mnie nawet widząc że jestem skupiony na lekturze a nawet, kiedy zamykam uszy dłońmi. Nie mogę się skupić gdy gada radio czy płynie muzyka. Muszę mieć ciszę. Bo mamy w domu ciszę, taką której obcy nie rozumie.

Nauczony jestem słuchać. Umiem być cierpliwy, nie przerywać rozmówcy. Szanować go kiwaniem głowy ze zrozumieniem. Angażuję swoje zmysły koncentruję się na rozmówcy. Wyłączam niepotrzebne radio, telewizor music player...

Uciekam do Roztoczańskiego Parku Narodowego gdzie cisza, brak radia, wszyscy śpią a mnie budzi kawa i poranne słońce.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Praga w Żywcu.



Jak nie mam chwilowo o czym pisać, to jadę na targ. Tam zawsze znajdzie się coś ciekawego.
Nie inaczej było i dziś.
A może inaczej, bo dużo więcej skarbów znalazłem i to bardzo wartościowych za przystępną cenę. Wydałem 50zł czyli ok 12Euro.
Wydałbym pewnie więcej ale nie miałem.
Kupiłem piękne przedmioty.
Dobrze że Kaśka dostrzega też w nich piękno i wartość bo inna baba to by mi wybiła głupoty z głowy :-)
Tego obrazka akurat nie kupiłem bo brzydki był, ale co Praga to Praga!


Wyjątkowo dużo książek i albumów Krzysiek wystawił, i materiałów fotograficznych które kupiłem ale zostawiłem masę szklanych negatywów i zwykłych, taśmy filmowe 8mm i taśmy magnetofonowe szpulowe i kasety, porcelany jakiś expres do kawy zabytkowy no i masę badziewia. Acha były stare walizki, skrzynie, kufry, trochę ubrań z czasów wojny, winyle ( kupiłem 3 Elvisy, nówki).
Resztę widać na zdjęciach.


TU:Stare filmy, żarówki fotograficzne spaleniowe i flash do pocketa, super światłomierz który przyda się do Zorki4 którą dostałem od Joanny, kasetki odbiorcze do starego aparatu ale nie wiem jakiego, żarówkę oliwkową do ciemni (potrzebna przy papierze wielokontrastowym), piękne żarówki 250W z wielką bańką i pięknie plecionym  żarnikiem, i dwie takie nietypowe słabe czarne z małym okiem które można kierować w rożne strony. Czyżby służyły podczas zaciemnienia w czasie wojny.


Małe filtry fi 27,do czarno białej fotografii i nasadki do zmieniania ogniskowej chyba lstrzanek dwuobiektywowych 6x6 , śłiczny kompas Junghans, i mechaniczny sprężynowy samowyzwalacz w sam raz do Zorki.

Dla Martyny, mała niespodzianka, bo jest akurat nad morzem i świetnie się bawi, a my tu zapieprzamy w pocie czoła. Jest fanką STARWARS więc cokolwiek widzę to biorę jak zawsze za grosze. Tak i tym razem. Idealne kasety wideo z pierwszej serii z dodatkami, Film Simpsonowie+Starwars i najciekawsza rzecz to album A4 do zbierania nalepek z 1977 roku z pierwszego odcinka (czwartego) 100% pełny. Jakaś figurka szturmowca, książka o nurkowaniu.


Dla siebie, a jakże by inaczej, ładne wydanie pamiętników LENI RIEFENSTAHL dupna cegła trochę zdjęć a w indeksie, dziesiątki znanych nazwisk i tym imiennym tropem przejrzę tą książkę pod kątem ciekawostek.
Leni z Józkiem Goebbelsem

poniedziałek, 22 lipca 2013

Spontaniczne śniadanie o północy!

Nikt nie mówi że u nas jest normalnie.
Sobota, północ, każdy w swoim pokoju próbuje zasnąć, jednak wszystkim przeszkadza księżyc w pełni zaglądający przez okna. Wymieniamy komunikaty o bezsenności w srebrnej ciszy domu, od drzwi do drzwi.
Rzucam hasło - "oglądamy film".
Karolina na to - "jestem głodna".
Kaśka - "mam placek z galaretką i borówkami w lodówce".

Siedzimy wszyscy w łóżku, zaopatrzeni, i zaczynamy seans który planowałem już dawno, jak czytałem książkę Trumana Capote pt: "Śniadanie u Tiffany'ego"
Poznałem go "Z zimną krwią" do której przykuwa narracyjnym zapisem faktów ponoć spisanym z zapamiętanych rozmów, również telefonicznych.
Najczęściej jednak w różnych rozmowach i tekstach przewija się jego książka "Śniadanie..." wypada znać, no i Audrey Hepburn ona też był impulsem...

Najpierw książka potem film.

Książka od pierwszych stron wydaje się łatwa i prosta, jednak mimo to, okazuje się nieprzewidywalna. To zawsze jest zaletą,  kiedy autor wykręca za ucho, wskazując "inny kierunek głupcze". Gdzieś w tle pojawiają się skojarzenia z "Wielkim Gatsby'm",  no bo samotny pisarz, w nowym miejscu, innym środowisku, wchodzi w czyjeś życie jakby mimo woli ,nie specjalnie zabiegając o to i świadomie staje się jedną z najważniejszych postaci w tej historii.
Pojawia się nieszczęśliwa miłość i śmierć, wielka przyjaźń i zobowiązania.

Ale najfajniej jest odnajdywać zbieżność charakteru postaci z książki, z postaciami które istniały naprawdę, lub pojawiały się na kartach innych książek. Impulsem na takie spojrzenie był tekst Anki o archetypach postaci ze snu i jawy, książki, filmu i historii.
Jakoś tak, w tym samym czasie czytałem "Śniadanie u Tiffany'ego", z przerwami na Buber-Neumann o Milenie w obozie. I te postaci odnajdywałem u Capote. Holly Golightly ekscentryczna uwodzicielka trzymająca facetów na postronku, a jednak na dystans. Spoufalająca się z kim chce, ale wyznaczająca  nieprzekraczalną granicę intymności. Słodka naiwność przebiegunowana racjonalnym wyrachowaniem. Jana Cerna która spędziła "Trzy sezony w piekle", to prawdziwa postać,  podobna do Holly, natychmiast przychodzi mi na myśl ze swoim mieszkaniowym bałaganem i atrakcyjnością Karoliny Gruszki. Tylko głupie komentarze na portalach filmowych sprowadzają Holly do roli prostytutki, co świadczy tylko o tym, że nie czytali książki, a swoją powierzchowną wiedzę opierają tylko na ekranizacji.
Do głowy mi nie przyszło tak spłycić postać Holly. Jana Prawdziwa, miała podobnie skomplikowany  życiorys, ale nie mam prawa uzurpować sobie pierwszeństwa jej oceny. Trudny charakter skomplikował jej życie, a może to błędy wychowawcze miały na to wpływ. Milena mama, uzależniona od morfiny, a mała Jana mimowolna  konspiratorka nie miała normalnego dzieciństwa, więc jak mogła mieć normalne życie.
Nawet bliska mi  postać Mileny, emancypantki wypuszczonej spod skrzydeł Minerwy miała zagrania jak Holly z klatką na ptaki (o wartości kilku wyjść do toalety po 50$) ofiarowaną Fredowi. Ukradła i zastawiła biżuterię rodziców, by spłacić długi E.Pollaka a za resztę wystroić się  na złość swojemu partnerowi który jej nie doceniał. Zrobiła oszałamiające wrażenie na jego znajomych którzy nie znali jeszcze Mileny, a Pollak dostał w twarz w obecności kolegów, za zgrywanie zdziwionego idioty. Zarzucano jej amoralność, podczas kiedy ona nastawiona była bardziej refleksyjnie i moralnie przez co była egzaltowana i nigdy nie śmieszna, w przeciwieństwie do pozostałych koleżanek ze szkoły określanych "bachantkami" nie traktowanymi zbyt poważnie.
Fred szanował Holly bo znał ją lepiej niż nie jeden sponsor wieczorowy. Łatwo jej przykleić moralizatorską etykietę dziwki choć ona nawet nie bardzo mogła sobie przypomnieć z kim spała i nie dlatego że było ich wielu, wręcz przeciwnie. Nie dziwię się że Fred się zakochał. Zdziwiło mnie tylko zakończenie filmu mijające się z książką, typowym amerykańskim happy and’em.









sobota, 20 lipca 2013

I znowu książki. No co? Fajnie!

  Luise Arner Boyd w Kontynentach przypomniała mi stare czasy szperania po bibliotekach z Kaśką i zbieranie wycinków prasowych. Co to były za czasy. Mamy tego duże pudło. Dziś już chyba nikt tego nie robi, przynajmniej ja nie znam... może poza Martyną i Karoliną które też tak czasem robią, widząc jak niekiedy przydają się wycinki prasowe jako zakładka na temat do konkretnej książki, lub przydatny materiał na lekcję do szkoły czy na gazetkę.
  Przeglądając album Kresy znowu zapragnąłem pojechać na wschód (już raz kilka razy chciałem) kiedy pierwszy raz mieliśmy w rękach ten album dawno temu. Potem marzyłem o wschodzie kiedy czytałem książkę Anne Appelbaum "Między wschodem a zachodem" która była reportersko - historyczną  relacją z podróży, dedykowaną Radkowi Sikorskiemu, podróży podobnej do drogi L.A.Boyd, tylko obejmującej znacznie większy obszar i w czasy nam współczesne. Appelbaum zaczynając od Kaliningradu spotykała ludzi, rozmawiała i mieszkała u nich. Oni pokazywali jej miejsca historyczne, niekiedy zapomniane czy przemilczane i dzięki temu zapis reporterski jest żywy i esencjonalny emocjami nie tylko autorki ale przede wszystkim ciekawych postaci przewijających się przez karty, mapy i historyczne fakty.
  Zasięg jej podróży był znacznie większy od Boyd, bo obejmował tereny zachodnie naszych sąsiadów ze wschodu. Kaliningrad, od Wilna po Nowogródek, Białoruś, Ukraina przez Brześć, Kobryń, Lwów, Drohobycz po Karpaty, Czerniowice, Mołdawię aż po Odesse.
  Album Kresy jest czysto fotograficznym zapisem miejsc, ludzi, architektury, strojów i życia codziennego naszych wschodnich, przedwojennych  rubieży, na pięć lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. Zdjęcia bardzo dobrej jakości zawierające zapis codzienności, okraszone tylko konkretną treścią etnograficzną. Założenie było czysto dokumentalne i tak też zostało zrealizowane.
  Tak wiele straciliśmy przez  "słowa Stalina", że jego żądania powojenne "...nie są oparte na przemocy, lecz na PRAWIE", w Teheranie położył swoją łapę na naszych kresach.


poniedziałek, 15 lipca 2013

Kresy. Wczasy...

WCZASY
Mazury, Nowe Guty, 07.1990 pierwsze wakacje.
Świnoujście '91
Z każdej strony docierają do mnie przechwałki bliskich i dalekich znajomych, o wczasach i odpoczynku wszelakim. Olinklusiwy, lastminuty i inne fundusze wczasów pracowniczych. Czterdziestostopniowe upały za 4 tyś od osoby. Jedzenie i moczenie w basenowej zupie. A mi się nie chce telepać w Chorwację, Grecję czy inne Bałtyki. Tzn bałtyckie wczasy lobię bo bywałem i w krew mi weszło, ale jakieś palmy, hotele, żarcie, drinki z parasolką lub nie daj boże, wino musujące z truskawką i baseny z niebieską wodą mnie nie rajcują. Nie żebym nie lubił pasywnego wypoczynku. Dzień mogę pognić Jednak bardziej lubię aktywny wypoczynek (sic!) Z książką w ręce lub aparatem fotograficznym...

KONTYNENTY

"Zjadłem" w pracy Kontynenty.
Mogę tak pisać, bo jak czytam to żrę. Bezwiednie, bez umiaru i wszystko po kolei. Zapominam co zjadłem i już nie mogę więcej i tylko na wdechu, bo mam brzuch jakbym połknął arbuza. Uwielbiam czytać i jeść. Jak pisałem maturę, to miałem pełno jedzenia na stoliku, bo wtedy było wolno. Jakieś bułki, lizaki, paluszki. Jadłem i pisałem i nieżle mi wyszło, tylko moja ulubiona polonistka dziwiła się, że cokolwiek napisałem w przerwach na jedzenie.
W ostatnich Kontynentach fajny reportaż był, Małgorzaty Szejnert poświęcony ciekawej postaci Luise Arner Boyd. Ekscentrycznej podróżniczce i etnografce a może pani etnolog... Po prostu antropolog naszej kultury, wschodniego regionu Polski i nie tylko.
Pisała o niej S. Sempołowska, oddała swój statek dla ratowana Amundsena, swój aparat sprzedała Anselowi Adamsowi wielkiemu pejzażyście ameryki - miałem album - zdjęcia powalające jakością i kadrem! Pierwsza przeleciała nad biegunem za własne pieniądze, wyczarterowanym samolotem.
Kiedy się urodziłem , umarła w biedzie...

KAWALER
Jakby to zrobić?
Chodzimy...  no co? Do sklepu. 1990
Głowaczewo "Blues nad Piławą" 


Podróżnik amator.
Z paczką przyjaciół i namierzoną dziewczyną (bo z kumplem się podzieliliśmy siostrami, a właściwie powiedziałem mu, że mi to obojętne która... i teraz i tak "mam obie") ona o tym jeszcze nie wiedziała kiedy  podróżowaliśmy autostopem po Polsce. Kilka kolejnych lat, kolejnych wakacji, ruszaliśmy ze śląska parami nad morze. Tam byliśmy kilka dni, aż wszyscy dojadą, potem jechaliśmy (tylko autostopem) na mazury gdzie wypożyczaliśmy kajaki na tydzień i pływaliśmy grupą po Śniardwach, spaliśmy w rezerwacie. Potem zjeżdżaliśmy na południe w góry i po miesiącu podróżowania wracaliśmy do domu... spłukani. Ale szczęśliwi.

DZIEWCZYNA
Wiesław i Katarzyna :-)
Jacek i Katarzyna 
Udało się. Plan się powiódł. Skutek odniosły kombinacje alpejskie by spacerować i rozmawiać. Razem stopem jechać, razem fotografować, żarcie robić. Niby przypadkiem namiot rozkładać, a nawet iść do kościoła, ale tylko po to by wyrwać jeszcze godzinę wspólnego czasu. Pływać razem kajakiem i rozmawiać, rozmawiać....
Po powrocie do domu dalej się spotykać i rozmawiać, randkować w bibliotece i książkami się wymieniać, kasetami i listami, niezliczonymi...

POLESIE

Nie wiem skąd i dokładnie kiedy zainteresowaliśmy się Kresami. Kaśka gromadziła jakieś materiały, wycinki prasowe. Może to był jakiś artykuł w Przekroju czy innej gazecie. Na początku naszej znajomości (w 1991) wydawnictwo Znak, wydało piękny album o Kresach. Już wtedy nie do kupienia w antykwariacie bo allegro nie było. Nie zapomnę chwil spędzonych wspólnie, w czytelni, na oglądaniu tego albumu. Byliśmy zachwyceni bo zajmowaliśmy się analogową (wtedy jedyną) fotografią i urzekły nas takie stare piękne zdjęcia.
Polesie stało się wtedy jeszcze jednym miejscem na mapie polski, które chcieliśmy zobaczyć. I na tym koniec.

KOŁO HISTORII...

Historia Luise Arner Boyd opisana w  ostatnich Kontynentach jakoś nie dawała mi spokoju. Ona tak perfekcyjnie dokumentowała Polesie. przypomniałem sobie że kiedyś oglądaliśmy taki album o Polesiu... Tylko kto był autorem nie pamiętałem. Jednak album utkwił w pamięci nie tylko mnie ale i Katarzynie.
Pierwodruk albumu Boyd, jak pisze Szejnert, jest rzadkością antykwaryczną ale może ten, co widzieliśmy ponad 20 lat temu będzie na allegro, bo chyba tamten sprzed lat mógł być własnie Luizy.
No i jest!
Już jest nasz!
Nasze Kresy, "naszej" Luise Arner Boyd.

Może w tym roku pojedziemy.... planu nie ma, ale są chęci. COŚ POLECACIE?


Fotografie: Zenit, Praktica nova B, Smena, Olympus OM10.

piątek, 12 lipca 2013

Załatwił im lekką śmierć.

Widząc śmierć każdego dnia, szybko orientował się, kto jak długo pożyje. Kiedy niespodziewanie spotkał swoich kolegów, załatwiał im, z ich "oprawcą", kilka gratisowych chwil życia. Mogli dopalić papierosa, zjeść kawałek chleba, a że miał dobrą pozycje z racji wykonywanej pracy, załatwiał im też szybką śmierć bez zbędnego cierpienia.
Czy, w beznadziejnej sytuacji w jakiej wszyscy się wtedy znaleźli, to co robił, nie było ludzkim odruchem. Czy śmierć w spokoju, bez szaleńczego galopu myśli, szarpania i desperacji zaszczutego zwierzęcia, nie jest lepsza. To dobra śmierć.
Tak, oni traktowali ich jak zwierzęta. Nie, oni traktowali ich gorzej, bo zwierzęta są pożyteczne, potrzebne a oni nie. Zwierzęta moją imiona a oni nie...
... oni mają numery.
On też miał numer 3444. Miał niemieckie nazwisko i Austriackie korzenie. Był Polakiem.

Fotograf co robił jelita.

Wyuczony zawodu w Katowicach, w zakładzie fotograficznym który do dziś istnieje. Miał specjalizację portrecisty, był bardzo dobrym rzemieślnikiem, fachowcem. Przed wojną mieszkał w Żywcu i oczekiwał przydziału do lotnictwa mając kategorię A. Był spokojny.
Nie podpisał volkslisty  i przewidując jaki los go spotka, zaplanował z kolegami ucieczkę do Francji przez Węgry. Doszli pod Sanok gdzie Ukraińcy ich złapali, dwunastu rozstrzelali. Jego i drugiego kolegę, uratowało nazwisko. Niemieckie nazwisko.
Znowu mógł zmienić swoje życie, ale odmówił wstąpienia do Wehrmachtu.
Teraz droga był już prosta... do obozu... do Auschwitz.
Wielokrotnie przekraczał bramę z napisem ARBEIT MACHT FREI  którą wcześniej zrobił jego obozowy kolega, kowal Jan Liwacz (1010) żyjący do 1980 roku.

Miał pracę,... różną.
Budował drogę, transportował trupy, obierał kartofle, pracował w jarzyniarni. Jego Pan Kapo wiedział, że jest fotografem. Mógłby się przydać. Niebawem dostał polecenie wstawienia się w bloku przy ścianie śmierci... bał się, ale spotkał tam trzech innych fotografów, i to go uspokoiło.
Dostał tę pracę.
Dostąpił luksusu. Miał umywalnię, kibel ze spłuczka, piętrowe łóżko. Ciepło. Praca w wydziale politycznym nobilitowała go. Nareszcie robił to co umiał najlepiej. Fotografował.
Dostał pełne wyposażenie studia fotograficznego. Pomocników.
Machina obozowa nabierała rozpędu. Jego praca również. W dziale rozpoznania fotografował "policyjnie" osadzonych w obozie.

Czesława Kwoka (1928-43) nr 26947 ozn. jako wieźniarka polityczna wywieziona z Zamojszczyzny.

  Wykonał dziesiątki tysięcy fotografii do obozowych kartotek. Pracował z zespołem całymi dniami. Nie byłby sobą gdyby nie wykorzystał swojej pozycji. Niemieccy oficerowie chcieli mieć ładne zdjęcia. Dla siebie, dla matki, dla dziewczyny... po prostu.
Robił usługi... za chleb, za margarynę, za pracę dla kogoś w innym komandzie. Był bogaczem jak sam mówił. Tym bogactwem była margaryna i chleb, czasem nawet pełne wiadro tego dobrodziejstwa dzielił pomiędzy wszystkich którym mógł pomóc. Papierosów nie palił więc palili wszyscy dookoła. Żywczacy również.

Znalazł bratki, postawił w kieliszku, zrobił zdjęcie i się wydało że robi prywatę. Miał zrobić tysiąc odbitek, potem dwa i jeszcze więcej. Wszyscy chcieli mieć jego kwiatki.

Lekarze obozowi potrzebowali jego pomocy w dokumentacji eksperymentów medycznych. Fotografował tatuaże, które potem widział rozpięte do garbowania dla oprawy książek. Utrwalał operacje ginekologiczne, kaleki, karłów, bliźniaki (to bardzo znane zdjęcie jego autorstwa),przypadki raka wodnego (noma faciei), sekcje zwłok.


Lekarze obozowi szukali ludzi z różną para oczu które fotografował aparatem Leica na kolorowym filmie. Nie wywoływał koloru. Filmy jechały do Gliwic.

Mengele też był zadowolony.
Mówił do niego per Pan, a po południu wysłał tysiąc holenderskich Żydów do gazu. Bardzo uprzejmy morderca. Podsyłał mu kobiety z Birkenau do fotografowania aktów anatomicznych co było dla niego traumatycznym doświadczeniem. Do końca życia.

"Fałszerze"

Zaczynali od rozpracowania jednodolarówki, u niego w Auschwitz. Tak długo pracowali nad powiększeniami przy pomocy epidiaskopu aż doszli do takiej wprawy, że już w innych obozach, produkowali masowe ilości funtów. Po wojnie pozostawały jeszcze w obiegu!
Technologie fałszowania doskonalił LEO HAAS, czeski Żyd, malarz, który po Auschwitz kontynuował na wielką skalę, razem z grupą fałszerzy obozu Sachsenhausen, drukowanie najdoskonalszych w dziejach podróbek funtów.
Ogółem fałszerze operacji Bernhard wyprodukowali ok 135 000 000 funtów.
Wątek tej akcji wpleciony jest również w "Akta Odessy", Forsytha.

Innym jego obozowym znajomym, był artysta  Ksawery Dunikowski, z którym mieszkał w sali. Słuchał opowieści paryskich Dunikowskiego, słuchał też o lepszym świecie socjalistycznym od Stanisława Dubois.
Jednak największe emocje budziło w nim spotkanie rotm. Witolda Pileckiego, którego klasa przedwojennego oficera na każdym robiła wrażenie. Tak jak jego brawurowa ucieczka z obozu.

rotm. Pilecki
W 1943 roku opiekunem jednej grupy fotografowanych więźniów był "pisarz służbowy" Józef Cyrankiewicz. Ten Cyrankiewicz.

Idzie Ivan!

Przełożony więźnia 3444 przestraszony wieściami z frontu wschodniego, rozkazał spalić wszystkie negatywy, a było tego około 80 tyś. W piecu nie chciało się palić. Wtedy produkowano niepalne błony fotograficzne. Jak nałożyli piec do pełna, to ogień zdusiło. Szef, bo nie nazywali go kapo gdyż był"dobry", wystraszony, zostawił ich samych i uciekł. Tym sposobem wiele negatywów ocalało. Ogromną część, wiele dni wcześniej, musiał spakować do wielkiej skrzyni. Były tam m.in: zdjęcia dla Mengele, filmy z mordów podczas pracy, ofiary "drutów", wszystkie zdjęcia z likwidacji rosyjskich jeńców, sekcje zwłok... miała ona zostać wywieziona na dolny Śląsk... podobno, bo nie widział adresu.
Resztę zabrali Rosjanie.

Droga do domu była prosta, blisko przecież.
 Zawód miał doskonały na czasy pokoju. Aparat kupił od ruskich Zabrał się do pracy, ale każde kolejne spojrzenie przez celownik aparatu sprawiało mu ból. Nie widział szczęśliwych ludzi, tylko zamęczone postacie obozowych kartotek. Nawet psychiatra mu nie pomógł, tylko zmiana zawodu.
Razem z żoną produkowali osłonki białkowe do kiełbas aż do 1992 roku.
Jego syn jest wziętym laryngologiem.

A wszystko to prawie za płotem. Saybusch, Auschwitz...
Na historię życia WILHELMA BRASSE trafiłem kilka lat temu w GW, nawet wyciąłem artykuł tylko nie mogę znaleźć. Moje dziewczyny były niedawno  MOCAK'u   a żeby mi nie było smutno podczas pracy w warsztacie, to kupiły mi książkę "o żywieckim fotografie".

... i mógłbym zamienić z nim słowo, i dostać autograf , bo zawsze chętnie opowiadał o życiu i pracy w obozie, przyjmował zaproszenia na prelekcje, mam tak blisko...  na cmentarz, umarł jesienią zeszłego roku.
Znowu się spóźniłem!

Wilhelm Brasse nr3444