Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

piątek, 4 grudnia 2015

SPRINGER - HŁASKO - wzajemna suplementacja

 Przed spotkaniem z Filipem Springerem w Bielsku-Białej, przeczytałem jego
ostatni bestseller, "13 pięter". Nie tylko po to, by było o czym rozmawiać, bo temat również nas dotyka, ale dlatego, że sposób w jaki pisze trafia do mnie i na długo pozostaje echem w głowie... przed zaśnięciem, w drodze samochodem bez radia, czy w rozmowie z Kaśką o 6:00 rano.
Filip jest... jak cierpliwy spowiednik. Słucha i dyskretnie notuje. Nadstawia ucho i jednocześnie patrzy w celownik aparatu w innym kierunku. Pyta o rzeczy zwykłe. Skrupulatnie notuje. Interesuje go wszystko i wyławia to, co ma dla niego znaczenie. Ze zwykłych opowieści tworzy potem klarowny obraz. Nie wyciąga informacji, on jest nimi obdarowywany, ponieważ nie stwarza dystansu i staje się partnerem w rozmowie. Chce się mówić do niego. Mówiłem...
 Dziesiątki osób słało do niego w listach osobiste historie kredytowe. Wiele dni odpisywał na te listy, umawiał się na spotkania i zbierał ludzkie losy plecione kredytami hipotecznymi, mieszkaniami czynszowymi i tragicznymi eksmisjami.
To, co znamy z rozmów towarzyskich o problemach mieszkaniowych wydaje się nam czymś oczywistym. Oczywistym do momentu kiedy ten stan poddaje pod wątpliwość Filip Springer. Czy moją zdolność może określać urzędnik bankowy? Czy słowo "zdolności" nie zostało przez to wypaczone? Czy w towarzystwie chwaląc się stanem posiadania zbudowanym na kredycie i ryzyku, imponuję bardziej niż ten, kto mówi że nie ma kredytu i budzi się rano w wynajmowanym mieszkaniu? Czy zaciągając pętlę na szyję, na najbliższe trzydzieści lat, pokazuję że jestem przedsiębiorczy, czy że jestem hazardzistą?
Czy nie jest tak że tonący brzydko się chwyta? Tej własnie pętli.
Przez dekady niezaspokojony głód mieszkań doprowadził do niezdrowej sytuacji
na rynku nieruchomości która wielu z nas dotyka.

W okresie międzywojennym ten głód był jeszcze większy i jeszcze gorszy, a zabezpieczenia socjalnego właściwie nie było. Ludzie mieszkali w domach z dykty, z tego co udało się im znaleźć i dostawić do budy. Nie można tego nawet nazwać barakiem. Bez sanitariatu i bieżącej wody po którą chodziło się  na koniec ulicy i trzeba było płacić za każde wiadro.

"Waliły się pokotem, wiatr odrywał kawałki papy, bił śniegiem, przytłaczał do ziemi, na cholerny płask, nędzą, co ma mordę wyszczerzoną i rozchichotaną - w błoto." - Hłasko, "Wilk"

Powstawały dopiero towarzystwa i spółdzielnie mieszkaniowe które za cel stawiały sobie budowę osiedli robotniczych, mieszkań czynszowych czy baraków w najuboższych dzielnicach.  Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, Towarzystwo Osiedli Robotniczych

"Wiesz czego bym tylko jeszcze chciał? Te własnie nowe domy zobaczyć (...) Co ja bym dał Rysiu! Pójdziesz na Żoliborz?(...)Wyciągnął jakąś gazetę. Piękne pismo ilustrowane, glanc papier. Nazywało się "Arkady". Henek pokazał mu domy, jasne ulice. Potem jakieś wille (...) na Mokotowie,Kępie i Dolnym Żoliborzu." - Hłasko "Wilk"

"...na Żoliborzu (...) stoi niewielka szopa ze świeżych sosnowych desek (...) Wokół zebrała się garstka ludzi. W końcu, dokładnie cztery lata po utworzeniu WSM położony zostanie kamień węgielny pod jej pierwszy budynek." - Springer "13 pięter"

"Będzie Ignac nowe życie... Tam... - Wskazał ręką przez ciemność na Żerań i głodem poszarpany brzeg Pelcowizny. -Będą nowe domy, wspaniałe fabryki, Takie fabryki które ludzie będą kochać, w których będą śpiewać przy robocie..." - Hłasko "Wilk"

Zbliżająca się wojna pokrzyżowała plany Wilka i zespołu T. Toeplitza. ONR opanował SARP i dążył do zmiany polityki socjalnej WSM oraz występował
bojówkami przeciwko socjalistycznym konspiratorom w fabrykach.
Springer i Hłasko to dwa odmienne bieguny literackie. Springer opowiada historię opartą na faktach i archiwach natomiast Hłasko opisuje ludzi, ich losy i miejsce w sposób barwny dający wrażenie że Rysiek Lewandowski to mógłby być Marek Hłasko - romantyczny zawadiaka.
Obie książki rewelacyjnie się uzupełniają.
SARP- Stowarzyszenie Architektów RP
WSM- Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa
ONR- Obóz Narodowo-Radykalny

czwartek, 5 listopada 2015

NEON - PEWEL MAŁA

Skan pocztówki jaki umieściłem na stronie fotopolska.eu.
25 września 2011

 Byłem już ubrany i gotowy do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon. Zazwyczaj nie pędzę do dzwoniącego telefonu kiedy nie mam go pod ręką.
- A niech se dzwoni - myślę wtedy. Jak ktoś coś chce, to będzie dzwonił znowu. Nikt nie będzie mnie ścigał po schodach.
 A jednak zszedłem szybkim krokiem z góry i zdążyłem odebrać.
Dzwoniła Teresa i niecierpliwym tonem oznajmiła, że w tej chwili grupa robotników przystąpiła do zrównania z ziemią budynku stacji kolejowej w mojej miejscowości. 
 Z wyjściowego ubrania natychmiast wskoczyłem w robocze ciuchy i popędziłem na stację. Prace rozbiórkowe były już mocno zaawansowane. Połowa dachu znajdowała już na ziemi. Drewno z więźby na jednym stosie i na samochodzie, dachówki i kamienie usypane w stos pod ścianą.

Bo to stary budynek był.

 Miał ponad sto lat, dlatego w jego ścianach było wiele piaskowca jako budulca, a spoiwem była zaprawa wapienna. Robotnicy byli bezlitośni. Łyżką ładowarki zniszczyli już połowę neonu PEWEL MAŁA podczas zrzucania dachu. Wpadłem pomiędzy nich machając rękami i przekrzykując koparkę, żeby wstrzymali prace. Wytłumaczyłem, że zależy mi na uratowaniu neonu jako jedynej pamiątki po stacji.



PEWEL pokiereszowana wisiała na kablach, ale MAŁA była jeszcze umocowana do ściany w dobrym stanie.
 Poprosiłem operatora koparki by delikatnie zdjął pozostałą cześć dachu i odsłonił neon. Musze przyznać, że bardzo się starał. Pewnie miała na to wpływ oferta jaka mu złożyłem. Za to pozwolił mi jeszcze wejść do łyżki ładowarki i uniósł mnie tak żebym mógł wejść na strych i tam poszperać.
Miałem mało czasu bo spieszyłem się do pracy, ale neon udało mi się uratować.






 Do kompletu pamiątek zebrałem jeszcze:
obudowę lampy naftowej dróżnika ale bez wkładu,
segmentowe skrzynki kasowe na bilety kartonikowe, dziennik pracy dróżnika przejazdowego z okresu: 22 maja 1955 do 16 lipca 1959 r.,
bilet na przewóz roweru ze stacji  Wrocław - Leśnica do stacji  Pewel Mała z dnia 10 lipca 1959 r. za 21 złotych.
No i na strychu znalazłem jeszcze flaszkę, po Czystej wódce z epoki.

Skrzyneczki biletowe i dziennik chętnie przekaże pasjonatom kolei ze Stowarzyszenia Kolej Beskidzka. Natomiast neon kiedyś wyremontuję i bilet sobie zostawię na pamiątkę.




niedziela, 13 września 2015

OWCZARNIA HANSENÓW W SZUMINIE.


Nawigacja doprowadziła nas mniej więcej do celu. Najpierw bocznymi drogami, potem nierówną jak tarka, po której można tylko, albo szybko przelecieć albo jechać bardzo powoli w milczeniu bo słowa grzęzną w gardle jak podczas jego płukania. Po tym odcinku specjalnym uspokoiliśmy oddechy na piaszczystej drodze która zaprowadziła nas wprost pod mur.
Jak oni tam dojeżdżali przez lata starą Warszawą, to ja nie wiem. Kiedyś to ludzie byli odważni i ufali swoim prymitywnym samochodom i domorosłym mechanikom.
 Jak wiele rozmaitych rzeczy musieli dowozić swoim samochodem ze stolicy. W okolicy nawet dziś nie widzieliśmy sklepu rolniczego gdzie można kupić papę, gwoździe, cegły, siatkę, kątowniki...
Szyldu szklarza też nie widzieliśmy. A przecież szkło w tym właśnie miejscu było bardzo ważne.

Pogoda tego ważnego dla nas dnia była równie piękna jak dwadzieścia lat temu.
"-Popatrz tam, widzisz horyzont, pole,piach, niebieskie niebo. To jest skala makro. A teraz obróć się w kierunku domu. Co widzisz? Mur z wymalowanym białym pasem i ławeczkę. Nie widzisz drzwi tylko ten mur i ławkę. Usiądź na niej. Właśnie wyszedłeś ze skali makro i znalazłeś się w skali mezo. Jesteś na wsi, w Szuminie, możesz tu siedzieć i podziwiać ludzi wracających z pola. Siadając na tej ławce, stałeś się częścią tego świata - ta ławka to jest instrument społeczny. Taki sam jak ławeczki przed wiejskimi chałupami (...) one służą spotkaniu." 

Zostawiliśmy auto w pewnym oddaleniu i ruszyliśmy wzdłuż muru. Bury piasek rozjeżdżał się nam pod butami. Dostrzegliśmy białą linie i ławeczkę. Usiadłem. Winogrona były jeszcze nie dojrzałe.

"-A teraz spójrz w prawo. Twój wzrok trafia na wymalowany na murze biały pas. Podążaj za nim. Dopiero teraz widzisz drzwi prowadzące do wnętrza. Za chwilę przekroczysz kolejną granicę. Zmieniasz skalę swojej obecności. Dzięki temu że [mur] nie jest połączony z dachem, możesz usłyszeć rozmowę Zofii z Igorem. Nie widzisz ale czujesz ich obecność. Może nawet jesteś podekscytowany spotkaniem które za chwilę nastąpi."

Podekscytowany podchodzę do drzwi i dotykam klamkę. Nikogo nie słyszę. Drzwi są zamknięte. Zadzieram głowę nad drzwiami i widzę okno z widokiem na ogród. Kontynuuję skalę mezo. Na ziemi leży duża tablica drewniana z napisem ZOFIA  HANSEN a po prawej stronie rząd gumiaków który ustawili i pozostawili właściciele... Nie mogę przejść do skali mikro. Nie mogę pokonać stopni, które dzielą skalę ziemi do wnętrza domu. Nie usłyszę domowników. Mogę tylko przez mur zajrzeć na rząd książek jakie pozostawili na górnej półce i ostatnią kompozycję ruchomych desek w stole.
Mogę zadzwonić dzwonkiem jaki zmajstrował Oskar. I tak nikt mi nie otworzy.
Być może już nigdy nie będzie nam dane wejść do środka i poczuć własnymi zmysłami ideę Formy Otwartej. Opis ich domu, jaki stworzył Filip Springer w swojej książce "Zaczyn", jest tak sugestywny, że wystarczy dla mojej wyobraźni  by poruszać się w wyimaginowanych pomieszczeniach ich wyjątkowego i ponadczasowego domu.
Zaczyn nie jest o tym domu. Zaczyn jest o zapomnianych Hansenach. Wielkich architektach, którzy nie zostali zrozumiani ani docenieni. Mogli zrobić wielką karierę po wojnie, za granicą. Chcieli jednak pozostać w Polsce bo byli ideowymi socjalistami i patriotami. Jednak w zderzeniu z peerelowską rzeczywistością ich projekty zostały wypaczone a czynnik ludzki i brak wykształconego poczucia estetyki spowodował niezrozumienie idei jaka im przyświecała.
Dom ma służyć człowiekowi. Człowiek ma mieć możliwość jego kształtowania, dostosowywania w ramach potrzeb życiowych.  Dziś domy są pomnikami ich twórców a według Hansenów to szczęśliwy człowiek wystawiał  najlepszą laurkę architektowi.

Pogoda nie zmieniła się. Cisza była urzekająca. Patrzyłem na parę przytulonych  Hansenów. a Kaśka wpatrywała się we mnie i powtarzała.
-TAK. Tak... - wyczekując sekundy aż zrozumiem o co jej chodzi i po chwili dotarło do mnie, że tego dnia o tej samej godzinie dwadzieścia lat temu się pobraliśmy.
-TAK. -odpowiedziałem ściskając ją mocno i całując.









Cytaty pochodzą z książki "Zaczyn" Filipa Springera. Dom Hansenów był zamknięty i nie przekroczyliśmy ogrodzenia. Dla zainteresowanych zwiedzaniem  informacja w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.  Fotografie Katarzyna i Jacek Szura.

czwartek, 10 września 2015

CZARODZIEJSKIE WZGÓRZE.

- Jak spędzisz ze mną dwa dni na plaży, to zaprowadzę Cię w pewne miejsce i będziesz mi za to wdzięczny. - wzięła mnie tą tajemnicą pod włos, bo wie że nie lubię się smażyć na plaży.
-Noo, dobraaa. - jęknąłem niepocieszony ale posłuszny.
Niezgodnie z polską tradycją urlopową, poszliśmy na plażę bez koca, bez parawanu, bez lodówki turystycznej, materaca, półnamiotu, bez reklamówki z kurczakiem w folii aluminiowej.

Kiedy stanęliśmy na wysokiej wydmie oczom naszym ukazał się bezkresny widok spokojnego morza i szerokiej, prawie pustej, wygładzonej nienaturalnie plaży. Czy ktoś, każdego poranka gładzi biały piasek dla naszej przyjemności. A może maszyną samobieżną przesiewa ziarna przez gęste sito, by zebrać nie tylko śmieci ale i zguby roztargnionych turystów?
Piasek, biały jak ten z ceramicznych bezpieczników, przyjemnie oczyszczał moje spracowane dłonie czyniąc je białymi na czas urlopu. One są moimi narzędziami. Są niezastąpione. Dłonie robotnika zniszczone pracą, a mimo to z czułością przez nią dotykane.
Przesypywały godziny piasku między palcami, czekając ochłodzenia zniżającego się słońca.
Czas biegnie szybko jak znikające ślady stóp, ludzi spacerujących granicą fali. Zostawiła mnie samego w moim grajdole i zniknęła jak w korcu maku na horyzoncie, pośród innych spacerowiczów szukających kamieni, muszli... myśli i swojego osobistego rytmu fali i serca.
Te dwa dni wystarczyły żebym zrobił się różowy. Wyglądałem po prostu śmiesznie ale przecież smażę się dla niej, bo ona ma dla mnie niespodziankę.

                             *                 *                  *

Zjechaliśmy do miasteczka portowego Nida. zaglądaliśmy mieszkańcom do ogrodów, a nawet do okien, bo płoty mają po kolana. Zupełne przeciwieństwo
polskiego odgradzania się od ludzi, obrazów i dźwięków. Uderzająca jest tam harmonia i porządek. Estetyczny rozsądek na każdym kroku. Stragany z pamiątkami podobne do siebie pozbawione ryczących stacji radiowych. Ustawione we właściwych  miejscach i nieprzekraczalnych liniach. Nie natarczywe, nie wypełzające towarem ze straganów na chodnik, na ulicę, wprost pod nogi przechodniom.


Piaszczysta ścieżka zaprowadziła nas na małe wzniesienie obrośnięte sosnami z którego roztaczał się piękny widok na zalew Kuroński. Widok za Nobla. Tomas Mann dostał ten piękny dom z widokiem właśnie w dowód uznania za przyznaną nagrodę Akademii Szwedzkiej.


Dom - Muzeum, gustownie urządzone w minimalistycznej formie. Nie przeładowane pamiątkami. Harmonijnie skomponowana ścieżka dydaktyczna prowadząca po wnętrzach. Wytyczona reprintami artykułów prasowych, dokumentów i rękopisów, dyskretnie oświetlanych ledwo widocznymi slajdami starych zdjęć jego i rodziny które przewijają się na ścianach i fotografiach ożywiając je i zaskakując widza duchem autora pojawiającym się znienacka.
Podobno spędził tam tylko jedne wakacje ponieważ był właściwie ciągłym emigrantem (Szwajcaria, Czechosłowacja, USA). Musiał emigrować z Niemiec z powodu swoich antyfaszystowskich przekonań, no i może też z powodu piętnowanego przez faszystów homoseksualizmu. Co według historyków literatury znajduje odbicie w jego literaturze.







niedziela, 30 sierpnia 2015

Białowieskie all inclusive u Simony Kossak.

Wczasowe wyjątki.

Nie wiedziałem czy uda mi się ją namówić. Czy i tym razem zapali się do mojego pomysłu jak w poprzednich latach.  Dobrze trafiłem, bo była po lekturze "Janki..." i to był najlepszy moment by podsunąć jej Simonę. Nie żeby chętnie ją przyjęła.
-Może sama sobie znajdę książkę na urlop. Co? - rzuciła z fochem w głosie.
-Na pewno Cię wciągnie! - powiedziałem, i rzuciłem otwartego Kindla na łóżko.
Jak nie, to nie... pomyślałem. Dwa razy nie będę mówił.
Najwyżej pojedziemy prosto na Litwę i nie będziemy się zatrzymywać nigdzie po drodze. Będę się potem smażył w piasku, w pocie czoła, jak różowy prosiak na ruszcie.  Trochę mi było żal, że możemy nie dotrzeć tam, gdzie ja już byłem oczami wyobraźni wiele dni wcześniej. W duchu wiedziałem, że mi tego nie zrobi, zabierze mnie tam gdzie chcę. Ona chce żebym był szczęśliwy.
 Wczasowe miejsca wyrwane z drogowej chronologii zdarzeń pozostają najciekawsze. Najmocniejsze, najbardziej wartościowe i najdłużej zapadają w pamięć. Tego najbardziej potrzebuję. Wspomnień, które odtwarzane w pamięci sprawiają nam przyjemność, a obecność w miejscach w miejscach o których czytamy, potęguje doznania, przenosi w czasie do którego tęsknimy i do ludzi których moglibyśmy spotkać.
Rzuciłem ziarno na łóżko, gdzie trafiło na podatny grunt i zakiełkowało w Kaśki głowie planem drogowym odwiedzenia miejsc które ku naszej radości, zaowocują mocą wrażeń, wiedzy,  inspiracji, notatek i zdjęć.

Droga obfitowała też w inne miejsca ale o nich kiedy indziej. 
W Hajnówce szukaliśmy drogi rozczarowani miastem. Dziewczyna zapytana o rynek odpowiedziała, skończył się o 12... Spojrzeliśmy na siebie, rozłożyliśmy GPS'a, który na desce się nie mieści, ustaliliśmy kierunek i szybko znaleźliśmy się w centrum Białowieży, które wytycza jedno skrzyżowanie z barem, wypożyczalnią rowerów, informacją turystyczną i bramą do Białowieskiego Parku Narodowego.

Białowieża to taki zaciszny kurort wczasowy. Naukowo - badawcze letnisko.
Mała miejscowość, którą można przejść wzdłuż i wszerz w jedno popołudnie. Na rowerze można wypuścić się wgłąb parku lub dotrzeć do bardziej odległych miejsc jak zagroda Żubrów czy Dziedzinka.
Bardzo łatwo tu o nocleg i posiłek. Wieś sprawia wrażenie nadmorskiej, cichej miejscowości wczasowej.

Kiedy zbliżamy się do celu podróży ogarnia mnie dziwne podniecenie i nieracjonalny pośpiech. Przecież te miejsca stoją tu niezmiennie od lat jakby czekały własnie na mnie a mimo to, myślami jestem o kilka kroków przed nami jakby podświadomie obawiając się rozczarowania, niespełnienia oczekiwań jakie potrafiły wybujać po lekturze.

W wypożyczalni rowerów na pytanie o Dziedzinkę dostaliśmy odpowiedź że przed chwilą był tu Lech Wilczek po śrubkę i pojechał maluchem do domu. Pokazali nam kierunek i umówiliśmy się na następny dzień by pojechać rowerami do ich wspólnego (Simony i Lecha) domu zwanego Dziedzinką.


Droga jest prosta wśród charakterystycznych domków, a potem pośród drzew, prowadzi wprost pod leśniczówkę. Szczegółowo opisaną w biografii Simony Kossak, tej Simony która nie miała ręki do pędzla ku rozpaczy ojca, tylko do zwierząt.

Pani kierowniczka internatu Barbara Szymanowska

Po drodze zatrzymaliśmy się w internacie Szkoły Leśników gdzie pani kierowniczka Barbara Szymanowska z przejęciem opowiadała o spotkaniach z Simoną i Lechem jakie odbywały się w szkole. Podziwialiśmy ogromne  podświetlane gabloty wykonane przez Lecha Wilczka w tradycyjnej technologi bez użycia komputerów. Znaleźliśmy ślady jego ręcznego retuszu tych wielkich diapozytywów.

Nie można zobaczyć ich wspólnego domu z bliska. Podobno dyrekcja parku planuje tam otworzyć tzw. izbę pamięci poświęconą Simonie, (mam nadzieję że i Lechowi), a na razie potrzebna jest przepustka od dyrekcji BPN by przekroczyć monitorowane ogrodzenie.
Dziedzinka



Mechanik malucha Simony pan Mariusz 













Pod bramą Dziedzinki zagadnąłem mężczyznę który wozi turystów Melexem. Już po kilku zdaniach okazało się, że był mechanikiem nadwornym Simony... jej malucha. To on wycinał w nim szyberdach, żeby się jej lepiej paliło papierosy, on robił jego konserwację i przemalował go pod kolor jej swetra. Lech Wilczek jeździ nim do dzisiaj. Samochód został zapisany jako pamiątka po Simonie i zabytek motoryzacji, dla szkoły w Łomży.

Dom Lecha Wilczka
Bardzo chcieliśmy go spotkać. Znaleźliśmy jego mały, drewniany domek przy drodze do Dziedzinki, już na końcu wsi. Gęsto obsadzony kwiatami, z małymi oknami zasłoniętymi kwiatowymi firanami i niskim dachem bez rynien. Stał przed nim zielonkawy mały Fiat, pod jego kołami wił się zielony wąż do podlewania. Wejście do ogrodu było zagrodzone i nie wypadało nam nachodzić go i niepokoić. Byliśmy tam trzykrotnie wyczekując przypadkowego spotkania jednak nie było nam dane. Mam jednak pomysł na wymianę listów i zdobycie autografu w jego książce.
Osoby z którymi rozmawialiśmy podkreślały w opowieściach wyjątkowość ich burzliwego związku. Niezależność Lecha i trudny charakter Simony. Wspominali, że kiedy we wspomnieniach pojawiał się temat ich wspólnego życia pod jednym dachem, Lech mówił zawsze z czułością, tęsknotą i rozrzewnieniem w głosie... wszyscy rozmówcy podkreślali że to był wyjątkowy związek.
Kaśka dopisała sobie tej miłości jeszcze jeden akapit. Zauważyła że Dziedzinka oznaczona jest numerem pięć, tak samo jak dom Lecha Wilczka...
Ruszyliśmy w dalszą drogę lecz to nie był koniec ich historii...

Po kilku dniach, wracając z Litwy zboczyliśmy trochę z prostej drogi do domu i przez rodzinną miejscowość babki Simony, Stawiska, dojechaliśmy do wsi Poryte w poszukiwaniu grobu Simony. Znaleźliśmy go z łatwością ponieważ jest bardzo nietypowy.
Nagrobkiem jest wielki granitowy głaz o jednej, gładkiej płaszczyźnie, ułożony w cieniu młodej brzozy wyrastającej spod grobu. Na nim, chyba Lech Wilczek, umieścił ceramiczną fotografię Simony odpoczywającej w cieniu drzewa i  tulącej  Rysia. Tego Rysia który grał w filmie państwa Walencików (26:35).

Dnia 25.08.2015, na grobie było kilka wypalonych zniczy, trzy bukiety sztucznych, jeszcze kolorowych nie wypalonych słońcem kwiatów. Grób był czysty i uporządkowany.

prof. dr. hab. Simona Gabriela Kossak 


niedziela, 26 lipca 2015

Zrobili mi drogę...

..i co z tego. Też na nią czekałem, cierpliwie stojąc w korkach dni i miesiące, w upale i w deszczu, śniegu i mrozie. Korki mnie nie denerwują, choć presja czasu niekiedy daje o sobie znać. Stoję cierpliwie w ciszy. Milczę i myślę.
 Nowa droga S69 uratowała zdrowie wielu sfrustrowanych kierowców stojących w kilometrowych korkach. Uwolniła ich od napięcia, narzekania, tego wewnętrznego ciśnienia, które tak łatwo rozładowują w zamkniętych samochodach czekając, aż nadarzy się przysłowiowa "nanosekunada świateł". Dostali głęboki oddech szerokiej drogi nieograniczonych prędkości i oszczędności czasu w dojazdach do pracy. 



Dostali łatwość przemieszczania okupioną tylko jednym warunkiem. Nie będą się rozglądać. Pojadą przed siebie  z punktu A do punktu B, w tunelu mierzonego czasu, ograniczonym ekranami dźwiękochłonnymi, nie zważając na otoczenie. 
 Ekrany są przekleństwem nowych dróg. Jazda staje się nudna i monotonna. Jedyne co pozostaje to prędkość byle osiągnąć cel. Są tacy, którzy w drodze słuchają radia, słuchają książek w wydaniu dźwiękowym, czy sprawdzają portale społecznościowe.
 Nie zmienia to faktu, że dla wszystkich nadrzędną myślą staje się cel podróży. 
Nie jazda, nie droga lecz cel. Takiej drogi się nie pamięta, tak jak nie pamięta się drogi przebytej podczas rozmowy telefonicznej.
Autem pewnie będę jeździł tą nową drogą by wcześniej usiąść przy kawie. Ale motorem pozostanę chyba wierny starej drodze "Żywieckiej", bo autem szybko minie nowa droga, a starym motorem dłuży się i jest monotonna.
 Żywiecka - królowa moich dróg. Jak Szczerkowa "Siódemka". Z fotela Syreny 105 poznawałem wielką pustą przestrzeń między Bielskiem i Żywcem u schyłku PRL'u.  Przestrzeń, której już prawienie ma bo zarosła zabudowaniami. Domami i budynkami przedsiębiorstw. Od tamtego czasu przejechałem Żywiecką około 9 tyś. razy i teraz jakaś bezduszna droga S69 ma odebrać mi przyjemność jazdy nie oferując mi nic poza zaoszczędzonym czasem?


 Dlatego motocyklem jeżdżę starą, prawie opustoszałą drogą 69. Uwolnioną od wielu samochodów i bogatą we wrażenia jakie stają się udziałem bodźców zewnętrznych, wspomnień  i wyobraźni. 
 Uwielbiam jazdę w nocy, lub wcześnie rano, najbardziej w niedzielne poranki, kiedy nikogo nie ma na drodze. Mam wtedy taką namiastkę Route 66. Nie spieszę się, delektuję się jazdą i zbieram zapachy do koszyka wspomnień. 
Jest na przykład miejsce gdzie wieczorem pachnie chlebem choć piekarnia jest kilometr w bok drogi, wiele miejsc pachnie sianem i świeżo skoszoną trawą. Bywają zapachy jakich młode pokolenie nie pamięta, na przykład dym palonych badyli ziemniaczanych, który przypomina smak ziemniaków pieczonych w ognisku, ust i paluchów brudnych od zwęglonych skórek kartofli. Młode pokolenie nie pamięta zapachu gnojówki wylewanej na pola. Pięknie i słodko pachnie za to kwitnąca lipa i akacja podobnie jak słodki zapach spalin za samochodem z katalizatorem. 
Wieczorem, po upalnym dniu pachnie chłodne i wilgotne powietrze parujące z wierzbowych zagajników przydrożnych, w których ziemia nawet latem nie wysycha. Dym wypalanej trawy jest ostry i szczypie w oczy, natomiast zapach palonych liści i gałęzi długo pozostaje w ubraniu snując się na polach i przez drogę jak mgła. I tylko Bogumił potrafi powiedzieć jak pachnie zaorane pole jesienią.
 Jazda rano i wieczorem przez pagórki jest jak zanurzanie się w chłodnej wodzie podczas upalnego dnia. Na wzniesieniach płynie się w ciepłym powietrzu zjeżdżając wprost do zimnego i rześkiego w dolinie.
Nie mijam już zaprzęgów konnych, prawie w ogóle traktorów, częściej maszyny budowlane. Na szczęście mam po drodze targowisko staroci, skup makulatury z książkami, złomowisko rtv...   
Niestety, są również reklamowe płachty, które wdzierają się mimo woli głosem wewnętrznym do głowy i brzmią zdaniami bezużytecznej treści.

środa, 17 czerwca 2015

PHILIP ROTH. Zacząłem... on skończył.

 Nareszcie nastały upalne i bezwietrzne dni.  Gorące powietrze drżało, warstwą grubości paczki papierosów nad dachami samochodów domowego parkingu. Tworzyło miniaturową fatamorganę zniekształcającą obraz oddalonych domów i drzew. To dobry moment by pokazać dzieciom na czym polega pustynne złudzenie.
Wygospodarowałem sprawnie odrobinę czasu by zatrzymać się u targowych sprzedawców w drodze do pracy. Wsiadłem do rozgrzanego samochodu jakbym zanurzył się w gorącej kąpieli. Dotknięcie kierownicy parzyło dłonie zdarte papierem ściernym i pracą. Oparcie fotela zniszczyło od razu piękno wyprasowanej koszuli.
 Sprzedawcy na targu mają gorzej - pomyślałem - i ruszyłem z piskiem paska klinowego w codzienną drogę.
Stoją w tym słońcu każdego dnia, dla tych kilkudziesięciu złotych, parząc się w długich spodniach i  flanelowych koszulach, na patelni wyasfaltowanego placu targowego. Jedyny cień jaki mają, to ten prywatny, rzucany z daszku czapki na koniec własnego nosa.
 Czemu oni nie układają tych książek grzbietami do góry - pomyślałem z lekką złością. Wygrzebywanie kolejnych tomów z kartonowych pudeł i wkładanie zajmuje mi za dużo czasu. To podobnie kłopotliwe jak przeglądanie sterty szmat w sklepie z używaną odzieżą.  Podsłuchałem kobiety jak odradzały sobie taki sklep, bo nie mogły nic ciekawego znaleźć. Nie miały cierpliwości? 
walizka z książkami za paczkę papierosów

Książki grzbietami, a szmaty na wieszaki! 

 Łatwiej by mi było i szybciej znalazłbym tę która mnie zainteresuje, autorem lub tytułem. Z pośród ośmiu kartonów po bananach Chiquita, wyjmowałem garściami po dwie, trzy sztuki, raz jedną, raz drugą dłonią, klęcząc na gorącym asfalcie w pokorze wobec słońca biczującego moje plecy i kark żarem. 
Wygrzebałem kilka tytułów pośród których najciekawszą, choć "bezwartościową" bo bardzo zniszczoną  pozycją była książka Philipa Rotha pt.: "Goodbye Columbus".
 Małego formatu, trochę większa niż smatfon pięciocalowy. Oprawiona przez introligatora w marmurkowy papier, wzmocniony materiałem na rogach i grzbiecie. Pod ochronnym celofanem wklejona była kartka grzbietowa z opisem i numerem wykaligrafowanym piórem. Wewnątrz sygnowana pieczęcią biblioteki w Ustroniu. 
To właśnie jej stan urzekł mnie różnymi domysłami. Ktoś ją oprawił, może ktoś inny pokleił wypadające kartki paskami papieru i taśmą. Ktoś zrobił supeł na zakładce tasiemkowej. Jednak najbardziej urzekająca w niej była myśl, co jest w tej książce, że tak wiele osób ją przeczytało od 1964 roku.
Obok klejonych kartek, kolejne były luźne, poprzecinane cienkimi nitkami szytego grzbietu. Wszystkie były miękkie jak bibuła, poplamione i pożółkłe od przewracania ślinionymi paluchami. Zmęczona czytaniem nie miała nawet siły zamykać swoich stron przede mną. Leżała pokornie z rozchylonymi stronami pozwalając głodnemu wzrokowi penetrować kolejne karty intymnej historii bohaterów. Rogi były tak wymiętolone, że trudno było rozdzielić kartki do siebie przyległe, a na niektórych numery stron sięgały miękkiego, zaokrąglonego narożnika puszystego jak lignina. Przez chwilę pomyślałem czy nie zarażę się jakimś syfem powodującym czernienie języka jak arszenik.

To pierwsza książka Rotha w mojej kolekcji, podczas gdy on już od dwóch lat nie pisze książek tylko je czyta po kilka godzin dziennie. Justyna Sobolewska odwiedziła go w domu i opisała pięknie to spotkanie w Polityce. Stąd wiem o końcu jego kariery. 
Dziesiątki czytelników, którzy zostawili swoje DNA na kartkach, na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie mogą się mylić. Dostał za nią nagrodę a krytycy uznali go nadzieją nowej prozy amerykańskiej.
Czego szukali polscy czytelnicy w książce amerykańskiego pisarza w  czasach realnego socjalizmu?  Czy chcieli się oderwać od szaro-czerwonej rzeczywistości? Czy szukali romansu o jakim marzyli? Czy chcieli zobaczyć jak wygląda wolność młodego człowieka w czasach boomu amerykańskiego snu? A może chcieli utwierdzić się w swoich przekonaniach na temat podziałów klasowych jakie istnieją w Ameryce i zepsuciu konsumpcyjnego społeczeństwa? 
Książka Rotha to sprawnie skonstruowana opowieść o zauroczeniu młodego bibliotekarza, pewną siebie dziewczyną z dobrego, żydowskiego domu znanego przedsiębiorcy. Ich młodzieńcza miłość pięknie się rozwija. Podana przez autora w sposób prosty i oszczędny łatwo budzi wyobraźnię która pobudzona niedopowiedzeniem potrafi dopowiedzieć resztę tak jak czytelnik chciałby to widzieć i przeżywać. Miłość dla której przeszkodą jest nie tylko odległość ale i różnica klasowa poddana jest próbie nie tylko czasu ale i wyznawanych wartości. To nie tylko portret amerykańskiego środowiska żydowskiego ale i rozwarstwionego społeczeństwa. 
                

Brodaty sprzedawca książek zawołał mnie na bok pokazując jeszcze jedno pudło książek na uboczu w którym znalazłem wielkie jak mszał tomisko, pism wybranych Aleksandra Głowackiego. W twardej, płóciennej oprawie i tłoczonymi napisami. To z takiego tomu (który mam bardzo zniszczony) ojciec, będąc kawalerem czytał Lalkę i referował mojej mamie ze szczegółami potrzebnymi na lekcję literatury w latach "60. Żydzi wtedy romansowali u Rotha w stanach, a moi rodzice w Bielsku.