Etykiety

3FALA (4) akt (1) AKTORZY (13) analog (10) ARCHITEKTURA (16) AUTA (1) AUTO (2) cieszyn (6) CZECHY (27) dagerotyp (2) ELA (2) FILMOWO (34) FOTOGRAFIE (69) GRAFFITI (5) hacele (2) HISTORIA (18) KINO NA GRANICY (11) kolodion (1) KONKURS (3) KORA (2) KSIĄŻKI (81) LISTY (2) lomo (31) lomografia (10) ŁODYGOWICE (7) magdalenki (2) MOTOR (2) MUZYKA (9) MUZYKA pewel mała (1) nurkowanie (2) OSOBISTE (31) paryż (2) pióra (2) PKP (2) plenery (2) POCZATEK (1) POCZTÓWKI (9) PODRÓŻE (22) Polska podróże pewel mała (1) PRAHA (29) PRASA (1) prl (13) STAWKOLOGIA (9) sverak (2) TEATR (3) winyle (4) ZNALEZISKA TARGOWE (30) żywiec (8)
Instagram

sobota, 9 lutego 2013

Odchoruję tę Pragę...

Szybka decyzja i śpimy za stówę w Pradze. Trochę daleko od centrum (Praha 9) ale metrem to chwila. Nawet bilet na pociąg RgioJet okazał się w cenie znacznie lepszej niż IC do Warszawy, o komforcie nie wspominając.
Zimowy pejzaż za oknem był niezbyt ciekawy. Zmieniał się z każdym kilometrem. Był zimowy, śnieżny, deszczowo-jesienny, a nawet ozimino-wiosenny jednak zupełnie nie słoneczny. Łatwiej było drzemać, czytać, niż gapić się w okno. Nuda minęła w momencie kiedy dosiadła się do nas pewna starsza pani, a za nią dwie sympatyczne dziewczyny. Wszyscy jechaliśmy do Pragi. Każdy zajęty sobą, lecz niedługo.
Dystyngowana Pani mówiła coś do nas. Trochę rozumieliśmy, ona jednak więcej od nas. Do rozmowy włączyły się dziewczyny i piąte przez dziesiąte, więcej słuchając, "rozmawialiśmy" ucząc się języka na żywym organizmie.
 Ujmujące w tym było to, że osoby o tak dużej różnicy wieku odnajdywały wspólną platformę do rozmowy o polityce, edukacji, a nawet ich punkt widzenia na rodzinę i wychowanie nie był zbyt odległy. Podróż stała się ciekawsza i szybko minęła. Nie mogło się obyć bez wymiany kontaktów, bo dziewczyny chciały zdjęcia z dziwacznego aparatu LOMO, a starsza pani chętnie zapisała mi adres@... dla zdjęć.

  

Praga przywitała nas rozprutą FANTĄ, ale dzięki temu mogliśmy zobaczyć trochę więcej niż ostatnio przez okno szmatexu. Trwają prace remontowe, tylko nie wiemy czy to remont przejścia podziemnego, czy całej tej części dworca. Na efekty przyjdzie jeszcze poczekać. A na kawę jeszcze dłużej...
  Przechowalnia bagażu to dobry wynalazek, pod warunkiem że umie się z niego korzystać. Włożyliśmy plecak do szafy, poszliśmy rozmienić pieniądze, wróciliśmy i zamknęliśmy szafkę... obok...  gdyby nie to że musieliśmy wrócić po parasol, pewnie zostali byśmy z ręką w nocniku. Dobrze że pan serwisant nas widział i otwierał nam szafki gratis...
Następnym razem: plecak, szafka, numer, kluczyk, szafka,plecak, kluczyk, numer... i w drogę!

I nie musimy się nigdzie spieszyć. W poniedziałek większość muzeów jest nieczynna. Ale to nic nie szkodzi bo jesteśmy w Pradze i nic nie musimy. Spacerujemy, i na miejscu myślimy gdzie pójść. Tradycyjnie na Vaclavak, pomiędzy Prażan pędzących do pracy , czekających na przystankach, liczących w grupie korony na piwo żebraków, tylko jakoś tak mało turystów w poniedziałek. Zimno...









Rozpuszczalna kawa kolejowa nie należy do najsmaczniejszych, dlatego pierwszym punktem praskiego spaceru była wizyta u Czarnej Matki Boskiej na kawie w Orient Grand Cafe. Dla rozgrzewki kawa i ciacho. Co ciekawe, a może i normalne że kelner znał polski choć Polakiem nie był, i Niemcem nie był i Anglikiem też... Ciekawe czy Węgrem, czy Izraelczykiem...


Winda wielokątna, balustrada kanciasta, lampy duże, ciężkie, mosiężne. Lustra, multiplikujące kubaturę sal i łamiące ostatnie płaszczyzny, Wieszaki jak pioruny tabliczek energetycznych ostrzegających przed śmiercią... Tylko pasiasta tapicerka uspokajała rozbiegany wzrok po sali. Bardzo mi się tam podobało. Pewnie to miejsce stanie się stałym punktem na mapie eksploracji Pragi. I ta muzyka z epoki... doskonałe połączenie. Idealne miejsce na wyciszenie.



Klatka schodowa w Orient Grand Cafe
Nie chciało nam się wychodzić stamtąd na ten ziąb ale trzeba, tyle przed nami do zobaczenia chociaż bez planu... trafiliśmy do Domu Reprezentacyjnego (Obecni Dum) żeby zobaczyć wystawę o której pisała Anka jednak mimo całej słodyczy tego pięknego budynku, wystawa kubizmu się skończyła. Na Muchę z przewodnikiem nie mieliśmy ochoty bo zaplanowany był na następny dzień w Veletrznim Palacu. Pokręciliśmy się po wnętrzu Domu, a jadłospis...  "pozbawił nas posiłku" w tej pięknej scenerii.

"... kafelki, duperelki, kraniki, dywaniki, otóż chamstwo i drobnomieszczaństwo z pana wylazło..."  jak mówił Kobuszewski. To wszystko tam jest piękne, ale nie mógłbym mieszkać w takim słodkim domu. Potrzebuję kantów, betonu, stali... normalności przyjaznej prostemu człowiekowi...  
Zobaczyć i odejść, ruchem okrężnym , kołowym, błądzącym gdzieś do muzeum Salvadora Dali, lub Alfonsa Muchy. Wybór padł na Dalego bo Mucha, to już wiecie będzie jutro, jak starczy sił po czterech piętrach Veletrzni...



Dali, przy Starometske Namesti to taki w sam raz dla turystów, takich mniej lub bardziej zorganizowanych, czy chętnych wydać dużo kasy za reprodukcje dzieł Dalego czy Warhola. Bo tam, przy każdym obrazie, grafice, drzeworycie czy akwareli, dyskretna uwaga się znajduje, która usprawiedliwia ekspozycję reprodukcji, gdyż światło dzienne źle wpływa na cenne prace artystów, dlatego podziwiamy kopie... za 150ck od osoby. No dobra dla laika i kopie mogą być, i opakowania po perfumach, i tanie zegarowe naleśniki na baterieAAA... 

Aaa, poszliśmy stamtąd, tam... 

Chyląc głowę przed gołębiami szliśmy przed siebie brzegiem Wełtawy, przewiani, w poszukiwaniu ofiar komunizmu na schodach.




Odnaleźliśmy Pomnik Ofiar Komunizmu
  "Pomnik ofiar komunizmu jest przeznaczony dla wszystkich ofiar, nie tylko tych, którzy zostali uwięzieni lub zamordowani, ale także tych, których życie zostało zrujnowane przez totalitarny despotyzm" 

Na przedłużeniu schodów kawałek za skrzyżowaniem, zupełnie przypadkiem trafiliśmy do sklepu ze starociami! Co najważniejsze, to żadna tam DeSa dla snobów i kolekcjonerów, tylko zwykły skład wszelakiego badziewia, pośród którego znajdują się prawdziwe skarby. Nie ma sensu wymieniać wszystkiego bo zabrakło by miejsca. No bo tam jest wszystko... po prostu. Pomyśl o czymś a na pewno to tam się znajdzie. Jedyne co mnie denerwuje, to brak cen na przedmiotach, co świadczy że cena jest albo umowna... jak ktoś umie się dogadać, albo cena jest dla frajera turysty który ma kasę i zapłaci... Jak ja 50ck za zdjęcie. Ale za to jakie!
"Niewinni czarodzieje" to taki ładny film. Lubię go. Podoba mi się. Żeby tak znaleźć tam "Stawkę..." albo "Pancernych...", czechosłowackie fotosy, musiałbym tam być sam i spędzić duuuużo czasu. Następnym razem wyślę Kaśkę do jakiegoś wielkiego muzeum a ja zaszyję się tam!


  Mijając kolejkę na Petrin spotkaliśmy smutną parę idącą w milczeniu. Dziadek z wnuczkiem, ze wzrokiem wbitym w ziemie szli w milczeniu... Trochę ten smutny widok wytrącił nas z euforii praskiego spaceru.  Pewnie wielu zadaje sobie pytanie mijając ludzi w mieście: dokąd oni idą, kto na nich czeka w domu, jaki bagaż doświadczeń zgina im kark do ziemi, czy dziecko jest szczęśliwe, głodne...


Trochę kilometrów już mieliśmy za sobą. Zmęczenie dawało się we znaki, a głód najbardziej. W poszukiwaniu knajpy znaleźliśmy jeszcze Sikających Davida Ćernego którzy pomimo temperatury bliskiej zera nadal lali na swój kraj jednocześnie mocząc swoje nogi... sikając sobie olewamy innych.

Mieliśmy już dosyć łażenia. Głód zmusił nas do hledania piwnicy z jadłem i piwem. Krążyliśmy po omacku wypatrując "U parlamentu" i nic. W końcu weszliśmy do Rudavej Nory, chyba nie takiej turystycznej, bo kelner normalnie obojętny, jakaś kobieta przyszła z dzieckiem i dzbankiem, takim na sok, po piwo do domu, na rachunek nie mogliśmy się doczekać bo się rozgadywał z gośćmi... to chyba tak musi być, tam...

Jeszcze na dworzec po bagaż, jeszcze metrem do hotelu... padaliśmy z nóg, po prawie 14km marszu ale jeszcze zauważaliśmy pewne piękne rzeczy...




witryna sklepowa

                                                                                        






      Lubię metro.
Podoba mi się szybka jazda i krótkie oczekiwanie. Jednak najfajniejszy jest widok osób siedzących i czytających książki  Łapałem się na tym że za każdym razem odruchowo rozglądałem się w poszukiwaniu takowych i ich liczeniu. 
Kiedyś Czechofil cytował na swoim blogu jakieś dane dotyczące czytelnictwa w Czechach i było tam napisane że Czesi wydali w zeszłym roku dużo pieniędzy na książki. Chyba więcej od nas.
 Raz w przedziale, pięć osób w naszym otoczeniu, czytało ksiązki. Zapuszczanie żurawia w poszukiwaniu tytułu to fajny sport...



mięso na hakach od Cernego MEETFACTORY



I wtedy zadzwoniła Anka... cdn...

Foto: LOMO  + kodak bw400 

niedziela, 3 lutego 2013

Nowa dostawa :-)

Zakupoholizm może to i jest, ale jakże piękny! W księgarni czeskieklimaty  zamówiłem cztery książki. Cztery pozycje, by poznać lepiej Czechów.
Jeszcze lepiej?


1. Jahym Topol "Supermarket bohaterów radzieckich"
2. Jolanta Piątek "Obrazki z Czech"
3. Jan Patocka "Kim są Czesi"
4. Jan Balaban "Wakacje / Możliwe że odchodzimy"

Zapas lektury, tylko że na horyzoncie pojawiają się kolejne tytuły. 
Po lekturze Topola w supermarkecie, zapragnąłem przeczytać "Opowieści Galicyjskie", a nie wiedziałem że smakują znajomo,jak "Wino truskawkowe". Chcę poszukać tam ducha, jak w "Miedziance", a może i metafizyki jak w "Prawieku...". To bardzo przyjemne uczucie, taka odrobina ekscytacji przed nieznanym. Myśl, że może to będzie książka która tak bardzo wciągnie, że nic nie będzie ważne, tylko ucieczka do świata jaki otwiera przed nami autor... 

Jak ktoś chce poznać Beskid Niski według Topola, to trzeba iść z nim.  Dla mnie żadna nowość, bo mieszkam w Beskidzie "Podobnym".  Jednak mój Beskid nie ma takiej ciekawej a zarazem tragicznej historii.
Bo nie o wycieczkę turystyczną tu chodzi, grzecznych turystów zbierających papierki i ostrożnie stapiających, by nie zniszczyć runa.
Bo nie chodzi tu nawet o przyrodę, tę nie przyjazna, brunatną, mokrą, zabłoconą, .Ona jest tylko tłem opowieści trudnych losów mieszkańców.
Bo co by to była za książka. Relacja z wycieczki trzech podstarzałych facetów, do czwartego, zaszytego na zadupiu w Bieszczadach?
Nie.
To pełzanie w brudach historii która ciężkim butem potraktowała mieszkańców. Słowaków, Polaków, Żydów, Ukraińców.
To relacja z pijackich, nocnych polaków rozmów, gdzie wóda jest eliksirem dialogu i spoiwem między tymi  których historia doświadczyła a tymi którzy tej historii chcą dać świadectwo.
I brną w tym błocie rdzawym krokami Armii Svobody w Dolinę Śmierci do Dukli, spotykając obcych, nieufnych, lecz wymiana nazwisk i faktów historycznych jednoczy obcych, pieczętując flaszka. Do Stasiuka docierają ze wstydem, tam biesiada i powrót ... Szlakiem Partyzanckich Bojów.
I byli by jak ci partyzanci, bez mapy, zdani na siebie w drodze do Popradu... do Pragi...  tylko esemesy niekiedy w drodze przypominały im że jest 21 wiek, że wydawcy czekają na materiał  do druku...
Zle mi się to czytało. Jakby mnie ktoś poganiał. Czułem jak oni są zadyszani, ale dlaczego to się przekłada na mnie.  Topol tak sucho pisze, a  słowa płyną strumieniem...
Przebiegłem przez tę książkę. Właściwie chciałem mieć ją już za sobą. Nie lubię narzuconego tempa narratora. Lubię spacerem czytać niespiesznie.

Pewna Dorota  niebawem ma imieniny... kupiłem jej książkę A. Kaczorowskiego "Praski elementarz". Nowe bogatsze o 100% wydanie, Czarne. Mam to z 2001 roku takie cienkie. Teraz kiedy mam to nowe bogatsze aż mnie kusi żeby je zatrzymać. Ale nie, nie mogę pozbawić jej przyjemności poznania Czech i Czechów jeszcze lepiej, a tym samym, dorzucić jeszcze kilka tematów do dialogu ze znajomymi Czechami. Niech jej książka lekką będzie, z wyrazami szczerej sympatii.
I tak se kupie.


czwartek, 31 stycznia 2013

I po konkursie...

Zakończył się pierwszy etap konkursu na blog roku 2012 polegający na głosowaniu SMSowym (1,23 zł). Dla mnie zakończył się definitywnie.
W kategorii do której zgłosiłem blog oprócz mnie zgłosiło się jeszcze 547 osób ze swoimi blogami. Dziesięć blogów z największą ilością punktów, przechodzi do następnego etapu jakim jest ocena jurora czyli Agaty Passent.
Najwięcej puntów zgromadził blog powiśla 254 pozostałe dziewięć blogów miały 214 do 250 głosów. Mój znalazł się na 33 miejscu pośród 547-u z liczbą 63 głosów. Jedyne na co sobie pozwoliłem by zyskać trochę głosów to wysłanie zbiorczego smsa do 100 znajomych osób,  z propozycją oddania głosu.
Dziękuję wszystkim którym się chciało.
Ja wiem że to nie o to chodzi, że ten plebiscyt nie świadczy o jakości bloga, o jego popularności. Może jedynie mieć pośredni wpływ na zwiększenie ilości czytelników ale mam wątpliwość co do ich wierności. Nie ma to jak praca dla stałego grona czytelników których odnotowują codzienne statystyki. To im dziękuję najbardziej.
  Lista 10 najpopularniejszych 

sobota, 26 stycznia 2013

- TAK WIELE PRZESZLIŚMY...

...tak wiele przed nami.


  Dwa lata wystarczyły, by zapomnieć ten spektakl na tyle, żeby kolejna wizyta w stolarni, była nowym, świeżym przeżyciem. Nowym , właściwie innym, bo oglądając film czy spektakl, w towarzystwie bliskiej osoby, czuję się go na nowo. To, takie łatwe, oglądać coś kolejny raz. To nie nuży. To pozwala podzielić uwagę na przedstawienie i na obserwację bliskiej osoby i publiczności. Kiedy ona reaguje, na co, i jak. Co jednoczy widownię wspólnym śmiechem a co dzieli ją na pojedyncze pomruki oczywistych skojarzeń, przywodzące nieodparcie na myśl, rechot na sali sejmowej. Dostrzega się nowe rzeczy, inne gesty, inne słowa, odniesienia do tła politycznego (partnerstwo, jak żyć...) Obserwuje się drugi plan, ukryty w cieniu pierwszego kontaktu z przedstawieniem. To jest fajne, zwłaszcza kiedy sztuka jest lekka i przyjemna... do czasu "Przesłuchania".

  Chcę wierzyć w to, że aktorzy są tak sentymentalni jak ja, że ich wspomnienia i przeżycia są takie jak moje, tak uniwersalne, pasujące każdemu. Na pozór spontaniczne, ale wiek aktorów albo raczej fizjonomia poddają pod wątpliwość szczerość wyznań. Nie wszystko, i nie na raz, ale każdy, w jakimś momencie odnajdywał siebie na scenie między zdarzeniami.
To, taki kolorowy patchwork wspomnień,  mimo dominacji szarości tamtych czasów i zerowej scenografii. Bo kolorytu dodają tym scenom emocje każdego widza. Aktorzy szkicują zdarzenia a my kolorujemy je  wewnątrz odnosząc do osobistych przeżyć.  Wszystko było wtedy takie nijakie i szare, ale wspomnienie nosimy wewnątrz kolorowe. Ja, bardzo i uwielbiam je pielęgnować filmem, książką, czy przedmiotami....

TYCH DWOJE PRZYPOMINA MI NAS DWOJE...

 Zamiast szczegółowej recenzji, powinny wystarczyć wszystkim hasła, którymi można historię młodości każdego około czterdziestolatka zilustrować i przypomnieć. Niech mówi za to Sidney Polak albo "Wszystko co kocham", "Nasz mały PRL"...


                                                                Teatr Polski Bielsko-Biała

czwartek, 24 stycznia 2013

A taki konkurs jest....

KONKURS BLOG ROKU 2012  

Bedzie mi miło, jak czytelnicy oddadza swój cenny głos (1,22zł) na mój skromny blog. Cel charytatywny.
Głasować mozna do 31 stycznia. Zobaczymy co z tego wyniknie.

Treść smsa to:             E00315    
Numer :                           7122

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Ostatnie trochę LOMO

Kolekcja wierzb powoli rośnie, (gdzie mi tam do Hartwiga) i, jak zauważam, przegrywają z industrialnym grodzeniem. Wierzb jest coraz mniej.  Oczywiście w naszym regionie, bo pewnie w Polsce B, będzie jeszcze dużo, grubych i krzywych, chyba że zostały wycięte na opał z powodów ekonomicznych. W miejscach które pamiętam, już ich nie ma, ale dostrzegam je gdzie indziej.

Ostatnio nosiłem ze sobą LOMO z czarno-białym filmem (BW 400CN Kodak C-41) uwielbiam jego kontrast i łatwość zdjęć cz-b.

"Fotografuję żeby przekonać się jak to będzie wyglądało na zdjęciu." - Garry Winogrand, ja też.















Zdjęcia z miejscowości Zarzecze nad jeziorem żywieckim oraz Pewel Mała gdzie mieszkam.

Susan Sontag "O fotografii" 
wycinek z antologii cytatów zamieszczonych na końcu książki.
... wiosną 1921 roku zainstalowano w Pradze dwa automaty fotograficzne właśnie wynalezione za granicą. Reprodukowały one sześć lub dziesięć zdjęć tej samej osoby na jednym arkuszu. 
Kiedy zabrałem te zdjęcia ze sobą do Kafki - powiedziałem od niechcenia: "Za kilka koron można się sfotografować pod każdym kątem. Ten aparat - to mechaniczne "poznaj samego siebie".
 -Chciałeś powiedzieć: "pomyl się co do własnej osoby" - odparł Kafka z leciutkim uśmiechem.
Zaprotestowałem. "Jak to? Aparat nie może kłamać! Kto ci to powiedział?
- Kafka przekrzywił głowę. "Fotografia skupia naszą uwagę na tym, co powierzchowne. Z tej przyczyny zaciemnia ukryte życie , które prześwituje przez zarys rzeczy niczym gra światłocienia. Nie daje się tego uchwycić nawet najostrzejszym obiektywem. Trzeba szukać po omacku, na wyczucie... Ten automatyczny aparat nie pomnaża ludzkiego oka, a dostarcza jedynie fantastycznie uproszczonego punktu widzenia oka muchy."
                                                                            Gustav Janouch, Rozmowy z Kafką     
                                                                     
 To mi przypomina piękny film "Amelia" z O. Tautou, gdzie pojawia się chłopak, kolekcjonujący porwane, niechciane zdjęcia wyrzucone przez  ludzi niezadowolonych ze swojego wizerunku... kolejny raz oglądaliśmy  go z prawdziwą przyjemnością, aż spóźniłem się do pracy.
PS.:
AM jak będziesz spacerować po Pradze, zobaczysz budkowy automat fotograficzny, to zapamiętaj lokalizację. Takie zdjęcie będzie fajną pamiątką.  

czwartek, 17 stycznia 2013

Słonimski kontra Czarnobyl.

Julia Hartwig ,Antoni Słonimski.*

Soukupovą dokończyłem czytać z przyjemnością, chociaż to może trochę niewłaściwe określenie. Przyjemność, to można odnaleźć w czytaniu, na przykład dziewic, typu Szwaja, ale nie trudnych rodzinnych losów budzących dawno uśpione emocje i wspomnienia, pozostawione w zamkniętych rozdziałach życia do których raczej się nie wraca.
Tylko ona, mocnym słowem, otwierała adwentową czekoladę każdego rozdziału życia bohaterów, w taki sposób że odnajdywałem siebie w postaciach, zdarzeniach, słowach, gestach, emocjach i strachu. ONA tak dobrze mnie zna, ona zna wielu na wskroś. Kto sięgnie po książkę, odnajdzie cząstkę siebie, cząstkę otoczenia i bliskich. To działo się tuż. Gdziekolwiek.
Nie lubię tego uczucia które pojawia się kiedy kończę czytać książkę a na półce nie ma kolejki oczekujących tytułów. Nie lubię rozterki zabierania jednej książki do torby, kiedy wychodzę do pracy. A co jeśli mi nie spasuje... Gazeta to za mało...
Notes, ołówek, długopis, wizytówki, jakiś przedruk artykułu którego nie zdążyłem przeczytać (teraz "Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy" Lipskiego), Lomo, kluczy masa i "żarcie do czytania"... no prawie jak typowa kobieta z zawartością swojej torby.
Uwielbiam kupować książki.
W kolejce ustawiła się Oriana Fallaci z "Penelopą na wojnie", Słonimski - obecny, Swietłana Aleksijewicz z modlitwą, Wiech pod minogą, Susan Sontag "O fotografii" ale raczej we fragmentach, Springer napoczęty ale na potem i jeszcze kilka pozycji.
Wszystkie chce mi się czytać... tylko czasu mi brak. Każdej uszczknąłem trochę, choć parę kartek Nie mogę poświęcić czasu tyle ile bym chciał. Obowiązki...
Modlitwę Czarnobylską zabrałem ze sobą. A jakże, do pracy to zrozumiałe, tematy bliskie. Jednak relacje ludzi, pełne goryczy, smutku i łez były zbyt dużym ciężarem. Opisy skutków promieniowania gamma na organizm przywoływały straszliwe obrazy ludzkiego cierpienia. Czy jest gorsza śmierć niż popromienna...
"Stolec od dwudziestu pięciu do trzydziestu razy na dobę. Z krwią i śluzem. Zaczęła mu pękać skóra na rękach, na nogach... Całe ciało pokryło się bąblami. Kiedy kręcił głową, na poduszce zostawały kępki włosów... A wszystko takie kochane, bliskie..."
"Codziennie zmieniałam to prześcieradło, a pod wieczór było całe zakrwawione. Podnoszę go a na rękach zostają mi kawałki skóry, przyklejają się."
(...) "To już nie człowiek, tylko reaktor. Spalicie się oboje"... on umarł, ona była w ciąży, urodziła...
To jednak tylko intro bo dalej już tylko ludzie, którzy przeżyli, zostali, wrócili, i żyli  z typowym dla człowieka socjalistycznego podejściem do odpowiedzialności za siebie i innych. Kradzieże pozostawionego mienia, przemyt czegokolwiek wartościowego, handel wszystkim co można było sprzedać i nie ważne że "świeciło" (na dozymetrze) ważne że jest ktoś kto chce zapłacić... reszta jest milczeniem...
galeria zawodowych ekspolratorów Czarnobyla

Wygrał Słonimski - ponadczasowy. Po niego sięgnąłem odpychając "Czarnobylską modlitwę". Potem... potem wrócę.
Nie miałem siły czytać dalej o Czarnobylu i tym wszystkim tym bardziej że mój wyjazd w zeszłym roku nie doszedł do skutku. Mam nadzieję że w tym roku się powiedzie to sobie przeczytam przed wyjazdem.
Na targu kupiłem ostatnio Słonimskiego tak z rozpędu. Zbiór felietonów zatytułowany "Obecność" z lat 1971 - 1972. Chyba ten 72 -gi rok zaważył. Mój rocznik. Co się wtedy działo, co pisało?
Ten zbiór felietonów czyta się jak wczoraj kupioną gazetę. Obserwacje nie straciły nic na aktualności.
  W zeszłym roku w prasie pojawił się artykuł zwracający uwagę na charakterystykę polski w podręcznikach krajów unii. Problemem było przedstawianie nas w złym świetle. Słonimski pisał o tym i pracował nad poprawą naszego wizerunku będąc delegatem UNESCO już w lata siedemdziesiątych, z sukcesem.

Rzadko oglądam tzw. telewizję z misją. Mam odruch anafilaktyczny na dźwięk prezenterów, prowadzących, a najbardziej na pytanych przechodniów z łapanki by odpowiadali na jakikolwiek temat. Wręcz duszę się ich trudnością wysławiania, ubogością słownictwa, dźwiękonaśladownictwem yyyy... Media wszelakie zabijają kulturę wypowiedzi. Szkoła nie uczy swobody zdań wielokrotnie złożonych. Język ubożeje esemesem a emocje zamiast w słowach znajdują uzewnętrznienie w emotikonach :-(  A Słonimski co na to?
"Tradycje słowa mówionego zanikają (...) nie ma wielkich mówców. W dyskusjach zwycięża najkrzykliwszy, który jak ciężarówka na szosie wymusza pierwszeństwo. (...) Sztukę epistolarną zabił wynalazek Bella... Trudno się dziwić że młodzież od słowa drukowanego stroni pobrzękując gitarą odchodzi w krainę udźwiękowionej nudy"
Młodzież czyta, choć to za dużo powiedziane, tabloidy. Nie wypowiada się słowem lecz tylko obrazem, skrótem linkiem co najlepiej widać na fejsbuku, co i jak umieszczają na swoich profilach. Nie mają nic do powiedzenia jednak wyrażają się "kimś innym".
Jakbyś scharakteryzował siebie? -A poślę ci linka, pada odpowiedż
A jakbyś scharakteryzował polityka? -Kradną i pierdolą bez sensu. Byle przy korycie a my musimy na nich robić. Nikogo nie cytuję, ale populistyczne zdania przeklepywane z ust do ust stają sie obowiązującą prawdą w kręgach które takiej prawdy poszukują określając ją jedynie słuszną. Gustav Jahoda już wtedy stwierdził ( co przypomina Słonimski)
 ... że w prymitywnych społeczeństwach przesądne wierzenia stanowią integralną część poglądu na świat, prawie każdy wierzy w prawie wszystko...
 Współczesna szkoła nie uczy samodzielnego myślenia, nie uczy analizy związków przyczynowo skutkowych a jedynie wyboru odpowiedzi jakie są podsuwane, więc wybierają te najłatwiejsze, te które wydają się właściwe... bo ludzie tak mówią to pewnie tak jest...

Podeptany Księżyc nie robił wrażenia na ludziach  w latach 70tych. Podeszwa odbita w pyle, własność zaklepana. Celowano w Marsa, jak teraz, szukano cywilizacji wyższej zapominając o organicznych podstawach życia. Komórka mchu niewiele rożni się od komórki serca czy mózgu. Szukano cywilizacji z rozmachem, wyobrażano sobie kolonizatorów poszukujących przestrzeni życiowej lub energii dla egzystencji  a cywilizacja może powstawać już  pod butami...
"Gdy czytam rozważania futurologów na temat roku 2000 -go, widzę jak te diabełki, które maja po 3-4 latka, a już zaczynają myśleć matematycznie,po dojściu do pełnoletności podłączone do komputerów wydźwigną się na takie wyżyny intelektualne, że cała nasza twórczość wyda im się bełkotem prymitywnych plemion." 

Dziś Tygodnik Powszechny  zamieszcza materiał o Andy Warhol'u z okazji wystawy w Krakowie. Powszechnie znany jest wkład Andy'ego w nowoczesną sztukę popularną. Usankcjonowanie konsumpcjonizmu, tworzenie sztucznych potrzeb, materializm, kult herosów... to co dziś jest oczywiste, kiedyś było... nie było, była sztuka zaangażowana,  idealistyczna, miała czemuś służyć, nieść jakieś przesłanie. Warhol skomercjalizował sztukę, Nazywał siebie artystą biznesu, chciał być biznesmenem sztuki. W późniejszych latach wykonywał prace na zlecenie.Był rzemieślnikiem  choć na drugim torze twórczości pozostał geniuszem znaczenia  kultury masowej w sztuce i społeczeństwie.
A co na to Słonimski?
"...technik wciąż na mnie krzyczał, że w muzyce, poezji, malarstwie to samo,, że wszędzie stawia się na wrzask, szok i brzydotę, że jeżeli pan Andy Warhol wystawił w Tate Gallery 50 puszek Campbell's to trudno to połknąć, zwłaszcza jak się nie posiada klucza ani do lodówki ani do puszek" 
Nawiązując do słów krytyka Puzyny który szafą określił coś ponadczasowego i niezmiennego w sztuce, do czego potrzebny jest klucz  to do lodówki  którą jest sztuka komercyjna, nowoczesna  ten klucz nie pasuje i dopiero kolejne pokolenie rozumie i akceptuje ją według własnego klucza.

Kronikami Tygodniowymi nazywał Słonimski swoje felietony na cześć wielkiego Prusa - Głowackiego. Oto co  pisał w 1932 roku w dwudziestolecie śmierci Bolesława - Aleksandra:
"...mówią tu o wielkich dziełach, ja pragnę pomówić o szarej, cotygodniowej działalności Prusa, o Użeraniu się z głupota i złością ludzką, o niezmordowanej służbie społecznej, od której nie odrywały go najwyższe loty twórcze."
  Może powinienem mój blog nazwać Kronikami Tygodniowymi, bo Lalka zachwyca mnie.

O Julii i Antonim


czwartek, 10 stycznia 2013

Konkurs?


Może jednak spróbuje wzorem kolegi czechofila.  Zobaczymy...

niedziela, 6 stycznia 2013

środa, 2 stycznia 2013

Soukupova - Koniec świata.


Nie.  To tylko koniec roku. Żadne tam zabobony. Koniec świata  jak będzie, to spadnie na nas niespodziewanie i już.   SWITCH OFF.  I wszyscy dostaniemy po równo. Reszta jest milczeniem.

Narazie koniec roku nie nastraja mnie do podsumowań. Wogóle mnie nie nastraja.W zasadzie mogło by go nie być. Jak widzę w telewizorni umizgi prezenterów i wygibasy tzw. gwiazd ,to po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu że świat schodzi na psy przy wyrażnym wsparciu mediów które uważają nas za debili.
Mógłbym przespać głupiego sylwestra zamiast patrzeć na pląsaczy: Witów i Huntingtonów.
Nie umiem tańczyć i wolę nie wyobrażać sobie siebie w tej roli. Lepiej żeby nikt nigdy mnie nie zobaczył. Zionę nienawiścią do kobiet które za wszelką ceną chcą mnie uszczęśliwić wyciągając do tańca na jakichś weselach czy innych andrzejkach. Chciałbym wtedy "ZNIKNĄĆ", poniżany w tzw. "dobrej wierze na oczach wszystkich"...

prezenty świąteczne
                ZNIKNĄĆ z SOUKUPOVĄ, ONA JEST ŚWIETNA 
 ale nie da się jej skonsumować za jednym podejściem. Ja nie mogę. Książka jest zbiorem trzech opowiadań gdzie po każdym, teraz drugim, muszę wziąć oddech. Odpocząć choćby dobę od ciężaru jaki niesie los każdego z bohaterów. I to nie jednostek ale całej zagmatwanej emocjonalnie rodziny, w której Petra przeskakuje z narracją każdej postaci jakby była jedną z nich. Jest każdą. Pisze tak jakby każde uczucie niesione emocjami  ona odczuła na własnej skórze. Pisze tak jakbym to ja był w skórze każdego bohatera opowiadań. Czyni to w prosty i bezpośredni sposób, bez zbędnej poetyki która nie pasuje by do trudów życia codziennego postaci.
 Kiedy historia osiąga pewien punkt krytyczny ciężaru emocji, potrafi jednym zdaniem uciąć wątpliwość czytelnika dając mu nadzieję dalszego ciągu. Zastępuje niepewność zamyślenia spowalniającego tekst, zdaniem, które popycha na kolejne strony zwykłych spraw. Chce się dobrego zakończenia ale ono jest normalne, takie jakie przynosi życie. Nie kokietuje czytelnika, traktuje go twardą ręką, mocnym słowem i pełnokrwistymi emocjami jakich jedni doświadczyli w  życiu a inni nigdy ich nie poznają, dlatego książka jest dla nich tym bardziej cenna i pouczająca. Nie jest jednak moralitetem , jest zapisem faktów... życie... pisze najlepsze scenariusze. Czy to się wogóle wydarzyło? Nie ma to znaczenia, choć są pewne dokumenty...To się po prostu dzieje. Może nie u mnie ale może obok?
                                                         
                                                        -Tanio nawet bez targowania-

Fajnie rok zakończyłem zakupami na targu.

Dla moich znajomych iberyfanów:    D.W-W oraz  R.P.
 -Carlos Fuentes "Spalona Woda"
 -Jose Lezama Lima "Raj"
 -Poezja miłosna dawnej Hoszpanii
 -Makowiecki "Nie ma pociągów do Barcelony"
Poza tym dla siebie, ha:
  -ARTIBUS  album 40 lat ZACHĘTY 1950-89 z wieloma reprodukcjami
  -Swietłana Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa" (allegro 18zł , defekt)
  -Mann "Mario i czarodziej"
  -Saint-Exupery "Nocny lot"
  -Jiri Marek "Panopticum starych afer kryminalnych"
  -Słonimski "Obecność" zbiór felietonów, jakże aktualnych 1973
  -jeszcze jeden "Zew krwi"
  -Sillitoe "Samotność długodystansowca"
  -Curwood "Łowcy wilków" bardzo stara ale bez roku...
  -Ladislav Klima "Cierpienia księcia Sternenhocha"
  -Współczesna Skandynawia 1974. dla milośników zespołu BATHORY (Kacper i Karolina)