Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

czwartek, 13 lutego 2014

MOTÓR NA KAWĘ GOTOWY!

Wiosna... narazie. Każde zaczerpnięcie świeżego powietrza drażni mnie brakującym łańcuchem. Motor gotowy, słońce go grzeje, bo przeszkadza mi w warsztacie bo muszę go codziennie wyprowadzać jak psa na pole.  Jeszcze kilka dni temu stał w pokoju i każdą chwile mu poświęcałem, by małymi krokami przybliżyć wiosenny wyjazd. 
Pierwszych motocyklistów widziałem w ubiegłą niedzielę prażąc się w aucie nagrzanym słońcem padającym przez szyby. Szyba ma wady. Nie pozwala się opalać ale przepuszcza podczerwień i grzeje jak cholera.
Bardzo bawi mnie złość spoconego kierowcy, niezadowolonego, kiedy przeciskam się między autami i jestem zawsze pierwszy na światłach. Ach jak oni machają gałęziami a ja nie mogę im odmachać Kozakiewiczem czy choćby palcem, bo trzymam kierownice.


Przeróbka udała się prawie tak jak zamierzałem, i nawet sprawnie się uwinąłem od jesieni. Wymyśliłem sobie że, skoro motocykl nie może kosztować zbyt wiele, to pewnie będzie brzydki, bez wyrazu i nikt nie połechce mego ego pochwałą. Co innego jakbym kupił nowy, ale to nie możliwe.
Trzeba było zatem sztrucla przerobić tak żeby mi się podobał, a przy okazji może i komuś. Podobają mi się angielskie klasyczne motocykle, jak na przykład Triumph, czy Royal Enfield (o zabytkach nie wspominam bo to inna historia i długa lista). Inspirował mnie film "Wild one", "Prawdziwa historia", Świetny blog TRUD i masa filmów oraz blogów rożnej maści znalezionych w internecie.

                                                             - CAFE RACER - foto na końcu :-)
Zastanawiam się czy opisywać ze szczegółami wszystkie etapy przeróbki, czy kogoś to będzie interesować, bo motocykliści raczej do mnie nie zaglądają. 
Może jednak lepiej spisać to wszystko tu i teraz,  i mieć to z głowy, bo później to na pewno nie będzie mi się chciało, a tak dam link komu trzeba, i kiedyś pochwalę się na jakimś forum caferacer's by potem przeczytać pochwały... i krytykę :-).
Oryginalna Yamaha xs 400 jest brzydka . Soft chopper z lat 80'... fuj... Wstydziłbym się na takiej kobyle jeździć. 


 Żeby mnie oczy nie bolały i wyobraźnia miała łatwiej, od razu go rozebrałem pozbywając się zbędnego balastu zostawiając ramę, silnik, koła, zbiornik, kierownicę, kolana wydechowe, instalację. 
Przedni błotnik zwęziłem i skróciłem. Lagi obniżyłem i założyłem gumowe osłony. Wyrzuciłem liczniki wielkie jak stare budziki, lampę i kierunkowskazy. Kierownicę odwróciłem na opak bo ma być nisko a nie jak baranie rogi. Zbiornik paliwa przeklepałem na wklęsło w miejscu oparcia kolan. Bo tak mają stare motory i tak mi się podoba. Przemalowałem go na dwa kolory ze szparunkami. Jak na pierwszy raz to nieżle mi wyszło. 
Silnik oddałem do czyszczenia proszkiem szklanym i nabrał jednolitego szarego koloru razem z gaźnikami dla których przewidziane były stożkowe filtry powietrza zamiast wielkiej plastikowej puszki. Kanapę wywaliłem bo jest wielka i brzydka jak wersalka z prl'u i sam zrobiłem siedzenie tylko dałem tapicerowi do obszycia skórą z kozy. Pod siedzeniem zrobiłem tunel na instalację elektryczną. To samo zrobiłem z tzw. manetkami na kierownicy. Obciągnąłem delikatną skórą i podobnie z brzydkim białym akumulatorem który nijak nie pasował do mojej wizji motocykla. Przypiąłem go skórzanym paskiem. Cykorłapke, tylną lampę, błotnik i kierunkowskazy też odkręciłem bo są brzydkie. Tablica rej. i lampa znalazła się z boku po prawej przy osi tylnego koła. 
Wyrzuciłem osłonę łańcucha i megafonowe tłumiki zastępując je strumiennicami samochodowymi (lekki bas i ciszej) dospawanymi do kolan wydechowych. Kolana owinąłem taśmą bazaltową 1400*C zaimpregnowaną lakierem do 800*C (Motip). Do gaźników dorobiłem podpórkę żeby się nie kiwały na samych gumowych króćcach ssących bo silnik pracuje jak wibrator. Na próbę posadziłem dziewczyny przy pierwszym odpaleniu i pokiwały głową z uznaniem mocy między nogami. Reflektor zmieniłem na uniwersalny, dorobiłem kontrolki LED, brakuje mi tylko licznika, małego i uniwersalnego ale i na niego przyjdzie kolej. Szybę lampy okleiłem specjalną żółtą folią, bo nie mogę założyć żółtej żarówki gdyż ma za dużą moc i mogłaby uszkodzić plastikowe elementy lampy... a efekt jest zadowalający. 
Linia motoru jest ładna, tzn mi się podoba, pozycja za kierownicą niezbyt wygodna, ale na trasie do pracy czy po okolicy wystarczająca.




podziadkowy nadal sprawny


tata mama i ja

Triumph wielkości pudełka zapałek





Wskaźnik poziomu paliwa

























piątek, 7 lutego 2014

Zwykłość... niezwykłość.

Lubię ten moment, kiedy po położeniu otwartej książki grzbietem do góry, zdania i myśli nadal kłaczą się w głowie przeplatając obrazy w wyobraźni z frazami autora który niełatwym splotem metafor ożywia ten obraz.
To jest przyjemne kiedy wykonuję pracę bez serca... bez ducha... myślę tylko o tym by usiąść w fotelu i iść z autorem drogą którą mnie poprowadzi. Poddawać się jego subiektywnemu wyborowi i słuchać go, choć jego usta mają przecież mój głos. Mój głos, brzmiący jego słowami.
Przyjemne jest zmęczenie czytaniem kiedy skupienie ciała, jak na dobrym filmie obejrzanym bez ruchu, powoduje lekkie odrętwienie i moment odłożenia książki, przeciągania się w fotelu, jest taki orgastyczny...

 ...z głową w żółtych drogach...


Nie mogę pochłaniać książki w jeden dzień jak Mariola S. Nawet nie chcę.
Stasiuk "rozdrabnia się". Zbiera kolorowe szkiełka, cienie, smaki, ludzi i ich spojrzenia, kurz i beton... i lepi z tego obraz poetycki którym się sycę z sentymentalną przyjemnością. Gromadzi obrazy i opowieści podobnie jak ja, tylko ma je uporządkowane w zdyscyplinowanej głowie, i książce, a u mnie wszystko jest jakby wrzucone do jednego wora w którym nawet nie pamiętam co się znajduje, i każdy kolejny autor, kolejny rozdział, wyczarowuje z tego worka, jak sztukmistrz, królika z kapelusza, kolejny obraz o którym zapomniałem.

Mam szczęście trafiać na takie książki które dają przyjemność powolnego spaceru, a nie biegu od deski do deski. Mogę czytać książkę tydzień, cieszyć się ze chodzi ze mną w tornistrze, i że jeszcze zostało mi do końca parę rozdziałów. Bo to nie "wyzwanie czytelnicze", nie kolejna pozycja na półce, lecz podświadome przeciąganie końca książki które pewnie wielu z was zna...
Fajnie, że żółte drogi były podzielone na krótkie rozdziały, bo to zbiór felietonów drukowanych w różnych wydawnictwach, polskich i zagranicznych, na przestrzeni ostatnich lat. To pierwsza książka Stasiuka jaką przeczytałem i zastanawiam się czy podobnie pisał we wcześniejszych, bo jeśli tak to chętnie sięgnę po następne.

czwartek, 16 stycznia 2014

Mój Prawiek, moja Miedza...

Prawiek pozostanie tym pierwszym sentymentalnym najbardziej zapadłym w pamięci. Każde poranne otwarcie oczu zahacza o grzbiet Tokarczuk. Choć jest ich tam kilka to Prawiek pozostanie najbliższy.
Nie szukam książek. Są osoby które dobrym słowem polecają konkretne pozycje. Są blogerzy, są pisarze, są krytycy. Opieram się na ich zdaniu i jakoś jeszcze się nie zawiodłem. Nie szukam. Słucham i otaczam się karteczkami. Na kleju, na szpilce, na magnesie.

Lubię kończyć tydzień w łóżku z Justyną Sobolewską i jej ekipą, w piątkowy wieczór, czekając na polecenie do czytania. Tylko tak mało dopuszczają ją do głosu że pozostaje mi tylko jej uśmiech. Właściwie jedno słowo wystarczy. W któryś piątek powiedziała "Miedza". Zapisałem. Ostatnio była Beata Chomątowska ze swoim zeszytem.

Zaprosili Muszyńskiego i od razu pytali o formę bo ich uderzyła. Czemu pisze tak mocnym językiem, po co opisuje ze szczegółami świat którego już prawie nie ma? Skąd może wiedzieć jak to było? Przecież jest młody. Dwudziesty pierwszy wiek mamy. Człowiek w kosmosie. Pokonana grawitacja, a on pisze o gumiokach, obsranej przez muchy żarówce, oborze z parującym łajnem i ławce przed chałupą.

Bo on kiedyś słuchał i patrzył. Jak sam powiedział wychował się w takim otoczeniu śląskiej wsi. Śląskich przedmieść, okolic Sosnowca i był świadkiem przemian. Ekspansji cywilizacji  unijnej która z czystymi butami, z nowym porządkiem przekracza miedzę niosąc kaganek czystości, higieny, porządku i wygody.
Soczysty język, pozbawiony sztucznej kurtuazji, pozwala znaleźć się w centrum tego małego, prostego wszechświata. Nazywanie rzeczy i zdarzeń prostym językiem, słowotokiem przetaczającym się przez całe strony,  opisującym wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, daje tej książce moc dokumentu znikającego świata, do którego może ktoś, kiedyś powróci jak wraca się do Chłopów czy Wesela. Życzę mu tego.



Znam ten prosty, piękny świat, znałem takich ludzi o jakich pisał. Noszę resztki tego świata w sobie i tylko dzięki książkom czasem on odżywa na nowo. Pozostał mi w pamięci jeden człowiek. Nazywany przez wszystkich Jasiu. Inżynier. Kiedyś piastujący kierownicze stanowisko w wielkiej fabryce, a po godzinach harujący na ugorze pazurami których nie sposób domyć. Obrabiający hektary ziemi swojej i dzierżawionej. Mający traktor, rożne maszyny, krowy świnie, barany, kury, kaczki, ule... tylko ciągle jest sam. Stary kawaler, bo rodzice mu dawno pomarli. Wszystko robi samodzielnie. Podobno miał narzeczoną. Podobno w okularach i nie podobała się rodzicom. Może była z miasta, możne nie miała hektarów?
Obejście Jasiowe.
 Nie pozwolili na takie małżeństwo z wybrakowana panną. Kupili mu za to dużego fiata. Targali krowy i świnie do skupu. Stary Szczepan poganiał wieprza wiklinową witką, a matka niosła garnek z żarciem przed jej ryjem i tak pielgrzymowali do skupu. A może do inseminatora. Szurali swoimi ciężkimi buciorami bez odrywania stóp od ziemi. NIgdy się nie spieszyli.
Dostali talon. On przywiózł  fiata z fabryki, postawił na klocki i więcej do niego nie wsiadł. Na złość rodzicom. Nawet po paliwo do traktora jeździ rowerem. I do miasta po sprawunki. Umrze sam i tylko Fred znajdzie go po jakimś czasie. Jedyny który go czasem odwiedza i pamięta. My wiemy że jeszcze żyje, bo czasem słychać traktor. Czasem śmierdzi gnojówka. Bo słychać krowę na pastwisku. Bo barany się pasą w ogrodzie między drzewami i ulami.Bo stosy łajna zmieniają kubaturę pod dziurą w ścianie obory w której całą noc świeci się słabe światło gołej żarówki...



środa, 1 stycznia 2014

Sylwestrowe Danse Macabre

Na przekór genderowym przeciwnikom i obrońcom moralności, obowiązuje w tym roku styl zamienny. Kobiety przebierają się za facetów i odwrotnie. W prowincjonalnych, tzw. zabawach sylwestrowych, (nie przejdzie mi przez gardło słowo BAL) styl nie musi być wyszukany.Tematyczny... Raczej symboliczny, prosty, ratunkowy ostatniej deski... bo coś innego jest ważne.
Ważne jest pierwsze wrażenie jakie zrobi się na współbiesiadnikach. Najlepiej kiedy jeszcze są trzeźwi i w stanie wydać jęk zachwytu tzw. strojem. Ich nikt nie poznał. One zdradziły się głosem. Potem mogło być już tylko lepiej. Wprost proporcjonalnie do ilości spożytego alkoholu. Odwrotnie proporcjonalnie do poziomu samokrytyki ich i biesiadników. Styl po pewnym czasie przestaje być ważny ustępując miejsca cielesnemu komfortowi pląsawicy czy jak pisała kiedyś A. tańca św. Wita.
Wszelkie u'chwyty dozwolone. Marzenia na poluzowanej smyczy uwolnione, usprawiedliwione jednakowym poziomem upojenia i wolnością karnawału.
Patrzyłem na to targowisko próżności i otaczały mnie zjawy bliskie, a jednak dalekie. Byłem obserwatorem i obserwowoanym. Patrzyłem na ten spektakl "Śmieć, miasto, śmierć" okiem Fassbindera przez lustrzane okulary moralności.Widziałem to, co dla mnie odległe i nieosiągalne. Oni widzieli to co zgubili, wchodząc w swoje role. Patrzyłem na nich sztucznie się uśmiechając i oni patrzyli na mnie widząc swoje oblicze w szkłach. Jakbym to ja był dziwny wśród nich, a może to oni są dziwni otaczający mnie. Kto tu kogo nie rozumie?
 Bycie szoferem jest... zdrowe. Następnego dnia. Bycie szoferem egzekwującym "swoją własność" bywa kłopotliwe i niewdzięczne. Spojrzenie Kaśki znad porannej kawy... bezcenne :-)




poniedziałek, 30 grudnia 2013

Zapaliłem się...

Najpierw tło muzyczne bo jakoś tak ostatnio za mną chodzi... i płytę fajną wydali w tym roku.

 Zaniedbuję czytanie, zaniedbuję pisanie, oglądanie, spanie, zaniedbuję zdrowie, bo płonę realizacją nowego projektu.
 Tej wiosny pozbyłem się motocykla. Wrodzony racjonalizm kazał mi to zrobić.

intruder 750
  Bez motoru ciężko jest żyć kiedy na około wszyscy jeżdżą.  Lato było ciężkie minionego roku bez jednośladu. Mijający mnie motocykliści w upalne dni, budzili głęboką tęsknotę. Zacząłem szukać czegoś co pozwoliłoby mi następnego lata cieszyć sie ciepłym wiatrem na podbródku.
 Ze skromnych środków kupiłem pewien stary, brzydki motor z założeniem zmiany jego wyglądu.
Mój stary Intruder był fajny. Nic nie trzeba było z nim robić bo był ładny, wygodny, szybki... i ryczał jak wściekły.
 Pojechałem pod Kraków, do Bochni, razem z sąsiadem któremu sprzedałem Intrudera... bo on lubi jeździć autem... a ja nie. Zresztą trzeba go było przywieźć na pace busa bo zimno cholernie było żeby wracać jednym śladem.
 Sprzedający Adam okazał się bardzo sympatycznym, kulturalnym i szczerym młodzieńcem któremu ciężko było się rozstać ze swoim motorem. Jednak, jak w moim przypadku, kierował się podobnym racjonalizmem sprzedając  swój motor. Zbierał na większy bo zawsze zostawał w tyle na ojcowskich wycieczkach, męskich wyprawach.

yamaha xs 400... brzydal...
  Obraz i plan mam w głowie.
Im więcej inspiruję się dziesiątkami zdjęć, tym wyraźniej rysuje się w mojej wyobraźni kształt pożądanego motocykla. Bo co można stworzyć mając ograniczone środki. Pozostaje polegać na wyobraźni, znajomościach, pracy własnych rąk i pewnych zapomnianych przedmiotach.
Założenie jest takie że forma ma być prosta, oszczędna, wręcz ascetyczna. Nawiązująca do najlepszych czasów klasycznego motocyklizmu... angielskiego. Choć nie ukrywam że pierwszym impulsem odgrzebanym w pamięci był  "Dziki" Marlon Brando. Prawie taki dziki jak mój ojciec z mamą na Junaku w latach sześćdziesiątych podróżujący po Polsce.
Wypadałoby wspomnieć o dzikich takich jak Robert Biłko już nieżyjący, jak Heniek Więzik który razem z nimi jeździł... Myślę że to temat na osobny wpis pamiątkowy.

Rozebrałem Yamahe i na początek pozbyłem się zbędnego balastu. Nie tylko masy ale i brzydoty stylu soft choppera z lat '80. Została rama koła silnik przednie zawieszenie zbiornik i kierownica. Te rzeczy wymagały drobnej przeróbki która zajęła mi kilka dni. Zbiornik przemalowałem ( niektórzy widzieli na fejsie) , szycie kanapy z brązowej skóry u taniego tapicera w Żywcu. Futerał na akumulator, skórzane manetki....
Czarno skórzany będzie.
 Inną sprawą są przedmioty które jakimś sposobem miałem w domu i co i rusz odnajdywałem po chwili zamyślenia...  Kurtka motocyklowa, buty z cholewami, torba skórzana, stare zegarki na skórze z herbem i kompasem, rękawiczki z dziurkami, kask otwarty, piórnik narzędziowy rowerowy, nawet za długie spodnie do podwijania, czy  aluminiowa manierka na zapasowe paliwo gdyby zabrakło w drodze... I nie były to rzeczy których używałem na co dzień do jazdy na poprzednim motorze...
 Czemu taki? Na pozór zwykły, a może i nawet brzydki?
Chyba z potrzeby wyróżnienia się w  tłumie posiadaczy motorów sklepowych. Może ze zwykłej próżności , by wzbudzić zachwyt, a może i odrazę. Wywołać jakąkolwiek reakcję w zalewie eleganckich, błyszczących, czyściutkich, seryjnych, klonów za którymi nawet mi głowa nie chodzi na boki.  Posiadanych przez porządnych, ułożonych, mężczyzn, takich akuratnych motocyklistów, którzy realizują się w kolejnych etapach życia. Zgodnie z założonym planem, dla  których jedna rysa na lakierze urasta do rangi problemu któremu natychmiast trzeba zaradzić... Znam takich...
 Minęło trochę czasu od pierwszych prac i obraz motóra zaczyna rysować się coraz mocniejszą kreską w moim garażu i wyobraźni. Zawieszenie przednie już jest zmienione brakuje lampy i licznika. Zbiornik przeklepany, polakierowany z wbudowanym wskaźnikiem poziomu paliwa, takim analogowym. Siedzenie wytapicerowane. Tylna lampka i mocowanie tablicy rej. gotowe. Fajny numer mam SZY 6XS6... bo to Yamaha typ XS. Instalację elektryczną już uporządkowałem. Silnik wyjąłem z ramy do czyszczenia suchym lodem. Akumulator okleiłem kozią skórą bo był brzydki, biały i nie pasował do mojej wizji, a teraz zamocowany jest skórzanym paskiem a nie jakąś gumą. Pozostało mi owinąć wydechy żaroodporną taśmą bazaltowa w odcieniu brązu a może nawet tzw. starego złota (sic!). Dać nowy łańcuch. Okleić manetki skórą... itd.
 Myślałem że tradycyjnie wstawię motor "pod choinkę" jak dawniej, ale się nie wyrobiłem. A miało być tak ładnie. W światełka, łańcuchy, bombki.... A tak stoi w garażu i czeka na każdy najmniejszy ruch z mojej strony... chociaż śrubka, chociaż drucik... Jednak jest bliżej końca niż początku... Już się cieszę na pierwsze promienie wiosennego słońca choć śniegu jeszcze nie było :-)



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Oddech niemocy...

Jakaś cisza dopada mnie tutaj ostatnio. Trochę mnie to denerwuje.
Jest jednak coś, co pochłania moje ostatnie minuty wolnego czasu. Nie tracę go jednak bezpowrotnie bo przelewa się przez moje ręce i owocuje, namacalnie i naocznie a słowo ciałem się staje i pozostaje na kartach bloga w jednym niekończącym się poście. Na brudno...

Nie miałem koncepcji na prezenty.
Chwilowo, bo powoli pomysły się klarują i już mniej więcej wiem co się komu należy. Nie żebym kupował prezenty na targu, tylko w końcu miałem wolną chwilę przy okazji wizyty w mieście. Często nie mogę się oprzeć wizycie na targu zwłaszcza kiedy przejeżdżam obok.
Zimno było, a sprzedawcy o różowych nosach i skostniałych dłoniach, cierpieli wydając mi drobne za zakupione przedmioty. Tanie, nawet bez targowania, jak kiedyś powiedziała Anka i bardzo to zdanie zapadło mi w pamięci. Jakoś nie mam sumienia się targować jak niektórzy o 50 groszy... wstyd by mi było.
Odchodziłem już zmarznięty z zawiniątkiem pod pachą, kiedy rzuciłem jeszcze okiem na stos płyt winylowych. Czasem je przeglądam, ale wielokrotnie  rozczarowałem się pospolitą niemiecką muzyką biesiadno-myśliwską. Parę razy znalazłem płyty z muzyką poważną z których ucieszyła się Karolina.
Tym razem wyciągnąłem:
B. Smetane "Prodana nevesta",
Vecer s Jirinou Bohdanovou,
i... płyta na widok której zrobiłem wielkie gały. Oto w Żywcu zmaterializował się, sam JARA CIMRMAN ze Sverakiem i Smoljakiem :-) płyta pt. "Posel z Liptakova"
Czechozainteresowani znają Jare Cimrmana. Niektórzy byli blisko dotknięcia go na festiwalu w Cieszynie, jednak "Tatinek" nie zabrał Jary, bo się nie zmieścił do auta. Zostało mi tylko zdjęcie ze Sverakiem.
Jara Cimrman, jakby się ktoś pytał, to czeski geniusz o którym praski teatr na Żiżkovie wystawia sztuki od czterdziestu lat. Powstał o nim film "Jara Cimrman, lezici, spici"
To największy czeski wynalazca, architekt i ginekolog. Posiada wielkie zdolności kryminologiczne, poetyckie, dramaturgiczne, kompozytorskie i malarskie oraz pedagogiczne i treserskie. W 2005 roku został najwybitniejszym Czechem, którego imieniem nazwana została planetoida okrążająca słońce raz na cztery lata.









Tegoroczne trofea targowe.
Najfajniejszy A.Dvorak w kartonie oprawionym w czerwone sukno i kilkoma płytami wewnątrz.



poniedziałek, 16 grudnia 2013

Cygany były...

Wytrąbiłem sam całe wino. Bo wiecie, w zasadzie to ja nie piję, a piwo tylko w Pradze. Film był fajny,  w łóżku, ze wszystkimi, i tak sobie polewałem  aż tu nagle sucho we flaszce i film mi się skończył. Wszyscy poszli spać. Se myślę , to napiszę coś  bo zaniedbuję blog mój od dawna przez  nadmiar pracy, której po części nie lubię, ale robię, bo dzięki jej owocom mogę realizować pewne cele.
Ostatnio motor przebudowuje i czasu nie mam zupełnie, bo na wiosnę jeździć się chce.
Piszę  o tym też, ale to potem, ujawnię jak kształtu nabierze takiego, żeby zdjęcie można było dać.

Nie wiem jak się przyplątało to wino do mojego domu, bo co i rusz ktoś przynosi coś i zostawia. Albo po imprezie zostaje, albo niedobre, albo tanie, albo baby nie zdążą go wypić. A mi smakuje. Nie ważne co... byle sponiewierało. Dobra świnia wszystko zje. No i zjadłem ten marketowy roztwór wody ze sokiem i spirytusem i zbałamucił mnie trochę tak, że kasować muszę źle trafione litery...tęskna  etykieta winnicy, i słodkie było... i ciekawe jak ja pojadę do pracy rano o 5:00. Mam nadzieje że uleci ze mnie do rana i łeb mnie nie  będzie bolał.

Ale to nie ważne bo PAPUSZA.
Darek Paczkowski nasz żywiecki aktywista i pomocnik społeczny w skali krajowej, razem z Fundacją KLAMRA i kinem JANOSIK zorganizowali pokaz filmu Papusza, oraz spotkanie z aktorami którzy zagrali w filmie tandemu  KRAUZE.  Krauzowie jako że nie mogli przyjechać na projekcję, przesłali pozdrowienie i drobne słowo wstępne w krótkim materiale filmowym, pokazanym przed projekcją. Pozdrawiali pełne kino. Konieczne były dostawki.
Wizyta Krauzów na ekranie właściwie była bez znaczenia. Kto chciał to czytał w ostatnich Wysokich Obcasach duży wywiad z nimi. Najważniejszymi gośćmi byli żywieccy Romowie, czy jak kto woli Cyganie bo te określenia splatają się ze sobą tak że i ja raz mówię tak a raz inaczej i nie wiem która forma jest poprawna. W filmie grała rodzina Buriańskich. Karol, jego córka i żona która dopiero uczy się polskiego.
Miałem wątpliwości jak oni odnajdą się w w swojej nowej roli przed pełną widownią. Przecież jeszcze nie dawno spotykałem ich na ulicy, i wątpię by coś w ich życiu się zmieniło poza, jeszcze jednym nowym   wspomnieniem,. Czy poradzą sobie z ewentualnymi pytaniami widzów. Czy na sali nie znajdzie się jakiś mądrala chcący się pochwalić erudycją i zadać skomplikowane pytanie ku uciesze gawiedzi.  
 Widownia okazała się bardzo wyrozumiała i nagradzała brawami  odwagę Państwa Buriańskich i szczerość ich opowieści. Dowiedzieliśmy się że, zdjęcia do filmu trwały krótko. Córka pana Karola zagrała epizod, a żona z Rumunii czyniła magiczne znaki i zaklęcia nad narodzoną Papuszą... na początku filmu. Wiele scen kręcono w okolicach Olsztyna i na mazurach... reszty nie pamiętam. Nagrano tez około trzech godzin materiału który jednak nie wszedł do produkcji.
 Podobała mi się siła z jaką pan Karol podkreślał swoją polskość i przywiązanie do do lokalnej społeczności. Nie omieszkał wytknąć rasistowskich napisów na murach miasta bo przecież to jest niekończąca się historia. Darkowi niebawem farby zabraknie... Na szczęście uczy młode pokolenia tolerancji. On jest niepokonany... Szacun!  
Pytań z sali nie było.
Film wszystko wyjaśniał. Podczas projekcji zastanawiałem się czy chcę przeczytać tę  książkę. Sądzę że jak ktoś nie widział filmu to książkę mógłby przeczytać bo obrazy jakie zobaczy oczyma wyobraźni na pewno nie będą ostre. Nie będą mocne jak ujęcia filmowe.
Film jest jak wizyta w galerii fotografii. Każde ujęcie, każdy kadr, może być osobnym obrazem żyjącym własnym życiem. Słyszałem tylko co chwile głos Karoliny... ale piękna klata. Bo to było najpierw ujęcie. Statyczny kadr, w którym po chwili ożywała akcja filmu. Momenty wstrzymujące oddech  i skupiony wzrok na kadrze. Wszystko czarno-białe. Zredukowane do odcieni szarości przez co obraz "nie gra" w filmie. Jest tylko ilustracją . Koncentruje skupienie widza, a aktorzy ożywiają kolejne kadry poruszającą grą. Ujęcia są jak epizody, jak rozdziały, jak odwracanie kartek albumu fotograficznego w którym sami dopowiadamy historię ze zdjęcia.
 Smutna to opowieść o poetce i jej koczowniczym plemieniu.  Smutny los Ficowskiego, uciekiniera i odkrywcy który świetnie zasymilował się z Cygańskim taborem. Może nawet za bardzo... Sam ukręcił bat na siebie w nakładzie 50 tyś egzemplarzy ... i na Papuszę, niechcący.
 Odstawanie od stada nikomu nie wychodzi na dobre. Jak w "Papuszy" tak i w "Cyganie" który widziałem w Cieszynie i stał się obowiązkową lekturą domowników. Odrobinę wyższe aspiracje, skazują ambitnego człowieka na ostracyzm grupy. Niezrozumienie i kurczowe trzymanie się tradycji, powoduje skupienie wszystkich kłopotów właśnie na Papuszy. A Ficowski niechcący przyczynił sie do jej tragedii. Utrwalił Romską kulturę w książce ale i zdradził coś... ale nieczytaci Cyganie do końca nie wiedzieli co... Nieważne, Papusza z Ficowskim byli wszystkiemu winni.
Polityka i historia są tylko zaakcentowane drobną datą lub złą nowiną przyniesioną do domu na ustach. Kto choć trochę pamięta z lekcji historii w szkole... temu dość dwie słowie..

Ciekawe czy Papusza wpadnie w OKO Pragi i jak wypadnie konfrontacja obrazów z ekranu z tymi powstałymi podczas czytania.....


poniedziałek, 18 listopada 2013

Katowickie kielichy w Bielsku?

                                                                  Z notatnika mieszczucha
Historia remontu i przebudowy dworca kolejowego w Katowicach jest znana wszystkim którzy maja choć odrobinę pojęcia o architekturze. Ta odrobina to chociażby chęć uniesienia głowy znad chodnika. Chwila zatrzymania wzroku na murze, domu, ścianie czy bramie...
Stary dworzec zniknął, ale nie w mojej pamięci. Tym bardziej że w nowym jeszcze nie byłem,  więc nie będę się na jego temat rozpisywał bo każdy ma inne zdanie na temat jego nowej formuły.
Stary łączy się z wieloma dobrymi wspomnieniami podróżniczymi. Nowy przegrał z autem.

Pewnego poranka zmuszony byłem wracać do domu koleją żelazną z bielska właśnie. Było ciepło i słonecznie choć to była 7:00  rano. Mając dużo czasu do odjazdu pociągu spacerowałem po dworcu. Poszedłem na drugi, odległy jego koniec gdzie nigdy nie byłem a przez sześć lat jeździłem do szkoły i nieraz się nudziłem w oczekiwaniu przepełnionego lub opóźnionego.
Przejście podziemne na najdalsze perony okazało się mroczne i brudne jak to w Katowicach. Szybko wyszedłem na wschodnią stronę słońca.
Kiedy stanąłem w pewnym oddaleniu od wyjścia zauważyłem małe podobieństwo, taką miniaturę, zadaszenia wyjścia z podziemia do tego jakie podtrzymywało sklepienie holu dworca w Katowicach. Podobieństwo to może za duże słowo ale jedno spojrzenie wystarczyło by katowicki dworzec powrócił w krótkim wspomnieniu.




Olympus 35rc analog Ilford HP5+ Xtol 1:1

piątek, 8 listopada 2013

Sztuka w hucie... Huta to sztuka

Ponad rok temu dowiedziałem się o istnieniu Ostravskiej Huty Vitkovice. Wcześniej znałem Ostravę czeskiego filmu społeczno-obyczajwego pt."Słoneczne miasto" gdzie mogłem się jej trochę przyjrzeć. To takie normalne, nawet niezbyt ładne robotnicze miasto.
W Klubie Robotniczym Śrubka (stara nazwa, ale mi się podoba) z którym, z rożną mocą, od wielu lat jesteśmy związani, miała miejsce ekspozycja prac czeskiego artysty Antonina Gavlasa.
Otravska Huta jest bliska Gavlasowi, ponieważ, jak sie dowiedziałem z ostatniej z nim rozmowy na Cieszyńskim rynku, był jednym z inicjatorów aktualnej wystawy w galerii GONG na terenie huty. W wielkim zbiorniku gazu mieści się galeria, kawiarnia i sala koncertowa na kilkaset miejsc.

Galeria Gong
Nasza wizyta w hucie dała nam okazję obejrzenia prac czeskich artystów, na dużych arkuszach stalowej blachy które wykonane były w technologii emalii. Emalie to po czesku SMALTY :-).
 W galerii "pod śrubką" emalie Antonina Gavlasa były skromnych rozmiarów w porównaniu z tymi eksponowanymi w Gongu gazu.
Typowy arkusz blachy jest wielkości 2m na 1metr szerokości, tamte smalty miały dwa a nawet trzy metry wielkości. Ciekawe kto pamięta emaliowane garnki kuchenne, albo zwrócił uwagę na tabliczki z nazwami ulic. One są właśnie wykonane z emalii. Są niezwykle trwałe, jak szkło i ciężkie. Kto był w Pradze, widział na pewno garnki i dzbanki z praskimi motywami. Niektóre wykonywane są w naszym Olkuszu. Niektóre praskie garnki znalazłem nawet w naszym lokalnym markecie.
Smalty wystawione w Gongu są... ciekawe. Część prac to czyste formy zarówno geometryczne i kolorowe ponieważ technologia tworzenia obrazów jest prosta i pozwala na dużą ekspresyjność artyście. Kolorowy proszek zmieszany z pewną ilością wody pozwala malować czym się chce. Artysta ma jednak pewne ograniczenia wyrazu, ponieważ dużą trudność sprawia dokładne "malowanie" precyzyjnych linii. Trudno jest też przewidzieć końcowy efekt jaki osiągnie się po "utrwaleniu", czyli wypaleniu w piecu. Duże różnice grubości linii powodują zatracenie ciągłości barwy tego samego proszku dlatego prace w Gongu przedstawiające ludzi czy obrazy dla których pierwowzorem mogła być fotografia, są zredukowane do form komiksowych.
Smalty nie były jednak dla mnie ważne, tylko piękna i monumentalna Ostravska Huta.
Pierwsze wrażenie zawsze zostaje na długo w pamięci. Monumentalizm technologiczny archaicznych konstrukcji stalowych, nie stosowanych już dzisiaj w przemyśle i budownictwie. To co było fundamentem dziewiętnasto i wczesno dwudziestowiecznych budowli i konstrukcji to rzecz mała i prosta czyli NIT. To dzięki nim do dziś stoją wieżowce o stalowym szkielecie i mosty wszelakie.
W Hucie zachwyca koronkowa robota wielkiego zbiornika gazu nazwanego GONG w którym teraz mieści się galeria i sala koncertowa. Pierwotnie to były jakby dwa garnki włożone jeden w drugi do góry dnem jak keson z uszczelnieniem wodnym. Kiedy gazu było dużo wewnętrzny "garnek" wystawał do góry dnem a kiedy gazu ubywało obniżał się zanurzając w "garnku" zewnętrznym (górne zdjęcie "pełny").



 Nitowane rurociągi, zbiorniki to coś czego się dziś nie spotyka. Mało kto wie co to nit, nie mówiąc już o umiejętności jego zaklepania. Ja umiem tylko małe. Tata mnie nauczył. A te wielkie jak grzyby po deszczu nituje się na gorąco. Przez to kiedy wystygną trzymają mocniej, bez żadnych uszczelek. Tak stoi Eiffel i wieżowce ameryki...
Bez biletu można zwiedzać Hutę spacerując po ziemi z zadartą głową, jednak z biletowanym przewodnikiem poznaje się proces wytapiania. Wspina sie na szczyt wielkiego pieca. Zagląda do środka i spuszcza szlakę oraz surówkę. Wszystkiego można dotkną bo tego nie da się zepsuć. Widać gdzie goście dotykają bo tam nie ma korozji i te miejsca błyszczą. Spacer z przewodnikiem zajmuje prawie 1,5 godziny i obejmuje wszystkie ważne zakątki huty i procesy, włącznie z wytwarzaniem  gazu koksowniczego, jego oczyszczaniem i transportem grubymi rurami ponad głowami.



Tylko kogo to interesuje poza mną...
Industrial jest piękny. Martyna zbierała jakieś zardzewiałe śruby, wióry i to w tajemnicy żeby Kaśka jej tego złomu nie wyrzuciła. Ja ją rozumiem... ale żeby dziewczyna???
Jedźcie do Huty, jedni dla sztuki inni dla stali. A kto jest technologicznie niedorozwinięty to jest tam takie wielkie eksperymentatorium. Kupując osobny bilet rodzinny  można wszystkiego dotknąć, sprawdzić, zbadać a nawet zepsuć i nic się nie stanie. W ciągu dwóch godzin można wszystko zobaczyć poświęcając chwilę na działanie.
Maszyny parowe i kowalskie, tokarki, frezarki, maszyny do szycia i pisania, tramwaj, samolot, lokomotywa, auta stare całe i w kawałkach, motory, rowery, Nautilus wyposażony, działające miniatury maszyn a nawet huty. Mozna samemu wyprodukować energię elektryczną pedałami i poznać jej drogę z elektrowni do domu. Można wszystko...
Trzeba wszystkiego spróbować. Lana kofola, dobra kawa i ciasto a nawet coś do jedzenia.
Nie zapomnijcie o winiecie dla samochodu.