Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

niedziela, 30 sierpnia 2015

Białowieskie all inclusive u Simony Kossak.

Wczasowe wyjątki.

Nie wiedziałem czy uda mi się ją namówić. Czy i tym razem zapali się do mojego pomysłu jak w poprzednich latach.  Dobrze trafiłem, bo była po lekturze "Janki..." i to był najlepszy moment by podsunąć jej Simonę. Nie żeby chętnie ją przyjęła.
-Może sama sobie znajdę książkę na urlop. Co? - rzuciła z fochem w głosie.
-Na pewno Cię wciągnie! - powiedziałem, i rzuciłem otwartego Kindla na łóżko.
Jak nie, to nie... pomyślałem. Dwa razy nie będę mówił.
Najwyżej pojedziemy prosto na Litwę i nie będziemy się zatrzymywać nigdzie po drodze. Będę się potem smażył w piasku, w pocie czoła, jak różowy prosiak na ruszcie.  Trochę mi było żal, że możemy nie dotrzeć tam, gdzie ja już byłem oczami wyobraźni wiele dni wcześniej. W duchu wiedziałem, że mi tego nie zrobi, zabierze mnie tam gdzie chcę. Ona chce żebym był szczęśliwy.
 Wczasowe miejsca wyrwane z drogowej chronologii zdarzeń pozostają najciekawsze. Najmocniejsze, najbardziej wartościowe i najdłużej zapadają w pamięć. Tego najbardziej potrzebuję. Wspomnień, które odtwarzane w pamięci sprawiają nam przyjemność, a obecność w miejscach w miejscach o których czytamy, potęguje doznania, przenosi w czasie do którego tęsknimy i do ludzi których moglibyśmy spotkać.
Rzuciłem ziarno na łóżko, gdzie trafiło na podatny grunt i zakiełkowało w Kaśki głowie planem drogowym odwiedzenia miejsc które ku naszej radości, zaowocują mocą wrażeń, wiedzy,  inspiracji, notatek i zdjęć.

Droga obfitowała też w inne miejsca ale o nich kiedy indziej. 
W Hajnówce szukaliśmy drogi rozczarowani miastem. Dziewczyna zapytana o rynek odpowiedziała, skończył się o 12... Spojrzeliśmy na siebie, rozłożyliśmy GPS'a, który na desce się nie mieści, ustaliliśmy kierunek i szybko znaleźliśmy się w centrum Białowieży, które wytycza jedno skrzyżowanie z barem, wypożyczalnią rowerów, informacją turystyczną i bramą do Białowieskiego Parku Narodowego.

Białowieża to taki zaciszny kurort wczasowy. Naukowo - badawcze letnisko.
Mała miejscowość, którą można przejść wzdłuż i wszerz w jedno popołudnie. Na rowerze można wypuścić się wgłąb parku lub dotrzeć do bardziej odległych miejsc jak zagroda Żubrów czy Dziedzinka.
Bardzo łatwo tu o nocleg i posiłek. Wieś sprawia wrażenie nadmorskiej, cichej miejscowości wczasowej.

Kiedy zbliżamy się do celu podróży ogarnia mnie dziwne podniecenie i nieracjonalny pośpiech. Przecież te miejsca stoją tu niezmiennie od lat jakby czekały własnie na mnie a mimo to, myślami jestem o kilka kroków przed nami jakby podświadomie obawiając się rozczarowania, niespełnienia oczekiwań jakie potrafiły wybujać po lekturze.

W wypożyczalni rowerów na pytanie o Dziedzinkę dostaliśmy odpowiedź że przed chwilą był tu Lech Wilczek po śrubkę i pojechał maluchem do domu. Pokazali nam kierunek i umówiliśmy się na następny dzień by pojechać rowerami do ich wspólnego (Simony i Lecha) domu zwanego Dziedzinką.


Droga jest prosta wśród charakterystycznych domków, a potem pośród drzew, prowadzi wprost pod leśniczówkę. Szczegółowo opisaną w biografii Simony Kossak, tej Simony która nie miała ręki do pędzla ku rozpaczy ojca, tylko do zwierząt.

Pani kierowniczka internatu Barbara Szymanowska

Po drodze zatrzymaliśmy się w internacie Szkoły Leśników gdzie pani kierowniczka Barbara Szymanowska z przejęciem opowiadała o spotkaniach z Simoną i Lechem jakie odbywały się w szkole. Podziwialiśmy ogromne  podświetlane gabloty wykonane przez Lecha Wilczka w tradycyjnej technologi bez użycia komputerów. Znaleźliśmy ślady jego ręcznego retuszu tych wielkich diapozytywów.

Nie można zobaczyć ich wspólnego domu z bliska. Podobno dyrekcja parku planuje tam otworzyć tzw. izbę pamięci poświęconą Simonie, (mam nadzieję że i Lechowi), a na razie potrzebna jest przepustka od dyrekcji BPN by przekroczyć monitorowane ogrodzenie.
Dziedzinka



Mechanik malucha Simony pan Mariusz 













Pod bramą Dziedzinki zagadnąłem mężczyznę który wozi turystów Melexem. Już po kilku zdaniach okazało się, że był mechanikiem nadwornym Simony... jej malucha. To on wycinał w nim szyberdach, żeby się jej lepiej paliło papierosy, on robił jego konserwację i przemalował go pod kolor jej swetra. Lech Wilczek jeździ nim do dzisiaj. Samochód został zapisany jako pamiątka po Simonie i zabytek motoryzacji, dla szkoły w Łomży.

Dom Lecha Wilczka
Bardzo chcieliśmy go spotkać. Znaleźliśmy jego mały, drewniany domek przy drodze do Dziedzinki, już na końcu wsi. Gęsto obsadzony kwiatami, z małymi oknami zasłoniętymi kwiatowymi firanami i niskim dachem bez rynien. Stał przed nim zielonkawy mały Fiat, pod jego kołami wił się zielony wąż do podlewania. Wejście do ogrodu było zagrodzone i nie wypadało nam nachodzić go i niepokoić. Byliśmy tam trzykrotnie wyczekując przypadkowego spotkania jednak nie było nam dane. Mam jednak pomysł na wymianę listów i zdobycie autografu w jego książce.
Osoby z którymi rozmawialiśmy podkreślały w opowieściach wyjątkowość ich burzliwego związku. Niezależność Lecha i trudny charakter Simony. Wspominali, że kiedy we wspomnieniach pojawiał się temat ich wspólnego życia pod jednym dachem, Lech mówił zawsze z czułością, tęsknotą i rozrzewnieniem w głosie... wszyscy rozmówcy podkreślali że to był wyjątkowy związek.
Kaśka dopisała sobie tej miłości jeszcze jeden akapit. Zauważyła że Dziedzinka oznaczona jest numerem pięć, tak samo jak dom Lecha Wilczka...
Ruszyliśmy w dalszą drogę lecz to nie był koniec ich historii...

Po kilku dniach, wracając z Litwy zboczyliśmy trochę z prostej drogi do domu i przez rodzinną miejscowość babki Simony, Stawiska, dojechaliśmy do wsi Poryte w poszukiwaniu grobu Simony. Znaleźliśmy go z łatwością ponieważ jest bardzo nietypowy.
Nagrobkiem jest wielki granitowy głaz o jednej, gładkiej płaszczyźnie, ułożony w cieniu młodej brzozy wyrastającej spod grobu. Na nim, chyba Lech Wilczek, umieścił ceramiczną fotografię Simony odpoczywającej w cieniu drzewa i  tulącej  Rysia. Tego Rysia który grał w filmie państwa Walencików (26:35).

Dnia 25.08.2015, na grobie było kilka wypalonych zniczy, trzy bukiety sztucznych, jeszcze kolorowych nie wypalonych słońcem kwiatów. Grób był czysty i uporządkowany.

prof. dr. hab. Simona Gabriela Kossak 


niedziela, 26 lipca 2015

Zrobili mi drogę...

..i co z tego. Też na nią czekałem, cierpliwie stojąc w korkach dni i miesiące, w upale i w deszczu, śniegu i mrozie. Korki mnie nie denerwują, choć presja czasu niekiedy daje o sobie znać. Stoję cierpliwie w ciszy. Milczę i myślę.
 Nowa droga S69 uratowała zdrowie wielu sfrustrowanych kierowców stojących w kilometrowych korkach. Uwolniła ich od napięcia, narzekania, tego wewnętrznego ciśnienia, które tak łatwo rozładowują w zamkniętych samochodach czekając, aż nadarzy się przysłowiowa "nanosekunada świateł". Dostali głęboki oddech szerokiej drogi nieograniczonych prędkości i oszczędności czasu w dojazdach do pracy. 



Dostali łatwość przemieszczania okupioną tylko jednym warunkiem. Nie będą się rozglądać. Pojadą przed siebie  z punktu A do punktu B, w tunelu mierzonego czasu, ograniczonym ekranami dźwiękochłonnymi, nie zważając na otoczenie. 
 Ekrany są przekleństwem nowych dróg. Jazda staje się nudna i monotonna. Jedyne co pozostaje to prędkość byle osiągnąć cel. Są tacy, którzy w drodze słuchają radia, słuchają książek w wydaniu dźwiękowym, czy sprawdzają portale społecznościowe.
 Nie zmienia to faktu, że dla wszystkich nadrzędną myślą staje się cel podróży. 
Nie jazda, nie droga lecz cel. Takiej drogi się nie pamięta, tak jak nie pamięta się drogi przebytej podczas rozmowy telefonicznej.
Autem pewnie będę jeździł tą nową drogą by wcześniej usiąść przy kawie. Ale motorem pozostanę chyba wierny starej drodze "Żywieckiej", bo autem szybko minie nowa droga, a starym motorem dłuży się i jest monotonna.
 Żywiecka - królowa moich dróg. Jak Szczerkowa "Siódemka". Z fotela Syreny 105 poznawałem wielką pustą przestrzeń między Bielskiem i Żywcem u schyłku PRL'u.  Przestrzeń, której już prawienie ma bo zarosła zabudowaniami. Domami i budynkami przedsiębiorstw. Od tamtego czasu przejechałem Żywiecką około 9 tyś. razy i teraz jakaś bezduszna droga S69 ma odebrać mi przyjemność jazdy nie oferując mi nic poza zaoszczędzonym czasem?


 Dlatego motocyklem jeżdżę starą, prawie opustoszałą drogą 69. Uwolnioną od wielu samochodów i bogatą we wrażenia jakie stają się udziałem bodźców zewnętrznych, wspomnień  i wyobraźni. 
 Uwielbiam jazdę w nocy, lub wcześnie rano, najbardziej w niedzielne poranki, kiedy nikogo nie ma na drodze. Mam wtedy taką namiastkę Route 66. Nie spieszę się, delektuję się jazdą i zbieram zapachy do koszyka wspomnień. 
Jest na przykład miejsce gdzie wieczorem pachnie chlebem choć piekarnia jest kilometr w bok drogi, wiele miejsc pachnie sianem i świeżo skoszoną trawą. Bywają zapachy jakich młode pokolenie nie pamięta, na przykład dym palonych badyli ziemniaczanych, który przypomina smak ziemniaków pieczonych w ognisku, ust i paluchów brudnych od zwęglonych skórek kartofli. Młode pokolenie nie pamięta zapachu gnojówki wylewanej na pola. Pięknie i słodko pachnie za to kwitnąca lipa i akacja podobnie jak słodki zapach spalin za samochodem z katalizatorem. 
Wieczorem, po upalnym dniu pachnie chłodne i wilgotne powietrze parujące z wierzbowych zagajników przydrożnych, w których ziemia nawet latem nie wysycha. Dym wypalanej trawy jest ostry i szczypie w oczy, natomiast zapach palonych liści i gałęzi długo pozostaje w ubraniu snując się na polach i przez drogę jak mgła. I tylko Bogumił potrafi powiedzieć jak pachnie zaorane pole jesienią.
 Jazda rano i wieczorem przez pagórki jest jak zanurzanie się w chłodnej wodzie podczas upalnego dnia. Na wzniesieniach płynie się w ciepłym powietrzu zjeżdżając wprost do zimnego i rześkiego w dolinie.
Nie mijam już zaprzęgów konnych, prawie w ogóle traktorów, częściej maszyny budowlane. Na szczęście mam po drodze targowisko staroci, skup makulatury z książkami, złomowisko rtv...   
Niestety, są również reklamowe płachty, które wdzierają się mimo woli głosem wewnętrznym do głowy i brzmią zdaniami bezużytecznej treści.

środa, 17 czerwca 2015

PHILIP ROTH. Zacząłem... on skończył.

 Nareszcie nastały upalne i bezwietrzne dni.  Gorące powietrze drżało, warstwą grubości paczki papierosów nad dachami samochodów domowego parkingu. Tworzyło miniaturową fatamorganę zniekształcającą obraz oddalonych domów i drzew. To dobry moment by pokazać dzieciom na czym polega pustynne złudzenie.
Wygospodarowałem sprawnie odrobinę czasu by zatrzymać się u targowych sprzedawców w drodze do pracy. Wsiadłem do rozgrzanego samochodu jakbym zanurzył się w gorącej kąpieli. Dotknięcie kierownicy parzyło dłonie zdarte papierem ściernym i pracą. Oparcie fotela zniszczyło od razu piękno wyprasowanej koszuli.
 Sprzedawcy na targu mają gorzej - pomyślałem - i ruszyłem z piskiem paska klinowego w codzienną drogę.
Stoją w tym słońcu każdego dnia, dla tych kilkudziesięciu złotych, parząc się w długich spodniach i  flanelowych koszulach, na patelni wyasfaltowanego placu targowego. Jedyny cień jaki mają, to ten prywatny, rzucany z daszku czapki na koniec własnego nosa.
 Czemu oni nie układają tych książek grzbietami do góry - pomyślałem z lekką złością. Wygrzebywanie kolejnych tomów z kartonowych pudeł i wkładanie zajmuje mi za dużo czasu. To podobnie kłopotliwe jak przeglądanie sterty szmat w sklepie z używaną odzieżą.  Podsłuchałem kobiety jak odradzały sobie taki sklep, bo nie mogły nic ciekawego znaleźć. Nie miały cierpliwości? 
walizka z książkami za paczkę papierosów

Książki grzbietami, a szmaty na wieszaki! 

 Łatwiej by mi było i szybciej znalazłbym tę która mnie zainteresuje, autorem lub tytułem. Z pośród ośmiu kartonów po bananach Chiquita, wyjmowałem garściami po dwie, trzy sztuki, raz jedną, raz drugą dłonią, klęcząc na gorącym asfalcie w pokorze wobec słońca biczującego moje plecy i kark żarem. 
Wygrzebałem kilka tytułów pośród których najciekawszą, choć "bezwartościową" bo bardzo zniszczoną  pozycją była książka Philipa Rotha pt.: "Goodbye Columbus".
 Małego formatu, trochę większa niż smatfon pięciocalowy. Oprawiona przez introligatora w marmurkowy papier, wzmocniony materiałem na rogach i grzbiecie. Pod ochronnym celofanem wklejona była kartka grzbietowa z opisem i numerem wykaligrafowanym piórem. Wewnątrz sygnowana pieczęcią biblioteki w Ustroniu. 
To właśnie jej stan urzekł mnie różnymi domysłami. Ktoś ją oprawił, może ktoś inny pokleił wypadające kartki paskami papieru i taśmą. Ktoś zrobił supeł na zakładce tasiemkowej. Jednak najbardziej urzekająca w niej była myśl, co jest w tej książce, że tak wiele osób ją przeczytało od 1964 roku.
Obok klejonych kartek, kolejne były luźne, poprzecinane cienkimi nitkami szytego grzbietu. Wszystkie były miękkie jak bibuła, poplamione i pożółkłe od przewracania ślinionymi paluchami. Zmęczona czytaniem nie miała nawet siły zamykać swoich stron przede mną. Leżała pokornie z rozchylonymi stronami pozwalając głodnemu wzrokowi penetrować kolejne karty intymnej historii bohaterów. Rogi były tak wymiętolone, że trudno było rozdzielić kartki do siebie przyległe, a na niektórych numery stron sięgały miękkiego, zaokrąglonego narożnika puszystego jak lignina. Przez chwilę pomyślałem czy nie zarażę się jakimś syfem powodującym czernienie języka jak arszenik.

To pierwsza książka Rotha w mojej kolekcji, podczas gdy on już od dwóch lat nie pisze książek tylko je czyta po kilka godzin dziennie. Justyna Sobolewska odwiedziła go w domu i opisała pięknie to spotkanie w Polityce. Stąd wiem o końcu jego kariery. 
Dziesiątki czytelników, którzy zostawili swoje DNA na kartkach, na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie mogą się mylić. Dostał za nią nagrodę a krytycy uznali go nadzieją nowej prozy amerykańskiej.
Czego szukali polscy czytelnicy w książce amerykańskiego pisarza w  czasach realnego socjalizmu?  Czy chcieli się oderwać od szaro-czerwonej rzeczywistości? Czy szukali romansu o jakim marzyli? Czy chcieli zobaczyć jak wygląda wolność młodego człowieka w czasach boomu amerykańskiego snu? A może chcieli utwierdzić się w swoich przekonaniach na temat podziałów klasowych jakie istnieją w Ameryce i zepsuciu konsumpcyjnego społeczeństwa? 
Książka Rotha to sprawnie skonstruowana opowieść o zauroczeniu młodego bibliotekarza, pewną siebie dziewczyną z dobrego, żydowskiego domu znanego przedsiębiorcy. Ich młodzieńcza miłość pięknie się rozwija. Podana przez autora w sposób prosty i oszczędny łatwo budzi wyobraźnię która pobudzona niedopowiedzeniem potrafi dopowiedzieć resztę tak jak czytelnik chciałby to widzieć i przeżywać. Miłość dla której przeszkodą jest nie tylko odległość ale i różnica klasowa poddana jest próbie nie tylko czasu ale i wyznawanych wartości. To nie tylko portret amerykańskiego środowiska żydowskiego ale i rozwarstwionego społeczeństwa. 
                

Brodaty sprzedawca książek zawołał mnie na bok pokazując jeszcze jedno pudło książek na uboczu w którym znalazłem wielkie jak mszał tomisko, pism wybranych Aleksandra Głowackiego. W twardej, płóciennej oprawie i tłoczonymi napisami. To z takiego tomu (który mam bardzo zniszczony) ojciec, będąc kawalerem czytał Lalkę i referował mojej mamie ze szczegółami potrzebnymi na lekcję literatury w latach "60. Żydzi wtedy romansowali u Rotha w stanach, a moi rodzice w Bielsku.      










sobota, 6 czerwca 2015

Takie rzeczy tylko w Żywcu.

Egoizmem byłoby kupno jednej książki. Jednej tylko dla siebie. Kaśka o Wielkim Sercu myśli o wszystkich a o sobie zawsze na końcu. Dziś obdarowała mnie książką którą od dawna planowałem kupić jednak zawsze jakoś wracałem do domu z czym inny upolowanym na targu. Ostatnio na przykład z zabytkowym kompletem Commodore C64, pamiętajacym czasy wielogodzinnego grania z Jurasem i Johnym Pro. oraz pierwsze kroki programowania w Basic'u...to było... chyba w 1987roku.
Kaśka wróciła z zakupów z warzywami, wędliną, mlekiem, serem, płatkami ze Stasiukiem dla siebie i Fabryką Absolutu dla mnie. W książkach i zakupach też musi być parytet. Na przykład Nutella i Jabłka Szampion, albo banany i kalarepa :-)



Lubię Kaśki niespodzianki. Kto ich nie lubi? Ale dawanie prezentów jest jeszcze lepsze.Miałem dziesięć minut wygospodarowanego czasu w drodze do pracy. To wystarczyło by sprawdzić co też dzis sprzedają moi koledzy targowi. Co pozyskali z niewiadomych źródeł. Czyj dom "oprawili" (nie chodzi o kradzież). I czy znajdę u nich coś dla siebie?
 Znalazłem!
 Pierwsza książka jaką wziąłem do reki to był pięknie wydany TATARAK. Książka jest bogatym zbiorem, wydanym chyba na potrzeby promocji filmu Andrzeja Wajdy pod tym samym tytułem. Zawiera fotografie z planu filowego. Nie tylko kadry ekranowe ale przede wszystkim ujęcia planu, pracę ekipy filmowej i aktorów w kadrze i poza nim. O trudnej pracy nad filmem opowiada reżyser. A, o głębokich emocjach i o tym jak wiele siebie i swojej historii oddała  Wajdzie i temu filmowi mówi Krystyna Janda. Jest tam też wywiad z córką Iwaszkiewicza Marią, dwa felietony i rzeczony "Tatarak" Jarosława Iwaszkiewicza.
Podczas ostatniej wizyty w Sandomierzu oboje patrzyliśmy na rękopis "Tataraku" w muzeum Okręgowym.
Pozdrawiam Krystyna Janda.



Dużo książek tego dnia miał targowy sprzedawca i wiele nowych egzemplarzy. wykorzystałem okazję i nabyłem drogą kupna za 10% ceny jeszcze dwie pozycje:














Nabokov to nie tylko "Lolita" ale i Sołżenicyn. A kalendarium subiektywne Kalickiego mieści tysiąc stron: epok, kontynentów, zdarzeń i osób niekiedy zaskakująco splątanych.

poniedziałek, 25 maja 2015

Noclegi w Sandomierzu.


Tytuł taki zwykły ale dlatego żeby wyszukiwarka miała łatwiej i wpis był pomocny niezdecydowanym turystom. 
Mieliśmy trochę wolnego czasu więc zapadła szybka decyzja wyjazdu do Sandomierza. Znalezienie noclegu okazało się banalnie proste z pomocą internetu. Pierwsza podpowiedź wyszukiwarki zaintrygowała nas innością.

                                    DOM PRACY TWÓRCZEJ.


 Od razu zobaczyłem Himilsbacha i Maklakiewicza w Zakopanem. Nie powiedziałem słowa o moim skojarzeniu żeby nie zapeszyć licząc na niespodziankę podobną do tej w Bieszczadach.
Wystarczyło pierwsze otwarcie strony, i jeden spontaniczny telefon do Pani Alicji by uzgodnić warunki. Potem już tylko droga na wschód, i trochę sódemką
 Oddalając się od "cywilizacji" rzedły reklamy sprawiając nam przyjemność przestrzenią, jedynie pasteloza nie odpuszczała terenu  niekończącą się symfonią płotów wszelakich i ogrodzeń które są polską specjalnością. Każdy (...) na swój strój, bez ładu i składu. Kto lepszy ten większy, kto bogatszy ten bardziej kuto-murowawszy. A wystarczyły by cztery głazy narożne...
1967/1947/1969
 Przedmieścia Sandomierza przywitały nas niespodziewanie targowiskiem wszystkiego nowego i starego. Nie mogłem sobie odmówić szybkiego przeglądu rzeczy dawnych i okazało się że warto było choćby dla trzech starych gazetek i  gramofonu. 


Dojechaliśmy do rynku sandomierskiego i okazało się że jesteśmy na miejscu! Zupełnie niespodziewanie bo GPS nie potrafił nas doprowadzić do małej bocznej uliczki rynku, a na pytanie o drogę przechodzień powiedział: - " jesteście na miejscu." 

Pani Alicja przywitała nas uprzejmie. Wskazała jak zaparkować auto i poinstruowała o wszystkim co dla nas jest, lub może być ważne. Włącznie z instruktarzem obsługi kuchenki gazowej i lokalizacją narzędzi kuchennych. 
Zdjęcia w internecie nie kłamały. Moja intuicja mnie nie zawiodła. Zaprowadziła nas do uroczego miejsca gdzie czas się zatrzymał przed dekadami, a wnętrza były urządzone w sposób oddający ducha tego miejsca i adekwatny do nazwy Dom Pracy Twórczej. Odbywają się tam spotkania z autorami literatury, organizowane są plenery malarskie. Spotykają się tam miłośnicy X muzy podczas festiwalu filmowego. Urok tego miejsca najlepiej oddają zdjęcia.


 Pani Alicja  "Sandomierzanka roku" mieszka na górze. Parter przeznaczony jest dla gości. Pokoje z łazienkami wyposażone w stylowe meble pozwalają przenieść się w inny świat.

Sandomierz jest pięknym miastem o tysiącletniej historii, jak Kraków i Wrocław,  położonym na wzniesieniu nad Wisłą.  Centralnym miejscem jest Rynek z otaczającymi go kamienicami. 
Wygląda jakby niedawno przeszedł remont generalny. Zastanawia mnie czy to ojciec Mateusz przyłożył do tego swoją rękę, czy włodarze działają tak sprawnie. 
 Tego dnia zbiegiem okoliczności skorzystaliśmy z darmowych wstępów Nocy Muzeów. Muzeum Okręgowe miasta, Muzeum Diecezjalne. Zwiedziliśmy  pięciokilometrowe podziemia kamienic przy rynku, Bazylikę Katedralną, 

Znaleźliśmy poddasze  gdzie na wieczorze autorskim był Wiesław Myśliwski (honorowy obywatel) oraz Jerzy Zelnik. Natomiast w domu Pani Alicji gościł Jerzy Illg oraz Marian Pilot 




Taras widokowy Domu Pracy Twórczej  


Widok w str. Rynku z Bramy Opatowskiej







Wąwozy lessowe 

 Czarno-białe zdjęcia analogowe.







poniedziałek, 18 maja 2015

Kino...lepsze niż sex.

 Rzepak nie zakwitł tego roku na czas. Magnolie opadały bezsilnie mięsistymi płatkami nie wytrzymując głodnych ludzkich spojrzeń ciążących im od dwóch tygodni.

"Bardzo lubiłam jeździć do Cieszyna. I nie tylko dlatego, ze w tak miłym towarzystwie. Coś było w ludziach, atmosferze tego miasta, co wydawało się rzadkie. Ustrój (...) dążył do tego żeby wszystko maksymalnie ujednolicić.(...) Cieszyn wydawał mi się jakiś inny, oporny. Jakby mniej było w nim krętactwa, pozerstwa, fałszywych słówek i wątpliwych aspiracji... Zapytałam kiedyś Kornela (Filipowicza) , na czym właściwie ta inność polega. " Może stąd - odpowiedział- ze tutaj ludzie częściej niż gdzie indziej patrzą sobie prosto w oczy"..." 
W. Szymborska członkini Cieszyńskiego Klubu Hobbystów

Patrzą prosto w oczy i często się uśmiechają, wymieniają uprzejmości chętniej, jeśli widzą na szyi drugiej osoby identyfikator Kina na Granicy, koszulkę czy siatkę z symbolem przeglądu filmowego. Odnoszę wrażanie, że mieszkańcy Cieszyna po prostu nas lubią i to okazują. Myślę, że wielu czuje się wyróżnionych symbolem KnG. Nigdy nie spotkała mnie w Cieszynie przykrość.



foto:J. Saudek
Pytają mnie znajomi jak to możliwe, że jestem sam tydzień poza domem, że nie wracam na noc, że siedzę po dziesięć, dwanaście godzin w kinie, i czy aby na pewno w kinie??? Pukają się w czoło. Spotykam tam kobiety, bo jakoś tak się składa ze znam ich więcej,  nie licząc antykwariuszy... Rozmawiam z nimi spacerując, szepczę do ucha w kinie, dzielę się w ciemności Tiktakiem i płaczę wzruszony bez wstydu, lub milczę pod parasolem, kiedy brak mi słów. Dla wielu to dziwne lub niezrozumiałe, że tak też można. Że można też nie wypić piwa, a nawet kofoli... bo jakoś nie było czasu ani pragnienia. Liczy się film... jak najwięcej filmów. 
 Umberto Eco z wywiadu w Literaturze na Świecie 10/88 "...jazda samochodem, czytanie książek, chodzenie do kina i do teatru powoduje zmniejszanie się stosunków płciowych. Jasne, że ludzie kochają się bez przerwy, jeżeli nie maja nic innego do roboty. A jeżeli maja dużo zajęć poświęcają się sexowi tylko w soboty"
 W moich odpowiedziach na pytanie "jak było ?" doszukują się się drugiego dna, puszczają porozumiewawcze oko widząc moje zadowolenie i uśmiech na wspomnienie Kina... to takie prowincjonalne i dulskie... i strasznie mnie to wkurza, kiedy rozentuzjazmowany zaczynam opowiadać jak było, a tu ni z gruszki ni z pietruszki pada pytanie: - A momenty były...?
  I już mi się dalej nie chce gadać, choć momenty rzeczywiście były i to wielkiego kalibru, rozmiarów z końca alfabetu.

100/20/6  wymiary KnG :-)

Grubo ponad sto filmów, a jakby policzyć krótkometrażowe i bajki to nazbierało by się nawet sto pięćdziesiąt. To wszystko przez pięć dni od rana do nocy w sześciu miejscach. Zastanawia mnie jakie osobiste rekordy mają na swoim koncie widzowie Kin na Granicy. Udało mi się obejrzeć dwadzieścia filmów i znaleźć czas na spacery (bo wstawałem ok 7:00).
 Najgorszy był dla mnie sobotni i niedzielny poranek, kiedy nie mogę zjeść śniadania tak wcześnie. Z resztą, to wszystko jest nieważne. Nawet to że dziewczyna która spała nade mną notorycznie wyłączała mi ładowarkę w nocy i rano budziłem się z pustą baterią. Porządny gość festiwalowy chodzi wcześnie spać i rano wstaje :-). Koncerty właściwie nie mają dla mnie znaczenia bo ja nie jestem rozrywkowy chłopak. Jednak są ważnym elementem kinowego kalendarza dla wielu.
 Było sporo filmów, które już widziałem lub mam w swojej kolekcji, dlatego mogłem zobaczyć te które przegapiłem w kinie, albo te o których nie miałem pojęcia że istnieją.
 Dużo radości dał mi "Fotograf" dzięki któremu lepiej poznałem Saudka. Znać go tylko z fotografii to nie to samo co patrzeć na jego zdjęcia z perspektywy biografii i emocji. Naiwnością byłoby myśleć że jego praca jest łatwa, lekka i przyjemna.
Adam Sikora, Maciej Gil...
 Zakochany w kobietach traktował je jak boginie. Jego ściana stała się dla nich ołtarzem, a on kapłanem i później ofiarą na ołtarzu sztuki i namiętności. Jak sam powiedział po pierwszej projekcji:  Oglądanie tego filmu było podniecające. Musimy mu wierzyć na słowo bo był współautorem scenariusza, a o potencji niech świadczy ilość potomków (15) i to że w maju obchodzi osiemdziesiąte urodziny. W filmie przewija się David Ćerny, który nie chciał grać pod dyktando reżysera, tylko po swojemu i trudno się dziwić ekscentrykowi który przelicza swoje zdolności twórcze na ilość wyprodukowanego nasienia.

Majowy sex na Granicy. 


 Saudek zarodowy w wielkiej obfitości na ekranie był przeciwwagą dla surrealistycznej opowieści westernowej Krzyształowicza, gdzie potencja bohatera jest legendarna lecz enigmatyczna, a społeczność Rio Bravo bez moralności i zasad strawiona syfilisem. Sony Holiday trochę jak nasz AS  obdarzony ponadprzeciętną wrażliwością i podświadomą potrzebą stabilizacji układa się z Dorotą Stalińską, jak stare dobre małżeństwo nie zważając na jej weneryczną
przeszłość.  Pojawienie się 14 letniej Renaty Dancewicz burzy w nim krew i burzy spokój  największego rewolwerowca Billego necrofaga. Szeryf Ferency niegodny gwiazdy na piersi, swoim pożądaniem pięknej Lo komplikuje życie wszystkim.

 Są jednak tacy którzy komplikują sobie życie sami przez nieprzystosowanie do świata, pokazani w dokumentalnym filmie VELKA NOC. Pod płaszczykiem pudru i pozornej wolności próbują dać szansę szczęściu każdej nocy, ulicy, dyskotece i kolejnej działce czy kieliszkowi. Łatwy sex to ciężko zarobione pieniądze, a kac poranka boli wtedy jeszcze bardziej kiedy kolejny raz marzenie rozmijają się z rzeczywistością.


Kingsajz w Muzeum Kinematografii w Łodzi
 Dwa światy, realny z naszej perspektywy i niewidoczny dla nas krasnoludowy Kingsajz kolejny raz bawiły wszystkich chyba bez wyjątku.  Obecność Katarzyny Figury zachwyciła na projekcji wszystkich. Niejeden chciałby wspinać się po drewnianej Kaśce zrobionej w studiu Barrandov. Czy tylko ja mam wrażenie, że Katarzyna Figura jest w realu mniejsza i delikatniejsza niż jej ekranowa emanacja?
Pytanie dyrektora Gila : Kto jeszcze nie widział Kingsajzu zwaliło mnie z nóg. Prawie połowa sali podniosła ręce. To budujące, że pojawiają się kolejne pokolenia zainteresowane takim kinem. Ta radość jest przed nimi, tylko czy nie pamiętając tamtych czasów potrafią zrozumieć przenośnię.

Obecność aktorów, reżyserów i producentów jest  niezastąpiona podczas przeglądu. Brawa i pełna widownia jest dla nich równie ważna jak tantiemy. Ich opowieści z planu i realizacji filmu pozwalają wyjść poza ramy obrazu i jego ulotnej rzeczywistości. Dzięki ich słowom dotykamy nieosiągalnej dla wielu, rzemieślniczej pracy przed kamerą i w studiu. Niekiedy odpowiadając na pytania widowni ułatwiają zrozumienie dzieła filmowego, czasem sprowadzają z manowców nadinterpretacji...Katarzyna Figura, Jowita Budnik, Szymon Warszawski... Szkoda że nie było, Kurva Fix, Czułego Boleslava Polivki,  którego mogliśmy oglądać u Barbarzyńcy Hrabala. 
I nie przeszkadzało nikomu że znikały polskie napisy, że "zrywała" się taśma filmowa. Bawiły nas sztuczki z mikrofonami,  i prawie nikt nie żarł w Kinie na Granicy.

Wiele filmów zostało we mnie, wiele filmów będę oglądał kolejny raz w  domowym łóżku kinowym z bliskimi, którym przynoszę co roku dobre wieści z Cieszyna.

PS. Podręczny kalendarz projekcji to bardzo dobry pomysł. Opisy filmów nie są w nim konieczne, jednak przy tytule przydałby się nr strony z katalogu i więcej kartek dla notatek.

Wynajęty klaun, Pirackie sidła, Poczta na południu, Mąż na godziny, Wielka noc, Coś mi zabrano, Eukaliptus, Schmitke, Fotograf, Kingsajz, Kebab i horoskop, Czuły barbarzyńca, Jeziorak, ...konie po betonie, Heavy Mental, Wszystkie moje dzieci, Comeback, Carte blanche, Gottland

GALERIA KnG